55. Błysk i Grzmot – Część VI – Burza // Rozdział X

55

     Biel… Kolor niewinności. Barwa jaśniejsza niż wszystkie inne. Kompletna. Bez skazy. Jak szkolna kreda i chmury na letnim niebie. Niczym wyjątkowo mroźna noc, a z nią szron na szybie. No i te wszystkie płatki śniegu. Tak idealne. Niepowtarzalne. Wyjątkowe. Biel ścian dookoła mnie, pościel w szpitalnym łóżku. Dotykałam jej, wąchałam, czułam. I choć płacz nie ustępował, wiedziałam że się obudziłam.
     Ciche łkanie. Ocieranie łez rękawem. Pod kołdrą, w ukryciu. Byleby nie obudzić duchów i wewnętrznego mroku. Już nie pragnęłam być zauważona. Bo bycie tutaj oznaczało stratę. Mój syn odszedł. Mężnie, dorośle, odważnie. To ja czułam się teraz jak dziecko. Kuliłam niczym bezbronny ptaszek. Jednak wiedziałam, iż to na nic. Jego już nie było. Nie ochroniłam go, zawiodłam…
     W końcu wygramoliłam się z pościeli. Pokój tonął w półmroku. Ledwie na niego zerknęłam. Jakoś trudniej, ale podciągnęłam kolana pod brodę – raz, dwa, raz, dwa – bujałam się w przód i w tył. Wcale nie pomagało. Opadłam na bok. Nadal skulona, z zamkniętymi oczami zastanawiałam się, czy ten ból kiedykolwiek przeminie. Czy rana się zagoi i będę potrafiła sobie wybaczyć. Tak jak on mi wybaczył…
   – Lilu? – Na dźwięk głosu raptownie uniosłam głowę. U progu stał Adam. Jedną dłonią przytrzymywał klamkę od na wpół uchylonych drzwi, a w drugiej niósł kubek, wypełniony jakimś napojem. Wyglądał starzej, był nieogolony i pod oczami wykwitły cienie. Pomimo to, miałam ochotę zerwać się na równe nogi i biec prosto w męskie ramiona. Jednak tego nie zrobiłam. Poczucie winy kazało zostać na miejscu. Nie mogłam już dłużej kłamać. Nie zasługiwał na takie traktowanie.
   – Ja… – zaczęłam, ale język odmówił mi posłuszeństwa. Słowa utknęły gdzieś w gardle, a ślina nie chciała napłynąć do ust. Próbowałam chrząkać, kasłać i masować szczękę. Nie pomagało. Adam najwyraźniej zorientował się w sytuacji, bo podbiegł i wręczył mi kubek. Spojrzałam do środka. To było kakao…
     Upiłam długi łyk. Napój wniknął i rozpalił mnie od środka. Zamknęłam oczy, by się jakoś uspokoić. Masa wspomnień zalała głowę niczym wodospad. My oparci o drzewo, razem w namiocie, kochający się w chatce, tulący w jaskini… Samotna łza spłynęła po policzku. Wargi zaczęły drżeć. Nie mogłam dalej zwlekać. Musiałam to w końcu powiedzieć.
   – Przepraszam – wyszeptałam, patrząc na swoje dłonie. Wenflon tkwił w jednej z nich. – Przepraszam, że nie powiedziałam ci o dziecku. Nie mam pewności od kiedy, ale wiem, iż byłam w ciąży. Myślałam, że jestem silna i dam radę, przecież tyle razy się udawało. Ale byłam głupia, myśląc iż jestem do czegokolwiek potrzebna. Straciłam przyjaciela, sojuszników i syna. Przez własną pychę i arogancję. Moja przyjaciółka jest przeze mnie wdową. Siostra pół-sierotą. Nie będę was winić, jeśli zechcecie odejść. Prawdę mówiąc sama bym się siebie wyparła, gdyby tylko to było możliwe…
     Odpowiedziała mi jedynie cisza. Nie miałam odwagi unieść głowy. Po raz kolejny czułam się niechciana i zawstydzona. Tyle tylko, że tym razem całkowicie sobie na to zasłużyłam.
   – Jeśli zechcesz mnie opuścić, zaakceptuję to – ciągnęłam dalej, byle tylko wypełnić nieznośną ciszę. – Masz pełne prawo mnie nienawidzić. Powinnam była pójść z wami, a nie udawać żołnierza. Widziałam ich i wiem, iż moje działania okazały się znikome. Nie umiałam walczyć, ani samej siebie obronić. Nie wiedziałam, jak ochronić nasze dziecko. – Głos się załamał i czułam, że zaraz będę płakać. – Proszę – Ramionami wstrząsnął dreszcz. – Idź już. Jeśli nie możesz wybaczyć, to przynajmniej o wszystkim zapomnij…
     Po tych słowach odwróciłam się i ułożyłam z powrotem na łóżku. Szlochając oczekiwałam na skrzypnięcie drzwi. Zamiast tego usłyszałam:
   – Odwróć się tutaj. – Głos miał napięty i nie mogłam wyczytać żadnych emocji. Podniosłam ciało, powoli ocierając rękawem policzki. Gdy skończyłam, wzrok padł na jego dłonie. Paznokcie były poobgryzane do krwi. W pierwszym odruchu chciałam ująć męskie ręce, jednak szybko się powstrzymałam. To nie ja byłam teraz stroną podejmującą decyzję.
   – Spójrz na mnie – wyszeptał, takim tonem, że włoski na karku momentalnie stanęły dęba. Niepewnie podnosiłam wzrok. Najpierw beżowe spodnie, potem szary sweter. Niebieski kołnierzyk koszulki polo, kłująca broda, spierzchnięte usta i szorstkie policzki. W końcu też i tęczówki. Zielona trawa, którą niedawno widziałam. Oczy naszego synka.
     Przełknęłam głośno ślinę. Organizm zaczął powracać do życia. Wciągnęłam powietrze nosem, lekko zachłystując się od płaczu. Wypuściłam je z głośnym świstem. Czekałam.
     Adam nadal milczał. Po kilku sekundach, które były dla mnie niczym wieczność, ujął moje dłonie. A potem usiadł na łóżku i mocno uściskał.
   – Trzy miesiące – odparł, wtulając twarz we włosy – tyle czekałem w obawie, iż nigdy więcej nie przemówisz. Nie myśl więc, że tak łatwo sobie ciebie odpuszczę.
     Zdziwiłam się. To było niespodziewane. Szczerze powiedziawszy oczekiwałam wszystkiego, ale nie tego.
   – Ja przecież... – zaczęłam, jednak męski uścisk odebrał cały dech. Chyba nie do końca zdawał sobie sprawę, jak bardzo jestem osłabiona. Generalnie powinnam mieć także trudności z mówieniem, ale dobry Bóg pewnie nie chciał odbierać mi tej zdolności. W końcu zawsze dużo mówiłam. Czasem aż nazbyt. – A...dam – wycharczałam w końcu. – Dusisz mnie.
     Odsunął się gwałtownie. Szybko złapałam haust. Przed oczami zawirowało. Uchwyciłam jego ramienia, jednocześnie podtrzymując własną głowę. Było mi słabo i zbierało się na mdłości. Zakryłam usta dłonią…
     W tej samej chwili do pokoju wkroczyła przysadzista pielęgniarka. Widząc moją minę, szybko porwała w dłonie stojącą pod łóżkiem miskę i łapiąc mnie pod piersiami, i za plecami, zgięła w pół. Tym samym, w ostatniej chwili uratowała posadzkę przed wymiocinami.
   – Co pan sobie najlepszego wyobrażał?! – zbeształa Adama, najwyraźniej patrząc na zawartość naczynia. – Kakao?! Przecież pacjentka dopiero co wybudziła się ze śpiączki!
   – To moja wina – zaczęłam pomiędzy jednym, a drugim atakiem – zaschło mi w ustach.
   – Nic dziwnego, w końcu od trzech miesięcy nic pani w nich nie miała!
    To była wyjątkowo celna uwaga. Nawet ja czułam, że po chwili żołądek znowu stał się pusty. Pielęgniarka przegoniła Adama z łóżka i zmusiła mnie do pozycji leżącej. Podniosła lekko poduszkę, a na czole położyła chłodny okład.
   – Ma pani małą gorączkę. Czy były jakieś trudności z oddychaniem?
    Spojrzałam na ukochanego stojącego bezradnie u stóp łóżka. Drgnął lekko na słowa sanitariuszki.
   – Trochę mi duszno – przyznałam. – Mam wrażenie, jakbym była w komorze i ktoś zmniejszył dawkę powietrza.
    Pokiwała głową, jednocześnie podnosząc z ziemi jakiś kawałek plastiku z rurką.
   – Musiała się pani wyjątkowo gwałtownie wybudzić. – Pomachała przedmiotem przed moim nosem. – Maska tlenowa powinna być nadal przytwierdzona do twarzy. Proszę oprzeć wygodnie głowę. Pomimo, że stabilny oddech powrócił, najwyraźniej przyda się mała pomoc. Proszę tylko nic więcej nie mówić, do czasu aż przyjdzie lekarz i wyrazi zgodę.
     Szybko założyła mi maskę. Trochę dziwnie było w niej oddychać, ale już po pierwszym wdechu poczułam znaczną różnicę. Przymknęłam delikatnie powieki.
   – Pan musi stąd wyjść. – Kobieta poganiała Adama. – Narzeczona potrzebuje spokoju i snu. – Zmierzyła go wzrokiem ponad okularami. – Pan również. Któż to  
widział przebywać w szpitalu dzień i noc!
     Pokiwał głową bez słowa i zaczął zmierzać w kierunku drzwi. Rzuciłam okiem na pokój. Obok stało puste łóżko. Uchyliłam nieco maskę.
   – Proszę pozwolić mu tutaj spać – odparłam cicho. Obydwoje zdziwieni odwrócili się w moim kierunku. – Jest wolne łóżko, a ja nie chcę zostać sama.
   – Złotko – zaczęła kobieta – pilnuje cię przecież patrol wojska. Nie musisz się niczego obawiać.
     „Patrol wojska? Naprawdę?”. – Pomyślałam. To chyba dobrze, jednak nie tego potrzebowałam. Gwizdałam na własne bezpieczeństwo. Chciałam mieć przy sobie ukochanego. I nikogo więcej.
   – Pani nie rozumie – pokręciłam głową – boję się własnych snów. Wojsko nic na to nie poradzi. Ale Adam, owszem. Proszę...
     Zlustrowała wzrokiem nasze oblicza. Tupnęła obutą w trzewik stopą. Wzięła ręce pod boki. W końcu jednak westchnęła.
   – No dobrze. – Uśmiechnęła się półgębkiem. – Ale żeby mi to było ostatni raz. – Podeszła do małej komody naprzeciwko mojego łóżka i wyciągnęła z niej drugą pościel. Wręczyła całość Adamowi. – Tu są poszewki, a na łóżku kołdra i poduszki. Proszę powlec. A pani – wskazała na mnie palcem i pogroziła – niech już się lepiej dzisiaj nie odzywa. Ani mi, ani wam nie są potrzebne kłopoty, więc bądźcie cicho. Jutro będziemy musieli przeprowadzić szereg badań, więc musi być pani wypoczęta. Dopilnuje pan tego?
     Adam ochoczo pokiwał głową. Pielęgniarka ukłoniła się lekko i wzdychając „ach, ci młodzi”, zarzuciła krótko ostrzyżonymi włosami. W tym świetle jej grzywka nabierała ciekawego czerwonego odcienia. Pomaszerowała do drzwi, śmiesznie przy tym kołysząc biodrami i po chwili zniknęła na korytarzu. Adam odprowadził kobietę wzrokiem.
    Potem przesunął łóżko bliżej mojego i unosząc palec do ust, wyszeptał:
   – Cii… – uciszył mnie – pościelę to draństwo, bo nie chcę dostać od niej manta, a potem będę mówił, okej?
     Przytaknęłam, nie wiedząc co takiego w ogóle chciał powiedzieć. Wyglądał na zadowolonego. Nucił coś, gdy mocował się z poduszkami i kołdrą. W końcu zdjął skarpetki, spodnie i sweter, by w samej koszulce i bokserkach wślizgnąć ciało pod kołdrę na drugim łóżku. Następnie spojrzał na mnie i sięgnął po drobną dłoń.
   – Tylko nie przerywaj. – Posłał szelmowski uśmiech, lecz po chwili spoważniał. – Wiem, że byłaś w ciąży. Robert powiedział mi o waszej rozmowie. – Moje oczy musiały wyrazić zdziwienie, więc dodał. – Tak, żyje. Andrzej i Edek też. – Uśmiechnął się szerzej. – Trochę ich okaleczyli, jednak szybko doszli do siebie. Ale do rzeczy – mocniej uścisnął moją dłoń – nie mogę powiedzieć, iż nie był to dla mnie cios. W głębi serca miałem nadzieję, że uda ci się to przetrwać, niemniej bądźmy szczerzy – niejeden silniejszy, lepiej uzbrojony i do tego strażnik czy żołnierz poległ. Pomimo to łudziłem się, iż przeżyjesz, bo przecież byłaś dla wszystkich najistotniejsza. Zwłaszcza dla mnie. Ponadto – wzruszył ramionami – wcale nie miałem pewności, czy rzeczywiście byłaś ciężarna. Dziecko mogło być tylko wytworem wyobraźni…
   – To był chłopiec – szepnęłam, minimalnie unosząc maskę – widziałam go. Śnił mi się. Miał twoje oczy i moje włosy. Był taki jak my. Niedoskonały, ale walczył. A ja mu podcięłam skrzydła…
   – Miałaś nic nie mówić – rzekł, delikatnie gładząc damski policzek. – Jeśli rzeczywiście nasz synek gdzieś tam jest, nie może mieć ci za złe wszystkich czynów. Uratowałaś wielu ludzi. To dzięki tobie wygraliśmy.
   – Dzięki mnie? – zdziwiłam się. – Ale ja nic ważnego nie zrobiłam.
   – Gdy pobiegłaś na nieuczęszczane schody, obrałaś zupełnie inną drogę niż wszyscy, prawda?
     Pokiwałam głową, ciekawa do czego zmierza.
   – No więc, gdy reszta ratowała uwięzionych cywili i polityków, ty oswobodziłaś wojskowych. To oni przyłączyli się do walki i odparli atak. Co prawda, prezydentowi niedługo po uwolnieniu żołnierzy, zbombardowali tę część więzienia, jednak w niczym im to nie pomogło. Byłaś, Lilianno mocą napędową. Cały ten czas. Nawet przez moment nie wolno ci myśleć, iż okazałaś się zbędna. Wszyscy są ci ogromnie wdzięczni. Sam premier parę razy tutaj zaglądał. Chcą cię odznaczyć. I cieszy mnie to, bo nikt nie zasługuję na to bardziej niż ty.
   – Tylu ludzi zginęło – pokręciłam głową – na marne. To żaden powód do dumy…
   – Nie ty kazałaś im walczyć i nie ty skazałaś ich na śmierć – przerwał mi. – Sama też nie wyszłaś bez szwanku.
     Instynktownie dotknęłam skroni. Wyczułam zgrubienie, tam gdzie jak sądziłam uderzyła kula.
   – Tylko się omsknęła, pozostawiając zwęgloną skórę – wyjaśnił. – Gorzej z nogą. Musieli wstawić implant…
    Opuściłam dłoń poniżej miednicy. Miałam na sobie tylko szpitalną koszulę, zatem bez trudu mogłam dotrzeć do zagojonego już miejsca. Wzdłuż uda biegła gruba blizna. Nie czułam jednak żadnego bólu, ani też dyskomfortu, w związku z posiadaniem w sobie czegoś obcego.
   – Tytanowa wstawka w środku kości – kontynuował Adam. – Na razie jesteś na lekach przeciwbólowych, więc dopiero jutro może ci się pogorszyć. Będą chcieli odstawić medykamenty, aby zobaczyć, jak sobie radzisz z tolerowaniem implantu. Zaplanowano rehabilitację, ale jeśli wszystko pójdzie dobrze, już niedługo będę mógł cię stąd zabrać.
   – Czyli nadal mnie chcesz? – wypaliłam pospiesznie. – Nie masz do mnie żalu?
   – Nic, a nic – odparł poważnie.
    Zapytałam zatem o najbardziej istotną sprawę:
    – Naprawdę jeszcze mnie kochasz?
     Parsknął lekko ze śmiechu. Nachylił się i ucałował policzek.
   – Nigdy nie przestałem. – Puścił oczko i powrócił na swoje miejsce. – Zobaczysz, teraz już będzie dobrze. Prezydenta, co prawda nadal szukają, ale cały świat już wie ile nawyrabiał szkód i oficjalnie wysłano za nim list gończy. Złapią go prędzej czy później. To tylko kwestia czasu. My dwoje mamy większy dylemat…
   – Co takiego? – Oczy wypełnił strach, więc pospieszył z wyjaśnieniami:
   – Chcesz wracać do willi, która powstała na twoim podwórku? – Rozłożył jedną dłoń w lewą, a drugą w prawą stronę. – Czy do tej nędznej chaty w lesie?
    Odetchnęłam z ulgą. To nie był żaden problem. Właściwie wcale nie musiałam się nad tym zastanawiać. Miałam tylko jeden dom. Jednego ukochanego i jedno życie. Skoro Bóg dał mi drugą szansę, nie mogłam jej stracić, pławiąc się w luksusie i wyrastając na kapryśną damulkę.
     Nie potrzebowałam przepychu, sławy i bogactwa. Pragnęłam spokoju: zimnych nocy, rześkich poranków, wartkich strumyków i zapachu igliwia.
   – Zabierz mnie do naszego domu. – Uśmiechnęłam się. – Wolałabym po tysiąckroć zniszczoną kanapę niż to łóżko. No i może być nam strasznie niewygodnie uprawiać tutaj seks, nie sądzisz?
     Spojrzał na mnie zdumionym wzrokiem, a następnie zaniósł się głośnym śmiechem. Po chwili zaczęłam wtórować. Nie zważaliśmy, że nas usłyszą. Nieistotne, iż pielęgniarka sobie pokrzyczy. Obojętne, czy zacznę tracić oddech i zima za oknem przywita nas zamarzniętym paleniskiem…
    Mieliśmy siebie. I to właśnie było ważne.

Kocwiaczek

opublikowała opowiadanie w kategorii dramat i miłosne, użyła 2691 słów i 15473 znaków, zaktualizowała 18 kwi o 0:16. Tagi: #katastrofa #tajemnica #przemoc #miłość #strata

3 komentarze

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • Gaba

    Pięknie malujesz językiem... Naprawdę!

  • Kocwiaczek

    @Gaba, dziękuję :) Miło mi ogromnie:D

  • Gaba

    @Kocwiaczek Tobie nie ma być miło. TY pisz.
    I zastanawiaj się nad kolejna opowieścią.... Boć ta się kończy.... Niestety....  
    Pozdrawiam

  • Kocwiaczek

    @Gaba, mawiają że gdy coś się kończy, coś się zaczyna ;)

  • shakadap

    Brawo. Świetnie napisane.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap, bardzo dziękuję:)

  • AlexAthame

    Piękne. Mam nadzieję, że miłość Adama doda jej sił by wyzdrowiała. Szkoda ze straciła syna, to dla matki największa strata. :sad2:

  • Kocwiaczek

    @AlexAthame, dziękuję. Wszystko wyjaśni się w epilogu. No...może nie zupełnie wszystko ;)