Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Historia Kopciuszka po warszawsku cz. 16

Historia Kopciuszka po warszawsku cz. 16Wczesnym rankiem Zosię obudziło przyjemne, rosnące mrowienie między udami. Otworzyła oczy z wysiłkiem – powieki były ciężkie po nocy, w której długo i namiętnie kochała się z Rafałem. Leżał nadal przytulony do jej ramienia, oddychając równo i głęboko. A jednak ktoś wyraźnie pieścił jej cipkę językiem. Mogła to być tylko Basia.
Zosia bez słowa rozchyliła uda szerzej, dając młodszej siostrze pełny dostęp. Basia leżała na brzuchu między jej nogami i pracowała już od jakiegoś czasu. Język przeciągał się wolno od samego dołu szparki aż po napęczniałą łechtaczkę, zbierając poranną wilgoć. Potem skupił się na wargach – ssał je na przemian, wciągał do ust, puszczał, znowu ssał. Kiedy Zosia uniosła biodra, Basia unieruchomiła je dłońmi i przywarła ustami bezpośrednio do pączka. Zaczęła ssać rytmicznie, jednocześnie bębniąc czubkiem języka po spodniej stronie. Co jakiś czas schodziła niżej, wsuwała język głęboko do środka, rozciągając ciasne, jeszcze wrażliwe po nocy ścianki, i znowu wracała do łechtaczki, liżąc ją teraz szybkimi, punktowymi ruchami. Zosia czuła każdy szczegół – ciepło, wilgoć, precyzję. Rozkosz narastała falami, rozlewała się po podbrzuszu, spływała aż do kolan. Zagryzła wargi, żeby nie jęknąć zbyt głośno, ale palce wolnej ręki zacisnęły się spazmatycznie na pościeli. Basia nie przerywała. Jęki Zosi w końcu stały się głośniejsze, urywane, coraz mniej kontrolowane.
Orgazm przyszedł nagle i z ogromną siłą. Zosia wygięła się w łuk, usta otworzyły się w bezgłośnym krzyku, który chwilę później przeszedł w długi, łkający dźwięk. Cipka pulsowała gwałtownymi, głębokimi skurczami wokół języka Basi – długimi, rytmicznymi falami, które szarpały całym podbrzuszem. Uda zadrżały niekontrolowanie, stopy wbiły się w materac. Fale szły jedna za drugą, każda tylko odrobinę słabsza, ale wciąż wystarczająco silna, by wstrząsać nią od środka. Przed oczyma zatańczyła biel. Trwało to długo. Kiedy najsilniejsze spazmy wreszcie opadły, Zosia osunęła się na pościel całkowicie wiotka, z drżącymi jeszcze udami i ciężkim, urywanym oddechem.
Basia uniosła głowę, pocałowała jeszcze raz wilgotną cipkę siostry i uśmiechnęła się szelmowsko.
— Dzień dobry — wyszeptała. — Smak twojej cipki z rana to coś naprawdę przepysznego.
Potem, nie czekając na odpowiedź, przesunęła się wyżej i zajęła się kutasem nadal śpiącego Rafała. Zosia uniosła się na łokciu, żeby lepiej widzieć.
Basia klęczała bokiem do śpiącego mężczyzny. Najpierw tylko musnęła ustami główkę, potem objęła ją wargami i zaczęła ssać wolno, rytmicznie. Język krążył wokół napierścienia, zbierał pojawiające się już krople. Stopniowo schodziła niżej, biorąc coraz więcej, policzki zapadały się przy każdym ruchu. Co jakiś czas wycofywała się prawie całkowicie, liżąc całą długość od spodu – od jąder aż po czubek – i znowu nabijała się ustami. Ślina spływała po brodzie i kapała na udo Rafała. Robiła to z pełnym skupieniem, z zamkniętymi oczyma, jakby delektowała się samym aktem.
Luksusowa sypialnia tonęła w porannych promieniach lipcowego słońca. Jasne światło sączyło się przez półprzezroczyste zasłony, kładąc złote pasy na białej pościeli, na nagich ciałach i na jasnym drewnie podłogi. Szerokie łóżko, jasne ściany, minimalistyczne meble – wszystko wyglądało spokojnie i drogo, a jednocześnie było wypełnione cichymi, mokrymi odgłosami i rosnącym napięciem. Rafał wciąż spał, nieświadomy, że właśnie jest powoli, starannie budzony ustami Basi, podczas gdy Zosia obserwowała wszystko z nieprzemijającą rozkoszą wciąż jeszcze drżącą w ciele.
Rafał obudził się zdezorientowany. Najpierw poczuł tylko wilgotne, rytmiczne ciepło wokół kutasa, potem otworzył oczy i zobaczył blond głowę Basi pochyloną nad swoim krocze. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Zosia, leżąca tuż obok, położyła mu dłoń na piersi i wyszeptała:
— Odpręż się. Basia właśnie budzi nas oboje… na swój sposób.
Rafał uśmiechnął się krzywo i uniósł głowę, żeby lepiej widzieć. Basia pracowała spokojnie, prawie metodycznie – wargi zaciskały się wokół trzonu, język krążył, ślina spływała. Kiedy uniosła wzrok i zauważyła, że już nie śpi, puściła kutasa z cichym, mokrym odgłosem i uśmiechnęła się.
— Dzień dobry — powiedziała niskim, jeszcze porannym głosem.
Potem wstała na łóżku i stanęła okrakiem nad nim. Rafał spojrzał w górę.
Basia stała nad nim naga, oświetlona złotymi pasami porannego słońca. Blond włosy spływały jej na ramiona i piersi w lekkim nieładzie. Piersi – małe, idealnie okrągłe, z jasnymi, już twardymi sutkami – unosiły się przy każdym oddechu. Brzuch był zupełnie płaski, z delikatną linią mięśni, biodra wąskie, ale wyraźnie zarysowane. Między udami, dokładnie nad jego twarzą, majaczyła różowa, już lśniąca cipka – wargi lekko rozchylone, łechtaczka napęczniała. Nogi miała długie, smukłe, napięte od stania. Cała była złocista od tureckiego słońca, świeża, młoda i jednocześnie całkowicie świadoma tego, jak wygląda. Rafał przełknął ślinę.
Basia powoli przykucnęła. Jedną ręką złapała jego kutasa u nasady, drugą rozchyliła własne wargi i zaczęła opuszczać biodra. Główka najpierw tylko nacisnęła na wejście – gorąca, twarda, rozchylająca ją od środka. Potem centymetr po centymetrze wnikała głębiej. Basia czuła, jak ścianki rozciągają się wokół niego, jak pełnia narasta z każdą chwilą, jak ciało ustępuje i jednocześnie zaciska się w aksamitnym uścisku. Było to uczucie intensywne, prawie zbyt duże, a jednocześnie dokładnie tego, czego pragnęła od momentu, gdy obudziła się rano. Kiedy wreszcie usiadła całkowicie, aż po same jądra, wydusiła z siebie długi, drżący wydech. Była nabita po brzegi.
Zaczęła się poruszać. Najpierw wolno – unosiła biodra, aż prawie wypuszczała go z siebie, potem opadała z powrotem, biorąc całą długość. Rytm szybko przyspieszył. Biodra pracowały z pasją i precyzją, jakby od lat znała każde swoje wrażliwe miejsce. Piersi kołysały się przy każdym ruchu, brzuch napinał się, a z gardła wydobywały się niskie, rytmiczne jęki. Co jakiś czas nachylała się do przodu, opierając dłonie na jego piersi, i kręciła biodrami okrężnie, pocierając łechtaczkę o nasadę kutasa. Potem znowu prostowała się i ujeżdżała go twardo, głęboko, bez litości dla siebie. Pośladki uderzały o jego uda z mokrym odgłosem. Wyglądała przy tym jak ktoś, kto dokładnie wie, czego chce, i bierze to bez wahania.
Zosia leżała z boku, wciąż jeszcze ciężko oddychając po własnym orgazmie. Była zaspokojona, a jednak obserwując siostrę – jak unosi się i opada na kutasie jej chłopaka, jak piersi kołyszą się, jak twarz wykrzywia się w rozkoszy – czuła, że podniecenie wraca. Narastało powoli, ale nieubłaganie, rozlewając się znowu po podbrzuszu. Nie odrywała wzroku.
Basia nie zwalniała. Biodra pracowały coraz szybciej, coraz desperacko. Orgazm nadszedł nagle i z taką siłą, że z jej ust wyrwały się nawet przekleństwa – krótkie, chaotyczne, pełne czystej rozkoszy. Ciało zesztywniało, cipka zaciśnięta na kutasie Rafała pulsowała gwałtownymi, mocnymi
skurczami. Uda zadrżały, piersi uniosły się wysoko, a ona przez kilka sekund tylko trzęsła się nad nim, nie potrafiąc wydać z siebie żadnego innego dźwięku poza urywanymi, łkającymi jękami.
Nie dała sobie jednak chwili odpoczynku. Ledwie najsilniejsze fale opadły, znowu zaczęła go ujeżdżać – dziko, prawie szalenie, jakby chciała wycisnąć z siebie i z niego wszystko. Rafał czuł, że sam jest już na samej krawędzi. Dłonie wbijał w jej biodra, biodra unosił naprzeciw każdemu jej ruchowi.
Zosia nie wytrzymała. Uniosła się na łokciu, pochyliła się ku siostrze i objęła ustami jeden z jej twardych sutków. Zaczęła ssać rytmicznie, przygryzając lekko, jednocześnie drugą ręką ściskając drugą pierś Basi. To wystarczyło. Basia dostała kolejnego orgazmu – jeszcze silniejszego niż poprzedni. Krzyk, który z siebie wydała, był wysoki i złamany. Całe ciało szarpało się w niekontrolowanych spazmach, cipka zaciskała się wokół Rafała tak mocno, że prawie bolało.
To było zbyt wiele. Rafał wbił się w nią po same jądra i z niskim, przeciągłym jękiem zaczął się spuszczać. Potężny wytrysk – gęste, gorące fale wypełniały Basię od środka, jedna za drugą, długo i intensywnie. Basia czuła każde uderzenie. Ostatkiem sił uniosła biodra i zsunęła się z niego. Kutas wysunął się z mokrym odgłosem, a za nim, gęstą, białą strużką, spłynęła cała sperma – prosto na brzuch Rafała, rozlewając się po skórze, po mięśniach, po linii bioder.
Basia opadła na łóżko obok niego, ciężko oddychając. Po chwili uniosła się jednak na łokciu, sięgnęła palcem do białej kałuży na jego brzuchu, nabrała trochę gęstej spermy i prowokacyjnie, powoli obliznęła palec, patrząc siostrze prosto w oczy.
— Jako dobra siostra… zadbałam o śniadanie dla nas obu — powiedziała z szelmowskim uśmiechem.
Zosia parsknęła śmiechem. Nie wahając się ani chwili, pochyliła się razem z Basią nad brzuchem Rafała. Obie zaczęły lizać – zbierały językiem każdą kroplę, każdą strużkę, przełykały, a czasem stykały się ustami nad jego skórą, dzieląc się smakiem. Rafał leżał z rękami zarzuconymi za głowę i tylko patrzył, potrząsając głową z bezradnym uśmiechem.
— Jesteście obie… absolutnie niemożliwe.
Zosia nie przerwała lizania. Uniosła tylko wzrok i odparła z ustami wciąż jeszcze wilgotnymi:
— Za to mnie przecież kochasz.
Rafał spojrzał na nią z rozmarzeniem, które nie miało w sobie już nic z żartu. Pogładził ją po włosach i powiedział nisko, bardzo wyraźnie:
— Zawsze będę cię kochał. Zawsze.
Umyci i odświeżeni zeszli nago do kuchni. Luksusowe pomieszczenie tonęło w porannym świetle wpadającym przez wielkie okna. Jasne, lakierowane fronty szafek, szeroki blat z ciemnego kamienia, profesjonalna wyspa kuchenna z wbudowaną płytą indukcyjną i zlewozmywakiem, wielkie, amerykańskie lodówki z podwójnymi drzwiami, ekspres do kawy, który właśnie cicho pracował. Siedli nago przy stole, jedli powoli, popijając aromatyczną kawę. Para unosiła się nad filiżankami, a ich nagie ciała stykały się kolanami pod blatem.
Rafał nagle parsknął cichym chichotem, prawie krztusząc się kawą. Zosia uniosła brwi.
— Co cię tak rozbawiło?
On odstawił filiżankę i pokręcił głową z rozbawieniem.
— Przypomniałem sobie, jak przed przyjazdem Basi ze szpitala byliśmy święcie przekonani, że to już koniec biegania nago po apartamencie. Że teraz trzeba będzie być grzecznymi.
Basia uśmiechnęła się szeroko, odchyliła się na krześle i przeciągnęła się leniwie, świadomie eksponując całe nagie, młode ciało – piersi uniosły się, brzuch napiął, uda rozchyliły.
— No i jak widać na załączonym obrazku… nic z tego nie wyszło.
Zosia przewróciła oczami, ale w kącikach ust miała uśmiech. Szybko jednak spoważniała.
— O której powinniśmy wyjechać?
Rafał wzruszył ramionami.
— Nie ma sztywnej godziny. Rodzice wiedzą, że przyjedziemy w ciągu dnia.
— Im dłużej będziemy odwlekać, tym bardziej ja się będę stresować — odparła Zosia. — Lepiej ruszać wcześniej.
Każde z nich poszło do swojej szafy pakować się. Wzięli po kilka strojów na zmianę – na wszelki wypadek. Zosia, świadoma, że ma być oficjalnie przedstawiona jako dziewczyna Rafała, wybrała starannie. Założyła biały, koronkowy biustonosz i pasujące stringi. Na to włożyła rozkloszowaną, białą sukienkę w delikatne różowe kwiatki, która kończyła się tuż nad kolanami i ładnie podkreślała talię. Do tego białe sandałki na obcasie. Włosy pozostawiła rozpuszczone, lekko pofalowane. Basia, która w duchu uważała się tego dnia za piąte koło u wozu, wybrała coś prostszego – różową sukienkę, nieco krótszą niż u siostry, z cienkimi ramiączkami, rozpuszczone włosy i białe baleriny. Rafał ubrał się klasycznie: jasna koszula z podwiniętymi rękawami, ciemne spodnie w kant, wygodne buty.
Kiedy stanęli wszyscy troje w holu z małymi walizkami, Rafał przez moment po prostu patrzył.
— Jezu… — westchnął. — Wyglądacie obie absolutnie pięknie.
Zjechali windą do garażu podziemnego. Rafał spakował bagaże do bagażnika dużego, czarnego SUVa, otworzył drzwi dziewczynom i usiedli. Basia od razu rozparła się wygodnie na tylnej kanapie, podciągając nogi. Rafał uruchomił silnik i wyjechał na ulicę.
— Ile będziemy jechać? — zapytała Basia, już ziewając.
— Ze trzy godziny — odparł Rafał, włączając nawigację.
Basia kiwnęła głową i niemal natychmiast zamknęła oczy, wtulając policzek w oparcie. Rafał prowadził skupiony, ale kątem oka ciągle zerkał na Zosię siedzącą obok. Sukienka podjechała jej trochę przy siadaniu, odsłaniając gładkie kolana i początek ud. Samochód miał automatyczną skrzynię, więc lewa ręka była wolna. Najpierw tylko położył ją na jej kolanie. Potem powoli, prawie nieświadomie, zaczął gładzić udo – wyżej, jeszcze wyżej, palce wsuwały się pod materiał sukienki. Zosia oddychała coraz płyciej, uda lekko rozchyliła, pozwalając mu zapuszczać się dalej. Basia na tylnym siedzeniu już spała, oddychając równo. Rafał pieścił miękką skórę wewnętrznej strony uda Zosi, a ona coraz wyraźniej czuła, jak podniecenie wraca i rośnie z każdym kilometrem.
Rafał włączył się płynnie na drogę ekspresową w kierunku Lublina. Samochód nabrał prędkości, za oknami migały pola i mijane miejscowości. Na tylnym siedzeniu Basia spała już głęboko – głowa oparta o szybę, usta lekko rozchylone, i co jakiś czas wydobywało się z niej ciche, rytmiczne pochrapywanie. Rafał i Zosia spojrzeli na siebie i jednocześnie parsknęli cichym śmiechem, starając się nie obudzić siostry.
Lewa ręka Rafała nie opuszczała uda Zosi. Gładził je powoli, niemal hipnotycznie. Skóra pod jego palcami była ciepła, gładka i miękka jak aksamit. Czubki palców ślizgały się wyżej, ku wewnętrznej stronie uda, gdzie skóra stawała się jeszcze delikatniejsza i bardziej wrażliwa. Czuł lekkie drżenie mięśni za każdym razem, gdy zbliżał się do brzegu majteczek. Zosia westchnęła cicho z przyjemności, uda nieznacznie rozchyliła, pozwalając mu na więcej.
— Twoi rodzice mieszkają daleko od Lublina? — zapytała, starając się, by głos brzmiał normalnie.
Rafał pokręcił głową, nie odrywając wzroku od drogi, ale dłonią wciąż pracował.
— Niedaleko. Zaledwie ze dwadzieścia kilometrów. Dom stoi na działce, którą odziedziczyli po dziadkach. Pięknie położona – na skraju lasu, na wzgórzu. Z tarasu widać całą wieś.
Zosia uśmiechnęła się, wyobrażając sobie to miejsce.
— Musi być tam spokojnie i pięknie…
— Jest — potwierdził Rafał. — W dzieciństwie spędzałem w tym lesie całe dnie. Czasem sam, czasem z Maksem. Biegaliśmy, budowaliśmy bazy, szukaliśmy skarbów. Tośka zawsze bała się wejść głębiej. Twierdziła, że w środku mieszkają wilki.
Zosia parsknęła cicho.
— Ja też wychowywałam się blisko lasu. Kiedyś… — umilkła na moment, potem dodała cieplej: — Pokaż mi wszystkie swoje ulubione miejsca. Chcę je zobaczyć.
Rafał skinął głową. Jego palce zapuściły się już wyraźnie wyżej – przeciągały się po koronkowej krawędzi majteczek, potem wsunęły się pod materiał. Zosia wciągnęła ostro powietrze. Palce Rafała znalazły wilgoć i zaczęły ją rozprowadzać – wolno, dokładnie, pocierając wargi, czasem wsuwając się płytko do środka.
— Spędziłeś tam całe dzieciństwo? — zapytała urywanym głosem, starając się skupić na rozmowie.
Rafał przecząco pokręcił głową, wciąż gładząc ją pod sukienką.
— Nie. Rodzice najpierw budowali kariery w Warszawie. Ale kiedy urodziłem się ja, a potem Maks, chcieli spokojniejszego miejsca. Kiedy ojciec dostał propozycję objęcia stanowiska komendanta w Lublinie – nie zastanawiali się długo. Tośka urodziła się już w nowym domu.
Zosia westchnęła głośniej. Pieszczoty Rafała stawały się coraz natarczywsze. Palce śmigały po mokrych majteczkach, wnikały pod nie, rozcierały jej soki po wewnętrznej stronie ud. Cipka pulsowała, wilgoć zbierała się coraz szybciej. Zosia przełknęła ślinę i odezwała się półszeptem, z lekkim, zdenerwowanym śmiechem:
— Jak tak dalej pójdzie… to jak dojedziemy, moje majteczki będą kompletnie przemoczone. Chyba będziemy musieli się przed samym dojazdem zatrzymać… żebym mogła je zmienić.
Rafał tylko uśmiechnął się krzywo, nie zabierając ręki, i dodał gazu. Basia na tylnym siedzeniu nadal spała, nieświadoma niczego.
Jechali dalej drogą ekspresową. Za oknami migały pola, potem coraz gęstsza zabudowa przedmieść. Zosia siedziała cicho przez dłuższą chwilę, wpatrując się w drogę, a dłoń Rafała wciąż spoczywała na jej udzie, choć już mniej natarczywie. W końcu odezwała się półgłosem, z wyraźnym niepokojem:
— A jak twoi rodzice zareagują… na to, że jesteśmy z Basią sierotami? Że nie mamy żadnego majątku? Że… zaczynałyśmy od zera?
Rafał spojrzał na nią kątem oka i ścisnął delikatnie jej udo.
— Spokojnie. Moi rodzice sami się wszystkiego dorobili. Mama miała zaledwie dwadzieścia lat, kiedy wychodziła za tatę. Kiedy po ślubie pakowali się do Warszawy, ich cały majątek mieścił się w Daewoo Tico. Absolutnie wszystko, co mają teraz, osiągnęli własną pracą. Nikogo nie oceniają po portfelu.
Zosia uśmiechnęła się lekko, prawie nieśmiało.
— W takim razie… ty godnie kontynuujesz ich podejście.
Rafał pokręcił głową.
Rafał pokręcił głową.
— Ani ty, ani Basia nie macie się czego wstydzić. Jesteście utalentowane i mądre. Nawet gdybyś mnie nigdy nie poznała… obie byście wypłynęły. Zdobyłybyście wszystko, na co zasługujecie. Jestem tego pewien.
Zosia nie odpowiedziała, tylko położyła dłoń na jego dłoni i ścisnęła. Samochód włączył się już na obwodnicę Lublina. Za oknami pojawiły się znaki, mijane węzły, coraz więcej zieleni.
Po chwili Zosia poruszyła się niespokojnie na fotelu.
— Rafał… bardzo chce mi się siusiu.
On rzucił okiem na nawigację i skinął głową.
— Zaraz zjedziemy z ekspresówki. Będziemy jechać przez las – tam się zatrzymam. Spokojnie.
Na tylnym siedzeniu Basia spała nadal, a jej pochrapywanie stało się wyraźnie głośniejsze. Rafał i Zosia spojrzeli na siebie przez lusterko i jednocześnie się uśmiechnęli, starając się nie zaśmiać.
W końcu Rafał zjechał z drogi ekspresowej. Minęli lotnisko w Świdniku – niskie budynki, pas startowy majaczący w oddali, kilka samolotów na płycie. Potem droga zrobiła się węższa, bardziej kręta. Po obu stronach pojawiły się coraz gęstsze drzewa. Rafał zwolnił, rozejrzał się i w pewnym momencie skręcił w leśną, gruntową drogę. Samochód potoczył się wolno między wysokimi sosnami i dębami, aż wjechali wystarczająco głęboko, by nie było ich widać z głównej szosy. Zatrzymał się.
Zosia otworzyła drzwi i wyskoczyła z samochodu prawie biegiem. Rafał wyszedł za nią, zamykając drzwi cicho, żeby nie obudzić Basi. Poszli kilka metrów w głąb lasu – między wysokie sosny, po miękkim, iglastym runie. Słońce sączyło się między konarami, powietrze pachniało żywicą i wilgotną ziemią.
Zosia odwróciła się plecami do drzewa, zadarła spódniczkę do pasa i jednym ruchem zsunęła białe stringi do połowy ud. Uklęknęła lekko, rozchylając kolana, i zaczęła sikać. Rafał stał kilka kroków dalej i nie odwracał wzroku.
Widział wszystko. Gładkie, opalone uda, białą koronkę majteczek ściągniętą w dół, różową, wciąż jeszcze lekko wilgotną od wcześniejszych pieszczot cipkę. Strumień był silny, złocisty, spływał łukiem na igliwie, rozbijając się o mech. Zosia miała lekko wygięte plecy, jedną rękę opartą o pień dla równowagi, drugą przytrzymującą spódniczkę. Twarz miała skupioną, usta lekko otwarte, a z oczu biła ulga. Krople odbijały się od ziemi, kilka spłynęło po wewnętrznej stronie jej uda. Rafał poczuł, jak w spodniach znowu robi się ciasno – ten zwyczajny, intymny, całkowicie niepozowany widok był dla niego zaskakująco, prawie boleśnie podniecający.
Zosia skończyła. Sięgnęła do torebki po mokrą chusteczkę, starannie podtarła się, poprawiła majteczki i spuściła spódniczkę. Dopiero wtedy uniosła wzrok i zauważyła, że Rafał przez cały czas patrzył. Rumieniec błyskawicznie zalał jej policzki.
— Ty… cały czas patrzyłeś? — wyszeptała, zawstydzona.
Rafał podszedł bliżej, głos miał niski i ochrypły.
— Twój widok, kiedy robiłaś siusiu… był cholernie podniecający.
Zosia parsknęła cichym, nerwowym śmiechem i zasłoniła twarz dłońmi na sekundę.
— W takim razie… niewiele tajemnic mi już pozostało.
Rafał objął ją w pasie i pocałował – długo, namiętnie, z językiem, z ręką na jej pośladku. Kiedy się oderwał, sam odetchnął głębiej.
— W sumie… ja też muszę.
Zosia uniosła brwi, a w oczach pojawił się figlarny błysk.
— Nigdy nie widziałam sikającego mężczyzny.
Rafał nie odwrócił się. Stanął twarzą do niej, spojrzał jej prosto w oczy, rozpiął rozporek i wyjął kutasa. Był już półtwardy od samego patrzenia na nią. Skierował go w dół i zaczął sikać.
Zosia patrzyła bez wstydu. Widziała jego dłoń trzymającą gruby, ciemniejszy trzon, jak kciuk kontroluje kierunek. Strumień był silny, równy, spływał między korzenie. Kutas przy każdym ruchu lekko drgał, a jądra unosiły się nieznacznie. Rafał nie spuszczał z niej wzroku – stał spokojnie, z lekko rozchylonymi nogami, koszula lekko napięta na piersi, spodnie rozpięte. Słońce padało mu na dłonie i na odsłonięty penis. Zosia poczuła, jak jej własne ciało znowu reaguje – wilgoć wracała między udami, oddech stał się płytszy. Widok był prosty, męski i zaskakująco erotyczny.
Kiedy skończył, sięgnął po mokrą chusteczkę, starannie otarł główkę i schował kutasa z powrotem, zapinając rozporek. Zosia przełknęła ślinę.
— Widok… był podniecający — przyznała cicho, wciąż patrząc mu w oczy.
Zosia nie dała mu nawet chwili na opamiętanie się. Przypadła do niego, oplotła ręce wokół szyi i pocałowała namiętnie – głęboko, z językiem, z całym ciałem przycisniętym do jego. Jednocześnie dłoń zsunęła się niżej i zaczęła masować kutasa przez materiał spodni. Niemal natychmiast poczuła, jak twardnieje pod jej palcami, rośnie, napina tkaninę. Uśmiechnęła się zalotnie, nie odrywając ust od jego ust.
Potem, nie mówiąc ani słowa, kucnęła przed nim na miękkim igliwiu. Sprawnie rozpięła rozporek, wsunęła dłoń do środka i wyciągnęła kutasa. Wyskoczył twardy, sprężysty, już całkowicie gotowy. Zosia uniosła wzrok, spojrzała Rafałowi prosto w oczy i bez wahania objęła ustami główkę.
Zaczęła ssać. Najpierw powoli, delektując się smakiem – lekko słonym, czystym, z residualnym posmakiem skóry. Najbardziej podniecała ją jednak jego twardość. Czuła ją całymi wargami, językiem, podniebieniem. Główka wypełniała jej usta, trzon napierał, kiedy schodziła niżej. Pracowała rytmicznie – wciągała policzki, krążyła językiem wokół napierścienia, co jakiś czas brała głębiej, aż czubek dotykał tylnej ściany gardła. Ślina spływała obficie, czyniąc wszystko mokrym i śliskim. Jedną ręką trzymała go u nasady, drugą opierała się o jego udo. Oczy miała przymknięte z skupienia, a od czasu do czasu unosiła je, patrząc Rafałowi prosto w twarz.
Rafał położył dłoń na jej głowie i już chciał ją delikatnie odsunąć.
— Zosiu… nie musisz…
Ona tylko pokręciła głową, nie wypuszczając go z ust, i wydusiła niewyraźnie, wciąż mając kutasa na języku:
— Teraz… po prostu chcę, żebyś mnie użył.
Rafał westchnął ciężko i poddał się. Zosia przyspieszyła. Usta pracowały szybciej, głębiej, z wyraźną determinacją. Ssanie stało się intensywniejsze, język bardziej natarczywy. Rafał czuł, że granica jest bardzo blisko. Odetchnął ostro.
— Zaraz…
Zosia tylko kiwnęła głową, nie przerywając ani na moment, i wzięła go jeszcze głębiej.
Orgazm przyszedł gwałtownie. Rafał wbił się biodrami do przodu i zaczął tryskać. Zosia poczuła pierwszą gęstą strugę prosto na język – gorącą, słoną, intensywną. Potem kolejne. Starała się przełykać od razu, rytmicznie, nie pozwalając niczemu wypłynąć. Gardło pracowało, ślina mieszała się ze spermą, smak wypełniał jej usta całkowicie. Czuła każdy puls, każde uderzenie nasienia. Przełykanie sprawiało jej dziwną, głęboką satysfakcję – jakby brała w siebie coś więcej niż tylko jego rozkosz. Udało jej się połknąć wszystko. Kiedy ostatnie krople wyciekły już tylko leniwie, powoli odsunęła usta, otarła kącik warg kciukiem i uniosła się z powrotem na nogi.
Uśmiechnęła się, wciąż jeszcze z lekko spuchniętymi ustami.
— Było ci dobrze?
Rafał złapał ją za kark i przyciągnął do siebie.
— Twoje usta są… cudowne.
Pocałował ją. Pocałunek był głęboki, wolny i pełen pasji. Języki splotły się mokro – Rafał smakował na jej ustach siebie, Zosia oddawała mu resztki jego własnego smaku. Dłonie wędrowały po plecach, po biodrach, po włosach. Oddychali sobą nawzajem, stojąc między sosnami, z szumem liści nad głowami i z Basią wciąż śpiącą w samochodzie kilkanaście metrów dalej. Pocałunek ciągnął się długo, jakby żadne z nich nie chciało jeszcze wracać do rzeczywistości.
Rafał i Zosia wrócili do samochodu właśnie w momencie, gdy Basia przeciągnęła się na tylnym siedzeniu, przecierając oczy. Włosy miała w nieładzie, sukienka podjechała jej nieco w górę. Ziewnęła szeroko i spojrzała na nich zaspana.
— Już? Daleko jeszcze zostało?
Rafał otworzył drzwi i usiadł za kierownicą, Zosia zajęła miejsce obok.
— Jesteśmy bardzo blisko — odparł, uruchamiając silnik tylko na chwilę, żeby sprawdzić wskazania. — Kilkanaście minut i będziemy na miejscu.
Zosia odwróciła się do siostry, poprawiając spódniczkę.
— Bardzo chciało mi się siusiu. Nie chciałam, żeby pierwsze, co zrobię po przyjeździe, to było paniczne szukanie łazienki.
Basia kiwnęła głową ze zrozumieniem. Kiedy jednak Zosia odwróciła się w jej stronę w pełni, Basia zmrużyła oczy i uniosła brwi.
— Zosiu… masz coś w kąciku ust.
Zosia odruchowo przetarła usta wierzchem dłoni, ale Basia pochyliła się do przodu, złapała ją delikatnie za brodę i zliznęła resztkę białego śladu z kącika jej warg. Zrobiła to powoli, prawie demonstracyjnie, po czym obliznęła własne usta.
— No proszę — mruknęła z szelmowskim uśmiechem. — W takim razie i ja muszę.
Otworzyła drzwi i wysiadła. Nie odeszła daleko – stanęła zaledwie kilka metrów od samochodu, między dwoma młodymi sosnami. Zosia i Rafał siedzieli w środku i przez szybę widzieli wszystko.
Basia odwróciła się bokiem, uniosła różową sukienkę do pasa i jednym ruchem zsunęła białe majteczki do połowy ud. Uklęknęła lekko, rozchylając kolana. Strumień pojawił się natychmiast – silny, złocisty, spływał łukiem na igliwie i mech. Słońce padało jej prosto na uda i na odsłoniętą, różową cipkę. Wargi były lekko rozchylone, a strumień wypływał z nich równym, nieprzerwanym łukiem. Basia miała głowę lekko odchyloną do tyłu, oczy przymknięte z ulgi, a jedną ręką przytrzymywała sukienkę, żeby nie zamoczyć materiału. Krople odbijały się od ziemi, kilka spłynęło po wewnętrznej stronie jej uda aż do zgięcia kolana. Trwało to dłużej niż u Zosi. Kiedy wreszcie skończyła, sięgnęła po chusteczkę, starannie podtarła się od przodu do tyłu, poprawiła majteczki i spuściła sukienkę.
Wróciła do samochodu, zamykając drzwi z lekkim hukiem. Rafał siedział sztywno, dłonie na kierownicy, a w spodniach znowu robiło się wyraźnie ciasno. Odwrócił się do obu dziewczyn z udawanym wyrzutem.
— Wy specjalnie robicie wszystko, żeby mnie podniecić. Na kilometr przed domem rodziców.
Zosia parsknęła śmiechem i szturchnęła go w ramię.
— Przecież ja właśnie zrobiłam wszystko, żeby to podniecenie rozładować. W lesie. Pamiętasz?
Basia rozparła się wygodniej na tylnym siedzeniu i rzuciła z figlarnym błyskiem w oku:
— To może lepiej już jedźmy… zanim ja też nabiorę ochoty. Bo wtedy to dopiero będzie problem.
Rafał potrząsnął głową z bezradnym uśmiechem, odpalił silnik i ruszył. Wyjechali z lasu z powrotem na asfaltową drogę. Minęli kilka zadbanych gospodarstw – białe domy z czerwonymi dachami, schludne podwórka, kwiaty w ogródkach, tu i ówdzie stare jabłonie. Potem droga zrobiła się węższa. Rafał skręcił w wąską, utwardzoną dróżkę. W oddali, za polami, majaczył już ciemniejszy pas lasu. Jechali powoli pod lekką górkę. W końcu przed nimi pojawiła się ozdobna, kuta brama z dwoma kamiennymi słupami po bokach. Rafał zwolnił, przygotowując się do wjazdu.

1 komentarz

 
  • Użytkownik Pumciak

    Akurat przed samom bramom skończył ci się atrament

    4 godz. temu

  • Użytkownik Bisexwaw

    @Pumciak zgodnie z postanowieniem 😁

    4 godz. temu