
Wchodzili już na podwórko, kiedy Maks zatrzymał Basię, łapiąc ją delikatnie za nadgarstek.
— Pamiętasz, że obiecałaś mi randkę? — zapytał półgłosem.
Basia pokiwała głową tak żywiołowo, że kucyk podskoczył jej na potylicy.
— Pamiętam!
— Dasz się porwać na kilka godzin?
Basia uniosła brwi, uśmiechając się podejrzliwie.
— A dokąd?
— To ma być niespodzianka.
Basia krzyżowała ramiona na piersi, udając oburzenie.
— Na takie niespodzianki się nie piszę. Skoro nie wiem, dokąd jedziemy, to skąd mam wiedzieć, jak się ubrać?
Maks obrzucił ją powolnym, badawczym spojrzeniem – od stóp do głów i z powrotem. W jego oczach błysnęło coś ciepłego i jednocześnie bardzo konkretnego.
— Ubierz się wygodnie. W rzeczy, których nie będzie ci szkoda pobrudzić.
Basia przez moment patrzyła na niego, potem stanęła na palcach i pocałowała go lekko, szybko, prawie nieśmiało w usta.
— Zaraz wracam.
Wbiegła do domu jak burza. Maks wszedł wolniej. W hallu natknął się na ojca i Rafała.
Jakub otarł ręce w ściereczkę.
— Mama musiała na kilka godzin pojechać do szpitala. Ja mam zamiar przedestylować kolejną porcję wina, a Rafał obiecał mi pomóc. Ty też chcesz?
Maks uśmiechnął się krzywo i potrząsnął głową.
— Przepraszam, tato. Zamierzam porwać Basię na kilka godzin.
Jakub i Rafał spojrzeli po sobie, po czym obaj uśmiechnęli się szeroko.
— Są rzeczy ważne i ważniejsze — stwierdził Jakub z udawaną powagą.
— Idźcie — dodał Rafał, klepiąc brata w ramię. — I nie rozbij się.
Obaj mężczyźni odeszli w głąb ogrodu, w stronę małego budynku gospodarczego, w którym Jakub miał swoją domową destylarnię.
Maks już miał wejść do środka, kiedy z piętra zbiegła Basia – już przebrana.
Zatrzymał się w pół kroku i parsknął śmiechem, zafascynowany.
Basia miała na sobie krótkie, obcisłe szorty we wzór moro, które kończyły się wysoko na udach i ładnie obejmowały pośladki. Na górze obcisłą bluzeczkę w kolorze ciemnej zieleni, przylegającą do piersi i brzucha. Na stopach mocne, czarne sportowe buty i czarne, długie skarpetki zrolowane na kostkach. Włosy starannie związała w ciasny, wysoki kucyk. Wyglądała jak gotowa na militarną wyprawę albo przynajmniej na poważne grzebanie w błocie.
Basia zatrzymała się przed nim, zdezorientowana jego reakcją.
— Jestem gotowa. Co cię tak rozbawiło?
Maks wciąż się uśmiechał, nie mogąc spuścić z niej wzroku.
— Zaskoczyło mnie, jak… stosownie do okoliczności się ubrałaś.
— Nic nie rozumiem — powiedziała Basia, ale też się uśmiechała. — No powiedz, dokąd jedziemy.
Maks pochylił się i pocałował ją lekko, tym razem odrobinę dłużej.
— Nie psuj niespodzianki.
Basia nadęła usta, ale pocałunek ją ułagodził. Pozwoliła się poprowadzić do samochodu. Maks otworzył jej drzwi, poczekał, aż wsiądzie, potem obszedł auto i usiadł za kierownicą. Silnik zapurczał, brama otworzyła się automatycznie, i wyjechali na drogę.
Basia siedziała wyprostowana, dłonie splecione na kolanach, ale co chwilę zerkała na profil Maksa. On prowadził jedną ręką, drugą opierając na boku fotela – blisko jej uda. Między nimi znów zaczęło iskrzyć, cicho i wyraźnie, jak przed burzą.
Maks i Basia jechali już dobre dwadzieścia minut. Samochód sunął równą, asfaltową drogą wśród pól, a w kabinie panowała przyjemna, choć coraz bardziej naelektryzowana atmosfera. Basia siedziała półobrócona w fotelu, jedna noga podkurczona pod siebie, i patrzyła na Maksa z rosnącą ciekawością.
— Opowiedz mi o tych studiach — poprosiła. — Jak to w ogóle wygląda? Bo ja o Akademii Wojsk Lądowych wiem tylko tyle, że jest we Wrocławiu i że kończy się stopniem oficera.
Maks uśmiechnął się lekko, nie spuszczając wzroku z drogi.
— Studia trwają pięć lat. To jednolite magisterskie, wojskowe. Mieszkasz na terenie uczelni, obowiązuje regulamin żołnierski, mundur, zbiórki, służby. Na początku jest intensywne szkolenie podstawowe – kilka tygodni, potem przysięga. Później już normalny tok: wykłady, ćwiczenia, ale wszystko przeplatane szkoleniem wojskowym. Najpierw uczysz się na poziomie dowódcy drużyny – taktyka, broń, dowodzenie małym zespołem. Potem przechodzisz na szczebel dowódcy plutonu. Dużo praktyki w centrach szkolenia i w prawdziwych jednostkach. Na koniec egzamin na oficera i promocja na podporucznika. Kierunki są różne – dowodzenie, logistyka, informatyka, inżynieria bezpieczeństwa… Ja wybrałem dowodzenie. Bo zawsze chciałem właśnie tego – odpowiedzialności za ludzi.
Basia słuchała uważnie, kiwając głową.
— Robisz to, co lubisz. Cieszę się, że znalazłeś swoją drogę.
Maks zerknął na nią.
— A ty? Jak wyglądało twoje dzieciństwo?
Basia przez chwilę milczała, patrząc przez szybę na mijane pola. Potem zaczęła mówić spokojnie, choć głos miał odrobinę cieplejszy, bardziej kruchy.
— Było naprawdę szczęśliwe. Mieszkaliśmy w Sękocinie, w segmencie z ogródkiem. Mama i tata… kochali się. Tata wracał z pracy, mama gotowała, a my z Zosią biegałyśmy po trawniku albo budowałyśmy domki z koców w salonie. Zosia była starsza, zawsze mnie chroniła, nawet jak się kłóciłyśmy o zabawki. Chodziłyśmy do tej samej podstawówki, miałyśmy wspólnych kolegów. Latem jeździłyśmy nad Zalew Zegrzyński albo do dziadków. Wszystko było… normalne. Bezpieczne. Aż do tamtego wieczoru. Rodzice wracali z romantycznej kolacji. Jakiś chłopak pędził z kolegami, chciał się popisać. Uderzył w nich czołowo. Zginęli na miejscu. Miałam jedenaście lat. Zosia szesnaście. Nikt z rodziny nie chciał nas wziąć. Trafiłyśmy do domu dziecka. A potem… już wiesz.
Głos jej się załamał na końcu. Maks zobaczył, że oczy Basi zrobiły się wilgotne. Bez słowa położył dłoń na jej odsłoniętym kolanie i pogładził je powoli, kciukiem.
Basia wciągnęła powietrze. Tak prosta pieszczota sprawiła, że po całym ciele przeszedł ją dreszcz. Sutki stwardniały pod cienką bluzką, a między udami zrobiło się nagle bardzo ciepło i mokro. Chwyciła rękę Maksa, kiedy ten – myśląc, że posunął się za daleko – chciał ją cofnąć. Stanowczo, prawie szorstko, przesunęła jego dłoń wyżej, po wewnętrznej stronie uda, aż prawie pod brzeg szortów moro.
Maks zostawił dłoń tam, gdzie mu kazała. Gładził ją czule, powoli, czując gorącą, gładką skórę. Patrzył na jej twarz. Policzki Basi były mocno zaróżowione, usta lekko rozchylone, oddech przyspieszony. Oczy miała półprzymknięte, a w nich błyszczało wyraźne, nieukrywane już podniecenie. Co jakiś czas przełykała ślinę, a jej uda lekko drżały pod jego dłonią.
Intymną atmosferę przerwał nagły manewr. Maks zwolnił i skręcił z głównej drogi w żwirową. Basia uniosła głowę i zobaczyła wielką, metalową bramę. Nad nią, czarnymi literami, widniał napis: „STRZELNICA”.
Maks zatrzymał samochód na żwirowym placu przed rzędem kontenerów. Były to proste, biało-niebieskie konstrukcje pełniące rolę biura, magazynu broni i zaplecza. Z najbliższego wyszedł starszy, krępy mężczyzna w kamizelce taktycznej i czapce z daszkiem. Miał siwe wąsy i bystre, życzliwe oczy.
Maks i Basia wysiedli. Basia poprawiła jeszcze kucyk i otarła dłonie o szorty moro – wciąż czuła na udzie ciepło po ręce Maksa.
— Waldek! — zawołał Maks z wyraźną radością i podszedł, żeby uścisnąć mężczyźnie dłoń. — Dawno się nie widzieliśmy.
— Maks, ty stary wichrzycielu — odparł pan Waldemar z uśmiechem. — I kto to z tobą?
Maks odwrócił się.
— To Basia. Basia, pan Waldek. Pan Waldek – Basia, moja… przyjaciółka.
Pan Waldemar uniósł brwi i zaśmiał się krótko.
— Przyjaciółka, mówisz? A nie dziewczyna czasem?
Basia nie dała się zbić z tropu. Stanęła prosto, wsunęła dłonie w kieszenie szortów i zuchwale odparła:
— Właśnie usiłujemy to ustalić.
Pan Waldek parsknął śmiechem i poklepał Maksa po ramieniu.
— To wam życzę powodzenia w tych ustaleniach. — Spojrzał na strzelnicę. — Dziś ruch prawie żaden. Macie cały obiekt dla siebie. Z czego strzelacie?
Maks spojrzał pytająco na Basię. Ona tylko wzruszyła ramionami i roześmiała się.
— Ja do tej pory strzelałam co najwyżej z pistoletu na wodę. Więc… co pan polecasz na początek?
Pan Waldek uśmiechnął się szerzej.
— Dobrze, że Maks ma uprawnienia instruktora. Wszystkiego cię nauczy. — Spojrzał na Maksa. — No?
Maks chwilę się zastanawiał.
— Przygotuj nam Glocka 19, kałacha i Mossberga. I amunicji z zapasem.
Pan Waldek zniknął w kontenerze i po kilku minutach wrócił z solidną torbą. Wręczył ją Maksowi.
— Miłej zabawy. I uważajcie na siebie.
Maks skinął głową i poprowadził Basię dalej, w głąb terenu. Strzelnica była urządzona w starym wyrobisku po kopalni piasku – wysokie, piaszczyste skarpy z trzech stron, a od czwartej gęsty las. Osi strzeleckie były rozstawione wzdłuż długiej, prostej linii, każda oddzielona niskimi wałami.
Idąc, Maks mówił spokojnie, ale stanowczo:
— Słuchaj uważnie, bo to ważne. Broń zawsze traktujemy jak załadowaną, nawet jak wiemy, że nie jest. Lufa nigdy nie celuje w człowieka – tylko w tarczę albo w ziemię. Palec na spuście kładziemy dopiero wtedy, kiedy celujemy i jesteśmy gotowi strzelić. Zawsze sprawdzamy, co jest za tarczą. Tu jest bezpiecznie, ale zasada obowiązuje wszędzie. Jak kończymy, zabezpieczamy broń, wyjmujemy magazynek i sprawdzamy komorę. I nigdy, przenigdy nie odwracamy się z bronią w ręku do kogoś tyłem. Jasne?
Basia kiwała głową poważnie, choć w oczach wciąż miała błysk podniecenia – nie tylko z powodu strzelania.
— Jasne.
Doszli do najdalszej osi. Była prawie całkowicie ukryta za zakrętem skarpy i wysokimi krzewami. Nikt stąd ich nie widział i oni nie widzieli nikogo. Maks postawił torbę na stoliku, otworzył ją i spojrzał na Basię.
Powietrze między nimi znów zgęstniało. Basia czuła, jak serce bije jej szybciej – i nie tylko z powodu perspektywy strzelania.
Maks postawił torbę na metalowym stoliku pod prostą wiatą i zaczął wyjmować broń jedną po drugiej, kładąc każdą ostrożnie na blacie.
— To jest Glock 19 — zaczął spokojnie, unosząc czarny pistolet. — Kompaktowy, dziewięciomilimetrowy. Lekki, niezawodny, prawie się nie zacina. Idealny na początek, bo ma prosty spust i mały odrzut. Policja i wojsko lubią go za to, że działa nawet jak jest brudny albo mokry.
Odłożył go i wziął do ręki długi, charakterystyczny karabin.
— A to kałach. AK-47. Stary, radziecki projekt, ale niezniszczalny. Możesz go zalać błotem, upuścić z mostu i dalej będzie strzelał. Odrzut większy, hałas mocniejszy, ale celność na krótkim dystansie dobra. I amunicja tania.
Na końcu wyjął strzelbę.
— Mossberg 500. Gładkolufa. Do obrony, do polowań, do wszystkiego. Przy bliskim dystansie robi ogromne wrażenie. Na razie jej nie ruszamy – najpierw pistolet.
Mówił rzeczowo, ale Basia prawie nie słuchała słów. Patrzyła na jego ręce – szerokie, opalone, z wyraźnymi żyłami, pewne w każdym ruchu. Jak trzymał Glocka, jak sprawdzał zamek, jak układał magazynki. Czuła, że robi jej się coraz cieplej między udami.
Maks w pewnym momencie zauważył jej spojrzenie. Przerwał w pół zdania, odłożył broń i bez słowa złapał ją w ramiona.
Pocałunek był natychmiastowy i gwałtowny. Maks wpił się w jej usta, język wszedł głęboko, szorstko, domagająco. Basia odpowiedziała z taką samą intensywnością – objęła go za kark, przycisnęła się całym ciałem, biodra otarła o jego udo. Dłonie Maksa zjechały niżej, złapały jej pośladki przez cienkie szorty moro i ścisnęły mocno, unosząc ją prawie na palce. Basia jęknęła mu w usta. Całowali się długo, mokro, z rosnącym niepokojem – ręce wędrowały, ona po jego torsie i barkach, on po jej plecach, biodrach i znowu po pupie, ściskając, rozciągając materiał. Oddech obu stał się płytki i gorący. Basia poczuła, jak twardy penis Maksa naciska na jej brzuch.
W końcu oderwała się z głośnym, rozbawionym westchnieniem.
— Jeszcze chwila i będę tak podniecona, że w nic nie trafię — powiedziała, patrząc wymownie w dół, na wyraźnie napięte krocze jego spodni.
Maks uśmiechnął się krzywo, ale opanował się. Wziął Glocka, spokojnie, nie spuszczając z niej wzroku, załadował dwa magazynki i schował jeden do kieszeni.
— Chodź.
Prowadził ją do stanowiska. Zatrzymali się pięć metrów przed tarczą. Maks stanął za nią i zaczął ustawiać jej ciało. Dłonie położył na jej biodrach, potem na ramionach, delikatnie korygując postawę. Jego dotyk był profesjonalny, ale jednocześnie tak czuły i elektryzujący, że Basia czuła, jak po każdym miejscu, którego dotknął, biegną iskry.
Basia stała w klasycznej pozycji strzeleckiej: nogi lekko rozstawione, lewa odrobinę wysunięta, kolana miękkie. Tułów lekko pochylony do przodu. Ręce wyprostowane, ale nie sztywne, Glock trzymany oburącz – prawa na chwycie, lewa podtrzymująca od spodu. Kucyk opadał jej na kark, obcisła zielona bluzka przylegała do piersi, a krótkie szorty moro ładnie napinały się na pośladkach. Wyglądała skupiona, seksowna i niebezpiecznie poważna.
Założyli ochraniacze słuchu i przezroczyste okulary.
Maks nachylił się do jej ucha.
— Jak się zatnie – zwolnij magazynek, sprawdź komorę, przeładuj znowu. Możesz zaczynać.
Basia uniosła pistolet, wycelowała i zaczęła strzelać. Spokojnie, rytmicznie, jeden strzał po drugim. Cały magazynek. Maks stał z boku i patrzył z rosnącym niedowierzaniem – każda dziura układała się blisko środka tarczy, grupa była ciasna, prawie profesjonalna.
Kiedy zamek został z tyłu na ostatnim naboju, Basia odwróciła tylko głowę, nie ruszając reszty ciała.
— Trafiłam?
Maks przez moment nie mógł znaleźć głosu. W końcu wyjąkał:
— Fenomenalnie… Po prostu fenomenalnie.
Następny magazynek Basia wystrzelała już z dziesięciu metrów. Grupa dziur znów ułożyła się ciasno, prawie w samym środku. Maks tylko pokręcił głową z niedowierzaniem. Potem przyszła kolej na kałacha. Odrzut był wyraźnie większy, lufa podskakiwała wyżej, więc skupienie trochę się rozjechało, ale wszystkie pociski i tak lądowały w tarczy. Na koniec Maks podał jej Mossberga. Basia po pierwszym strzale pisnęła z zaskoczenia i zachwytu – huk był głuchy, kolba mocno odepchnęła ramie, a na tarczy pojawiła się wielka, poszarpana dziura. Śmiała się głośno po każdym kolejnym wystrzale, oczy jej błyszczały jak szalone.
Kiedy amunicja się skończyła, Maks odebrał od niej strzelbę, zabezpieczył wszystkie sztuki broni i zaprowadził ją z powrotem pod wiatę.
— Masz niesamowite skupienie jak na kogoś, kto pierwszy raz trzyma prawdziwą broń — powiedział, odkładając torbę. — I pewną rękę. Przy takich predyspozycjach powinnaś w przyszłości zostać chirurgiem.
Basia otarła pot z czoła i uśmiechnęła się skromnie.
— To twoja zasługa. Tak dobrze mi wszystko wytłumaczyłeś, że po prostu… wiedziałam, co robić.
Usiedli na wąskiej ławce pod wiatą. Basia bez wahania usiadła mu okrakiem na kolanach. Przez chwilę patrzyli na siebie, potem ich usta starły się znowu – tym razem bez żadnej nieśmiałości
Pocałunek był gorący, mokry i coraz głębszy. Basia wplotła palce w jego włosy, przycisnęła się piersiami do jego torsu. Maks trzymał ją za biodra, potem zjechał dłońmi na pośladki i ścisnął mocno przez cienkie szorty. Oboje oddychali już ciężko. Basia prawie zerwała z niego koszulkę – przeciągnęła materiał przez głowę i rzuciła na stolik. Pochyliła się i zaczęła całować jego barki, obojczyki, potem zeszła ustami do sutków. Lizała je, przygryzała lekko, słysząc, jak Maks wciąga powietrze.
On tymczasem nie tracił czasu. Chwycił brzeg jej zielonej bluzki i przeciągnął ją do góry. Basia uniosła ramiona, pozwalając mu się rozebrać. Pod spodem miała zwykły, sportowy biustonosz. Maks rozpiął go z tyłu jednym ruchem i zsunął z ramion. Drobne, sprężyste piersi Basi znalazły się tuż przed jego twarzą – blade, z małymi, już twardymi sutkami w kolorze jasnego różu.
Maks przez moment tylko patrzył, jakby chciał zapamiętać każdy szczegół. Potem uniósł obie dłonie i objął piersi od spodu, unosząc je lekko. Kciukami przeciągnął po sutkach – wolno, z naciskiem – i poczuł, jak twardnieją jeszcze bardziej pod jego dotykiem. Pochylił głowę i wziął lewy sutek w usta. Najpierw tylko oblizał czubek, potem objął całymi wargami i zaczął ssać rytmicznie, jednocześnie krążąc językiem. Prawą ręką ugniatał drugą pierś, ściskając miękki miąższ i co jakiś czas szczypiąc sutek między palcami. Basia zareagowała natychmiast – odchyliła głowę do tyłu, zamknęła oczy i jęknęła głośno, niemal przeciągle. Jej biodra poruszyły się na jego kolanach, szorty moro otarły się o jego krocze.
Maks zmienił stronę. Wziął prawy sutek głęboko w usta, ssał mocniej, przygryzając lekko zębami, a lewą dłonią masował wolną pierś, rozciągał ją, ugniatał, co chwilę wracając do sutka i pocierając go opuszkiem. Basia trzymała się jego karku obiema rękami, jej oddech był urywany, a z gardła wydobywały się coraz głośniejsze, niekontrolowane dźwięki przyjemności.
Maks zsunął dłonie z piersi Basi niżej, po żebrach, po miękkim brzuchu. Palce zatrzymały się na guziku jej szortów moro. Rozpiął go powoli, potem zamek. Basia uniosła biodra, pomagając mu ściągnąć materiał razem z majteczkami. Szorty i stringi spadły na żwir. Została naga od pasa w dół, tylko w czarnych skarpetkach i sportowych butach.
Maks usiadł nieco niżej na ławce i przez moment tylko patrzył.
Cipka Basi była gładka, prawie całkowicie pozbawiona włosków, tylko delikatny, jasny meszek nad złączeniem. Wargi sromowe były pełne, już lekko rozchylone i lśniące od wilgoci. Szparka między nimi była intensywnie różowa, a na wewnętrznej stronie uda błyszczała cienka smugа soków. Wyglądała świeżo, młodzieńczo i jednocześnie na bardzo mokrą. Maks poczuł, jak ślina zbiera mu się w ustach.
— Jesteś… niesamowita — wydusił tylko.
Chciał się pochylić i pocałować ją tam, ale Basia delikatnie odepchnęła go dłonią.
— Teraz moja kolej.
Wstała. Naga, tylko w butach i zrolowanych skarpetkach, kucyk wciąż idealnie na miejscu. Podeszła do niego i niemal zerwała z niego spodnie razem z bokserkami. Penis Maksa wyskoczył na wolność – twardy jak skała, skierowany lekko w górę.
Basia przez ułamek sekundy tylko patrzyła. Był równie długi i gruby jak u Rafała, ale wyglądał trochę inaczej – ciemniejszy, z wyraźniejszą żyłą po spodniej stronie, główka bardziej zaokrąglona i już lśniąca od wilgoci. Napletek był całkowicie zsunięty.
Uklękła między jego rozstawionymi nogami. Najpierw przejechała językiem od nasady aż po czubek – wolno, dokładnie, jakby chciała posmakować każdej żyłki. Potem objęła główkę wargami i zaczęła pracować z prawdziwą pasją.
Nie było w tym już delikatnego smakowania. Basia brała go głęboko, prawie do końca, aż czubek uderzał o tylną ścianę gardła. Ślina spływała obficie po trzonie i po jej brodzie. Ręką ściskała nasadę, kręcąc nią w przeciwną stronę niż ruch głowy. Co kilka sekund odsuwała się, żeby polizać spód od jąder aż po szparę na główce, po czym znów nabijała usta aż do oporu. Policzki zapadały się jej przy każdym silnym ssaniu. Oczy miała przymknięte z skupienia, a z gardła wydobywały się mokre, obciągane dźwięki. Maks zaczął głośno jęczeć – niskie, szorstkie dźwięki, których nie potrafił powstrzymać. Dłonie wplótł jej we włosy, ale nie prowadził – tylko trzymał, czując, jak jej głowa porusza się w szybkim, zachłannym rytmie.
Basia pracowała tak przez długie minuty, nie zwalniając ani na moment. Ślina kapała już na żwir między jej kolanami. W pewnej chwili nagle się oderwała, zostawiając penisa lśniącego i drgającego w powietrzu.
Spojrzała mu prosto w oczy, otarte usta miała czerwone i mokre.
— Podoba ci się?
Maks oddychał ciężko, głos miał ochrypły.
— Nigdy… nigdy nie było mi tak dobrze.
Wstał, podniósł ją z kolan jakby nic nie ważyła i posadził na metalowym stoliku pod wiatą. Dłońmi rozchylił jej uda szeroko, aż kolana prawie dotknęły blatu. Basia oparła się rękami z tyłu, piersi uniosły się, a jej mokra, różowa cipka znalazła się dokładnie na wysokości jego twarzy.
Maks przez dłuższą chwilę tylko patrzył, gładząc opuszkami palców wilgotne, rozchylone wargi. Cipka Basi była gorąca i już obficie mokra. Dopiero kiedy poczuł, że dziewczyna zaczyna niecierpliwie unosić biodra, pochylił się i przywarł do niej ustami.
Najpierw oblizał całą szparkę od dołu do góry – wolno, dokładnie, zbierając językiem jej soki. Potem rozchylił wargi kciukami i wsunął język głęboko do środka. Penetrował ją rytmicznie, kręcąc językiem w środku, sięgając tak daleko, jak tylko mógł. Co jakiś czas wyciągał język, żeby polizać łechtaczkę szybkimi, płaskimi pociągnięciami, po czym znów nurkował głęboko. Basia miała nogi szeroko rozwarte, stopy w sportowych butach oparte o krawędź stolika. Jęczała głośno, bez żadnej kontroli – wysokie, przeciągłe dźwięki, które odbijały się od piaszczystych skarp. Palce wplotła Maksowi we włosy i przyciskała jego twarz mocniej do siebie.
— Maks… proszę… wejdź już we mnie — wydusiła w końcu, głos miała złamany od rozkoszy.
Maks oderwał się od niej, usta miał mokre od jej soków. Wstał między jej rozchylonymi udami, wziął swojego twardego penisa do ręki i przyłożył główkę do wejścia. Przez moment tylko muskał nią mokre wargi, po czym zaczął powoli wchodzić.
Basia poczuła najpierw nacisk – szeroką, zaokrągloną główkę rozpychającą ją od środka. Było ciasno, mimo że była mokra. Każdy kolejny centymetr wypełniał ją coraz bardziej. Czuła, jak ścianki jej pochwy rozciągają się wokół grubego trzonu, jak ciepło i twardość wsuwają się coraz głębiej. Kiedy Maks doszedł do końca, aż jądra dotknęły jej skóry, Basia wydała z siebie długi, drżący jęk. Miała wrażenie, że jest wypełniona całkowicie, że nie ma już w niej wolnego miejsca. Pulsowanie jego penisa czuła w samym środku brzucha.
Maks zaczął się poruszać. Najpierw powoli – wyciągał się prawie całkowicie i znów wbijał do końca. Potem przyspieszył. Stolikiem zadrżało przy każdym mocniejszym pchnięciu. Basia leżała oparta na łokciach, piersi podskakiwały w rytm ruchów, kucyk rozplątywał się na blacie. Maks trzymał ją za uda, rozchylając je jeszcze szerzej, i wpychał się w nią głęboko, rytmicznie, ze słyszalnym odgłosem mokrego ciała uderzającego o ciało. Basia jęczała bez przerwy – głośno, otwarcie, co jakiś czas wykrzykując jego imię.
W pewnym momencie Maks pochylił się nad nią i złapał jej usta w namiętny pocałunek. Języki splotły się, oddech zmieszał, a on wciąż wpychał się w nią mocno, nie zwalniając tempa. Basia objęła go nogami w pasie, przyciągając jeszcze bliżej, i oddawała każdy pocałunek z tą samą głodną intensywnością.
Basia jęczała głośno, niemal bez przerwy. Każde pchnięcie Maksa wypełniało ją do końca, a pocałunki, które wciąż wymieniała z nim, sprawiały, że wszystko stawało się jeszcze intensywniejsze. Dotychczasowe doświadczenia – te kilka nieporadnych prób, te pośpieszne pieszczoty – nagle wydały się blade i puste. Teraz, kiedy oprócz pożądania pojawiła się miłość, której już nie próbowała przed sobą ukrywać, każde zetknięcie skóry, każdy ruch w jej wnętrzu był o niebo przyjemniejszy. Kochała go. Otwarcie, bezbronnie, całkowicie.
Maks pieprzył ją intensywnie, mocno, ale z wyraźną troską. Nie chciał jej skrzywdzić. Między pocałunkami patrzył na jej półprzymknięte powieki, na rozchylone, mokre usta, na rumieniec rozlewający się po policzkach i dekolcie. Chciał, żeby ta chwila trwała jak najdłużej.
Nagle zobaczył, jak coś się w niej zmienia.
Orgazm Basi nadszedł jak fala, która najpierw tylko drży na horyzoncie, a potem spada z pełną siłą. Najpierw jej uda zaczęły drżeć – drobne, niekontrolowane drgania, które przechodziły w mocniejsze skurcze. Cipka zacisnęła się wokół jego penisa rytmicznymi, silnymi impulsami, jakby chciała go wessać jeszcze głębiej. Brzuch wciągnął się gwałtownie, piersi uniosły się przy każdym urywanym oddechu. Z gardła wydobył się długi, łamiący się dźwięk – najpierw niski, potem przechodzący w wysoki, prawie bezgłośny krzyk. Oczy otworzyła szeroko, potem zamknęła je mocno, a z kącików wypłynęły dwie łzy. Całe ciało wygięło się w łuk, pięty wbiły się w krawędź stolika, palce u stóp podwinęły się. Skurcze szły fala za falą – silne, głębokie, obejmujące nie tylko pochwę, ale cały dół brzucha, uda, nawet pośladki. Trwało to długo. Maks nigdy u żadnej dziewczyny nie widział czegoś tak wszechogarniającego – jakby rozkosz wzięła w posiadanie każde włókno jej ciała i nie chciała go oddać.
Kiedy w końcu opadła, leżała płasko na blacie, całkowicie wyczerpana. Nie miała siły nawet objąć go nogami. Jedynie szeptem, ledwie słyszalnie, prosiła:
— Skończ… we mnie… proszę…
Maks przyspieszył, wbijając się jeszcze kilka razy mocno i głęboko, po czym zesztywniał. Basia poczuła, jak jego penis drga wewnątrz niej, a potem kolejne, gęste strugi ciepłej spermy wypełniają ją od środka. Każdy kolejny wytrysk był wyczuwalny – ciepły, pulsujący, rozlewający się głęboko. Czując, jak jej pochwa przyjmuje go całego, jak nic nie wypływa na zewnątrz, tylko zostaje w niej, Basia doznała jeszcze jednego, słabszego, ale wyraźnego skurczu przyjemności.
Kiedy skończył, powoli się z niej wysunął. Sperma chwilę potem zaczęła sączyć się z niej cienką strużką po wewnętrznej stronie uda. Pochylił się i pocałował ją namiętnie, długo, z całą czułością, na jaką było go w tej chwili stać. Basia odpowiedziała słabo, ale z uśmiechem.
Po chwili Maks odsunął się odrobinę, w oczach miał błysk.
— No i jak? Przekonałaś się, żeby zostać moją dziewczyną?
Basia przymrużyła oczy, wciąż jeszcze ciężko oddychając.
— A kochasz mnie?
Maks nie zawahał się ani sekundy.
— Kocham. Bardzo.
Uśmiechnęła się szeroko, zmęczona i szczęśliwa.
— To dobrze. Bo ja też cię kocham.
I pocałowała go tak, jakby świat miał się za chwilę skończyć – głęboko, z całych sił, wkładając w ten pocałunek wszystko, co czuła.
Ubierali się powoli, pomagając sobie nawzajem. Maks podawał jej majteczki, ona pomagała mu wsunąć nogi w spodnie. Co chwilę zatrzymywali się, żeby się pocałować – krótko, długo, w usta, w szyję, w ramię. Oboje uśmiechali się jak idioci. Szczęśliwi.
Ubrali się powoli, wciąż jeszcze odurzony sobą nawzajem. Maks pozbierał całą broń, magazynki i resztki amunicji do torby.
— Właściwie po strzelaniu powinno się wszystko wyczyścić na miejscu — powiedział, zapinając torbę. — Ale Waldek powiedział, że sam to zrobi w wolnej chwili. Stary dobry Waldek.
Basia tylko skinęła głową, wciąż jeszcze czując między udami ciepło i wilgoć po nim. Szli powoli z powrotem w stronę kontenerów i samochodu. Żwirowa ścieżka chrzęściła pod ich butami, powietrze pachniało prochem i rozgrzanym piaskiem. Co kilka kroków ich dłonie stykały się, splotły, znów puściły.
Maks odezwał się dopiero, kiedy byli już w połowie drogi.
— Wiesz… ostatecznie nie odpowiedziałaś mi, czy zostaniesz moją dziewczyną.
Basia zatrzymała się na moment, odwróciła do niego twarz. Uśmiechnęła się, ale w oczach miała coś poważniejszego.
— Chcę tego całym sercem. Naprawdę. Tylko… nie przeszkadza ci związek na odległość? Bo ja zaczynam studia w Warszawie, a ty masz jeszcze szkolenie, potem jednostkę…
Maks złapał ją za rękę i pociągnął bliżej.
— Nie ma pośpiechu. A w tym wypadku nawet nie będę rozdarty między tobą a rodziną. Twoja siostra jest z moim bratem. Tosia i tak chce studiować w Warszawie. Będziemy się widywać. Częściej, niż myślisz.
Basia poczuła, jak ulga rozlewa się jej po piersi. Stanęła na palcach i pocałowała go mocno, długo, z całym wdziękiem i głodem, jaki w niej jeszcze pozostał.
W myślach jednak wciąż się biła. Jak mu powiedzieć? Że sypiała z Rafałem? Że sypiała z Tosią? Że sypiała z własną siostrą? Każde możliwe zdanie, które próbowała ułożyć w głowie, kończyło się katastrofą – jego miną, ciszą, odejściem. Nie chciała go okłamywać. Ale nie miała pojęcia, jak to rozwiązać, żeby nie stracić tego, co dopiero się zaczęło.
Potrząsnęła głową, odganiając ciężkie myśli. Uśmiechnęła się do niego szeroko, prawie figlarnie.
— Super jest mieć chłopaka.
Maks parsknął śmiechem i objął ją w talii.
Dotarli do kontenerów. Pan Waldek siedział na plastikowym krześle z papierosem w dłoni. Maks oddał mu torbę.
— Dzięki za wszystko. I za czyszczenie.
— Nie ma sprawy, chłopcze. — Waldek mrugnął do Basi. — I powodzenia w tych waszych „ustaleniach”.
Basia zarumieniła się, ale uśmiechnęła się szczerze.
Wsiedli do samochodu. Maks odpalił silnik, żwir pod oponami zaszeleścił, i wyjechali spod bramy strzelnicy z powrotem na drogę. Basia siedziała blisko niego, dłoń spoczywała na jego udzie, a w głowie wciąż jeszcze tliło się to jedno, nierozwiązane pytanie – jak mu powiedzieć prawdę, nie tracąc tego, co właśnie dostali od losu.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Jaśko
Ciekawi mnie tylko jedno, czy rodziców też w to wplątasz. Jak to mówi Pumciak niech atramentu Ci nie zabraknie.
Bisexwaw
@Jaśko zobaczymy, nieraz coś mam zaplanowane a potem pisząc w ostatniej chwili zmieniam koncepcję