
— Dzień dobry — powiedział łamaną, ale zrozumiałą polszczyzną. — Nazywam się Anwar. — Potem płynnie przeszedł na angielski, wyjaśniając, że temperatura w cieniu sięga prawie czterdziestu stopni, ale w samochodzie czekają schłodzone napoje. Mówiąc to, jego wzrok na ułamek sekundy zbyt długo spoczął na nogach Zosi i dekolcie Basi.
Otworzył tylne drzwi z teatralnym gestem. Rafał przepuścił najpierw Basię, potem Zosię. W środku znajdowały się dwie szerokie, skórzane kanapy ustawione naprzeciwko siebie i przedzielone niskim stolikiem z ciemnego drewna. Basia od razu „rozwaliła się” tyłem do kierunku jazdy, z rękami na oparciu i nogami swobodnie rozłożonymi. Zosia usiadła przodem, a Rafał zajął miejsce tuż obok niej. Drzwi domknęły się z miękkim, drogim odgłosem. Anwar wsiadł za kierownicę i ruszył.
Basia rozejrzała się po kabinie i nagle zmarszczyła brwi.
— Halo… a pasy bezpieczeństwa?
Rafał parsknął cichym śmiechem.
— W Turcji w wielu samochodach albo ich nie ma, albo są tylko dla ozdoby. Bezpieczeństwo w ruchu drogowym traktują tutaj… powiedzmy, elastycznie.
Limuzyna wyjechała na drogę ekspresową – w tureckim tego słowa znaczeniu. Asfalt był szeroki, ale styl jazdy lokalnych kierowców sprawiał, że Rafał co jakiś czas instynktownie przytrzymywał Zosię za biodro. Za oknami rozciągała się Antalya: białe budynki, ogromne palmy strzelające w niebo, minarety, billboardy w nieznanym alfabecie, błyskające w słońcu szyby. Zosia siedziała z lekko otwartymi ustami.
— Czuję się, jakbym była w jakimś filmie — wyszeptała.
Rafał sięgnął do stolika. Blat okazał się wiekiem spornej, schowanej lodówki. Uniósł go i wyjął trzy wysokie kieliszki do szampana oraz mocno zaparowaną, lodowatą butelkę. Podał kieliszki dziewczynom, prosząc Zosię, by potrzymała też jego. Mimo że samochód pędził, napełnił wszystkie trzy po brzegi złotym, musującym płynem. Odstawił butelkę na podłogę, odzyskał swój kieliszek i uniósł go.
— Za wasze nowe życie — powiedział poważnie. — I przy okazji… za moje nowe życie.
Basia nie czekając wypiła duszkiem cały kieliszek, po czym poderwała się na kanapie, rozłożyła szeroko ręce i krzyknęła w wiatr:
— Kocham nowe życie!
— Siadaj, zanim wylecisz — zaśmiała się Zosia, a Rafał tylko pokiwał głową z rozbawieniem.
Basia opadła z powrotem na siedzenie, wciąż rozpromieniona. Po chwili Zosia odchyliła się do Rafała i powiedziała nieśmiało, prawie do jego ucha:
— Ta limuzyna, ten szampan… to wszystko wygląda jak z bajki. Ale… czy moglibyśmy czasem zachowywać się jak zwykli turyści? Chociaż odrobinę?
Rafał objął ją w talii, przyciągnął bliżej i pocałował delikatnie w usta, nie zważając na to, że Basia patrzy.
— Dla ciebie wszystko — odparł cicho. — Ale mam nadzieję, że wybaczysz mi, że hotel jest z naprawdę górnej półki.
Zosia parsknęła śmiechem i szturchnęła go łokciem.
— Jakoś to przeżyję.
Jechali dalej, komentując mijane widoki: ogromne hotele, turkusowe fragmenty morza pojawiające się między budynkami, stragany z owocami, tureckie flagi powiewające na wietrze. W pewnym momencie minęli dużą tablicę z napisem „Side”. Niedługo potem Anwar zwolnił i skręcił w boczną, szerszą drogę. Przed nimi pojawiła się majestatyczna, kamienna brama z złotymi literami:
GRAND PLATINUM
Limuzyna wjechała na teren hotelu. Palmy, idealnie przystrzyżone żywopłoty, fontanny i biały, wielopiętrowy budynek główny. Samochód zatrzymał się przed szerokimi schodami wejściowymi. Rafał wysiadł pierwszy, odwrócił się i podał rękę najpierw Zosi, potem Basi, czekając, aż obie staną obok niego na rozgrzanym, jasnym kamieniu podjazdu.
Czekali chwilę na podjeździe, aż podjedzie busik z bagażami. Kiedy się pojawił, obsługa hotelowa w białych koszulach błyskawicznie przejęła walizki. Rafał, Zosia i Basia weszli do środka.
Lobby uderzyło ich przepychem. Podłogi z jasnego, lśniącego marmuru, wysokie kolumny, ogromne kryształowe żyrandole rzucające tysiące iskier światła. W powietrzu unosił się lekki zapach drogich perfum i świeżych kwiatów. Zza szerokiej recepcji wyszła młoda kobieta w nienagannym, ciemnym uniformie. Miała gładko spięte ciemne włosy, oliwkową karnację i profesjonalny, ale ciepły uśmiech.
— Dzień dobry — przywitała się najpierw po polsku, po czym płynnie przeszła na angielski. — Nazywam się Amira, jestem menedżerką hotelu. Witamy w Grand Platinum.
Dyskretnie, ale uważnie przyjrzała się obu blondynkom, zanim skierowała wzrok na Rafała. Kiedy podał numer rezerwacji, Amira skinęła głową i rozłożyła na blacie kilka dokumentów.
— Proszę o podpis tutaj i tutaj. Oto karty wejściowe do apartamentu oraz opaski ultra all inclusive. Uprawniają do nielimitowanego korzystania ze wszystkich restauracji, barów, basenów i atrakcji hotelu.
Rozdała im czarne, eleganckie opaski z holograficznym logo. Potem skinęła na młodego boya w białych rękawiczkach.
— Mehmet zaprowadzi państwa do willi.
Chłopak sprawnie załadował wszystkie walizki na szeroki wózek i grzecznie wskazał kierunek.
— Please, follow me.
Zosia i Basia szły niemal oniemiałe. Z lobby przeszli na długi, zadaszony taras, a stamtąd na teren hotelu. Minęli ogromny, nieregularnego kształtu basen, wokół którego leżaki były w większości zajęte przez opalających się turystów. Wszędzie rosły wysokie palmy i bujne rabaty kwiatów. Szczególnie przyciągały wzrok wysokie, różowe kępy.
— Oleandry — wyjaśnił cicho Rafał, kiedy zauważył, że Zosia się im przygląda.
Teren był naprawdę olbrzymi. Główny budynek, kilka mniejszych restauracji, bary plażowe, nawet scena koncertowa z zadaszeniem. Im dalej szli za Mehmetem, tym wyraźniej słychać było szum morza. Dotarli prawie do brzegu, ale samej wody jeszcze nie było widać – zasłaniał ją szereg luksusowych, dwupiętrowych willi. Pomiędzy willami rósł prawdziwy, zadbany las: drzewa, krzewy, kwiaty, kamienne ścieżki.
Zatrzymali się przed jedną z willi. Mehmet otworzył szerokie, drewniane drzwi i zaprosił ich gestem do środka. Salon zajmował cały parter – wysoki, jasny, z białymi kanapami, ciemnym drewnem i ogromnymi przeszkleniami. Szerokie schody prowadziły na piętro. Boy sprawnie wniósł wszystkie walizki, ustawił je przy ścianie i stanął wyczekująco. Rafał wyjął z portfela banknot dziesięcioeurowy i podał chłopakowi. Mehmet podziękował szerokim uśmiechem, skinął głową i zniknął, zamykając drzwi od zewnątrz.
Zostali tylko we troje.
Zosia od razu podeszła do wielkich drzwi tarasowych. Odsunęła ciężkie, jasne zasłony i stanęła jak wryta. Otworzyła drzwi na oścież i wyszła na szeroki, kamienny taras. Podeszła aż do balustrady.
Willa stała na niewysokiej skarpie. Poniżej rozciągała się szeroka plaża – częściowo piaszczysta, częściowo drobno kamienista – gęsto zastawiona białymi leżakami i beżowymi parasolami. Kelnerzy w białych koszulach roznosili kolorowe drinki pomiędzy gośćmi. A jeszcze dalej, tuż za ostatnim rzędem leżaków, fale Morza Śródziemnego regularnie, mocno uderzały o brzeg, rozbijając się na białą pianę.
Zosia wpatrywała się w ten widok z otwartymi ustami, kiedy poczuła, że ktoś staje tuż za nią. Rafał objął ją w pasie, przycisnął się do jej pleców całym ciałem i złożył wolny, mokry pocałunek na jej szyi, dokładnie w miejscu, gdzie biło tętno.
Zosia jęknęła cicho – krótko, ale wyraźnie – i odchyliła głowę, dając mu lepszy dostęp.
— Jak tu pięknie… — wyszeptała.
Rafał musnął ustami jej skórę jeszcze raz i odszepnął:
— Pięknie, bo ty tu jesteś.
Potem delikatnie odwrócił ją twarzą do siebie. Jedną ręką trzymał ją w talii, drugą uniósł jej podbródek. Pocałował namiętnie – głęboko, wolno, z całym głodem, który narastał w nim od samego rana. Zosia wplotła palce w jego włosy i odpowiedziała z taką samą intensywnością. W tle szumiały fale, gdzieś daleko śmiały się ludzie na plaży, a ona na długą chwilę zatraciła się całkowicie w jego ustach, w jego zapachu i w poczuciu, że po raz pierwszy od bardzo dawna jest dokładnie tam, gdzie chciała być.
Ogarnęli się szybko. Dziewczyny nie chciały tracić ani chwili – plaża wołała zbyt głośno. Zosia zniknęła na górze i po chwili zbiegła w białym bikini. Dwa niewielkie, cienkie trójkąty ledwo zakrywały jej piersi, a dół stanowiły klasyczne stringi z dużymi, białymi kokardami zawiązanymi na biodrach. Basia wybrała różowe – góra była odrobinę bardziej zakrywająca, ale wciąż bardzo odważna, a dół tworzyły ładnie wycięte brazyliany, które odsłaniały prawie całe pośladki. Rafał wyszedł w ciemnych kąpielówkach i dosłownie gwizdnął, kiedy zobaczył je obie stojące obok siebie na tle morza.
— Jezu… — mruknął tylko i sięgnął po telefon. Zrobił im kilka zdjęć na tarasie, zanim zdążyły zaprotestować.
Zeszli wąską ścieżką prosto na plażę. Piasek był rozgrzany słońcem aż piekł w stopy. Zostawili klapki tuż przy pierwszym rzędzie leżaków i prawie biegiem wbiegli w falę. Woda była przyjemnie chłodna. Od razu zaczęli się chlapać – najpierw nieśmiało, potem coraz śmielej. Basia pisnęła, kiedy Rafał oblali ją solidną falą, Zosia odwdzięczyła się, rzucając w niego garściami wody. Śmiech niósł się nad zatoką.
W pewnym momencie większa fala niespodziewanie runęła na Zosię. Zniknęła pod powierzchnią na sekundę zbyt długo. Rafał zdążył się już naprawdę zaniepokoić, kiedy wynurzyła się z mokrymi włosami przyklejonymi do twarzy i wyrazem totalnego zaskoczenia. Potem jednak jej usta rozciągnęły się w szeroki, rozpromieniony uśmiech i wszyscy odetchnęli.
Pluskali się dalej, łaskotali pod wodą, chwytali za kostki. W końcu Zosia i Rafał jednocześnie „napadli” na Basię – jedno z lewej, drugie z prawej – próbując ją przewrócić. Wygłupy trwały chwilę, aż nagle cała trójka zastygła w bezruchu.
Basia stała między nimi, oddychając płytko, z wyraźnym, ciemnym podnieceniem w oczach. Na jej lewej piersi spoczywała dłoń Zosi, na prawej – dłoń Rafała. Mokry materiał bikini wcisnął się pod ich palce, a sutki stwardniały natychmiast. Przez ułamek sekundy nikt się nie ruszył. Potem Zosia i Rafał gwałtownie cofnęli ręce, jak oparzeni.
Basia spojrzała na nich z jawnym zawodem.
— Przecież… było mi tak przyjemnie.
Spojrzenia wszystkich trojga powędrowały w dół. Rafał widział, jak woda spływa po brzuchu Zosi i zbiera się w dołku jej pępka, jak różowy materiał oblepia cipkę Basi. Dziewczyny patrzyły na jego kąpielówki, w których sytuacja stawała się coraz bardziej kłopotliwa. Rafał wolał zostać w wodzie jeszcze chwilę dłużej, licząc, że chłodniejsza fala trochę uspokoi jego penisa.
Basia i Zosia wyszły pierwsze. Opadły na gorący piasek tuż przy linii wody, wciąż chichocząc nerwowo. Przytuliły się do siebie bokiem i patrzyły wyczekująco na Rafała, który w końcu też wyszedł. Położył się między nimi na plecach. Obie od razu, jakby umówione, zaczęły bawić się jego mokrą włosami – przeciągały palcami, odgarniały z czoła, kręciły kosmyki. W pewnym momencie ich dłonie zetknęły się. Zamiast się cofnąć, splotły palce i dalej wspólnie, wolno gładziły go po głowie.
Rafał zamknął oczy na kilka sekund. Potem gwałtownie usiadł i poderwał się na nogi. Sytuacja w kąpielówkach stawała się krytyczna.
— Zdjęcia — rzucił ochryple, sięgając po telefon, który zostawili na leżaku.
Zrobił im kilka ujęć. Najbardziej podobało mu się to, na którym obie dziewczyny, wciąż mokre i posypane piaskiem, nachyliły się ku sobie i dały sobie krótkiego, miękkiego całusa w usta, patrząc przy tym prosto w obiektyw z filuternym, prawie wyzywającym błyskiem. Rafał westchnął ciężko. Widok był naprawdę gorący.
Schował telefon i spojrzał na nie obie.
— Głodne jesteście?
Basia i Zosia odpowiedziały jednocześnie, niemal z ulgą:
— Tak.
Weszli na chwilę do willi, tylko po to, by narzucić coś na mokre stroje. Zosia sięgnęła po lekką, białą sukienkę z cienkiego lnu, która ledwo sięgała połowy ud i wcale nie ukrywała faktu, że pod spodem ma tylko mokre bikini. Basia wybrała krótką, różową tunikę z odkrytymi ramionami. Rafał zarzucił na siebie zwykłą, lnianą koszulę z podwiniętymi rękawami i nie zapiął jej do końca. Wyszli.
Najbliższa restauracja znajdowała się zaledwie kilka minut spaceru wzdłuż alejki obsadzonej palmami i oleandrami. Była otwarta, z widokiem na jeden z basenów i fragment morza. W środku dominował wielki szwedzki stół – lśniące półmiski, lód, zioła, cytryny. Specjalnością były ryby i owoce morza: grillowany łosoś, dorada, krewetki, kalmary, ośmiornice, małże w różnych sosach. Wszystko pachniało cytryną, czosnkiem i morzem.
Zosia i Rafał wybrali oszczędnie – po porcji białej ryby z grillowanymi warzywami i sporą ilością zielonych liści. Usiedli przy stoliku w cieniu. Niebawem pojawiła się Basia. Jej talerz był prawdziwym monumentem: góra krewetek, kawałek ryby, sałatki, pieczywo, oliwki i jeszcze coś, czego Zosia nie potrafiła nazwać.
Zosia parsknęła śmiechem, ledwie zobaczyła ten stos.
— W tym tempie, Basiu, twoja dupa urośnie do rozmiarów trzydrzwiowej szafy.
Basia usiadła z godnością, odkładając talerz, i wzruszyła ramionami.
— Przecież jeszcze niedawno byłam niedożywiona. Muszę sobie jakoś zrekompensować stracone kalorie. To medycznie udowodnione.
Rafał oparł się wygodniej na krześle i zachował całkowitą powagę, choć oczy mu się śmiały.
— W razie czego nasz samolot uniesie znacznie większe ciężary. Możecie być spokojne o logistykę powrotu.
Obie dziewczyny wybuchnęły śmiechem. Basia od razu zabrała się do jedzenia z widoczną determinacją. Zosia tymczasem nabierała na widelec jasnozielone, lekko karbowane liście, które smakowały znajomo.
— To jest pyszne — powiedziała po pierwszym kęsie, z wyraźnym zaskoczeniem. — Smakuje jak trochę szczaw albo nie wiem co, tylko delikatniejszy. Co to jest?
Rafał uśmiechnął się szeroko.
— Rzeżucha. Tyle że dorosła, wyrośnięta. Nie te małe kiełki, które znasz z Polski. Tutaj dodają ją do sałatek pełnymi garściami.
Zosia natychmiast nabrała kolejną porcję i zamknęła oczy z przyjemnością.
— To teraz moje nowe ulubione warzywo. Ostrzegam.
Siedzieli w lekkim cieniu, wokół szumiały rozmowy innych gości, a gdzieś w tle grała cicha, orientalna muzyka. Rafał co jakiś czas pozwalał sobie na dłuższe spojrzenie – najpierw na mokre jeszcze włosy Zosi przyklejone do karku, potem na sposób, w jaki różowa tunika Basi obcisnęła piersi, kiedy sięgała po kolejną krewetkę. Basia łapała te spojrzenia i odpowiadała krótkim, prawie niewidocznym uniesieniem kącika ust. Zosia, delektując się rzeżuchą, od czasu do czasu ocierała stopą o nogę Rafała pod stołem – przypadkowo, a może nie. Napięcie, które narodziło się na plaży, wcale nie zniknęło. Tylko na razie wszyscy troje udawali, że jedzą zwykły, wakacyjny obiad.
W końcu byli solidnie najedzeni i upał przestał być tylko tłem. Myśli trochę ochłonęły, choć napięcie z plaży wciąż gdzieś pod skórą tliło się delikatnie. Rafał odchylił się na krześle i spojrzał na obie dziewczyny.
— No dobrze. Co robimy dalej? Możemy wyjść gdzieś do Side, możemy wrócić na plażę, możemy poleżeć nad basenem… Co wolicie?
Basia wzruszyła ramionami, sięgając po ostatnią oliwkę.
— Mnie wszystko jedno. Dla mnie i tak wszystko jest nowe. Byle nie siedzieć w pokoju.
Zosia przez chwilę myślała, bawiąc się brzegiem serwetki.
— Ja… chyba wolałabym dzisiaj po prostu odpocząć nad basenem. Bez biegania. Tak spokojnie.
Rafał skinął głową.
— Basen więc.
Wrócili do willi tylko na chwilę. Zebrali wielkie, białe ręczniki hotelowe, dwa rodzaje kremu z mocnym filtrem, wodę, okulary, książkę, któreh Zosia i tak pewnie nie otworzy, i powerbanki. Obładowani tym wszystkim przeszli alejkami między palmami i oleandrami aż do głównego basenu. Był ogromny, nieregularny, z jasnoniebieską wodą i kilkoma płytkimi zatoczkami. O dziwo, tuż przy samym brzegu stały jeszcze trzy wolne leżaki pod wspólnym, dużym parasolem. Zajęli je błyskawicznie.
Zrzucili wierzchnie okrycia. Zosia została w białym bikini z kokardami, Basia w różowym. Rafał w ciemnych kąpielówkach. Ledwie dziewczyny się wyprostowały, Rafał wyczuł na nich dziesiątki spojrzeń – przeważnie męskich, ale nie tylko. Kilka kobiet też przyglądało się im z jawną oceną albo zazdrością. Obie siostry wyglądały jak stworzone do tureckiego słońca: jasne włosy, smukłe ciała, świeże twarze.
Zosia sięgnęła po butelkę kremu, odwróciła się tyłem do Rafała i podała mu ją z szerokim, niewinnym uśmiechem.
— Twoja powinność, panie.
Rafał przyjął krem bez słowa. Usiadł za nią na brzegu leżaka. Wycisnął sporą ilość chłodnego, białego kremu na dłonie, potarł je o siebie i położył na jej ramionach. Zaczął od karku – wolnymi, okrężnymi ruchami rozprowadzał filtr, schodząc na barki, potem na łopatki. Dłonie zjechały w dół kręgosłupa, dokładnie pokrywając każde żeberko. Kiedy dotarł do pasa, nie zatrzymał się. Przeszedł na pośladki – najpierw przez cienki materiał stringów, potem, kiedy Zosia nawet nie protestowała, wsunął palce pod kokardy i rozprowadził krem bezpośrednio na skórze, przeciągając kciukami po dolnej linii pośladków dłużej, niż wymagała tego ochrona przeciwsłoneczna. Zosia cicho wciągnęła powietrze.
Przeszedł na nogi. Zaczynał od łydek, unosił się wyżej, dokładnie smarując tylną stronę ud. Kiedy dotarł do wewnętrznej strony, jego palce przejechały niebezpiecznie blisko krocza – tylko muśnięcie, ale wystarczająco świadome, żeby Zosia lekko rozchyliła uda.
— Odwróć się — powiedział nisko.
Zosia przełożyła się na plecy. Rafał zaczął od stóp, przeszedł przez kostki, kolana, przednią stronę ud. Na brzuchu zatrzymał się dłużej – dłonie krążyły wokół pępka, schodziły nisko na biodra, prawie pod linię stringów. Potem ramiona, barki, i wreszcie piersi. Najpierw smarował to, co było odsłonięte. Potem, z całkowitym spokojem, wsunął dłonie pod cienkie trójkąty białego bikini. Palce przeciągnęły się po miękkim ciele, po twardniejących sutkach, rozprowadzając krem dokładnie tam, gdzie słońce i tak by nie dosięgło. Zrobił to powoli, prawie oficjalnie, ale oboje czuli, jak napięcie rośnie z każdą sekundą. Zosia miała lekko otwarte usta i ciemniejsze niż przed chwilą oczy. Rafałowi kąpielówki zaczynały robić się niewygodne.
Kiedy skończył, odsunął ręce z wyraźnym żalem i zapytał ochryple:
— Zadowolona?
Zosia spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek i uśmiechnęła się wolno, z filuternym błyskiem.
— Jak najbardziej.
Przez moment tylko się patrzyli. Potem Zosia rzuciła okiem na Basię, która leżała na sąsiednim leżaku i udawała, że nie obserwuje całej sceny zbyt uważnie. Wróciła wzrokiem do Rafała.
— A byłbyś tak dobry… i równie starannie posmarował Basię?
Rafał zamarł na ułamek sekundy, wyraźnie zaskoczony. Butelka kremu zawisła w powietrzu. Basia otworzyła usta ze zdumienia, a jednocześnie poczuła, jak między jej udami gwałtownie zbiera się wilgoć. Sama myśl, że jego dłonie miałyby zaraz dotykać jej tak, jak przed chwilą dotykały Zosi, sprawiła, że bipini stały się nieprzyjemnie mokre.
Rafał odwrócił się do Zosi. W jego oczach było pytanie i echo ich nocnej rozmowy w wannie.
— Jesteś pewna?
Zosia nie zawahała się ani chwili. Głos miała niski, zdecydowany i pełen napięcia.
— Całkowicie pewna. I zrób to… równie dokładnie — nacisnęła na ostatnie słowo — jak robiłeś to mnie.
Rafał nie odpowiedział. Po prostu pochylił się i pocałował ją namiętnie, głęboko, nie zważając na to, że wokół basenu leżały dziesiątki ludzi. Kiedy się oderwał, przesiadł się na leżak Basi. Dziewczyna drżącymi ruchami przełożyła się na brzuch, chowając twarz w złożonych ramionach. Zosia obserwowała wszystko z leżaka obok – wzrok miała ciemny, wyczekujący i wyraźnie podniecony.
Rafał wycisnął krem na dłonie. Zaczął od łydek Basi, wolno, dokładnie. Unosił się wyżej, rozprowadzał filtr po tylnej stronie ud, aż dotarł do pośladków. Kiedy jego dłonie objęły różowy materiał brazylianów i wsunęły się pod spód, Zosia mocno zacisnęła własne uda. Basia drżała pod jego dotykiem – drobne, niekontrolowane dreszcze przebiegały jej plecy. Rafał przeszedł na łopatki, kark, ramiona, cały czas kątem oka obserwując twarz Zosi. Starsza siostra wpatrywała się w jego ręce z niemal hipnotycznym skupieniem.
— Odwróć się — powiedział cicho.
Basia posłusznie przełożyła się na plecy. Oczy miała zamglone, usta lekko rozchylone. Rafał zaczął od stóp, przeszedł przez golenie, kolana, przednią stronę ud. Kiedy smarował wewnętrzną stronę, jego kciuk przypadkiem – albo i nie – musnął przez cienki materiał majteczek dokładnie jej cipkę. Z ust Basi wyrwał się krótki, stłumiony jęk. Zosia w tej samej chwili poczuła, jak jej własna ręka bezwiednie wędruje w dół. W ostatniej chwili złapała się krawędzi leżaka, powstrzymując się. Uda zaciskały jej się już rytmicznie.
Rafał przeszedł na brzuch, biodra, potem ramiona. Ciało Basi falowało lekko, jakby każda pieszczota rozchodziła się po niej echem. Kiedy jego dłonie zbliżyły się do piersi, Zosia odezwała się bardzo cicho, prawie szeptem:
— Zrób to tak dokładnie… jak mnie.
Rafał spojrzał Basi prosto w oczy. Znalazł w nich tylko jedno – czyste, otwarte pragnienie, żeby to się stało. Wsunął dłonie pod różowy materiał góry bikini. Palce przeciągnęły się po miękkim ciele, znalazły już twarde sutki i przetoczyły je powoli.
W tym momencie Zosia doszła.
Leżała na plecach, okulary przeciwsłoneczne zasłaniały połowę twarzy, jedna ręka wisiała bezwładnie wzdłuż leżaka. Całe ciało sztywno napięło się na kilka długich sekund – brzuch wciągnął się, uda zesztywniały i zaczęły drobno drżeć, stopy wbiły się palcami w plastikową powierzchnię. Uda zacisnęły się tak mocno, że mięśnie wyraźnie zarysowały się pod skórą. Oddychała przez zęby, krótko i płytko, żeby nie wydać żadnego dźwięku. Tylko delikatne, faliście przechodzące dreszcze po brzuchu i piersiach zdradzały, co się z nią dzieje. Po kilku sekundach opadła, całkowicie wiotka, z lekko otwartymi ustami.
Basia widziała to wszystko. Widziała, jak siostra zaciska uda i jak przechodzi przez nią fala. To wystarczyło, żeby jej własne ciało poszło tą samą drogą. Kiedy Rafał delikatnie, prawie eksperymentalnie zacisnął palce na jej sutku, orgazm rozerwał ją od środka. W przeciwieństwie do Zosi Basia nie zesztywniała całkowicie – jej biodra uniosły się lekko nad leżakiem w jednym, długim, drżącym ruchu, pośladki napięły się, a wewnętrzna strona ud zaczęła pulsować widocznymi skurczami. Palce stóp zgięły się kurczowo. Z ust wyrwał się cichy, wysoki, stłumiony jęk, który natychmiast przygryzła wargą. Przez kilka sekund leżała z uniesionymi biodrami, drżąc drobno, jakby prąd przechodził jej przez kręgosłup, po czym opadła z powrotem, ciężko oddychając przez nos.
Rafał powoli wycofał ręce i rozejrzał się uważnie dookoła. Ludzie pływali, rozmawiali, czytali, pili drinki. Nikt nie patrzył w ich stronę zbyt długo. Wyglądało na to, że nic nie zostało zauważone.
Uśmiechnął się nagle szeroko, prawie chłopięco, i powiedział wesoło, choć głos miał jeszcze ochrypły:
— No. Skoro obie jesteście już starannie nasmarowane… to chyba i zadowolone.
Zosia parsknęła cichym, wciąż trochę niespokojnym śmiechem. Odsunęła okulary na czoło i spojrzała na niego z filuternym, ciemnym błyskiem.
— Chyba obie jak najbardziej zadowolone. — Umilkła na sekundę, a potem dodała, rzucając okiem na Basię: — Ale ciebie też nie możemy zostawić wystawionego na te bezlitosne promienie. Basia… pomożesz mi?
Zosia wstała, mówiąc to. Basia poderwała się natychmiast za nią. Rafał leżał jeszcze na leżaku i patrzył na nie obu z wyrazem niemal ogłupiałego niedowierzania. Obie miały ciemne, zdecydowane oczy i wyraźnie spięte, podniecone ciała. Po krótkiej chwili po prostu uniósł ręce w geście poddania.
— Dobrze. Oddaję się w wasze ręce.
Położył się na plecach. Obie siostry uniosły brwi jednocześnie.
— Najpierw przód — wyjaśnił nisko, z krzywym uśmiechem. — Wolę, żeby nikt dokładnie nie widział, w jakim stanie skończą kąpielówki, kiedy już zaczniecie mnie dotykać.
Basia i Zosia parsknęły perlistym, prawie dziewczęcym śmiechem i usiadły po obu jego stronach. Każda wzięła do ręki butelkę kremu. Każda złapała za jedną z jego nóg.
Zaczęły od łydek. Dłonie przesuwały się wolno, dokładnie, coraz wyżej. Co kilka sekund zerkały to na niego, to na siebie – obie rozpalone, z lekko otwartymi ustami, z mokrymi jeszcze od wcześniejszego orgazmu bikini. Kiedy dotarły do ud, ruchy stały się wolniejsze. Palce wsunęły się pod nogawki kąpielówek. Rafał wciągnął powietrze przez zęby. Jego penis był już tak twardy, że materiał obcisnął go boleśnie. Obie dziewczyny musnęły go lekko, jakby przypadkiem, rozprowadzając krem po wewnętrznej stronie ud i u nasady. Potem przeszły na brzuch. Dłonie krążyły po twardych mięśniach, wjeżdżały na klatkę piersiową, czasem ocierały się o siebie nawzajem na jego skórze – mokre od kremu, gorące, świadome.
W pewnym momencie Zosia rozejrzała się uważnie dookoła. Ludzie pływali, rozmawiali, nikt nie patrzył bezpośrednio na ich leżaki. Wtedy złapała dłoń Basi i bez słowa położyła ją na wyraźnym wybrzuszeniu kąpielówek Rafała. Basia ścisnęła delikatnie. Zosia dołożyła własną dłoń – częściowo na jego kutasie, częściowo na palcach siostry. Przez kilka długich sekund obie masowały go powoli, rytmicznie, przez materiał. Rafał miał zaciśnięte szczęki i zamknięte oczy.
— Wystarczy — wydusił w końcu ochryple i z wyraźną ulgą przetoczył się na brzuch.
Z tyłu potraktowały go równie dokładnie. Plecy, łopatki, dolna część pleców, a potem pośladki i tylna strona ud – wolno, starannie, z dłońmi, które co chwilę stykały się ze sobą. Kiedy wreszcie uznały, że nie ma już ani jednego miejsca bez kremu, odsunęły się.
Rafał ostrożnie obrócił się z powrotem na plecy. Spojrzał w dół na swoje kąpielówki – sytuacja była krytyczna i zupełnie niemożliwa do ukrycia.
— Tak się nie da opalać — stwierdził krótko.
Zerwał się na równe nogi i bez żadnego rozbiegu po prostu wskoczył do basenu. Woda chlusnęła wysoko. Basia i Zosia spojrzały po sobie przez ułamek sekundy – jeszcze rozpalone, jeszcze z ciemnymi oczyma – po czym wybuchnęły śmiechem i wskoczyły za nim.
Woda przyjęła ich chłodem, ale na niewiele się to zdało. Zosia natychmiast dopłynęła do Rafała i oplotła go ramionami. Przywarła całym ciałem – piersi do jego piersi, a niżej, prowokacyjnie, docisnęła swoją okrytą tylko cienkim materiałem stringów cipkę do twardego, pulsującego wybrzuszenia jego kąpielówek. Czuła każdy centymetr jego nabrzmiałego kutasa. Rafał syknął cicho i złapał ją za pośladki.
Chwilę później Zosia poczuła kolejne dłonie – tym razem na biodrach. Basia dopłynęła od tyłu i stanęła tuż za nią, gładząc mokra skórę okrężnymi, prawie nieśmiałymi ruchami. Rafał pochylił się i pocałował Zosię lekko, mokro, po czym mocno obrócił ją plecami do siebie. Teraz jego twardy kutas naciskał dokładnie na jej pośladki. Basia wykorzystała zmianę pozycji – przycisnęła się do starszej siostry od przodu, piersi do piersi, i wtuliła twarz w jej szyję. Zosia poczuła najpierw gorący oddech, a potem wilgotny język siostry, który powoli przeciągnął się po wrażliwym miejscu tuż pod uchem.
Przez kilka sekund stali tak we trójkę w wodzie po pierś – spleceni, drżący, całkowicie pochłonięci sobą. Zosia czuła kutasa Rafała między pośladkami i jednocześnie piersi oraz udo Basi przy swoich. Serce waliło jej jak oszalałe.
W końcu, ostatkiem sił woli, oderwała się od obojga. Odsunęła się o pół metra, ciężko oddychając, i powiedziała bardzo cicho, ale stanowczo:
— Opanujcie się. Oboje. Zaraz ktoś nas wyrzuci z basenu. Albo w ogóle z hotelu.
Miny Rafała i Basi rzeczywiście przypominały miny zbitych psów. Mokre włosy przyklejone do czoła, ciemne oczy, lekko otwarte usta. Rafał pierwszy odetchnął głęboko i przetarł twarz dłonią.
— Masz rację — przyznał ochryple. — Trochę nas poniosło.
Basia dopłynęła bliżej, ale już nie dotykała. Szeptem, z figlarnym jeszcze błyskiem w oku, rzuciła:
— Może i poniosło. Ale ja się niczego nie żałuję. A jakby nawet nas wyrzucili… to przecież my z Zosią mamy doświadczenie w życiu na ulicy. Zaopiekujemy się tobą, nie bój się.
Uśmiechnęła się krzywo, ale po chwili i ona spoważniała. Odsunęła się, nabierając wody w dłonie i przelewając ją przez włosy, jakby chciała zmyć z siebie nadmiar napięcia.
Przez następną dobrą godzinę pluskali się już tylko wygłupiając – chlapali, nurkowali, podnosili się nawzajem, śmiali się. Z zewnątrz wyglądali jak zwykła, wesoła trójka na wakacjach. Pod powierzchnią jednak każde z nich było podniecone do granic możliwości. Każde czuło, że coś właśnie bezpowrotnie się przesunęło. Granica, którą jeszcze rano uważali za oczywistą, stała się rozmyta. I mimo cichego niepokoju, mimo pytania „co dalej?”, wszystkie troje były tą zmianą ciekawi. Bardzo ciekawi.
W końcu uznali, że wymoczyli się wystarczająco. Wyszli z basenu ociekając wodą. Była dopiero siedemnasta, słońce stało wciąż wysoko i paliło bezlitośnie – jak na tutejsze warunki nadal było piekielnie gorąco. Basia i Zosia opadły na leżaki. Zosia sięgnęła po książkę, którą przyniosła z willi, ale nawet jej nie otworzyła – trzymała ją tylko na brzuchu jak alibi. Basia rozglądała się dookoła, obserwując ludzi: rodziny, pary, grupki młodych.
Rafał przysiadł na skraju leżaka Zosi i położył dłoń na jej kolanie. Gładził je powoli kciukiem. Czuł, że podniecenie wcale go nie opuściło. Widział też ciemniejsze niż zwykle spojrzenia obu dziewczyn i wiedział, że nie jest w tym osamotniony.
— Chcecie coś do picia? — zapytał w końcu.
Basia ożywiła się natychmiast.
— Piwo. Zdecydowanie piwo.
Rafał parsknął głośnym śmiechem. Obie spojrzały na niego pytająco.
— Przypomniał mi się stary dowcip o polskich turystach w Turcji — wyjaśnił, wciąż się uśmiechając.
— No to dawaj — zażądała Basia stanowczo. — Opowiadaj.
Rafał odchrząknął z udawaną powagą.
— Grupa polskich turystów jeździ po Turcji. Wszędzie tylko Efes, Efes, Efes. W końcu trafiają do jakiejś knajpy i jeden mówi: „Poproszę trzy razy Efes”. Barman robi się fioletowy z oburzenia i tłumaczy: „No Efes! No Efes! It’s Ramadan!” Na co Polak, niezmieszony ani trochę, odpowiada: „No to niech pan da trzy ramadany”.
Basia i Zosia wybuchnęły śmiechem jednocześnie. Rafał dołączył do nich, wyraźnie zadowolony, że udało mu się je tak rozbawić. Kiedy wreszcie się uspokoili, Zosia otarła łzę z kącika oka i powiedziała:
— Ja się nie znam na drinkach… ale chciałabym coś naprawdę orzeźwiającego. Słodkiego i zimnego.
— Zaraz wrócę — obiecał Rafał, wstając. — Nie ruszajcie się.
Odszedł w stronę baru plażowego. Kiedy zniknął między leżakami, Basia i Zosia przez chwilę leżały w milczeniu, patrząc na siebie. W końcu Basia odezwała się ciszej:
— Chyba musimy porozmawiać. O tym wszystkim.
Zosia pokręciła powoli głową, wciąż trzymając ją na niej wzrok.
— Nie teraz. Po prostu… ciesz się tym, co się dzieje. Cokolwiek to jest i dokądkolwiek nas zaprowadzi.
Właśnie wtedy nad nimi pojawiły się dwa cienie. Stanęło nad nimi dwóch młodych mężczyzn – opalenizna, stylowe kąpielówki, pewne siebie uśmiechy. Przywitali się po angielsku. Kiedy Basia odruchowo odpowiedziała po polsku, obaj od razu przeszli na łamaną, ale zrozumiałą polszczyznę.
— Piękne dziewczyny nie powinny się nudzić same — zaczął jeden. — Możemy pokazać wam okolicę. Side jest piękne wieczorem.
— Na pewno czujecie się trochę samotne — dodał drugi, uśmiechając się zbyt szeroko. — My też jesteśmy tu bez towarzystwa.
Zosia czuła, jak ich obecność robi się coraz bardziej natarczywa. Spojrzała na Basię znacząco, po czym bez słowa przysunęła się do niej na leżaku, wplotła palce w mokre włosy siostry i pocałowała ją. Najpierw delikatnie, potem głębiej, demonstracyjnie, z pełnym zaangażowaniem. Basia zrozumiała intencję natychmiast i odpowiedziała jeszcze goręcej, niż planowała – jej język wsunął się między usta Zosi, dłoń spoczęła na jej talii. Pocałunek trwał dłużej i był bardziej namiętny, niż wymagała tego sytuacja. Obie poczuły, jak fala ostrego podniecenia przechodzi przez nie jednocześnie.
Obaj mężczyźni stali z szeroko otwartymi ustami i oczami.
Kiedy wreszcie się oderwały, obie miały lekko spuchnięte usta i ciemniejsze spojrzenia. Zosia odwróciła się do facetów i powiedziała spokojnie, z lekkim uśmiechem:
— Jak widzicie… damy sobie radę bez was.
Chłopacy jeszcze przez sekundę stali w osłupieniu, po czym zrezygnowani, z lekko czerwonymi twarzami, odsunęli się i poszli szukać szczęścia gdzie indziej. Basia i Zosia patrzyły za nimi przez chwilę, a potem jednocześnie parsknęły cichym, nerwowym i jednocześnie rozbawionym śmiechem. Napięcie między nimi wcale nie zmalało – wręcz przeciwnie.
Stojąc w kolejce do baru, Rafał kątem oka cały czas obserwował leżaki. Dlatego właśnie widział, jak dwóch facetów podchodzi do Zosi i Basi. Widział też, jak sytuacja się rozwija – i jak zgrabnie, bez zbędnych słów, dziewczyny się ich pozbyły. Kiedy zobaczył ten pocałunek, uśmiechnął się pod nosem. Był na pokaz, owszem. Ale domyślał się, że dostarczył im obu znacznie więcej wrażeń, niż miały zamiar przyznać.
Nadeszła jego kolej. Uśmiechnął się do barmana.
— Jedno piwo Efes, jedno mojito i gin z tonikiem, proszę.
Kiedy barman postawił przed nim kufel z Efesem, Rafał parsknął cichym śmiechem pod nosem. Podziękował po turecku:
— Teşekkürler.
Wziął wszystkie trzy szklanki i ruszył z powrotem między leżakami. Po drodze minął dwóch nastoletnich chłopaków, którzy właśnie komentowali półgłosem:
— Widziałeś te dwie? Zaraz znowu się w ślinę połamią…
Rafał przewrócił oczami i poszedł dalej. Dotarł do leżaków, podał Basi kufel z piwem, Zosi wysoką szklankę z mojito. Obie podziękowały szerokim uśmiechem. On sam rozparł się na swoim leżaku z ginem z tonikiem i odetchnął głęboko.
Opalali się jeszcze ze dwie godziny. Rozmowa była lekka, niezobowiązująca – o tym, jak bardzo Basia lubi tureckie piwo, o tym, że mojito Zosi jest idealnie słodko-kwaśne, o tym, czy wieczorem będzie wiatr od morza. Pod spodem jednak wszystko iskrzyło. Spojrzenia błądziły. Rafał łapał, jak Zosia przygląda się linii bioder Basi, kiedy ta sięga po kufel. Basia z kolei nie potrafiła oderwać wzroku od mokrych jeszcze włosów Zosi i od sposobu, w jaki Rafał przeciąga kciukiem po zaparowanej szklance. On sam co jakiś czas pozwalał sobie na dłuższe spojrzenie na obie – na krople wody spływające między piersi, na sposób, w jaki materiał bikini obcisnął się po wyschnięciu.
Słońce zaczęło powoli zniżać się ku zachodowi, tracąc już ostrzejszy żar. Zosia odstawiła puste mojito i usiadła.
— Wracamy do willi.
Basia natychmiast kiwnęła głową.
— Tak. Zdecydowanie.
Rafał uniósł brwi, spoglądając na zegarek.
— Do kolacji została jeszcze godzina…
Został natychmiast zakrzyczany przez obie jednocześnie.
— Musimy się stosownie ubrać!
— Nie pójdziemy w bikini!
— Rafał, naprawdę?
Uniósł ręce w geście całkowitego poddania i uśmiechnął się szeroko.
— Dobrze, dobrze. Kapituluję.
Zebrali ręczniki, kremy, puste szklanki i książkę, której Zosia tak i nie otworzyła. Ruszyli powoli alejką w stronę willi – Rafał pośrodku, Zosia po prawej, Basia po lewej. Co kilka kroków ich ramiona lub dłonie ocierały się o siebie. Nikt nie odsuwał się zbyt szybko. Słońce kładło się już złotym światłem na palmach, a napięcie między nimi trojgiem szło z nimi jak trzeci, niewidzialny cień.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz