
Tej nocy jednak nie miał ochoty na klub ani na telefon. Szedł po prostu, czując pod skórą znajome, lekkie napięcie samotności. W pewnym momencie dostrzegł ją.
Stała na przystanku autobusowym, prawie niewidoczna w cieniu wiaty. Dziewczyna. Brudna. Bardzo brudna. Długie blond włosy związane niedbale w kucyk, z którego wystawały kosmyki. Twarz miała ładną – delikatną, o regularnych rysach, choć pokrytą warstwą kurzu i zmęczenia. Była bardzo szczupła, prawie chuda, ale nawet przez brudną białą bluzkę widać było średniej wielkości piersi. Czarne legginsy oblepiały jej biodra i zgrabną pupę, podkreślając płaski brzuch i długie, smukłe nogi. Na stopach miała zniszczone sneakersy i czarne skarpetki. W ręku ściskała brudną dżinsową kurtkę. Wyglądała na zaledwie dwadzieścia kilka lat.
Rafał zwolnił kroku. Zwykle omijał takich ludzi szerokim łukiem. Dziś jednak coś go zatrzymało. Może samotność. Może to, jak mimo brudu jej twarz była ładna. A może po prostu to, że stała tam, taka krucha i bezbronna, a on miał w kieszeni kartę, którą mógł kupić cały ten przystanek.
Podszedł bliżej.
— Hej — powiedział spokojnie, starając się nie brzmieć groźnie. — Wszystko w porządku?
Dziewczyna poderwała głowę. Oczy miała jasne, niebieskie albo szare – w tym świetle trudno było powiedzieć. Przestraszyła się. Odsunęła się o krok, kurczowo ściskając kurtkę.
— Nie… nie mam pieniędzy — wyszeptała. Głos miała ochrypły, jakby dawno nic nie piła.
— Nie o to mi chodzi — Rafał uniósł ręce w uspokajającym geście. — Po prostu wyglądasz, jakbyś potrzebowała pomocy. Jak masz na imię?
Przez chwilę milczała, ważyła, czy w ogóle odpowiadać. W końcu jednak, cicho:
— Zosia.
— Rafał. Ile masz lat, Zosiu?
— Dwadzieścia trzy.
Skinął głową. Młodsza o pięć lat. Prawie dziecko jeszcze, a już na ulicy.
— Nie masz gdzie spać? — zapytał wprost.
Zosia spuściła wzrok. Przez chwilę wyglądała, jakby miała kłamać, ale potem wzruszyła tylko ramionami.
— Nie. Od kilku dni… nie mam. I jestem głodna.
Rafał poczuł, jak coś w środku się zaciska. Żal. Ale też coś innego – ciekawość, lekkie podniecenie, które zawsze pojawiało się, gdy widział dziewczynę w potrzebie. Była brudna, zgłodniała, przestraszona… a mimo to pod tym wszystkim widać było ładną twarz, smukłe ciało, te długie nogi w obcisłych legginsach. Wyobraził sobie na sekundę, jak wyglądałaby umyta, w czystych rzeczach, w jego apartamencie. Od razu odepchnął tę myśl. Nie teraz.
— Chodź ze mną — powiedział. — Mam mieszkanie niedaleko. Duże. Dostaniesz coś do jedzenia i miejsce do spania. Żadnych haczyków. Po prostu… wyglądasz, jakbyś miała paść z nóg.
Zosia natychmiast się spięła. Oczy zrobiły się duże, pełne strachu.
— Nie… nie wiem. Nie znam cię. Co jeśli…
— Jeśli co? — dokończył delikatnie. — Jeśli cię skrzywdzę? Mogę cię zostawić tu, na przystanku. Albo możesz zjeść ciepły posiłek i spać w czystym łóżku. Decyzja należy do ciebie. Ale nie zostawię cię samej, jeśli nie chcesz.
Stała nieruchomo przez dłuższą chwilę. Wiatr poruszył jej niedbale związanymi blond włosami. Rafał widział, jak walczy sama ze sobą – głód i zmęczenie walczyły ze strachem przed obcym mężczyzną. W końcu, bardzo cicho:
— Tylko… jedzenie i spanie. Nic więcej.
— Tylko to — potwierdził. — Obiecuję.
Zosia skinęła głową, ledwie zauważalnie. Rafał odwrócił się i ruszył w stronę swojej dzielnicy, zwolniając tempo, żeby mogła za nim nadążyć. Słyszał jej lekkie, prawie bezgłośne kroki za sobą. Od czasu do czasu rzucał okiem przez ramię. Szła z opuszczoną głową, kurczowo trzymając kurtkę, jakby to była jedyna rzecz, którą jeszcze posiadała. Brudne legginsy obciskały jej zgrabną pupę przy każdym kroku, a cienka bluzka odsłaniała fragment płaskiego brzucha, kiedy wiatr ją unosił. Rafał czuł, jak coś w dole brzucha się napina. Była brudna, zgłodniała, bezdomna… a jednak jego ciało reagowało. Duży, gruby kutas drgnął lekko w spodniach. Zmusił się do skupienia na drodze.
Szli w milczeniu przez kilka ulic. Miasto wokół nich tętniło życiem – ludzie wychodzili do klubów, samochody migały światłami, gdzieś grała muzyka. A oni szli obok siebie: on – młody milioner w drogich butach i koszuli, ona – dziewczyna z ulicy, której cały dobytek mieścił się w jednej brudnej kurtce.
— Dlaczego mi pomagasz? — zapytała nagle, cicho.
Rafał spojrzał na nią. W świetle latarni jej twarz wyglądała jeszcze delikatniej. Usta miała pełne, choć spierzchnięte. Oczy duże, czujne.
— Bo mogę — odparł prosto. — I bo nie lubię, jak ktoś głoduje na ulicy, kiedy ja mam pusty apartament.
Zosia milczała przez chwilę.
— Jesteś bogaty, prawda?
— Tak.
— I… nie boisz się, że coś ukradnę?
Uśmiechnął się lekko.
— Nie. Nie wyglądasz na kogoś, kto by to zrobił. A nawet gdybyś chciała – nie masz gdzie z tym uciec.
Doszli do nowoczesnego budynku ze szklaną fasadą. Rafał otworzył drzwi kartą. Portier skinął mu głową, rzucając tylko krótkie, zaskoczone spojrzenie na dziewczynę. Rafał nie tłumaczył się. Po prostu wszedł z nią do windy. Kiedy drzwi się zamknęły, Zosia stanęła w rogu, jakby chciała zająć jak najmniej miejsca. Rafał poczuł jej zapach – pot, kurz, ulica – i jednocześnie coś słodkiego, dziewczęcego, co przebijało się spod brudu. Jego kutas znowu drgnął. Była taka blisko. Taka bezbronna. Tak łatwo byłoby…
Nie. Obiecał.
Winda zatrzymała się na ostatnim piętrze. Drzwi otworzyły się na przestronny hol jego apartamentu. Rafał wyszedł pierwszy, odblokował drzwi wejściowe i odsunął je szeroko.
— Proszę — powiedział, spoglądając na nią. — Wejdź.
Zosia stanęła na progu. Przez chwilę wahała się, jakby ten jeden krok miał zmienić wszystko. Potem, bardzo powoli, przekroczyła próg i weszła do środka. Rafał zamknął za nią drzwi.
Rafał zamknął drzwi za Zosią i przez chwilę po prostu na nią patrzył. Stała na środku przestronnego holu, wyglądając jeszcze bardziej krucho w porównaniu z luksusowym wnętrzem. Jasne ściany, duże przeszklenia, minimalistyczne meble – wszystko wokół krzyczało o pieniądzach, a ona wciąż ściskała swoją brudną kurtkę, jakby to była jedyna rzecz, która trzymała ją przy rzeczywistości.
— Chodź — powiedział miękko. — Kuchnia jest tędy.
Poprowadził ją przez salon. Zosia szła za nim cicho, rozglądając się z mieszaniną nieufności i niedowierzania. Kiedy weszli do kuchni, otwartej, jasnej, z wyspą pośrodku i oknami wychodzącymi na miasto, dziewczyna zatrzymała się w progu.
— Siadaj — wskazał jej stołek przy wyspie. — Coś zjesz. Co lubisz?
Zosia usiadła ostrożnie, jakby bała się zabrudzić siedzenie.
— Cokolwiek… — wyszeptała. — Naprawdę cokolwiek.
Rafał skinął głową i zabrał się do przygotowywania jedzenia. Wyjął z lodówki jajka, wędlinę, ser, świeże pieczywo, masło. Postawił na blacie miskę z owocami. Pracował szybko, sprawnie, od czasu do czasu rzucając okiem na dziewczynę. Siedziała prosto, ręce splecione na kolanach, blond włosy wciąż niedbale związane, twarz brudna, ale pod kurzem wciąż ładna. Czarne legginsy obciskały jej smukłe uda, a brudna bluzka lekko odstawała od ciała, odsłaniając fragment płaskiego brzucha.
— Jak to się stało, Zosiu? — zapytał w końcu, nie odwracając się od patelni. — Że taka ładna dziewczyna wylądowała na ulicy?
Zosia zamilkła na dłuższą chwilę. Słychać było tylko skwierczenie jajek na oleju.
Zosia zamilkła na dłuższą chwilę. Słychać było tylko skwierczenie jajek na oleju.
— Po skończeniu liceum musiałam opuścić dom dziecka — zaczęła cicho. — Nie miałam dokąd iść. Trochę pracowałam… w sklepach, na kasie, w magazynie. Ale… każdy mężczyzna, z jakim miałam do czynienia, chciał coś więcej. Patrzyli na mnie tak, jakby byłam do wzięcia. W końcu znalazłam pracę w supermarkecie. Szef… od razu zaczął. Kiedy nie chciałam się z nim… bzykać, zwolnił mnie. Z dnia na dzień. Pieniądze szybko się skończyły. Wynajmowałam mały pokój. Właściciel mieszkania też zaczął sugerować, że mogę płacić w naturze. Nie chciałam. Naprawdę nie chciałam być zmuszona do uprawiania seksu w zamian za cokolwiek. Wyrzucił mnie. I tak od dwóch miesięcy żyję na ulicy.
Rafał odłożył łopatkę. Odwrócił się do niej. W jego oczach było coś miękkiego, ale też ciemnego – gniew na tych mężczyzn i coś jeszcze, czego nie umiał nazwać.
— Przykro mi — powiedział szczerze. — Naprawdę. Tutaj jesteś bezpieczna, Zosiu. Nikt cię nie skrzywdzi. Ja cię nie skrzywdzę. Obiecuję.
Dziewczyna uniosła na niego wzrok. Przez chwilę milczała, jakby ważyła jego słowa.
— Dziękuję — wyszeptała w końcu.
Jedzenie było gotowe. Rafał postawił przed nią duży talerz – jajecznica z wędliną, grzanki, plasterki pomidora, ser. Do tego szklankę soku i miskę z owocami. Zosia spojrzała na to wszystko z niedowierzaniem, a potem zaczęła jeść. Szybko. Dużo. Prawie nie oddychając między kęsami. Rafał usiadł naprzeciwko i patrzył. Żal ściskał mu gardło. Ta szczupła, zgrabna dziewczyna, która wyglądała, jakby mogła złamać się przy byle podmuchu wiatru, pochłaniała jedzenie z głodem, którego on nigdy nie doświadczył.
— Zwolnij trochę — powiedział delikatnie. — Nikogo nie goni.
Zosia uniosła głowę, usta pełne jedzenia, i spiekła się lekko. Przełknęła.
— Przepraszam. Po prostu… dawno nie jadłam tak dużo.
— Nie musisz przepraszać.
— A co lubisz robić? Poza… no wiesz. Normalnie.
Zosia wzruszyła ramionami.
— Kiedyś lubiłam czytać. I malować. Akwarelami. Ale już dawno mnie na to nie stać. Farby, papier… to wszystko kosztuje. A książki… no, biblioteki są, ale trudno się skupić, jak nie ma się gdzie spać.
Rafał uśmiechnął się lekko.
— Ja też lubię czytać. I podróżować. Kiedy tylko mogę, pakuję się i gdzieś jadę. Czasem sam, czasem… no, z kimś. Ale najczęściej sam.
Zosia spojrzała na niego z ciekawością.
— A dokąd najchętniej?
— Wszędzie, gdzie jest ciepło i cicho. Włochy. Grecja. Czasem dalej. Azja.
— Brzmi pięknie.
Rafał obserwował ją uważnie. Im dłużej na nią patrzył, tym bardziej był zafascynowany. Pod warstwą brudu i strachu była zwyczajnie ładna. Delikatna twarz, jasne oczy, te długie blond włosy, smukła sylwetka. I ta historia… sprawiała, że chciał ją chronić. Chciał jej pomóc. Pomyślał, że mógłby wynająć jej mieszkanie. Albo dać pracę. Albo po prostu…
— Wiesz — zaczął ostrożnie — mógłbym ci jakoś pomóc. Na dłuższą metę. Nie tylko dziś.
Zosia natychmiast się spięła. Oczy zrobiły się czujne, niemal przestraszone.
— Nie — ucięła szybko. — Nie rozmawiajmy o tym. Proszę. Nie chcę… nie chcę być nikomu czegokolwiek winna.
Rafał uniósł ręce w uspokajającym geście.
— Dobrze. Nie naciskam. Przepraszam.
Zosia skinęła głową i wróciła do jedzenia, choć już wolniej. Kiedy w końcu odsunęła pusty talerz, wyglądała na syta i jednocześnie zawstydzona tym, ile zjadła.
— Dzięki — powiedziała cicho. — Naprawdę.
Rafał wstał.
— Chcesz wziąć kąpiel? Masz do dyspozycji całą łazienkę. Ciepła woda, czyste ręczniki… wszystko.
Oczy Zosi rozszerzyły się.
— Naprawdę mogę?
— Oczywiście.
Poczuła się widocznie wzruszona.
— Dziękuję… bardzo.
Rafał poszedł do swojej sypialni. Nie miał żadnych damskich ubrań, więc wyjął z szafy swój duży, miękki czarny t-shirt i czyste bokserki. Do tego gruby, puszysty ręcznik. Wrócił do kuchni i podał jej wszystko.
— Na zmianę. Jak coś, to potem popierzemy twoje rzeczy.
Zosia wzięła ubrania ostrożnie, jakby bała się je pobrudzić.
— Dziękuję.
Rafał zaprowadził ją do łazienki – dużej, jasnej, z wolnostojącą wanną i prysznicem. Pokazał jej, gdzie co jest, a potem wyszedł, zamykając drzwi za sobą.
W salonie usiadł na dużej sofie i westchnął ciężko. Myślał o niej. O jej głosie, o tym, jak jeła, o tym, jak się spięła, kiedy wspomniał o pomocy. Był nią zauroczony. Nie tylko ciałem – choć to też. Tą szczupłą, zgrabną sylwetką, średnimi piersiami, długimi nogami. Ale też czymś więcej. Historią. Dumą. Tym, że mimo wszystko nie chciała się sprzedawać.
W łazience Zosia zamknęła drzwi i przez chwilę stała nieruchomo, słuchając ciszy. Potem podeszła do wanny i odkręciła kran. Gorąca woda zaczęła napełniać wannę. Dziewczyna rozebrała się powoli. Najpierw zrzuciła brudne sneakersy i skarpetki. Potem ściągnęła legginsy wraz z majtkami. Bluzkę uniosła nad głowę i odłożyła na bok. Stanęła naga przed lustrem.
Jej ciało było bardzo szczupłe, niemal chude, ale zachowało kobiece kształty. Średniej wielkości piersi były jędrne, z małymi, jasnoróżowymi sutkami, które stwardniały od chłodniejszego powietrza łazienki. Płaski, gładki brzuch przechodził w wąską talię i delikatnie zaokrąglone biodra. Pupa była zgrabna, jędrna, o ładnym kształcie. Długie, smukłe nogi kończyły się wąskimi stopami. Między udami miała delikatny, jasny trójkąt włosków. Skóra, choć brudna od ulicy, była gładka i blada. Blond włosy, teraz rozwiązane, spływały jej po plecach aż do połowy.
Zosia zebrała swoje ubrania i wrzuciła je do pralki stojącej w zabudowie. Uruchomiła ją. Potem weszła do wanny. Ciepła woda objęła jej ciało jak miękki kokon. Westchnęła głośno, z ulgą, której nie czuła od miesięcy.
Usiadła, opierając głowę o brzeg wanny. Myślała o Rafale. O tym, jak na nią patrzył. O tym, że był przystojny, wysoki, umięśniony. Że miał w oczach coś, czego bała się i jednocześnie pragnęła. Trochę go okłamała. Nie do końca… ale też nie powiedziała wszystkiego. Bo chłopak naprawdę jej się podobał. Był inny niż ci wszyscy, którzy chcieli tylko jednego. Ale nie miała złudzeń. Wiedziała, jak to zwykle kończy się z mężczyznami. A jednak… siedziała teraz w jego wannie, naga, czysta, najedzona.
Ciepła woda rozleniwiała ją coraz bardziej. Powieki robiły się ciężkie. Ciało, odprężone po raz pierwszy od dawna, odmawiało posłuszeństwa. Zosia przymknęła oczy. Jeszcze tylko chwilę… jeszcze tylko chwilę posiedzi…
I zasnęła w wannie, otulona ciepłą wodą i ciszą luksusowego apartamentu.
Rafał siedział na sofie i co chwilę spoglądał w stronę korytarza prowadzącego do łazienki. Cisza była absolutna. Żadnego plusku wody, żadnego szurania, żadnego odgłosu. Minęło już prawie czterdzieści minut, a potem pięćdziesiąt. Zaczął się niepokoić. Wstał, podszedł do drzwi i zapukał cicho.
— Zosia? Wszystko w porządku?
Cisza.
Puknął mocniej.
— Zosia? Słyszysz mnie?
Nic. Tylko głuchy odgłos własnych knykci o drewno. Serce zaczęło mu bić szybciej. Wyobraził sobie najgorsze – że zasłabła, że poślizgnęła się, że coś jej się stało w tej wannie pełnej wody. Zaczął walić pięściami w drzwi.
— Zosia! Odpowiedz mi!
Milczenie było nie do zniesienia. Rafał cofnął się o krok, wziął głęboki oddech i z całej siły kopnął w drzwi. Zamek ustąpił z trzaskiem. Drzwi uderzyły o ścianę. Wpadł do środka.
Zosia poderwała się w wannie z głośnym, przestraszonym okrzykiem. Woda chlusnęła przez brzeg. Przez ułamek sekundy Rafał zobaczył wszystko: jej mokre, blond włosy przyklejone do ramion i pleców, mokre, średniej wielkości piersi z jasnoróżowymi sutkami, płaski brzuch, delikatny trójkąt jasnych włosków między udami. Dziewczyna natychmiast skrzyżowała ręce na piersiach, zasłaniając je, a kolana podciągnęła do góry.
— Jezu… przepraszam! — wyrzucił z siebie Rafał, odwracając wzrok i zasłaniając oczy dłonią. — Przepraszam, Zosia, naprawdę. Bałem się, że coś ci się stało. Byłaś tu prawie godzinę i nie odpowiadałaś. Myślałem… myślałem najgorsze.
Zosia oddychała szybko, wciąż tuląc ręce do piersi. Woda kapła jej z włosów na ramiona.
— Ja… zasnęłam — wyszeptała zawstydzona. — Przepraszam. Nie chciałam cię przestraszyć. Naprawdę przepraszam.
Rafał kiwnął głową, wciąż odwrócony bokiem, wzrok wbity w podłogę.
— Nic się nie stało. Po prostu… nie rób mi więcej takiego numeru, dobrze?
- Wezmę to sobie do serca - obiecała.
Cofnął się do drzwi.
— Dokończ spokojnie. Ja… będę w salonie.
Wyszedł, domykając za sobą uszkodzone drzwi jak się dało. Oparł się o ścianę na korytarzu i zamknął oczy. Obraz jej nagiego ciała wciąż stał mu przed oczami – te piersi, ta wąska talia, te długie nogi częściowo ukryte w wodzie. Jego kutas drgnął mocno w spodniach. Zmusił się do kilku głębokich oddechów.
W łazience Zosia powoli opuściła ręce. Serce wciąż waliło jej jak oszalałe. Wstała, spuściła wodę i pod prysznicem szybko spłukała resztki mydła. Otarła się dużym ręcznikiem, który Rafał jej zostawił. Potem włożyła jego rzeczy: miękki, czarny t-shirt, który sięgał jej prawie do połowy ud, i bokserki, które na jej wąskich biodrach były zdecydowanie za luźne. Włosy rozczesła grzebieniem, który znalazła w szufladzie. Spojrzała na pralkę – pranie już się skończyło. Wyjęła swoje rzeczy i rozwiesiła je starannie na suszarce stojącej w rogu.
Kiedy weszła do salonu, Rafał siedział na sofie, udając, że przegląda coś w telefonie. Uniósł głowę i na moment zaniemówił. W jego t-shircie wyglądała zupełnie inaczej – mniejsza, bardziej krucha, a jednocześnie jakoś… intymnie. Bokserki ledwo trzymały się na biodrach, a długie, smukłe nogi były całkiem odsłonięte. Blond włosy, wciąż lekko wilgotne, spływały jej swobodnie po ramionach.
— Hej — powiedział cicho. — Lepiej?
— Tak. Dużo lepiej. Dzięki.
Rafał odłożył telefon.
— Chcesz już spać? Mogę pościelić ci w pokoju gościnnym.
Zosia zmieszała się lekko, bawiąc brzegiem jego koszulki.
— Ja… dawno nie oglądałam telewizji — przyznała nieśmiało. — Jakbyś nie miał nic przeciwko…
Rafał poczuł, jak coś miękkiego i ciepłego rozlewa mu się w piersi. Taka prosta potrzeba. Uśmiechnął się.
— Jasne. Siadaj.
Włączył duży telewizor na ścianie. Znaleźli jakąś lekką komedię – głupią, ale zabawną. Zosia usiadła na drugim końcu sofy, podkulając nogi pod siebie. Rafał rzucił jej koc. Przez pierwsze minuty siedzieli w milczeniu, od czasu do czasu uśmiechając się do tych samych żartów. Potem Zosia odezwała się cicho:
— A jak jest… w innych krajach? Naprawdę?
Rafał spojrzał na nią.
— W Grecji na przykład? Na wyspach? Morze jest takie turkusowe, że oczy bolą. Domki białe, schody kręte, wszędzie pachnie oregano i solą. Wieczorem siadasz na tarasie, pijesz coś zimnego i patrzysz, jak słońce wpada do wody. Ludzie są wolniejsi. Taki punkt widzenia na życie Grecy nazywają sigga sigga. Nikt się nie śpieszy.
Zosia słuchała z szeroko otwartymi oczami, jakby sama tam była.
— Brzmi jak z filmu.
— Czasem tak jest.
Ich spojrzenia zetknęły się i tym razem żadne z nich nie odwróciło wzroku od razu. Zosia poczuła ciepły dreszcz na karku. Rafał zauważył, jak jego koszulka lekko obciska jej piersi, jak bokserki odsłaniają gładkie uda. Pomyślał, że chciałby ją zabrać właśnie tam. Na jakąś grecką wyspę. Pokazać jej to wszystko.
Rozmawiali dalej – o książkach, o tym, co czytali kiedyś, o filmach, o głupich rzeczach, które śmieszyły ich w szkole. Mówili jak starzy przyjaciele, którzy znają się od lat, a nie jak dwoje ludzi, którzy poznali się kilka godzin wcześniej na przystanku. Rafał był coraz bardziej zauroczony. Jej głos, jej sposób patrzenia, to, jak czasem gryzła dolną wargę, kiedy się zastanawiała. Wszystko w niej go przyciągało.
Zosia też czuła to napięcie. Rafał był przystojny, wysoki, miał te spokojne, ciemne oczy i sposób mówienia, który ją uspokajał. Podniecał ją. Ale jednocześnie w głowie kołatała jej myśl, której nie mogła mu powiedzieć. Że wciąż była dziewicą. Że każdy mężczyzna, którego dotychczas spotkała, chciał tylko jednego i zwykle chciał osiągnąć to siłą albo szantażem. Że bała się. Że to strach przed krzywdą ze strony mężczyzn był tak silny, że paraliżował ją nawet wtedy, gdy ciało reagowało na kogoś takiego jak on. Siedziała więc obok, uśmiechała się do komedii, słuchała opowieści o greckich wyspach i trzymała tę prawdę głęboko w sobie, nie pozwalając jej wyjść na powierzchnię.
Siedzieli na sofie, a komedia na ekranie telewizora dawno przestała być czymś więcej niż tłem. Rozmowa o książkach wciągnęła ich bez reszty. Rafał mówił o swoich ulubionych powieściach – o tych, które czytał jeszcze na studiach, kiedy aplikacja dopiero raczkowała, i o tych, po które sięgał teraz, kiedy miał już wszystko, a wciąż szukał czegoś, co wypełni ciszę.
— Lubię takie historie, w których bohaterowie mają coś do stracenia — mówił, odwracając się bardziej w jej stronę. — Nie te, gdzie wszystko jest z góry wiadome.
Zosia skinęła głową, a jej wilgotne jeszcze blond włosy zasłoniły jej na chwilę policzek.
— Ja też. Najbardziej te, w których ktoś próbuje zacząć od nowa. Nawet jeśli wszystko wskazuje, że się nie da.
Okazało się, że czytali tych samych autorów. Tych samych zapomnianych tytułów. Kiedy wypłynęło kolejne wspólne nazwisko, oboje roześmiali się cicho, jakby to było coś nieprawdopodobnego.
— No proszę — mruknął Rafał. — Dwa miliardy ludzi na świecie, a my lubimy te same książki.
Zosia uśmiechnęła się szerzej, a przy tym ruchu ich kolana styknęły się. Żadne z nich nie odsunęło się. Przeciwnie – jakby nieświadomie, z każdym zdaniem przysuwali się bliżej. Rafał oparł ramię o oparcie sofy tuż za jej plecami. Zosia siedziała z podkurczonymi nogami, jego duży t-shirt zsunął się jej na jedno udo, odsłaniając gładką skórę.
W pewnym momencie, gdy gestykulowała, opowiadając o ulubionej scenie z którejś powieści, jej dłoń musnęła jego dłoń. Zwykły, przypadkowy kontakt. A jednak oboje zamarli na ułamek sekundy. Prąd przeszedł przez skórę jak iskra. Zosia poczuła ciepło zbierające się nisko w brzuchu. Rafał poczuł, jak jego kutas drga mocniej w spodniach. Spojrzeli na siebie zaskoczony, prawie zawstydzeni tym, jak silnie na nich to podziałało.
— Przepraszam — wyszeptała ona.
— Nie ma za co — odparł on, a głos miał nieco niższy.
Zosia odchrząknęła, próbując wrócić do rozmowy.
— A jak to się stało… że w twoim wieku masz już tyle? Znaczy… aplikacja, wiem, ale…
Rafał westchnął lekko, przeciągając dłonią po twarzy.
— Napisałem ją jeszcze na studiach. Myślałem, że to będzie mały projekt poboczny. Okazało się, że ludzie tego potrzebowali. Inwestorzy przyszli sami. Potem sprzedaż udziałów, kolejne wersje, ekspansja… W pewnym momencie przestałem nadążać za liczbami.
Zosia gryzła dolną wargę, wahając się.
— A… ile mniej więcej? Twój majątek?
Rafał poczuł opór. Nie rozmawiał o tym prawie z nikim. A jednak, patrząc w jej jasne oczy, wiedział, że nie potrafiłby jej skłamać.
— Dwa miliardy złotych — powiedział cicho. — Mniej więcej.
Zosia otworzyła szeroko oczy, ale nic nie powiedziała. Tylko kiwnęła głową, jakby starała się to ogarnąć.
— A ty? — zapytał delikatnie. — Opowiedziałaś mi kawałek. Ale… rodzice?
Twarz Zosi stężała. Przez chwilę milczała, bawiąc brzegiem jego koszulki.
— Miałam szesnaście lat. Wypadek samochodowy. Oboje zginęli na miejscu. Dalsza rodzina… nikt nie chciał się mną zająć. Mieli swoje życie, swoje dzieci, swoje problemy. Trafiłam do domu dziecka. Było ciężko. Zimno, głośno, ciągle ktoś kradł albo wyśmiewał. A potem, jak skończyłam osiemnaście… po prostu mnie wypchnęli. I nagle byłam sama. Z teczką dokumentów i kilkoma rzeczami w torbie.
Mówiła cicho, a ich twarze były już bardzo blisko. Rafał widział każdy szczegół – lekkie pieprzyki na jej policzku, wilgotne rzęsy, pełne usta. Napięcie między nimi rosło z każdą sekundą. Zauroczenie było namacalne, gęste jak powietrze przed burzą.
Zosia biła się z myślami. Miała ochotę się rozpłakać. Chciała mu powiedzieć wszystko – o strachu, o tym, że nigdy nikogo nie miała, o tym, jak bardzo bała się kolejnego mężczyzny, który coś od niej zechce. Słowa jednak więzły jej w gardle. Zamiast tego, pod wpływem impulsu, którego sama nie rozumiała, pochyliła się i przelotnie pocałowała go w usta. Krótko. Niemal nieśmiało.
Rafał zamarł. Bał się, że ją spłoszy, jeśli zareaguje zbyt gwałtownie. Ale ten lekki, ciepły dotyk jej ust rozwiał resztki jego oporów. Objął ją mocno, jedną ręką obejmując jej smukłe plecy, drugą wsuwając w blond włosy, i pocałował namiętnie. Głęboko. Zosia odpowiedziała natychmiast. Jej usta otworzyły się pod jego, a cichy westchnienie uciekło jej z piersi. Ich dłonie zaczęły błąkać się po ciałach – przez materiał. Rafał czuł pod palcami jej żebra, krzywiznę biodra, miękkość piersi przez cienki t-shirt. Zosia ślizgała dłońmi po jego szerokich ramionach, po twardej piersi, po brzuchu. Czuli nawzajem swoje ciepło, swój oddech, rosnące podniecenie.
Po dłuższej chwili Zosia oderwała się od jego ust. Oddychała szybko. Przypomniała sobie wszystko – strach, dziewictwo którego musiała pilnować, miesiące na ulicy, mężczyzn, którzy chcieli tylko jednego. Odsunęła się lekko, choć wciąż była w zasięgu jego rąk.
Rafał spojrzał na nią skonsternowany. Wargi miał wilgotne od jej pocałunków. Chciał ją. Chciał kochać się z nią, pieścić każde centymetr jej szczupłego ciała, słyszeć jej oddech tuż przy uchu. Ale widział też strach w jej oczach. Nie chciał jej skrzywdzić. Nie chciał być kolejnym, który weźmie coś na siłę albo naciskiem.
— Zosia… — zaczął cicho.
Ona tylko pokręciła głową, nie patrząc mu w oczy.
— Przepraszam. Ja… nie powinnam była.
Usiedli z powrotem, udając, że znowu interesuje ich komedia na ekranie. Żadne z nich nie widziało jednak ani jednej sceny. Rafał czuł ciężar swojego kutasa w spodniach i wciąż pamiętał smak jej ust. Zosia ściskała dłonie na kolanach, czując mokrość między udami i chaos w głowie. Myśleli o sobie nawzajem. O tym, co właśnie się wydarzyło. O tym, co mogłoby się wydarzyć, gdyby nie odsunęła się.
Minuty ciągnęły się wolno. W pewnym momencie Rafał rzucił okiem w jej stronę i zauważył, że Zosia zasnęła. Głowa opadła jej na oparcie sofy, usta lekko rozchylone, oddech równy i spokojny. W jego t-shircie i bokserkach wyglądała jeszcze bardziej bezbronnie.
Wstał cicho. Poszedł do jednego z pokoi gościnnych, rozścielił świeżą pościel, poprawił poduszki. Wrócił do salonu i delikatnie dotknął jej ramienia.
— Zosia? Hej…
Nie obudziła się. Nawet nie drgnęła. Rafał przez chwilę stał nad nią, a potem pochylił się i wziął ją na ręce. Była lekka. Zaskakująco lekka. Jej ciało przylegało do jego piersi, a zapach – czystej skóry, jego własnego żelu pod prysznic i czegoś słodkiego, dziewczęcego – uderzył go prosto w głowę. Ciepło jej uda przenikało przez materiał jego koszulki. Szedł powoli, uważając, żeby jej nie obudzić. W pokoju gościnnym położył ją ostrożnie na łóżku. Podciągnął kołdrę aż pod brodę, poprawiając kosmyk włosów, który spadł jej na czoło. Przez moment stał w ciszy, patrząc na jej śpiącą twarz.
Potem wyszedł, cicho zamykając drzwi. Poszedł do swojej sypialni, czując wciąż na skórze ciepło jej ciała i w ustach smak jej pocałunku.
Rafał leżał na szerokim łóżku w swojej sypialni i wpatrywał się w sufit. Sen nie przychodził. Za ścianą, w pokoju gościnnym, spała Zosia – w jego czarnym t-shircie i za luźnych bokserkach, z wilgotnymi jeszcze przed snem blond włosami rozrzuconymi na poduszce. Była tak blisko. Kilkanaście metrów. Wystarczyło przejść korytarz, otworzyć drzwi i…
Wyobrażał sobie, jak wchodzi do tego pokoju. Jak klęka przy łóżku i budzi ją pocałunkami. Jak ściąga z niej swój t-shirt, odsłaniając te średnie, jędrne piersi, które zobaczył przez ułamek sekundy w łazience. Jak całuje jej płaski brzuch, jak rozchyla jej smukłe uda. Chciał kochać się z nią do upadłego – powoli, głęboko, słysząc jej oddech i ciche jęki. Chciał poczuć, jak jej ciało zaciska się wokół jego grubego, dwudziestopięciocentymetrowego kutasa. Myśl o tym sprawiała, że był twardy jak kamień. Ręka sama powędrowała w dół, pod materiał bokserek.
Wiedział, że nie może. Widział strach w jej oczach, kiedy odsunęła się po pocałunku. Słyszał historię o mężczyznach, którzy chcieli ją tylko wykorzystać. Nie zamierzał być kolejnym. A jednak ciało nie dawało mu spokoju. W końcu, żeby w ogóle zasnąć, zamknął oczy i zaczął się masturbować. Myślał o jej ustach na swoich. O tym, jak jej dłoń musnęła jego dłoń na sofie. O mokrych piersiach w wannie. O tym, jak lekka była, kiedy niósł ją do łóżka. Doszedł szybko, z głuchym jękiem przytłumionym w poduszkę, a zaraz potem spłynął na niego wstyd. Leżał w ciemności, lepki od własnego nasienia, i czuł się jak nastolatek, który nie panuje nad sobą. Wstydził się swoich myśli. Wstydził się, że pragnął dziewczyny, która zaufała mu na tyle, by wejść do jego domu prosto z ulicy.
Minęło dużo czasu, zanim sen w końcu go zabrał.
Obudził się z ciężką głową. Na zegarku świeciła dziewiąta. Przez moment leżał nieruchomo, nasłuchując, czy w mieszkaniu słychać jakieś odgłosy. Cisza. Wstał, przeciągnął się i poszedł pod prysznic. Gorąca woda spływała po jego umięśnionym ciele, a on wciąż myślał o Zosi. O tym, jak wyglądała w jego ubraniach. O smaku jej pocałunku. O tym, czy dobrze spała. Ubrał się szybko – ciemne jeansy, zwykła koszula – i wyszedł z sypialni na palcach, starając się nie hałasować.
Kuchnia była jasna od porannego słońca. Rafał otworzył lodówkę, wyjmując jajka, boczek, pomidory, świeży sok. Chciał zrobić porządne śniadanie dla nich obojga. Nie chciał jej budzić – zasłużyła na sen w czystym łóżku. Kiedy stawiał produkty na blacie wyspy, zauważył małą karteczkę przyklejoną do czajnika. Pismo było nierówne, jakby ktoś pisał w pośpiechu.
„Dziękuję za wszystko a najbardziej za bycie gentlemanem. Przepraszam, że bez pytania ale poczęstowałam się kiełbaskami z lodówki.”
Rafał zamarł. Przeczytał jeszcze raz. Potem trzeci. Serce ściśnięło mu się boleśnie. Odszedł od blatu, przeszedł szybko do pokoju gościnnego i uchylił drzwi. Łóżko było puste. Kołdra zarzucona niedbale. Jego t-shirt i bokserki leżały starannie złożone na krześle. Jej własne, już suche rzeczy zniknęły.
Stał w progu, nie wiedząc, co robić z rękami. Zosia wyszła. Wymknęła się ukradkiem, zanim się obudził. Zostawiła tylko tę kartkę i pustkę w mieszkaniu, które jeszcze wczoraj wieczorem wydawało się pełniejsze przez samą jej obecność.
Natychmiast uderzyła go myśl: to przez pocałunek. Przez to, że objął ją zbyt mocno, że jego ręce błądziły po jej ciele przez materiał. Że poczuła jego podniecenie. Wystraszyła się. Uznała, że nie jest bezpieczna. Że był kolejnym mężczyzną, który w końcu czegoś od niej zechce. Wstyd zalał go falą. Wstydził się swoich nocnych fantazji. Wstydził się, że masturbował się myśląc o niej, podczas gdy ona spała kilka drzwi dalej, ufając mu.
— Kurwa — syknął przez zęby.
Wybiegł z mieszkania niemal biegiem. Nie wziął nawet kurtki. Zjechał windą na dół, minął zaskoczonego portiera i wypadł na ulicę. Poranne miasto żyło już swoim rytmem – ludzie szli do pracy, samochody stały w korkach, gdzieś pachniało świeżymi rogalikami z piekarni. Rafał ruszył pierwszą ulicą, potem drugą, trzecią. Rozglądał się gorączkowo. Szukał blond włosów, szczupłej sylwetki, czarnych legginsów, zniszczonych sneakersów. Zaglądał na przystanki, w bramy, pod daszki sklepów. Przebiegł cały kwartał wokół apartamentowca, potem kolejny. Pytał przypadkowych ludzi, czy nie widzieli dziewczyny w czarnych legginsach i białej bluzce. Większość kręciła głową, niektórzy patrzyli na niego jak na wariata.
Minęło czterdzieści minut. Potem godzina. Nogi zaczynały go już boleć, a oddech był urywany. Nigdzie jej nie było. Zosia rozpłynęła się w mieście tak samo nagle, jak się w nim pojawiła poprzedniego wieczoru na tym przystanku.
Rafał stanął w końcu na rogu, opierając dłonie o kolana. W uszach szumiało mu od biegu i od myśli, które nie dawały spokoju. Bał się, że właśnie stracił szansę, by naprawdę jej pomóc. Bał się, że przez własne pragnienie przepłoszył jedyną osobę, która od dawna wydała mu się czymś więcej niż przygodnym ciałem. A przede wszystkim bał się, że Zosia znowu jest sama na ulicy – głodna, przestraszona i przekonana, że nawet „gentleman” w końcu okaże się taki sam jak wszyscy inni.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz