54. Błysk i Grzmot – Część VI – Burza // Rozdział IX

54

     Śmierć przywitała mnie ciszą. Tak jak się spodziewałam nie było fanfar ani werbli. Jednakże, ku mojemu zdziwieniu, nie słyszałam żadnego płaczu i zgrzytania zębami. Można powiedzieć, że wszystko zastąpiła dawno nieodczuwana ulga. Nagle każde zmartwienie przeminęło i straciło swoje znaczenie. Wszystkie problemy obróciły się w proch, a jakikolwiek ból został starty na pył. Twarze rozpływały się w powietrzu, wspomnienia ulatywały w nicość. Kolory traciły swe barwy, a smaki… stanowiły tylko niejasną definicję czegoś nieokreślonego. Nie pamiętałam zupełnie czego. W końcu zapomniałam nawet o tym, o czym powinnam pamiętać. Bo jak miało trwać coś poza mną, kiedy nie istniałam nawet ja? Ani nikt inny. Była tylko jedna wielka otchłań bez dna. I nic poza tym.
     Z czasem jednak otępienie zaczęło przemijać. Powoli powracały obrazy, a wraz z nimi przeróżne myśli. Niekontrolowane. Raz wesołe, a raz smutne. Rozmyślałam, jak zakończyło się nasze powstanie. Kto przeżył, a kto nie. Powracałam do życia z rodzicami. Wspominałam loczki Malwinki. Myślałam też o Tomaszu. W jakiś niewyjaśniony sposób byłam na niego zła. Oddał swoje życie, chociaż po strzale w głowę wszystko było już z góry przesądzone. To cud, że jeszcze przez te kilka minut szok utrzymywał mnie przy życiu. Adrenalina sprawiła, iż nie czułam bólu, chociaż pocisk z pewnością dokonał już dzieła zniszczenia. Tomasz nie powinien przyjmować ostatniej kulki. Oczywiście doceniałam jego poświęcenie i byłam za nie wdzięczna. To była piękna, dostojna i heroiczna śmierć. Pomimo swojej całkowitej bezużyteczności.
     Pozwoliłam sobie również pomyśleć o Adamie. Radowało mnie, że nie muszę się już o niego obawiać. Był bezpieczny, bez względu na przebieg walk. Kochałam tego mężczyznę. Nie miałam, co prawda porównania, jednak wiedziałam, iż moje uczucie było szczere. Wspominałam nasze spojrzenia i gesty. Szorstkość jego zarostu na policzku, ciepło oddechu na szyi, wszystkie pocałunki i piękno zielonych oczu. Wracałam pamięcią do wszelkich wymian zdań, do tego, jak mnie wspierał i krytykował. Skakałam od pierwszego dnia do ostatniego, powtarzałam wszystko po kilka razy i wcale mi się nie nudziło. Mogłam żałować tylko jednego… tego, że umarłam.
     Zastanawiałam się, czy tak właśnie będzie wyglądał mój koniec. Wiecznie zawieszona w nicości, ciągle niepewna, cały czas zdana na własne towarzystwo. Gubiłam się w sobie. Jak szaleniec na przemian śmiałam się i płakałam. Czasem nawet byłam zła, że nigdzie nie widzę żadnego tunelu, czy światła, w którego kierunku mogłabym zmierzać. Nikt mnie nie osądzał – oczywiście poza mną samą. „A może to właśnie na tym polegała kara?”. – Zastanawiałam się. – „Może sama musiałam rozliczyć się ze wszystkich przewinień? Jeśli tak, należało to zrobić z pokorą”.
   – Boże – zaczęłam, jednak szybko stwierdziłam, iż jestem zbyt bezpośrednia. – Ojcze, przebacz mi, bo zgrzeszyłam. Nazywam się Lilianna Błysk. Mam dziewiętnaście lat. Nigdy nie pałałam religijnością, gdyż nie miałam do końca pewności czy istniejesz. Wybacz, jeśli się myliłam. Byłam głupia. Ciągle się bałam. Robiłam z siebie męczennika i chciałam, by każdy mi współczuł. Pragnęłam być lepsza od innych. Wyróżniona. Podziwiana. Wiecznie przeczyłam samej sobie. Nie potrafiłam wykrzesać konsekwencji, popełniałam błąd za błędem i podejmowałam pochopne decyzje. Unosiłam się honorem. Kłamałam dla dobra własnej sprawy. Przedkładałam swoje pragnienia nad dobrem bliskich. Nie umiałam ochronić samej siebie, chociaż obiecałam, że będę ostrożna. Skazałam nienarodzone dziecko na śmierć…
     Coś we mnie pękło. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, co tak naprawdę zrobiłam. Straciłam szansę na bycie matką, odebrałam Adamowi nie tylko narzeczoną, ale i nasze maleństwo…
   – Tak bardzo, bardzo przepraszam – rzekłam, gdy załamałam się całkowicie. – Przepraszam cię moje dziecko. Wybacz, że odebrałam ci prawo do życia. Powinnam cię kochać, pielęgnować i troszczyć się o ciebie. Gdziekolwiek jesteś, błagam o przebaczenie, chociaż wiem, że nie mam prawa nazywać się twoją matką. Jestem suką. Zimną, okrutną, pozbawioną jakichkolwiek praw szmatą. Padliną, ścierką, śmieciem, wrakiem człowieka i nic nie wartym przedmiotem. Rzeczą. Dokładnie tym, czym widział mnie Radek. Zerem.
   – Wybacz mi, proszę – próbowałam raz jeszcze. – A jeśli nie, pozwól chociaż powiedzieć, że żałuję. Byłam tak zawzięta, tak zapalczywa, tak… przerażona, iż moje plany się nie powiodą, że poświęciłam swoje człowieczeństwo, byleby tylko zrealizować cel. Koniec końców przegrałam wszystko. Nie powinnam się wcale narodzić. Takim jak ja, nie warto przydzielać miejsca na ziemi…
     Nie miałam pojęcia ile trwały moje błagania. Wiem tylko, że w końcu znowu nastąpiła cisza. Długa, niezręczna i kłująca w uszy. Moje bębenki wręcz pękały od ciągłego jej pisku. A potem pojawiły się głosy. Myślałam, że to aniołowie idą strącić mnie do piekła. Więc czekałam na ich przyjście. Pokonana i smutna, bo przecież wszystkie słowa zostały już wypowiedziane. Sąd wydał wyrok. Decyzję podjęto. Zasłużyłam na każdy język ognia, który będzie palił skórę.
     Nikt jednak po mnie nie przyszedł, chociaż głosy stawały się coraz wyraźniejsze. Pikanie, szepty, szuranie krzesłami, skrobanie długopisem. W końcu także dotyk. Gładzenie po policzku. Uścisk dłoni. Łzy na twarzy. Potworny męski szloch. I ten zapach. Znajomy i jedyny w swoim rodzaju. Czułam, jak moje serce bije i krew pulsuje w żyłach. Jak jakaś kołdra otula ciało i poduszka pachnie detergentem. Ale nie mogłam się poruszyć. Nie dałam rady otworzyć oczu. Nic się nadal nie działo.
   „Czy to jest właśnie piekło?”. – Pomyślałam. – „Czy mam być tak blisko, lecz nigdy nie wrócić?”. To było zdecydowanie gorsze od jakichkolwiek płomieni. Wrzucona do ognia, byłabym pewna ostateczności. Teraz zaś wisiałam gdzieś pomiędzy życiem, a śmiercią. Gdzieś pośród byciem, a umieraniem…
     Zaczęłam jednak myśleć, iż być może wcale nie zginęłam. Jak inaczej można wyjaśnić obecność Adama? Przecież martwe ciało ulega rozkładowi, a to uniemożliwiłoby pojawianie się przy mnie cyklicznie. A może ja sobie to tylko wyobrażałam? Co, jeśli tak naprawdę trwałam w marze lub śnie? Albo w złudzeniu? Zupełnie nie wiedziałam, co o tym wszystkim mam myśleć.
     W końcu nabrałam pewności, że żyję. Wtedy, gdy dotarł do mnie kobiecy szept:
   – Zobacz, kochanie, to twoja siostrzyczka, Lilianna. – Paula musiała mówić do Malwinki, bo odpowiedziało jej radosne gaworzenie. – Lila cię bardzo kocha, skarbie. Mam nadzieję, że w końcu powróci i będziesz mogła się z nią pobawić.
     Moje serce drgnęło. A więc żyli. Wszyscy troje. Plan nie był wcale porażką. Zatem może… może… – walczyłam ze sobą, a nadzieja z wolna kiełkowała w sercu – może nasze dziecko też przeżyło? Skoro ja żyję?
     Wiedziałam, iż muszę walczyć. Chciałam się obudzić. Naprawić wszystkie błędy. Odwdzięczyć za dobro, którego doświadczyłam. Odpokutować winy. Zrobić w końcu coś dla innych. Być czymś więcej niż zerem. Dać komuś radość, śmiech i miłość. Ofiarować całą siebie i jeszcze więcej. Obdarować wszystkim, co tylko w mojej mocy. Przywrócić nadzieję…
     Ze wszystkich sił próbowałam powrócić. Chciałam poruszyć ciałem. Walczyłam, by powieki się otworzyły, ręce odwzajemniły dotyk, a głowa drgnęła pod wpływem głaskania. Ale to wszystko było na nic. W końcu zaczęłam błagać Boga o łaskę:
   – Panie Boże, tak bardzo pragnę wrócić i naprawić wszystkie winy. Proszę, pozwól mi być lepszym człowiekiem. Chcę być wspaniałą żoną, cudowną matką, siostrą i przyjaciółką. Obiecuję dawać całą siebie i nie oczekiwać niczego w zamian. Pragnę tylko drugiej szansy. Wierzę, że mogę wszystko naprawić. Być oparciem w żałobie dla Pauliny, okazać się kochającą małżonką dla Adama, stać się całkowicie oddaną dziecku matką. Błagam… zrobię co tylko sobie zażyczysz. Będę się modlić za innych, odmawiać sobie wszystkiego i pomagać potrzebującym. Ja sama nie pragnę nic więcej. Tylko proszę… pozwól mi wrócić.
     Poczułam, jak po policzkach popłynęły łzy. Te całkowicie prawdziwe. Głowa na wykrochmalonej poduszce, drgnęła gdzieś tam na ziemi gwałtownie i słone krople wsiąknęły w poszewkę. Pomyślałam, że to jest właśnie ta chwila. Moment, gdy powracam z wygnania do krainy życia. Jednak zamiast otworzyć oczy, zapadłam się jeszcze głębiej...
     Najpierw była ciemność, a potem promienie słońca zaczęły oślepiać szeroko otwarte oczy. Ale wcale się nie przebudziłam.
     Z perspektywy widza oglądałam starszą wersję siebie. Stałam w letni poranek na boisku szkolnym. Miałam na sobie kolorową sukienkę w kwiaty i… skrzydła przytwierdzone do obojczyków. Były takie piękne. Śnieżnobiałe, wielkie i miękkie w dotyku jak jedwab. Tak duże, że mogłam się nimi cała zakryć. I nigdy nie musiałabym szukać schronienia.
     Naraz usłyszałam śmiech. Dookoła biegała grupka dzieci. Nie były to jednak zwykłe maleństwa. Każde miało parę swoich własnych skrzydełek. Uczyłam je, jak się unieść w powietrzu. Klaskały i pokrzykiwały wesoło. Byłam taka szczęśliwa i dumna z dokonań podopiecznych. Wiedziałam, że jestem im potrzebna, a one mnie kochały. Taką bezwarunkową miłością, jaką może obdarzyć tylko dziecko. Chociaż wcale nie były moimi szkrabami. Stanowiłam tylko nauczycielkę. Czułam jednak, że jestem serdeczną przyjaciółką. Trzymały mnie za ręce i podskakiwały. Biły brawo, jak podrzucałam każde w powietrze. Dopingowały siebie nawzajem. Służyły oparciem...
     Kiedy jednak podnosiłam ostatniego aniołka, niebo gwałtownie zaczęło się chmurzyć. Wiedziałam, iż zbliżał się koniec lekcji, ale uparłam się, że każde maleństwo musi dostać swoją szansę. Ten chłopczyk był mniejszy od innych. Dopiero, gdy do mnie podszedł zdałam sobie sprawę, iż jego skrzydełka nie są tak idealne jak reszty. Jedno było szarawe i małe, a drugie wygięte pod dziwnym kątem. Zmartwiłam się, że być może nie będą w stanie unieść małego ciałka. Dziecko nie patrzyło na mnie, tylko odwróciło się tyłem i zgarbiło ramionka. Wyraźnie zdawało sobie sprawę ze swojej odmienności. Wstydziło się. Byłam pewna, iż oczekiwało kpin ze strony kolegów, chociaż wszystkie aniołki dodawały mu otuchy i klepały po pleckach.
     Położyłam dłonie na maleńkich barkach i zapytałam:
   – Gotowy na pierwszy lot?
     Ramionka przestały się garbić. Słyszałam, jak głośno nabiera powietrza. Walczył – tak jak kiedyś pewna dziewczyna. Za odpowiedź posłużyło mi tylko potaknięcie główki. Dopiero wtedy dostrzegłam ciemnorude loki okalające drobną twarzyczkę. Były śliczne i takie jakieś… znajome.
     Podrzuciłam aniołka do góry. Zaciekle machał skrzydełkami, jednak po chwili przekrzywił się w powietrzu na bok, a następnie spadł, boleśnie uderzając o ziemię i raniąc nóżkę. Tuż koło miednicy. Zaczęłam biec w jego kierunku. Dzieci całkowicie zamilkły.
     Kiedy już miałam dotykać zgarbionych plecków, powietrze nad szkołą przebiła kula ognia. Uderzyła w dach i z głośnym hukiem wpadła do środka. Spojrzałam w górę i zobaczyłam, że kolejne meteoryty pędzą z niewyobrażalną prędkością. Aniołki zaczęły płakać i kurczowo łapać mojej sukienki. W szkole powstał jeden wielki chaos – nauczyciele biegali, dzieci kwiliły, a budynek zaczynał zawalać się na naszych oczach. Kolejne kule, raz po raz uderzały w gmach, wywołując zniszczenie i pożar. Ogień zaczął trawić drzewa i plac zabaw. Aniołki drżały u mego boku.
   – Musimy wszyscy wzbić się w powietrze – powiedziałam, gdy płomienie odcięły naszą jedyną drogę ucieczki przez deptak. – Polecimy i znajdziemy jakieś bezpieczne miejsce. Dalej dzieci, dacie sobie przecież radę.
     Po kolei podrzucałam maleństwa w górę. Były silne i nad wyraz dzielnie znosiły sytuację. Unosiły się wysoko i czekały na dalsze wytyczne. W końcu zaczęłam podnosić zranionego aniołka, by wraz z nim i resztą polecieć na najbliższą polanę. Ale nie mogłam go unieść. Dyszałam, sapałam i pociłam się, a on cały czas leżał na ziemi. Byłam bliska załamania, gdy odwrócił ku mnie swoją główkę i powiedział:
   – To na nic, mamusiu. Przecież wiesz, że już nigdzie nie polecę. Nie ochronisz mnie. Jestem dla ciebie zbyt wielkim ciężarem...
     Słowa nie wstrząsnęły mną tak bardzo jak jego wygląd. Zielone oczy Adama patrzyły smutno i pewnie. Moje rude, kręcone włosy okalały bladą twarz niczym aureola, a nosek i usteczka wyginały się tak, jak te, należące do Malwinki.
   – Skarbie, musimy spróbować – wykrztusiłam i raz po raz starałam się go podnosić. Ogień osmalił już końce moich skrzydeł, jednak nie dawałam za wygraną. – Uwierz mi, synku, jeszcze nic straconego.
   – Za późno – odparł i ucałował mnie w skroń. Tą samą, w którą trafiła kula. – Uciekaj, mamo, musisz już lecieć. Oni cię potrzebują.
   – Ale to ty jesteś teraz najważniejszy – kwiliłam, całując jego ranę na udzie. Ku mojemu zdziwieniu przestała krwawić i zasklepiła się natychmiast. – Kochanie, proszę, nie poddawaj się. Tak bardzo cię kocham, nie możesz tu zostać, spróbujmy raz jeszcze.
   – Wystarczy, że mnie miłujesz. – Uśmiechnął się i pocałował drżące dłonie, jednocześnie delikatnie je odpychając. – Czasem najlepszym, co możemy dla kogoś zrobić, jest pozwolić mu odejść.
     Nim zdążyłam się zorientować, aniołek poturlał się wprost w płomienie. Usłyszałam jeszcze tylko ostatni szept:
   – Żegnaj, mamusiu. Wybaczam ci. Możesz już wracać…
     Po tych słowach skrzydła samowolnie uniosły moje ciało do góry. Zapłakana leciałam wysoko, wysoko, wysoko, pozostawiając w dole szkołę, aniołki i płomienie. Leciałam i leciałam, a ponad chmurami przebijał się tylko jeden dźwięk – mój szloch. W końcu uzmysłowiłam sobie, że naprawdę go straciłam. I to bezpowrotnie.
     A potem pojawiło się światło.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2598 słów i 14652 znaków, zaktualizowała 18 kwi o 0:05. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • AlexAthame

    Wierzę, że musiałaś płakać, pisząc to.  :przytul:

  • Kocwiaczek

    @AlexAthame, bardzo. Za każdym razem jak wracam, mam tak samo. Dlatego ciężko było się przemóc i go wstawić. Dziękuję za wizytę:)

  • AlexAthame

    @Kocwiaczek Ciekawe jak zakonczysz bo sama napisalas ze juz blisko zakonczenia :)

  • Kocwiaczek

    @AlexAthame, nic nie zdradzam. Jeszcze zostały ostatnie karty do odkrycia :)

  • AlexAthame

    @Kocwiaczek Mozesz zdradzac.Tylko męża nie :smiech2:

  • shakadap

    Brawo. Świetnie napisane.
    Wzruszające i sięgające głęboko.  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, dziękuję. Nie powiem, że się cieszę, bo pisząc leciały łzy, ale jeśli udało mi się oddać emocje, które chciałam przekazać, to mogę czuć się w jakiś bliżej nieokreślony sposób spełniona.

  • Gaba

    Piękna polszczyzna. Brawo.

  • Kocwiaczek

    @Gaba, dziękuję. Ten rozdział jest dla mnie szczególny, więc tym bardziej miło mi, że zawitałeś.  

    Do końca tylko dwa.