19. Błysk i Grzmot – Część II – MROK // Rozdział VIII

Moja mama lubiła używać określenia „strach ma wielkie oczy”. Może to dlatego zawsze udawałam, że jestem bardziej odważna niż naprawdę byłam. Nie przerażały mnie pająki, czy wymyślone stwory. W życiu najbardziej bałam się samotności i ciemności. O ile w ostatnich dniach samotność udawało mi się jakoś przezwyciężyć, ciemność budziła we mnie stałe obawy. Nic nie mogło mnie bardziej wytrącić z równowagi niż cień sunący poprzez mrok. Tak właśnie było teraz.

Widziałam, że postać zbliża się w moim kierunku, mogłam więc mieć tylko nadzieję, że mnie nie zauważy. Jak sparaliżowana stałam przy drzewie. Człowiek ten jednak nadal zmierzał wprost na mnie, co nie wróżyło nic dobrego. Byłam bliska omdlenia, kiedy zatrzymał się dokładnie przede mną. Zamiast zaatakować schował jednak ręce w kieszeniach i potrząsnął głową:

– Czemu to zrobiłaś? – szepnął. To był Adam. Byłam zdziwiona, że znalazł mnie bez najmniejszego trudu. – Czy zdajesz sobie sprawę z tego, że jest to środek lasu, a dookoła mogą grasować dzikie zwierzęta? – Lekko podwyższył głos. – Myślisz, że na darmo gaszę na noc ogień i staram się nie wychodzić po zmroku? Coś ty sobie myślała? A gdybym cię nie odszukał? Gdybyś nie miała na sobie tej kolorowej bluzy, a ja bym nie znał tego lasu i nie był przyzwyczajony do ciemności? – Trząsł się od złości, ale nie krzyczał. – Mógłbym cię nie odnaleźć. Dałabyś radę wrócić? Wątpię – prychnął. – Na dodatek nawet nie mogę zacząć się na ciebie wydzierać, bo mógłbym sprosić tutaj jakiś nieproszonych gości. Chodź wreszcie. – Mocno ścisnął moją dłoń i szarpnął za rękę. – Jesteś cholernie nieodpowiedzialna...

Nawet nie pisnęłam słówkiem, gdy ciągnął mnie z powrotem w kierunku chatki. Cóż, miał rację, więc wolałam go dodatkowo nie wkurzać. Nie wiem, co mnie napadło. Naprawdę czułam się podle po tym, jak przypomniałam sobie, co zrobił mi Radek, ale dlaczego tak usilnie starałam się krzywdzić samą siebie? Przecież nie mogłam wiecznie uciekać. Biec na oślep. Może i moje życie stało się nad wyraz skomplikowane, ale nadal żyłam. I musiałam robić to dalej. Pomimo tego, jak bardzo było to trudne.

Po kilku minutach byliśmy z powrotem w chatce. Przyjemne ciepło z palącego się jeszcze paleniska ogrzało moją twarz, jak tylko przestąpiłam próg. Atmosferę w pomieszczeniu podgrzewała jeszcze dodatkowo złość Adama. Byłam pewna, że nic mi nie zrobi, ale wolałam nie wchodzić mu w drogę, usiadłam więc w kącie sofy i podkuliłam kolana do klatki piersiowej. Nie dane było mi jednak uniknąć jego wściekłości:

– Czy mówiłem ci już, że potrafisz być okropnie irytująca? – zapytał, kiedy tylko zamknął szczelnie drzwi. Nie czekając na moją odpowiedź kontynuował. – Pewnie nie. Ale uwierz mi, potrafisz. Nawet nie musisz się zbytnio starać. – Spojrzał na mnie gniewnie i skrzyżował ręce na piersi.

– Wiem – odparłam. – Przepraszam…

– Za co? – wszedł mi w słowo.

– Za wszystko. Za to, że ci się zwaliłam na głowę, za to, że tak bezmyślnie wybiegłam i że obarczam cię własnymi problemami. Właściwie, to za to, że musisz mnie znosić.

Stał przez chwilę niezdecydowany i mierzył mnie od stóp do głów:

– Czy myślisz, że mogłabyś zaufać jeszcze kiedykolwiek jakiemuś mężczyźnie?

– Słucham? – odparłam zdziwiona. Nie rozumiałam skąd mogło się wziąć to pytanie. – O co dokładnie pytasz?

– O to, czy mogłabyś jeszcze zaufać jakiemuś facetowi. Być z nim, dać się mu zbliżyć do siebie? Pozwolić mu się kochać?

Byłam zbita z tropu. W jednej chwili wściekał się na mnie jak rodzic na rozkapryszone dziecko, a w kolejnej zadawał trudne pytania bardzo poważnym głosem. Zastanowiłam się. Czy potrafiłabym kogoś pokochać? Nie jak przyjaciela, ale jak towarzysza życia? Miłością taką jaka łączyła moich rodziców?

– Ja… nie wiem, na razie chyba nie. – Zreflektowałam się jednak. – Ale nie mówię tutaj o braku zaufania. Tobie ufam pomimo, że jesteś mężczyzną. Mojego tatę natomiast bardzo kochałam. Ale tak pokochać kogoś innego? Nie wiem. Moje serce jeszcze nie jest na to gotowe. A moja dusza jest chyba zbyt wymęczona…

Opuścił ramiona. Przez jego twarz przebiegł cień, po czym przybrał obojętny wyraz. Gdyby nie zaciśnięte w pięści dłonie, nigdy nie poznałbym tego, że jest zdenerwowany:

– Rozumiem. – Odwrócił wzrok. Spojrzał za okno i sięgnął po kurtkę. – Muszę wyjść – powiedział i już jedną nogą był na dworze. – Zostań tu proszę – odparł, a gdy zaczynałam protestować dorzucił, zamykając za sobą drzwi. – Niedługo wrócę.

Zrezygnowana patrzyłam w miejsce, gdzie przed chwilą stał. To było niesłychane, jak bardzo oboje mieliśmy zmienne nastroje. Myślałam, że to ja jestem mistrzem w grze „spróbuj zgadnąć, jak się czuję”, ale on ogrywał mnie w każdej rundzie. Nie wiem, co takiego powiedziałam, że nie chciał dłużej przebywać ze mną w jednym pomieszczeniu. On też tak jak ja potrafił być bardzo dziwny. Irytujący również.
  
Postanowiłam, że gdy wróci wymuszę na nim szczerość. Powiem mu, by usiadł naprzeciwko mnie i powiedział o czym tak naprawdę myśli. Czemu był na mnie taki zły, gdy wybiegłam i dlaczego wyszedł, gdy powiedziałam, że jestem zbyt zraniona, by pozwolić sobie na uczucia względem mężczyzn. Powinien chyba zrozumieć, jak się czuję w obecnej sytuacji. Dlaczego w ogóle o coś takiego zapytał? Czy to nie było dla niego jasne?

Zdenerwowana chodziłam z kąta w kąt i czekałam na jego powrót. Zaczęło mi burczeć w brzuchu, a ponieważ obiecanego zająca nie umiałam przyrządzić, wzięłam śliwki i płatki, by na zmianę gryźć je i popijać zimną miętą. Gdy już się nasyciłam usiadłam na kanapie i przyglądałam się ostatnim błąkającym płomykom ognia, które smętnie tańczyły na zwęglonych gałązkach. Powieki stawały się coraz cięższe, więc zamknęłam oczy, licząc na to, że lada chwila usłyszę jego kroki na zewnątrz. Czas jednak mijał, a na dworze nic się nie działo. Jedyne, na co mogłam liczyć, to na niespokojną drzemkę, która po pewnym czasie przekształciła się w równie niespokojny sen.

Śniłam. Tym razem nie o lesie i krwi, ale o moim domu. Tylko, że chociaż wiedziałam, że w nim jestem, nie czułam się tam tak, jak dawniej. Rodzice również byli bardziej odlegli. Nie wierzyli mi, gdy mówiłam im o katastrofie. Uparcie twierdzili, że coś takiego nie jest możliwe. Nie w naszym klimacie. Tłumaczyłam, że to naprawdę się stało, ale zbyli moje wywody, twierdząc, że musiałam coś pokręcić. Kiedy ostatkiem silnej woli powiedziałam im, że umarli, podeszli jedynie do mnie i oboje mnie przytulili. Tata trzymał mnie w niedźwiedzim uścisku tak, jak miał w zwyczaju. Mama też przytuliła mnie serdecznie, ale jednak wcale tego nie czułam. Jej dotyk był niczym liść na wietrze, który tańczy i szuka drzewa pod które mógłby upaść. Potem spojrzeli na mnie obydwoje i uśmiechnęli się ponownie, kiwając głowami, że to wszystko jest jednym wielkim nieporozumieniem. Wtedy zniknęli, a ja obudziłam się w chatce na kanapie, pełna mieszanych uczuć.

Czułam się dziwnie samotna. Rozejrzałam się dookoła i zrozumiałam dlaczego. Pomimo, że za oknem świtało Adama nadal nie było. Skłamał. To nie była chwilowa nieobecność. Wcale nie wrócił na noc.

Zmartwiłam się.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo.
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap dziękuję.