
— Dzień dobry… kocham cię — wyszeptała czule.
Rafał uśmiechnął się senne, a głos miał jeszcze ochrypły.
— Dzień dobry. Ja też cię kocham, Zosiu. Jesteś najpiękniejszym widokiem, jaki można ujrzeć po przebudzeniu.
Pociągnął ją bliżej i pocałował delikatnie, prawie trochę leniwie. Pocałunek właśnie zaczynał się pogłębiać, kiedy rozległo się ciche, ale bardzo stanowcze pukanie do drzwi.
Spojrzeli po sobie szeroko otwartymi oczyma. Oboje byli całkowicie nadzy. W jedną sekundę naciągnęli kołdrę aż pod same brody. Zosia odezwała się głośno, starając się, by głos brzmiał normalnie:
— Możesz wejść!
Drzwi uchyliły się i weszła Basia. Widać było, że też niedawno wstała – blond włosy miała rozczochrane we wszystkie strony, na policzku odciskał się jeszcze ślad od poduszki, a oczy były lekko spuchnięte od snu. Na sobie miała tylko krótką, bawełnianą koszulkę nocną, która ledwo zasłaniała pośladki. Kiedy przeszła kilka kroków, widać było białe majteczki, smukłe uda i zgrabną linię pupy.
Roześmiała się od razu na ich widok.
— No nie musicie się aż tak zakrywać. I tak wiem, że pod tą kołdrą świecicie gołą skórą.
Rafał i Zosia uśmiechnęli się mimo woli, wciąż czerwoni po uszy. Basia powoli ogarnęła wzrokiem całą sypialnię – porozrzucane ubrania, czarny przezroczysty szlafroczek na podłodze, a zwłaszcza leżące tuż koło łóżka czarne pończochy z wyraźnymi, zaschniętymi śladami spermy. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej, prawie szelmowsko.
— No proszę. W takim razie odgłosy, które słyszałam w nocy, jednak nie były tylko efektem mojej młodej, zboczonej wyobraźni.
Rafał i Zosia spłonęli rumieńcem jeszcze mocniej. Basia machnęła ręką, jakby odganiała ich zażenowanie.
— Wyluzujcie. Już dawno wyrosłam z etapu pszczółek i ptaszków. I chyba wszystkim nam będzie łatwiej, jak przyjmiecie do wiadomości, że ja się cieszę. Że dajecie sobie przyjemność. Naprawdę.
Rafał tylko kiwnął głową, wciąż trzymając kołdrę pod brodą. Zosia westchnęła i przyznała półgębkiem:
— Faktycznie… mogło nas trochę ponieść.
— Temat zamknięty — stwierdziła Basia, siadając na skraju łóżka. Koszulka podjechała jej jeszcze wyżej. — A teraz serio: macie bardzo napięty plan na dziś?
Zosia spojrzała pytająco na Rafała. On przez chwilę myślał na głos.
— Musimy kupić jeszcze kilka rzeczy przed podróżą, spakować się… ale ogólnie czasu będzie sporo. — Spojrzał na Basię uważniej. — A ty? Masz jakieś szczególny pomysł, jak ten czas wykorzystać?
Basia spuściła wzrok na swoje dłonie. Nagle zrobiła się wyraźnie nieśmiała.
— Myślałam… czy moglibyśmy pojechać zobaczyć dom. Ten, w którym mieszkałyśmy z rodzicami. Z Zosią.
Zosia natychmiast uniosła wzrok. W oczach stanęły jej łzy. Pociągnęła Rafała za rękę.
— Proszę… jedźmy. Chcę tam być. Z tobą. Z Basią.
Rafał najpierw pogładził Zosię po włosach, potem sięgnął i lekko ścisnął dłoń Basi.
— To będzie pierwsze miejsce, które dziś odwiedzimy. Obiecuję.
Basia pochyliła się i dała mu szybkiego, lekkiego całusa w policzek. Zosia natomiast złapała go za kark i pocałowała krótko, ale namiętnie, nie zważając na obecność siostry. Basia wstała, poprawiając koszulkę.
— Dzięki. Naprawdę. A teraz ja idę zająć się śniadaniem. Wy sobie tu… ogarnijcie się. Albo bawcie się od nowa. Mi wszystko jedno.
Oboje znowu się zarumienili. Basia już była przy drzwiach, kiedy odwróciła się z szelmowskim uśmiechem i dodała:
— A jakbyście jednak mieli się zabawić… to ja chętnie zostanę popatrzeć.
Drzwi zamknęły się z głośnym śmiechem Basi dokładnie w tej samej chwili, w której Zosia sięgnęła po poduszkę i rzuciła nią w tamtą stronę. Poduszka uderzyła tylko w drewno.
Basia, wciąż tylko w krótkiej bawełnianej koszulce nocnej i majteczkach, przeszła korytarzem do kuchni bosymi stopami. Włosy miała nadal rozczochrane, a koszulka przy każdym kroku podjeżdżała jej niebezpiecznie wysoko na uda. Stanęła przy blacie i zabrała się do roboty z zaskakującą jak na nią energią. Najpierw uruchomiła ekspres – trzy filiżanki, dokładnie tak, jak lubili. Potem przygotowała tosty francuskie: jajka, mleko, odrobina cynamonu, grube kromki chleba rumieniące się na maśle. Na desce kroiła świeże warzywa – pomidory, ogórki, rzodkiewki, paprykę. Co jakiś czas liżąc palce z jajecznej masy albo poprawiając zsuwającą się ramiączko koszulki.
Po mniej więcej pół godzinie wszystko stało już na blacie: dymiąca kawa, złociste tosty, kolorowa sałatka, masło, dżem, serek. Kuchnia pachniała domem.
— Wow, Basiu… — rozległ się od drzwi niski głos Rafała. — To wszystko ślicznie wygląda.
Basia odwróciła się. W progu stali już umyci i ubrani. Rafał miał na sobie białą koszulkę polo, która podkreślała szerokie ramiona, i ciemne, dobrze skrojone spodnie. Zosia zaplotła długi, niedbały warkocz zarzucony przez ramię. Na sobie miała białą, obcisłą bluzeczkę na cienkich ramiączkach, która kończyła się kilka centymetrów nad pępkiem, odsłaniając gładki, płaski brzuszek, oraz pastelową, niebieską, rozkloszowaną spódniczkę do kolan. Na stopach lekkie sandałki na niewielkim obcasie. Wyglądała świeżo, młodo i jednocześnie bardzo kobieco.
Basia przez moment po prostu ich chłonęła wzrokiem. Potem uśmiechnęła się szeroko.
— Wy oboje też pięknie wyglądacie. Siadajcie. Śniadanie czeka.
Kiedy przechodzili obok niej, demonstracyjnie puściła do nich oko i scenicznym, przesadzonym szeptem dodała:
— I tym razem nic nie przesoliłam. Przysięgam.
Zosia zaśmiała się ciepło, podeszła i złożyła opiekuńczego całusa na czole siostry. Rafał natomiast objął Basię mocno, krótko, po bratersku, choć jego dłoń na chwilę spoczęła niżej na jej plecach, niż wymagała tego sytuacja. Basia wciągnęła cicho powietrze, ale nic nie powiedziała.
Usiedli. Jedli, żartując i śmiejąc się. Rafał opowiadał, jak kiedyś próbował sam zrobić tosty francuskie i skończyło się alarmem przeciwpożarowym. Zosia dokuczała Basi, że jak tak dalej pójdzie, to będzie z niej lepsza kucharka niż ona. Basia ripostowała, że na razie stawia na ilość, nie na jakość, ale uczy się szybko. Atmosfera była lekka, prawie rodzinna, a jednocześnie pod spodem wciąż tliło się to znajome, skomplikowane napięcie – spojrzenia, które trwały odrobinę za długo, przypadkowe musknięcia dłoni przy podawaniu masła, sposób, w jaki Rafał patrzył na odsłonięty brzuszek Zosi, i sposób, w jaki Basia obserwowała ich oboje.
Basia skończyła jeść pierwsza. Odstawiła talerz i poderwała się z krzesła.
— Ja pędzę się ogarnąć. Zaraz wracam.
Zniknęła w korytarzu. Minęło może piętnaście minut. Kiedy wróciła, stała już w drzwiach kuchni zupełnie inna. Włosy miała starannie rozpuszczone i lekko podkręcone na końcach. Na sobie różową sukienkę – obcisłą w górze, z dekoltem w łódeczkę, pod biustem zbieraną gumką, a poniżej spływającą swobodnym, lekkim materiałem aż do połowy ud. Na stopach wygodne białe baleriny. Wyglądała młodo, świeżo i zaskakująco kobieco.
Zosia i Rafał unieśli na nią wzrok jednocześnie. W ich oczach pojawiło się jawne uznanie. Basia zauważyła to od razu i uśmiechnęła się promiennie, prawie zuchwale.
— No co? — rzuciła, przekręcając się lekko w talii. — Przecież nie mogę wyglądać gorzej od was. Mam swoją dumę.
Wsiedli do samochodu. Rafał odpalił silnik i odwrócił się do Zosi.
— No dobrze… gdzie konkretnie jedziemy?
Zosia podała adres spokojnym, choć trochę ściśniętym głosem.
— Sękocin. Pod Warszawą. Ulica… zaraz.
Podyktowała dokładną nazwę. Rafał wpisał wszystko w GPS. Na ekranie pojawiła się trasa. Ruszyli.
— W pobliżu jest całkiem spora galeria handlowa — zauważył Rafał, włączając się do ruchu. — Po drodze będziemy mogli załatwić zakupy. I jest na tyle daleko od centrum, że nie powinniśmy ściągać zbyt wielu spojrzeń. Po tej medialnej nagonce wolę trzymać się trochę na uboczu.
Jechali najpierw w milczeniu, potem rozmowa potoczyła się swobodnie – o pogodzie, o tym, czy w Turcji będą musieli brać kremy z filtrem, o tym, jak Basia boi się latać (choć starała się to ukryć). W pewnym momencie Zosia, patrząc przez okno na mijane przedmieścia, odezwała się ciszej:
— Wiesz… prawie nic o tobie nie wiem. O twojej rodzinie. O tym, skąd pochodzisz.
Rafał rzucił jej krótkie spojrzenie, potem wrócił wzrokiem na drogę.
— Wychowałem się na Lubelszczyźnie. Małe miasto, spokojne. Mama jest lekarzem – internistą. Tata był policjantem, od niedawna na emeryturze. Mam młodszego brata, w Twoim wieku, i jeszcze młodszą siostrę, mniej więcej w wieku Basi. Kontakt z nimi mam dobry… tylko… — westchnął — …odkąd pojawiłaś się w moim życiu, jakoś tak wyszło, że się nie odzywałem. Wcale.
Zosia odwróciła się do niego z wyrzutem.
— Rafał. To nieładnie. Naprawdę. Zaniedbujesz ich przez mnie.
On przez chwilę jechał w milczeniu, a potem kiwnął głową z wyraźną skruchą.
— Masz rację. Całkowitą. Wieczorem zadzwonię. Do rodziców na pewno. I… muszę im się pochwalić, że mam dziewczynę.
Basia z tylnego siedzenia parsknęła cicho.
— Serio myślisz, że jeszcze nie wiedzą? Po tym, co wczoraj było w internecie?
Rafał pokręcił głową, uśmiechając się półgębkiem.
— Moi rodzice omijają plotkarskie media szerokim łukiem. Mama czyta tylko medyczne czasopisma, tata sport i lokalne wiadomości. Dla nich Instagram i portale celebryckie nie istnieją.
Zosia uśmiechnęła się cieplej.
— Muszą być bardzo rozsądnymi ludźmi. Chciałabym ich kiedyś poznać.
Rafał niemal wcisnął hamulec. Odwrócił się do niej na tyle, na ile pozwalało prowadzenie, a w głosie miał nagłą, żarliwą pewność:
— Jak tylko wrócimy z Turcji. Pierwsza okazja. Chcę cię im przedstawić. Naprawdę chcę.
Zosia odpowiedziała uśmiechem, ale w myślach serce ścisnęło jej się boleśnie. Bała się. Bała się momentu, w którym rodzice Rafała dowiedzą się prawdy. Że ich syn – wykształcony, bogaty, z dobrego domu – zakochał się w byłej bezdomnej. W dziewczynie, która jeszcze niedawno spała w pustostanie. W duchu nazywała siebie nawet gorzej – żebraczką – choć w rzeczywistości nigdy nie potrafiła wyciągnąć ręki po pieniądze. Zawsze była zbyt dumna. Ale wiedziała, jak to będzie wyglądać z zewnątrz. I ta wizja spędzała jej sen z powiek bardziej niż jakikolwiek paparazzi.
Rafał, jakby wyczuwając jej nagłe zamyślenie, położył dłoń na jej kolanie i ścisnął lekko. Basia z tyłu obserwowała ten gest w lusterku i szybko odwróciła wzrok przez okno, gryząc wargę.
GPS odezwał się spokojnym, mechanicznym głosem:
— Dojechałeś do celu.
Rafał zwolnił i zaparkował tuż przed bramą niewielkiego, spokojnego osiedla segmentów. Wyłączył silnik. Przez chwilę siedzieli w ciszy, patrząc na znajome Zosi i Basi ogrodzenie, na drzewa, które urosły od ich ostatniej wizyty, na dom, który kiedyś był całym ich światem.
— Jesteśmy — powiedział cicho Rafał.
Weszli na teren osiedla piechotą. Rafał szedł pośrodku, a Zosia i Basia po obu jego stronach, rozglądając się uważnie, jakby bały się, że znajome miejsca zniknęły. Segmenty wyglądały prawie tak samo jak przed laty – tylko drzewa były wyższe, a niektóre ogrody bardziej zarośnięte.
Zosia zatrzymała się nagle i wskazała na solidnego kasztanowca rosnącego przy chodniku.
— Miałam pięć lat, kiedy spadłam z tamtego drzewa — powiedziała cicho. — Byłam cała podrapana i poobijana, jak dobiegłam do mamy. Była wtedy w zaawansowanej ciąży z tobą, Basiu… a mimo to obmyła mi każde zadrapanie, zdezynfekowała, otarła łzy i długo mnie przytulała. Pachniała mlekiem i wanilią.
Basia uśmiechnęła się przez mgłę wspomnień i skinęła głową w stronę małego placu zabaw.
— A ja w tamtej piaskownicy pocałowałam się po raz pierwszy. Miałam sześć lat. Chłopak obiecał mi cukierka za całusa. W sumie to prawie prostytucja.
Wszyscy troje zachichotali – krótko, krucho, ale szczerze. Śmiech pomógł im przejść jeszcze kilkadziesiąt metrów.
W końcu Zosia stanęła jak wryta.
— To tutaj.
Rafał spojrzał we wskazanym kierunku. Był to skrajny segment w długim szeregu. Ogród otaczał wysoki, drewniany płot, spod którego i ponad którym wystawały nieprzycięte korony drzew i bujne krzewy. Okna na parterze i piętrze były szczelnie zasłonięte. Dom sprawiał wrażenie nieco zapuszczonego, jakby nikt nie dbał o detale od dłuższego czasu. Drzwi wejściowe były te same – ciemne drewno, stara klamka, którą Zosia i Basia pewnie setki razy ściskały małymi dłońmi.
Patrzyli we troje w milczeniu. Rafał dostrzegł, jak w oczach obu sióstr zbierają się łzy. Nie czekając, objął je jednocześnie – jedną ręką Zosię, drugą Basię – i przyciągnął mocno do swojej piersi. Obie schowały twarze w jego ramionach. Zosia zaniosła się cichym, rozpaczliwym szlochem, Basia drżała jak w febrze, ale nie wydawała głosu. Rafał czuł, jak jemu samemu napływają łzy do oczu. Ich ból był tak namacalny, że w piersi narastała mu gorąca, bezradna wściekłość. Na świat. Na los. Na tego kretyńskiego chłopaka, który pędząc dla popisów, zabrał tym dwóm dziewczynom rodziców, beztroską młodość i poczucie bezpieczeństwa. Gdyby w tej chwili stanął przed nim, Rafał nie był pewien, czy potrafiłby się opanować. Głaskał obie po włosach, pozwalając im się wypłakać tyle, ile potrzebowały.
Nagle drzwi domu otworzyły się. W progu stanęła kobieta po trzydziestce – ciemne włosy, domowy dres, zaskoczona mina.
— Mogę w czymś pomóc? — zapytała ostrożnie.
Zosia oderwała twarz od koszulki Rafała, otarła oczy wierzchem dłoni i jakoś opanowała głos.
— Kiedyś tu mieszkałam. Przed laty. Czy… słyszała pani coś o poprzednich właścicielach?
Kobieta pokręciła głową.
— Ja tu tylko wynajmuję z mężem. Od Bogdana G. Zna pani?
Zosia kiwnęła tylko głową. Już nic więcej nie powiedziała. Rafał szybko przejął inicjatywę.
— Przepraszamy, że zajęliśmy pani czas. Naprawdę. Miłego dnia.
Kobieta jeszcze chwilę popatrzyła na nich z lekkim zakłopotaniem, po czym zamknęła drzwi. Basia i Zosia rzuciły domowi ostatnie, długie spojrzenie, a potem obie jednocześnie pociągnęły Rafała za ręce w stronę samochodu.
Kiedy usiedli w aucie, Rafał nie odpalił od razu silnika. Odwrócił się do nich.
— Znacie tego Bogdana?
— To nasz wujek — powiedziała Basia cicho. — Znaczy… kuzyn mamy.
Zosia dodała, wpatrując się w swoje dłonie:
— Nie mam pojęcia, jak to się stało, że dom należy do niego. Naprawdę nie wiem.
Rafał patrzył na nie z troską.
— A rodzice… spłacili już ten dom? Przed wypadkiem?
Zosia wzruszyła ramionami bezradnie.
— Nie wiem. Byłam w takim wieku, że mnie to w ogóle nie interesowało. Interesowała mnie tylko szkoła. Chyba byłam kujonką.
Rafał pochylił się i delikatnie pocałował ją w usta. Potem sięgnął na tylne siedzenie i pogładził Basię po głowie. Wyjął telefon, wybrał numer i po chwili odezwał się spokojnym, rzeczowym tonem:
— Robert, mam prośbę. Sprawdź mi jedną nieruchomość. Historia własności, status posiadania, płatności, rachunki, hipoteka… — podał dokładny adres. — Wiem, że to trochę potrwa. Dzięki. Czekam.
Rozłączył się. Spojrzał na obie dziewczyny i uśmiechnął się łagodnie, choć oczy miał nadal poważne.
— No. Rozchmurzcie się choć trochę. Zabieram was na najlepszą pizzę w Polsce.
Zosia uśmiechnęła się smutno, ale szczerze. Basia natomiast niemal natychmiast zmieniła nastrój – otarła resztki łez i oświadczyła z udawaną powagą:
— Ja to chyba już zawsze będę głodna. To moja nowa osobowość.
Rafał zaśmiał się cicho, odpalił silnik i powoli ruszył znającymi się uliczkami Sękocina, zostawiając za sobą dom, który kiedyś był całym światem dwóch małych dziewczynek.
Rafał pojechał tylko kilka kilometrów dalej, do pobliskiego Nadarzyna. Na samych obrzeżach miasteczka, wśród drzew i niskiej zabudowy, stała niewielka pizzeria z szerokim, zadbanym ogrodem. Przed wejściem, na kamiennych schodkach, prężył się wielki, bury kot o żółtych oczach. Basia od razu się schyliła i przejechała dłonią po jego grzbiecie. Kot natychmiast zaczął intensywnie mruczeć, ocierając się o jej nogi.
W środku było sporo gości, ale nadal stały wolne stoliki przykryte klasycznymi obrusami w czerwoną kratę. Na każdym stole pachniała świeża bazylia w małych doniczkach. Ściany zdobiły półki uginające się od butelek wina i włoskich przetworów. W głębi sali, przy wielkim, czerwonym piecu opalanym drewnem, pracowało dwóch pizzermanów w mącznych fartuchach. Z głośników cicho płynęła włoska muzyka – coś lekkiego, letniego, z mandoliną w tle.
Uśmiechnięta, młoda kelnerka podeszła od razu.
— Dzień dobry, stoliczek dla trojga?
Poprowadziła ich między stolikami. Zosia szła za nią, rozglądając się uważnie, i nagle wyszeptała do Rafała:
— Chyba tu kiedyś byłam…
Kelnerka, która właśnie odsuwała krzesła, uniosła wzrok i przyjrzała się Zosi dokładniej. Twarz jej zadrżała ze zdumienia.
— Zosia?! — prawie wykrzyknęła.
Zosia spojrzała na nią zaskoczoną.
— Przepraszam… skąd mnie znasz?
Dziewczyna zaśmiała się szeroko, a oczy zaczęły jej się świecić.
— Monika! Chodziłyśmy razem do podstawówki w Sękocinie. Pamiętasz? Ja zawsze siedziałam w ławce za tobą i bez ściągania od ciebie z matmy to bym chyba nigdy nie skończyła szkoły!
Zosia otworzyła szeroko oczy, a potem uśmiechnęła się ciepło, z rozpoznaniem.
— Monika… Boże, oczywiście, że pamiętam. Wyglądasz… dorosłaś.
Monika odwróciła się do Basi i klasnęła w dłonie.
— A to musi być mała Basia! Pamiętam cię jako takiego berbecia z warkoczykami. A teraz panienka!
Basia zarumieniła się lekko, ale uśmiechnęła się przyjaźnie. Monika gestem zaprosiła ich do stolika przy oknie z widokiem na ogród.
— Siadajcie, proszę. A pizza jest dzisiaj na koszt firmy — dodała z szerokim uśmiechem. — Mój narzeczony jest właścicielem. I chociaż w ten sposób mogę się odwdzięczyć Zosi za te wszystkie sprawdziany, które dzięki niej zaliczyłam.
Rafał uniósł brwi, rozbawiony, ale nie protestował. Usiedli. Monika rozdała im karty, choć i tak wiedziała, że i tak zamówią klasyki. Po kilkunastu minutach wróciła z trzema wielkimi, dymiącymi pizzami – chrupiące brzegi, ciągący się ser, intensywny zapach oregano i świeżego sosu.
— Smacznego — powiedziała ciepło i zostawiła ich samych.
Jedli w skupieniu. Rafał po pierwszym kęsie uniósł brwi wysoko i skinął z uznaniem.
— Nie będę kłamał. Jest tak dobra, jak w najlepszych trattoriach, jakie jadłem we Włoszech. Naprawdę.
Zosia uśmiechnęła się przez kęs, a Basia już miała usta pełne i tylko kiwała głową z entuzjazmem. Siedzieli blisko siebie przy małym stoliku. Rafał co jakiś czas kładł dłoń na udzie Zosi pod obrusem, a ona odpowiadała lekkim naciskiem kolana. Basia obserwowała te drobne gesty kątem oka, gryząc wargę i udając, że skupia się wyłącznie na pizzy. Atmosfera była ciepła, niemal rodzinna, a jednocześnie wciąż pełna tej cichej, elektrycznej nici, która łączyła ich troje od dni.
Po zjedzeniu pizzy Monika przysiadła się do ich stolika na krótką chwilę, otarła dłonie o fartuch i spojrzała na Zosię z ciekawością.
— A tego przystojnego pana jeszcze nie miałam przyjemności…
Zosia zarumieniła się lekko.
— To Rafał. Mój chłopak.
Monika uścisnęła mu dłoń z szerokim uśmiechem, po czym spoważniała.
— Zosiu… po śmierci waszych rodziców. Pamiętam, jak cała miejscowość o tym mówiła. To była ogromna tragedia. Co się z wami działo potem?
Zosia spuściła wzrok na obrus.
— Trafiłyśmy z Basią do domu dziecka — odpowiedziała cicho. — I… tak już zostało.
Nie dodała nic więcej. Monika nie drążyła. Po kilku minutach wstały, pożegnały się ciepło. Monika odprowadziła ich aż do drzwi i dopiero gdy zobaczyła, do jakiego luksusowego SUVa wsiadają, uniosła brwi z lekkim zdumieniem. Machnęła jednak ręką na pożegnanie i uśmiechnęła się szeroko, kiedy odjeżdżali.
W samochodzie nastroje były wyraźnie lepsze. Najedzeni, rozluźnieni, przekomarzali się przez całą drogę do centrum handlowego w Jankach. Basia dokuczała Rafałowi, że skoro pizza była „jak we Włoszech”, to w Turcji będzie musiał znaleźć jeszcze lepszą. Zosia śmiała się, a Rafał co jakiś czas kładł dłoń na jej kolanie.
Dojechali szybko. Rafał zaparkował i oświadczył:
— Walizki kupimy na sam koniec. Na razie chodźmy swobodnie.
Ledwie weszli do galerii, Zosia i Basia niemal jednocześnie pociągnęły go w stronę sklepu z bielizną i strojami kąpielowymi. Przez następną godzinę Rafał siedział na fotelu przy przymierzalniach, podczas gdy obie siostry wychodziły w kolejnych kostiumach – klasyczne dwuczęściowe, jednoczęściowe, sportowe, bardziej odważne. Prosiły go o ocenę, obracały się, śmiały. W końcu każda wybrała po kilka zestawów w różnych kolorach i krojach. Zosia przy kasie dorzuciła jeszcze kilka par czarnych i cielistych pończoch samonośnych. Spojrzała na Rafała i znacząco mrugnęła. On natychmiast poczuł, jak w głowie pojawia się obraz jej nóg w koronkowych pończochach z poprzedniej nocy. Przełknął ślinę.
W kolejnych sklepach dokupili jeszcze kilka letnich rzeczy. W pewnym momencie, kiedy stali przed wejściem do butiku z sukienkami, Basia nagle oświadczyła:
— Ja chcę sama coś poszukać. Jak coś, to was znajdę. Albo się zdzwonimy.
Zniknęła między regałami. Rafał i Zosia weszli do środka. Oglądali zwiewne, letnie sukienki. Zosia wzięła kilka sztuk do przymierzalni. Wyszła w pierwszej – lekkiej, jasnej, sięgającej do połowy ud. Rafał rozejrzał się szybko po sklepie. Nikogo w pobliżu. Wszedł za nią do kabiny i zasunął ciężką zasłonę.
Natychmiast rzucili się na siebie. Pocałunek był gorący, głodny, pełen całego napięcia dnia. Dłonie Zosi wsunęły się pod jego polo, jego ręce zjechały na jej pośladki. Oddychali sobie w usta.
— Weź mnie… tu i teraz — wyszeptała Zosia, już całkowicie spięta pożądaniem.
Rafał pocałował ją jeszcze mocniej. Zosia odwróciła się, oparła dłonie o lustro i wypięła się w jego stronę. On zadarł jej sukienkę do pasa, odciągnął wąskie stringi na bok. Cipka była mokra, gorąca, gotowa. Przyłożył główkę i wszedł powoli, ale zdecydowanie, aż po nasadę.
Zosia jęknęła stłumione, kiedy wypełnił ją całkowicie. Rafał złapał ją mocno za biodra i zaczął poruszać się delikatnie, lecz z rosnącą intensywnością. W lustrze miał doskonały widok: jej twarz z półprzymkniętymi oczyma i otwartymi ustami, piersi unoszące się przy każdym pchnięciu, uniesioną spódniczkę, czarne stringi ściągnięte na bok, i własny gruby kutas, który znikał i pojawiał się znowu między jej wargami, lśniący od jej soków. Widok był tak erotyczny, że musiał zacisnąć zęby, żeby nie dojść od razu.
Kochali się szybko, gorączkowo, świadomi, że czas jest ograniczony. Zosia doszła pierwsza. Całe ciało sztywno wyprężyło się, ręce zadrżały na lustrze, a cipka zaczęła mocno, rytmicznie pulsować wokół niego. Przygryzła własne ramię, żeby stłumić krzyk, a biodra szarpały się w niekontrolowanych skurczach. Rafał przytrzymał ją mocniej i dopiero kiedy jej orgazm zaczął opadać, przyspieszył. Kilka głębokich, twardych pchnięć i wbił się w nią po same jądra, spuszczając się długo i intensywnie, z niskim, stłumionym jękiem.
Przez chwilę stali tak, spleceni, ciężko oddychając. Potem Rafał powoli się wycofał, pomógł jej naciągnąć stringi i poprawić sukienkę. Pocałował ją jeszcze raz – namiętnie, ale już ciszej.
Zosia nagle wybuchnęła szczerym, cichym śmiechem i oparła czoło o jego pierś.
— Po czymś takim… to ja koniecznie muszę kupić tę sukienkę.
Wyszli ze sklepu z dodatkową torbą. Zosia niosła ją trochę zbyt ostentacyjnie, jakby chciała udowodnić, że naprawdę chodziło tylko o sukienkę. Ledwie zrobili kilka kroków, dostrzegli Basię. Stała oparta o poręcz ruchomych schodów z solidnie wypchaną torbą w dłoni i uśmiechała się złośliwie.
— Długo wam się zeszło — rzuciła z udawaną niewinnością.
Rafał i Zosia spojrzeli po sobie. Oboje spłonęli rumieńcem i jednocześnie uśmiechnęli się półgębkiem, jak złapane dzieci. Basia podeszła bliżej, a jej głos stał się nagle poważniejszy, choć oczy nadal się śmiały.
— Szukałam was przy przymierzalniach. Chciałam nawet zajrzeć… ale postanowiłam dać wam trochę czasu. I dobrze zrobiłam, bo akurat przechwyciłam ekspedientkę. Chyba szła sprawdzić, czy w czymś może jeszcze pomóc.
Dopiero wtedy wybuchnęła głośnym, szczerym śmiechem. Rafał i Zosia wytrzymali może dwie sekundy i dołączyli do niej. Śmiali się we trójkę na środku galerii, przyciągając kilka zdziwionych spojrzeń, ale było im wszystko jedno.
Kiedy odzyskali oddech, ruszyli w stronę sklepu z walizkami. Wybór zajął im zaskakująco mało czasu. Zosia stanęła przy komplecie w pastelowym, pudrowym różu i od razu kiwnęła głową. Basia wybrała zestaw w ciepłym, złocistym odcieniu. Rafał tylko przyłożył kartę i zabrał walizki by przenieść wszystko do samochodu.
W garażu spakowali bagażnik po brzegi. Kiedy wyjeżdżali, Basia z tylnego siedzenia zapytała:
— A o której właściwie mamy lot?
Rafał wzruszył ramionami, włączając się do ruchu.
— Kazałem podstawić samolot na ósmą. Ale jak dojedziemy na lotnisko, to ruszamy. Nie ma sztywnej godziny.
Zosia odwróciła się do niego z uniesionymi brwiami.
— Samolot?
— Prywatny — wyjaśnił spokojnie. — Firmowy. Kupiliśmy go, kiedy pomyśleiśmy by otworzyć pierwszy zagraniczny oddział. Technicznie należy do spółki… czyli właściwie do mnie.
Basia westchnęła teatralnie i oparła głowę o szybę.
— W sumie do takiego życia człowiek przyzwyczaja się w zatrważającym tempie. Jeszcze niedawno martwiłam się o to, czy starczy na żarcie, a teraz rozmawiamy o prywatnym samolocie jak o autobusie.
Wszyscy troje wybuchnęli śmiechem. Reszta drogi minęła im w lekkiej, prawie euforycznej atmosferze. Wjechali do garażu, wtaszczyli walizki i torby do windy, a stamtąd do apartamentu. Ledwie domknęli drzwi, Basia stanęła pośrodku holu i powiedziała stanowczo:
— Wszyscy do salonu. Proszę.
Rafał i Zosia spojrzeli po sobie, ale posłusznie usiedli na kanapie. Basia zniknęła na moment w swoim pokoju i wróciła z torbą, którą wcześniej tak pilnie pilnowała. Uklękła przed stolikiem i zaczęła wyjmować zawartość.
Pięć eleganckich albumów na zdjęcia. Wszystkie w miękkiej, skórzanej oprawie, każdy w innym pastelowym kolorze – pudrowy róż, mięta, brzoskwinia, lawenda i delikatny błękit. Otworzyła jeden z nich. W środku leżała gruba koperta. Wysypała zdjęcia na stolik.
Były tam ujęcia Rafała i Zosi z uczelni, z restauracji, sprzed domu w Sękocinie. Kilka selfie, które Basia robiła, stojąc tyłem do nich, tak że na drugim planie zawsze byli oni – spleceni, uśmiechnięci, niewiedzący, że są fotografowani. I jedno wspólne zdjęcie całej trójki z pizzerii w Nadarzynie, które Monika zrobiła im na prośbę Basi.
Basia przejechała dłonią po zdjęciach i powiedziała bardzo cicho, prawie szeptem:
— To dla was. Na nowe życie.
Zapadła absolutna cisza. Zosia pierwsza poczuła, jak łzy napływają jej do oczu. Rafał przełknął ślinę. Oboje jednocześnie pochylili się i wciągnęli Basię między siebie, obejmując ją mocno z obu stron. Trzymali ją tak przez długą chwilę – Zosia z twarzą schowaną w jej włosach, Rafał z policzkiem opartym o jej skroń. Każde z nich miało mokre oczy. Nikt nic nie mówił. Nie było potrzeby.
Z racji tego, że Basia i Zosia zamknęły się w pokojach z walizkami i rosnącymi stosami ubrań, Rafał uznał, że najlepsze, co może zrobić, to zająć się kolacją. Jemu pakowanie zajęło dokładnie dwadzieścia minut. Miał wprawę – lata podróży służbowych nauczyły go minimalizmu i precyzji. Dziewczyny natomiast potrzebowały znacznie więcej czasu. I znacznie więcej rzeczy. „Na wszelki wypadek”. Do każdej sukienki inne buty, do każdych butów inna torebka, do wszystkiego odpowiednia bielizna. Uśmiechnął się pod nosem, wyjmując z lodówki ryż arborio, parmezan i bulion. Był na to przygotowany.
Postanowił zrobić klasyczne risotto. Proste, sycące, wymagające cierpliwości – idealne na rozmyślania. Stał przy kuchence, powoli dolewał kolejne chochle bulionu, mieszał drewnianą łyżką i pozwalał myślom płynąć.
Jego życie wywróciło się do góry nogami w ciągu trzech tygodni. Jeszcze niedawno wracał do pustego apartamentu, jadał na mieście albo odgrzewał coś w mikrofalówce, a seks sprowadzał się do starannie wybranych, jednorazowych spotkań. Teraz miał w domu dwie kobiety, których obecność wypełniała każdy kąt. I ani przez chwilę tego nie żałował.
Tempo, w jakim budowali związek z Zosią, było szaleńcze. W przypadku większości par skończyłoby się katastrofą. On jednak wiedział – czuł to całym ciałem – że to nie jest tylko zakochanie. To była miłość. Ta prawdziwa, na całe życie. Gdyby zależało wyłącznie od niego, oświadczyłby się jej nawet dziś wieczorem. Kupiłby pierścionek, ukląkł i zapytał. Ale wiedział, że Zosia potrzebuje czasu. Musiała poukładać w głowie ogrom zmian, które spadły na nią w tak krótkim okresie. On mógł czekać. Czekałby choćby i rok.
Uśmiechnął się ciepło na myśl o tym, jaką kochanką stawała się Zosia. Kilka dni temu oddała mu dziewictwo, a już szukała każdej okazji, by się z nim zbliżyć. W przymierzalni, w sali konferencyjnej, w nocy, rano… Była głodna bliskości i nie bała się tego pokazywać. Rafał był pewien, że kocha go z taką samą intensywnością, z jaką on kochał ją.
A Basia… Obecność Basi zmieniała wszystko jeszcze mocniej. To już nie były tylko romantyczne uniesienia we dwoje. To była odpowiedzialność za kolejną osobę. Pełnoletnią, inteligentną, bystrą, ale jednocześnie bardzo niedoświadczoną życiowo. Miała jedenaście lat, kiedy trafiła do domu dziecka. Jedenaście. Rafał czuł, jak coś ściska go w piersi za każdym razem, gdy o tym myślał.
Zdawał sobie sprawę, że Basia czasem patrzy na niego w sposób, który wykracza poza siostrzaną wdzięczność. Było w tym zadurzenie, może nawet pierwsze, nieśmiałe pożądanie. Nie zamierzał z tym nic robić. Wiedział, że minie, kiedy tylko pozna kogoś w swoim wieku – kogoś, kto będzie mógł jej dać to, na co zasługiwała. Przyznawał jednak w duchu, że jak na osiemnastolatkę Basia potrafiła epatować erotyzmem w sposób zupełnie naturalny i nieświadomy. Krótkie koszulki, sposób, w jaki się poruszała, spojrzenia… To działało. Na niego też. Gdyby nie był szaleńczo, całkowicie, bez reszty zakochany w Zosi, być może kusiłoby go, by się temu poddać. Ale Zosia zajmowała wszystkie jego myśli. Wszystkie.
Zauważył też coś jeszcze. Czasami siostry patrzyły na siebie w sposób, który trwał o sekundę za długo. Jakby coś między nimi iskrzyło, coś, czego żadna z nich nie dopuszczała do świadomości. Rafał nie był naiwny. Wiedział, że silna więź, lata wspólnego przetrwania i fakt, że dopiero teraz mogły w ogóle myśleć o swojej seksualności, mogły tworzyć skomplikowane napięcia. W pewnym sensie przypominało mu to pożądanie. Nie oceniał. Po prostu widział.
Otrząsnął się. Risotto było gotowe – kremowe, pachnące parmezanem i białym winem. Odłożył łyżkę, przetarł dłonie o ściereczkę i podniósł głos, żeby było go słychać w całym apartamencie:
— Dziewczyny! Kolacja gotowa!
Do kuchni najpierw wbiegła Basia – roześmiana, z rozpuszczonymi włosami i różową sukienką, która przy biegu podskakiwała jej na udach. Nikt, kto widziałby ją teraz, nie uwierzyłby, że jeszcze tydzień temu leżała w szpitalu skrajnie wycieńczona i niedożywiona. Podeszła do Rafała, stanęła na palcach i cmoknęła go lekko w policzek, po czym bez ceregieli chwyciła za widelec i wzięła solidny kęs risotto prosto z patelni.
— Mmm… — wydusiła z pełnymi ustami, a potem przełknęła i spojrzała na niego z jawną aprobatą. — To jest pyszne. Jak kiedyś będę szukała męża, to wszystkich kandydatów przyślę do ciebie na praktyki. Niech się uczą.
Właśnie w tym momencie w progu stanęła Zosia. Usłyszała ostatnie zdanie, podeszła spokojnie, objęła Rafała od tyłu za talię i złożyła delikatny pocałunek na jego ustach.
— Mogę ci czasem pożyczyć Rafała, żebyś mogła go wykorzystać — powiedziała z udawaną powagą.
Basia otworzyła usta, zarumieniła się intensywnie i szybko poprawiła:
— Nigdy bym go nie wykorzystała bez twojej zgody…
Dopiero po sekundzie zorientowała się, jak dwuznacznie to zabrzmiało. Spłonęła rumieńcem aż po dekolt i zasłoniła twarz dłonią. Rafał parsknął głośnym, niskim śmiechem.
— Skoro już zaplanowałyście mi całą przyszłość, to proponuję najpierw zająć się jedzeniem. Zanim ostygnie.
Usiedli we trójkę przy stole. Zosia wzięła pierwszy kęs i zamknęła oczy.
— Wyśmienite — przyznała szczerze. — Naprawdę. Lepiej zapewne niż w niejednej restauracji.
Jedli powoli, rozmawiając o zwykłych, domowych sprawach. Czy walizki są już gotowe („prawie”), czy Basia spakowała kremy z filtrem („oczywiste, że tak”), czy Zosia wzięła coś ciepłego na samolot („Rafał mówił, że będzie klimatyzacja”). Atmosfera była lekka i ciepła.
W pewnym momencie Zosia odłożyła widelec i spojrzała na Rafała poważniej.
— Przypominam ci tylko… miałeś zadzwonić do rodziców.
Rafał skinął głową.
— Razem zadzwonimy.
Zosia nieznacznie zesztywniała. On od razu to zauważył i położył dłoń na jej dłoni.
— Na głośnomówiącym — wyjaśnił spokojnie. — Chcę, żebyś słyszała całą rozmowę. Żadnych tajemnic.
Zosia uśmiechnęła się powoli. Ta gotowość Rafała, by nie mieć przed nią absolutnie żadnych sekretów – nawet w kontaktach z własnymi rodzicami – zrobiła na niej ogromne wrażenie. Poczuła, jak coś ciepłego i bezpiecznego rozlewa się jej w piersi.
Kiedy talerze były już puste, Zosia wstała i zaczęła zbierać naczynia. Basia od razu jej pomagała. Razem szybko ogarnęły stół, a Zosia schyliła się, żeby włożyć talerze do zmywarki. Spódniczka uniosła się przy tym nieco wyżej. Basia, stojąca tuż za nią, nie wytrzymała. Zadarła jej spódniczkę jednym szybkim ruchem, odsłaniając gładkie pośladki i wąski pasek czarnych stringów, po czym sprzedała siostrze dźwięcznego, solidnego klapsa.
— Au! — pisnęła Zosia, prostując się gwałtownie. — Małpa jedna!
Basia wybuchnęła głośnym śmiechem, cofając się o krok.
— Wcale nie było mocno! A Rafał za taką kolację zasłużył przecież na ładne widoki. Prawda, Rafał?
Rafał siedział oparty o oparcie krzesła i obserwował je obie z szerokim, rozbawionym uśmiechem. W oczach miał czyste szczęście – takie, jakie pojawia się tylko wtedy, gdy absolutnie nic nie mąci radości chwili.
— Absolutna racja — potwierdził nisko, nie spuszczając wzroku z zarumienionej Zosi i wciąż śmiejącej się Basi.
Basia zniknęła w swoim pokoju, żeby dokończyć pakowanie, a w salonie zapanowała nagła, miękka cisza. Rafał i Zosia usiedli blisko siebie na sofie. On wyciągnął telefon, odblokował ekran i spojrzał na nią.
— Mama zawsze odbiera pierwsza — wyjaśnił cicho. — Tata odkąd jest na emeryturze, w ogóle nie pilnuje telefonu. Chyba po tych wszystkich latach na komendzie ma już dość ciągłego dzwonienia.
Zosia tylko kiwnęła głową, czując, jak serce zaczyna jej bić odrobinę szybciej. Rafał wybrał numer i włączył tryb głośnomówiący. Telefon leżał między nimi na stoliku. Kolejne sygnały wypełniały salon. Zosia siedziała sztywno, dłonie splecione na kolanach, aż w końcu w głośniku rozległ się damski, lekko zmęczony, ale ciepły głos.
— Cześć, synku.
— Cześć, mamo — odparł Rafał spokojnie. — Przepraszam, że tak długo nie dzwoniłem. Tata jest w domu?
Niemal natychmiast odezwał się niski, solidny głos mężczyzny.
— Jestem, jestem. Tylko mama pierwsza dobiegła do telefonu. Kiedy nas wreszcie odwiedzisz?
Rafał uśmiechnął się, a jego dłoń znalazła kolano Zosi i ścisnęła je delikatnie.
— Niebawem. Ale teraz wylatuję na krótkie wakacje. Ze swoją dziewczyną.
W słuchawce zapadła wyraźna cisza. Trwała może dwie sekundy za długo. Potem mama odezwała się ostrożnie, jakby ważyła każde słowo:
— To… nowość. Skoro razem wyjeżdżacie, to musi być coś poważniejszego.
Tata wszedł jej w słowo bez ceregieli:
— A co to za dziewczyna?
Rafał spojrzał Zosi prosto w oczy, kiedy odpowiadał.
— Ma na imię Zosia. Jest trochę młodsza ode mnie. I jest naprawdę uprzejmą, dobrze wychowaną kobietą.
Mama nie odpuszczała.
— A skąd się znacie, synku?
Rafał zawahał się tylko ułamek sekundy.
— Spotkaliśmy się na przystanku autobusowym.
Tym razem to tata zabrzmiał zaskoczony.
— Na przystanku? Nie spodziewałem się, że mój syn w ogóle jeździ autobusami… — Urwał i płynnie zmienił temat. — A masz w planach, żebyśmy mogli ją poznać?
Rafał zaśmiał się cicho, a kciuk zaczął powoli gładzić wewnętrzną stronę uda Zosi przez materiał spódniczki.
— Planuję to jak najszybciej. Najlepiej od razu, jak tylko wrócimy z wakacji.
Mama odezwała się znowu, tym razem z wyraźnym zdziwieniem w głosie:
— Aż taki pośpiech?
Rafał znał tę nutę w jej głosie aż za dobrze. Uśmiechnął się szerzej.
— Mamo. Zosia nie jest w ciąży.
Z głośnika dobiegł głośny, niskiego barytonu wybuch śmiechu taty. Mama tylko westchnęła, ale było w tym westchnieniu słychać ulgę ale i chyba trochę zawodu. Rafał dodał już poważniej:
— Po prostu chcę się pochwalić. Naprawdę.
Pogadali jeszcze kilka minut. Rafał zapytał o Maksa – okazało się, że brat właśnie zdał jakiś trudny egzamin. Potem o Tośkę, która podobno znowu zmieniła kolor włosów. Bez szczegółów, tylko domowe, ciepłe strzępki informacji. Zosia słuchała w milczeniu, już postanawiając w duchu, że przy najbliższej okazji wypyta Rafała o rodzeństwo dokładnie.
W końcu Rafał powiedział:
— Musimy już kończyć. Spakujemy się jeszcze do końca i wcześnie rano wyjeżdżamy. Całuję. Przekażcie wszystkim pozdrowienia.
— Latajcie ostrożnie — odezwała się mama. — I przywieź tę Zosię jak najszybciej.
— Na pewno — odparł Rafał. — Pa.
Rozłączył się. Przez chwilę w salonie panowała cisza. Zosia odetchnęła głęboko, jakby dopiero teraz przypomniała sobie, jak się oddycha.
— Masz bardzo opiekuńczych rodziców — powiedziała cicho. — Ich głosy… miło brzmią. Bezpiecznie.
Rafał odłożył telefon, obrócił się do niej i pocałował ją czule, wolno, z ogromną czułością.
— Oni naprawdę przyjęliby każdego, z kim byłoby mi dobrze — wyszeptał jej w usta. — A jak tylko będą mieli okazję cię poznać… to na pewno się w tobie zakochają. Nie mają wyjścia.
Po rozmowie z rodzicami Rafała Zosia wróciła do sypialni i dokończyła pakowanie. Sprawdziła jeszcze raz każdą przegródkę walizki, domknęła zamek i wytoczyła obie walizki do hallu, ustawiając je starannie przy ścianie, żeby rano stały gotowe. Potem poszła szukać Rafała.
Zastała go w bibliotece. Siedział na szezlongu przy oknie, całkowicie pochłonięty starą, podniszczoną książką w skórzanej oprawie. Nie zauważył, kiedy weszła. Zosia stanęła w progu i przez dłuższą chwilę po prostu na niego patrzyła. Jego oczy, lekko przymrużone, śledziły kolejne akapity. Usta bezgłośnie formowały jakieś słowa – komentarze, które zostawały tylko dla niego. Wyglądał młodziej, bardziej skupiony, prawie chłopięcy w tej chwili całkowitego zatopienia w lekturze. Serce Zosi ściśnięło się z czułości.
Podeszła bezszelestnie i złożyła delikatny pocałunek na czubku jego głowy. Rafał uniósł wzrok. Kiedy zobaczył ją, twarz rozjaśnił mu się natychmiast szeroki, ciepły uśmiech. Starannie, prawie z nabożeństwem, odłożył książkę na stolik obok szezlonga. Potem obie dłonie położył jej na pośladkach i przyciągnął ku sobie. Zosia usiadła mu okrakiem na kolanach. Całowali się powoli, namiętnie, bez pośpiechu – smakując każdy ruch warg, każdy oddech, każde lekkie westchnienie. Ręce Rafała wędrowały po jej plecach i biodrach, jej dłonie wplotły się w jego włosy. Upajali się sobą, jakby mieli całą noc tylko na ten pocałunek.
W końcu, z wyraźnym żalem, oderwali się od siebie. Zosia pozostała na jego kolanach, opierając czoło o jego czoło.
— Po sypialni… to jest najpiękniejsze pomieszczenie w całym apartamencie — wyszeptała.
Rafał uśmiechnął się, gładząc ją po policzku.
— Urządziłem je dokładnie pod siebie. Pod swoje potrzeby. — Przejechał kciukiem po jej dolnej wardze. — Ale wiesz… jeśli będziesz miała ochotę, możesz pozmieniać tu cokolwiek. W całym mieszkaniu. Co tylko zechcesz.
Zosia pokręciła głową, tuląc się bliżej.
— Nie. Jest dobrze tak, jak jest. Najważniejsze, że jesteśmy tu razem.
Rafał nagle poderwał się na równe nogi, prawie zrzucając ją z kolan (zdążył ją przytrzymać).
— Na śmierć zapomniałem ci coś pokazać.
Podszedł do drzwi ukrytych między regałami – tych samych, które wcześniej tak bardzo zaintrygowały Zosię. Otworzył je. Za nimi, dokładnie jak pamiętała, znajdowały się grube, stalowe drzwi z pokrętłem. Rafał spojrzał na nią przez ramię.
— Chodź bliżej. Pokażę ci, jak się je otwiera.
Zosia podeszła. On wprowadził kod, przekręcił pokrętło w konkretnej sekwencji i pociągnął. Drzwi, grube jak w bankowym skarbcu, otworzyły się z ciężkim, metalicznym westchnieniem. Rafał włączył światło.
Pomieszczenie nie było duże – raczej wąskie i wysokie. Ściany od podłogi aż po sufit zajmowały masywne metalowe półki. Na nich leżały skarby. Stosy grubych plików banknotów w różnych walutach, ułożone równo jak cegły. Kilka sztabek złota o matowym, ciężkim połysku. Eleganckie pudełka na biżuterię. Kilka bardzo starych, wyraźnie cennych książek w zniszczonych, ale starannie konserwowanych oprawach. I przedmioty, których Zosia nie potrafiła od razu nazwać – stare, ciemne od patyny, wyglądające na muzealne.
Na jednej z półek, w specjalnym uchwycie, spoczywał miecz. Stary, pięknie wykonany, z rękojeścią obficie zdobioną złotem i kamieniami szlachetnymi. Rafał podszedł bliżej i powiedział cicho:
— Zawsze lubiłem stare przedmioty. Kiedy w końcu było mnie na to stać… zacząłem je zbierać. Ten miecz – według legendy – należał do hiszpańskiego bohatera narodowego. El Cida.
Zosia przeciągnęła palcami po chłodnej rękojeści i pochwie, czując wypukłe zdobienia. Potem sięgnęła po jedną ze starych książek. Otworzyła ją ostrożnie. Strony pokrywały równe linie odręcznego pisma – gęste, zamaszyste zawijasy, miejscami przekreślone, a nad przekreśleniami drobnym maczkiem dopisane poprawki. Język wyglądał na niemiecki, ale mimo że znała podstawy, nie potrafiła odczytać ani jednego konkretnego słowa.
Rafał stanął za nią.
— To notatnik jednego z braci Grimm. Zawiera pierwotne wersje popularnych baśni. Często dużo bardziej brutalne i mroczne niż te, które znamy.
Odłożył książkę i wziął do ręki jedno z eleganckich pudełek. Otworzył je. Na ciemnym aksamycie spoczywał delikatny diadem z żółtego złota, gęsto wysadzany rubinami. Kamienie łapały światło i rozrzucały je krwawymi iskrami. Zosia otworzyła szerzej oczy.
— Boże… to jest piękne. Co to właściwie jest?
Rafał milczał przez moment. Kiedy odezwał się, głos miał wyraźnie smutniejszy.
— Element najtragiczniejszej historii miłosnej, jaką znam. Kazał go wykonać portugalski król Pedro Okrutny dla swojej kochanki i żony – Inês de Castro. Nie zdążył jej go podarować. Została zamordowana z rozkazu jego ojca, zanim diadem opuścił warsztat złotnika.
Zosia pogładziła delikatnie zimne rubiny, po czym zamknęła pudełko i oddała mu je.
— Wolę nie słuchać o tragediach — powiedziała cicho. — Nie dziś.
Rafał odłożył diadem na półkę. Potem obrócił się i objął Zosię mocno, przyciskając ją do siebie całym ciałem. Oparł brodę o jej włosy i przez chwilę po prostu trzymał ją w ciszy skarbca, wśród starych historii, złota i cieni.
Wymknęli się z biblioteki, starannie zamykając za sobą najpierw pancerne drzwi skarbca, a potem te ukryte między regałami. Rafał jeszcze raz sprawdził zamki, po czym pocałował Zosię w skroń i poszedł w stronę sypialni. Zosia natomiast skręciła do pokoju Basi.
Zapukała cicho i weszła bez czekania na odpowiedź. Basia siedziała na łóżku w krótkiej koszulce nocnej, z telefonem w dłoni, ale od razu odłożyła go na szafkę. Walizki – złociste, nowe – stały już w hallu obok pasteloworóżowych walizek Zosi i czarnych Rafała. Wszystko było gotowe.
— Nie możesz spać? — zapytała Basia z uśmiechem.
— Chciałam tylko zajrzeć — odparła Zosia. — Jutro wielki dzień.
Basia kiwnęła głową, a w oczach miała czyste, dziecięce podekscytowanie.
— Nie mogę się doczekać. Samolot, morze, hotel… jak z filmu.
Zosia podeszła i bez słowa położyła się na łóżku obok siostry. Basia od razu przesunęła się bliżej. Zosia objęła ją mocno, tak jak robiła to kiedyś – w dzieciństwie, kiedy jeszcze żyli rodzice i obie bojały się burzy; później w domu dziecka, kiedy noce były najdłuższe i najzimniejsze; i jeszcze później, kiedy Zosia imając się każdej pracy, ledwo wiązała koniec z końcem, a Basia nadal tkwiła za murami placówki. Ten ostatni okres był najtrudniejszy. Zosia liczyła, że stanie na nogi, że jakiś szczęśliwy traf pozwoli jej zarabiać wystarczająco, by wywalczyć opiekę nad nieletnią siostrą. Nadzieja okazała się płonna. Ledwo sama przeżywała. Zostały jej tylko jak najczęstsze wizyty i poczucie winy. A potem kolejny cios – Basia zdała maturę, skończyła osiemnaście lat i z dnia na dzień zostały same. Kilka miesięcy później obie skończyły na ulicy. Głód. Zimno. Strach przed każdym kolejnym porankiem. Coraz trudniejsze dni, w których jedynym stałym punktem była druga siostra.
Zosia otworzyła oczy. Zrozumiała, że po policzkach spływają jej grube, gorące łzy. Basia leżała tuż obok i patrzyła na nią z ogromną czułością. Delikatnie odgarnęła starszej siostrze włosy z twarzy, pogładziła ją po policzku, a potem powoli przybliżyła swoje usta.
Pocałunek był najpierw bardzo delikatny – ledwie muśnięcie. Potem Basia nacisnęła mocniej. Jej język nieśmiało, a jednak zdecydowanie wsunął się między rozchylone wargi Zosi. Zosia, oszołomiona, pełna wspomnień i nagłego, zakazanego ciepła, odpowiedziała. Jej własny język splotł się z językiem siostry. Pocałunek pogłębił się, stał się wolny, wilgotny, pełen wszystkiego, czego nigdy nie powiedziały sobie wprost. Dłonie Basi spoczęły na biodrach Zosi, a Zosia wplotła palce w blond włosy młodszej siostry.
Trwało to dłużej, niż powinno.
W końcu, jakby jednocześnie, obie się ocknęły. Oderwały się od siebie z wyraźnym, bolesnym żalem. Oddychały szybko. Usta miały czerwone i lekko spuchnięte. Przez chwilę unikały wzroku, udając, że nic się nie stało – że to tylko emocje, tylko wspomnienia, tylko zbyt mocny uścisk.
Zosia przeciągnęła dłonią po włosach Basi po raz ostatni.
— Dobrych snów, mała — wyszeptała.
Basia uśmiechnęła się krzywo, wciąż czerwona na policzkach.
— Tobie też. I… podziękuj Rafałowi. Za wszystko. Za opiekę nad nami obiema.
Zosia kiwnęła tylko głową i wstała. Wyszła, zamykając drzwi bardzo cicho.
Po obu stronach tych drzwi panowała absolutna cisza. Basia leżała na plecach, wpatrując się w sufit, z dłonią mocno dociśniętą między uda. Zosia stała oparła czołem o framugę w korytarzu, z zamkniętymi oczami. Każda z nich czuła dokładnie to samo – gorące, pulsujące mokre pulsowanie między nogami, sokami, które pojawiły się wbrew woli, wbrew wszystkiemu, co uważały za właściwe. Żadna nie wypowiedziała tego na głos. Żadna nie musiała.
Zosia wróciła do sypialni wciąż jeszcze roztrzęsiona i wyraźnie podniecona. Nie potrafiła do końca nazwać tego, co czuła – miłość, wstyd, głód, ulga i coś jeszcze, czego nie chciała oglądać zbyt uważnie. W sypialni było pusto, ale z przyległej łazienki dobiegał cichy plusk wody. Podeszła do progu.
Rafał leżał zanurzony po samą szyję w ogromnej wannie wypełnionej ciepłą, lekko parującą wodą. Oczy miał przymknięte, ale gdy tylko poczuł jej obecność, otworzył je i spojrzał na nią z ogromną czułością.
— Chodź — powiedział cicho. — Do mnie.
Zosia stanęła przy wannie i zaczęła się rozbierać powoli, prawie demonstracyjnie. Najpierw zsunęła ramiączka bluzki, pozwoliła jej opaść na podłogę. Potem sięgnęła do boku spódniczki, rozpięła zamek i zsunęła materiał po biodrach, aż utworzył na kafelkach miękką kałużę. Została w białym biustonoszu i dopasowanych stringach. Odwróciła się plecami, zapięcie biustonosza rozpięła jednym ruchem, a miseczki zsunęły się w dół ramion. Piersi uwolniły się wolne. Na koniec wpięła kciuki w paseczki stringów i powoli, bardzo powoli ściągnęła je w dół nóg, nachylając się przy tym tak, że Rafał miał doskonały widok. Kiedy wyprostowała się już całkiem naga, rzuciła bieliznę na resztę ubrań.
Rafał chłonął każdy centymetr jej ciała z jawnym, ciemniejącym pożądaniem. Uśmiechnął się krzywo.
— Jesteś mistrzynią striptizu. Szkoda, że nie zadbałem o odpowiednią muzykę.
Zosia zaśmiała się cicho, lekko zarumieniona, ale z błyskiem w oku.
— Twój wzrok jest lepszą motywacją niż jakakolwiek muzyka.
Ostrożnie uniosła nogę i weszła do wanny. Woda chlusnęła. Ułożyła się między jego rozchylonymi udami, oparła plecy o jego pierś, a on od razu owinął ją ramionami. Leżeli tak przez dłuższą chwilę w ciszy, tylko woda delikatnie się poruszała.
— Basia już śpi? — zapytał w końcu, całując ją w miejsce tuż za uchem.
Zosia zesztywniała na sekundę. Potem odetchnęła głęboko i zaczęła mówić, wpatrując się w przeciwną ścianę.
Zosia zesztywniała na sekundę. Potem odetchnęła głęboko i zaczęła mówić, wpatrując się w przeciwną ścianę.
— Byłam u niej. Chciałam tylko sprawdzić, czy wszystko w porządku. Położyłam się obok… i wróciły wspomnienia. Wszystkie. Dom dziecka, ulica, głód, strach… — Głos jej drżał. — Przytuliłyśmy się. A potem… pocałowała mnie. I to nie był pocałunek siostrzany, Rafał. Język… ja… odpowiedziałam. Zanim się opamiętałam. — Umilkła, a potem dodała szeptem, pełnym wstydu i konsternacji: — Nie rozumiem, co się ze mną dzieje. Dlaczego moja własna młodsza siostra budzi we mnie takie… pożądanie. Kocham cię. Pragnę cię. Pożądam tylko ciebie. A jednocześnie… coś jest też w stosunku do niej. I nie wiem, skąd się to bierze.
Rafał nie przerwał jej ani słowem. Przez cały czas delikatnie głaskał jej ramiona, brzuch, zewnętrzną stronę ud, składał lekkie pocałunki na jej szyi i barku. Kiedy skończyła, milczał jeszcze chwilę, zbierając myśli.
— Myślę — powiedział w końcu spokojnie — że dopiero teraz, kiedy jesteście naprawdę bezpieczne, wasze ciała i głowy w ogóle dopuszczają do głosu własne pragnienia. Przez lata byłaś skupiona wyłącznie na przetrwaniu. Na tym, żebyście miały co jeść i gdzie spać. Opieka nad Basią była twoim jedynym celem. A teraz, kiedy wreszcie możesz odetchnąć… ta potrzeba opieki ewoluuje. Dopuszcza to, co było schowane bardzo głęboko. I w najmniejszym stopniu mnie to nie dziwi. Tak długo miałyście tylko siebie.
Zosia odwróciła głowę, patrząc na niego z niedowierzaniem.
— Spodziewałam się, że będziesz zły. Albo zniesmaczony. Albo… nie wiem.
Rafał pocałował ją w miejsce, gdzie szyja styka się z ramieniem.
— W stosunku do ciebie nie potrafię czuć niczego złego. Absolutnie niczego. I wiem też, że niezależnie od tego, do czego to kiedyś doprowadzi albo nie doprowadzi… żadna z was nie skrzywdzi drugiej. Jesteście dla siebie zbyt ważne.
Zosia przez chwilę milczała, pozwalając wodzie i jego dłoniom siebie uspokajać. Potem dodała jeszcze ciszej:
— Widzę też, jak Basia na ciebie patrzy. To nie jest tylko przyjaźń ani wdzięczność. Jest w tym prawdziwe pożądanie. I… — przełknęła ślinę — …ja nawet w najmniejszym stopniu nie czuję zazdrości. Chociaż wiem, że powinnam. Tak bardzo pragnę jej szczęścia, że gdyby nawet kiedyś coś między wami… wydarzyło się… nie potrafiłabym się na nikogo gniewać. Ani na ciebie, ani na nią.
Rafał spoważniał. Jego ręce na jej ciele zwolniły, stały się bardziej świadome.
— Zauważyłem — przyznał szczerze. — I trochę mnie to niepokoi. Kocham cię nad życie, Zosiu. Nad wszystko. Ale tak… Basia działa na mnie. Miło na nią patrzeć. Jeszcze milej z nią rozmawiać. Jest w niej coś… świeżego i jednocześnie bardzo intensywnego. Ale przysięgam ci – nigdy, przenigdy nie zrobię niczego przeciwko tobie. Przeciwko nam.
Zosia obróciła się w jego ramionach tak, że siedziała twarzą do niego, naga, mokra, z mokrymi włosami przyklejonymi do policzków. Wzięła jego twarz w obie dłonie i pocałowała namiętnie, głęboko, z całą miłością i ulgą, jaką czuła.
— Cokolwiek się wydarzy — wyszeptała mu w usta — wiem, że nikt nikogo nie skrzywdzi. Czuję się z tobą bezpieczna. Całkowicie.
Zatopili się w kolejnym pocałunku. Woda chlupotała wokół ich ciał. Dłoń Zosi zsunęła się w dół jego brzucha i czule, pewnie owinęła się wokół jego już twardego penisa, zaciskając się powoli.
Zosia przez dłuższą chwilę tylko masowała go pod wodą – wolno, czule, z rosnącą pewnością. Palce zaciskały się wokół grubego trzonu, kciuk przeciągał się po napalonej główce, zbierając krople, które pojawiały się mimo ciepłej wody. Rafał odchylał głowę na brzeg wanny, oddychając głęboko, całkowicie poddany jej dłoni. Podniecenie narastało w nim falami, ciężkie i nieuniknione. W końcu nie wytrzymał – chwycił jej twarz obiema rękami i przyciągnął do namiętnego, mokrego pocałunku. Języki splotły się, zęby muskły wargi, a woda chlupotała wokół ich poruszających się ciał.
Kiedy Zosia oderwała się od jego ust, w oczach miała już tylko czysty ogień. Uniosła się na kolanach, rozchyliła uda i powoli, nie spuszczając z niego wzroku, zaczęła opuszczać się na jego sterczącego kutasa. Najpierw poczuł, jak gorące, śliskie wargi jej cipki muskają żołądź. Potem – jak rozchylają się i zaczynają go wciągać. Ciepło było intensywne, niemal piekące w porównaniu z wodą. Ścianki zaciskały się wokół niego centymetr po centymetrze, mokre, aksamitne, niezwykle ciasne. Rafał syknął przez zęby, kiedy Zosia, wciąż patrząc mu prosto w oczy, opadła całym ciężarem, aż jego jądra dotknęły jej pośladków. Był w niej całkowicie. Wypełniając ją
po brzegi.
Zosia zaczęła się poruszać. Trzymała się kurczowo jego ramion, paznokcie lekko wbijając w skórę, i ujeżdżała go miarowo, głęboko. Woda w wannie falowała, piana zbierała się wokół ich bioder i piersi. Rafał patrzył. Mokre blond włosy Zosi przykleiły się do policzków i ramion, krople spływały jej między piersi, brzuch napinał się przy każdym ruchu, a tam, gdzie łączyły się ich ciała, woda robiła się mętna od jej soków. Piana osadzała się na jej sutkach i na jego dłoniach, kiedy uniósł je i objął jej piersi. Zacisnął palce, przetoczył sutki między kciukiem a wskazującym. Zosia zanosząc się jękiem, odchyliła głowę do tyłu, a jej ruchy stały się szybsze i bardziej desperackie.
Pochyliła się nagle, pocałowała go mokro i głęboko, a potem, wciąż unosząc się i opadając na jego kutasie, z filuternym, prawie niegrzecznym błyskiem w oku wyszeptała między jękami:
— Powiedz… czy chciałbyś mieć nas tu teraz obie? Mnie i Basię…?
Rafał odruchowo otworzył usta, żeby zaprzeczyć. Słowa jednak uwięzły mu w gardle. Wyobraźnia zadziałała szybciej niż rozum – podsunęła obraz Zosi i Basi, mokrych, nagich, obu w jego ramionach, obu na nim, obu pod nim. Czuł, jak kutas jeszcze bardziej twardnieje w środku Zosi.
— Taka wizja… — wydyszał szczerze — …cholernie mnie kusi.
Wyznanie podziałało na Zosię jak iskry. Jej oczy pociemniały, oddech stał się urywany, a biodra zaczęły pracować jeszcze szybciej, jeszcze mocniej. Ujeżdżała go teraz prawie dziko, woda chlapała na podłogę, piana spływała po jej plecach. Rafał czuł, że jest blisko, ale ona była bliżej.
Nagle, z głośnym, rozpaczliwym jękiem, Zosia uniosła się i ześlizgnęła z jego kutasa. Odwróciła się szybko, opadła na kolana tyłem do niego, złapała oburącz za krawędź wanny i mocno wypięła biodra. Mokre, rozwarte wargi jej cipki lśniły w świetle łazienki, krople wody i soków spływały po wewnętrznej stronie ud.
— Zerżnij mnie — błagała chrapliwie, niemal łamiącym się głosem. — Proszę… teraz… mocno…
Rafał klęknął za nią w wystygającej już wodzie. Ujął swojego kutasa, przyłożył szeroką, ciemną główkę do rozpalonych, rozwartych warg jej cipki i jednym mocnym, głębokim pchnięciem wbił się w nią po same jądra.
Zosia krzyknęła. Dźwięk był tak głośny i rozdzierający, że przez ułamek sekundy Rafał spanikował – pomyślał, że zrobił jej krzywdę. Ale już w następnym oddechu zrozumiał. W tym krzyku nie było bólu. Była tylko czysta, opętańcza rozkosz. Zosia wypięła się jeszcze mocniej, paznokcie wczepiły się w krawędź wanny, a z gardła wydobywał się ciągły, drżący jęk.
Zaczął ją pieprzyć. Mocno. Rytmicznie. Bezlitośnie. Każde pchnięcie wpychało wodę do przodu, chlupot mieszał się z odgłosem skóry uderzającej o skórę. Rafał trzymał ją żelaznie za biodra, kciuki wciskał w dołeczki nad pośladkami, i wbijł się raz za razem, obserwując, jak jego gruby kutas znika w niej po nasadę i jak jej cipka kurczowo go obejmuje przy każdym wycofaniu. Piana spływała po jej plecach, mokre blond włosy przykleiły się do karku, a piersi kołysały się w takt jego ruchów.
Zosia, rozrywana kolejnymi falami przyjemności, zaczęła mówić – urywanie, spazmatycznie, między jękami:
— Ja… też… chciałabym… teraz… być… z tobą… i z Basią… jednocześnie… Rafał… obie…
Ledwie dopowiedziała ostatnie słowo, orgazm rozerwał ją na strzępy.
Całe ciało sztywno wyprężyło się w nienaturalny łuk. Uda zadrżały tak mocno, że kolana uderzyły o dno wanny. Cipka zaczęła gwałtownie, rytmicznie pulsować – długie, mokre skurcze, które zaciskały się na jego kutasie jak pięść. Z gardła wyrwał się wysoki, łkający dźwięk, który przeszedł w serię krótkich, niekontrolowanych krzyków. Paznokcie zarysowały ślady na brzegu wanny, a stopy wbiły się w dno tak mocno, że woda chlusnęła falą na podłogę.
Widok i uczucie jej orgazmu wyzwoliły w Rafale coś niemal zwierzęcego. Przyspieszył do szaleńczego tempa – krótkie, twarde, głębokie pchnięcia – aż w końcu wbił się w nią po brzegi i zastygł. Kutas drgał w niej mocno, pompując kolejne, gęste fale spermy głęboko do środka. Rafał odchylił głowę, zęby zacisnął, a z piersi wyrwał mu się niski, przeciągły, prawie warczący dźwięk. Każdy puls był intensywny, długotrwały, jakby ciało chciało oddać jej wszystko, co miał.
Kiedy ostatnie drżenia ustały, opadli na siebie. Rafał wciąż był w niej, gdy odwrócił jej twarz i pocałował mokro, głęboko, z residualnym głodem. Dopiero po chwili zorientował się, że woda jest już wyraźnie chłodna, a Zosia zaczyna drżeć. Natychmiast wyciągnął się z niej, wziął ją na ręce – mokra, wiotka, wciąż dysząca – i szybko przeniósł do sypialni. Owinął ją w duży ręcznik, wtulił w siebie pod kołdrę i tulił, aż drżenie ustało.
Tymczasem w sąsiednim pokoju Basia leżała naga na łóżku z szeroko rozchylonymi udami. Od dobrych kilkunastu minut słyszała wszystko – jęki, krzyki, odgłosy wody i ciał. Jej własna dłoń pracowała między nogami bez litości. Dwa palce wchodziły i wychodziły szybko, mokro, kciuk tarł łechtaczkę w krótkich, intensywnych kręgach. Druga ręka ściskała pierś, szczypiąc sutek. Wyobrażała sobie, że to nie jej palce – że to Rafał bierze ją od tyłu, a Zosia klęczy nad jej twarzą i pozwala się lizać. Albo że obie są na nim jednocześnie, ślizgają się po jego ciele, całują się nad jego ustami. Masturbowała się jak oszalała, biodra unosiły się naprzeciw dłoni, pięty wkopując w materac.
Orgazm przyszedł nagle i z ogromną siłą. Basia przygryzła poduszkę, żeby stłumić krzyk. Całe ciało wygięło się w łuk, uda zesztywniały, a cipka zaciśnięta na jej palcach zaczęła bić długimi, intensywnymi skurczami. Sok spłynął jej po dłoni i pośladkach. Drżała tak mocno, że łóżko cicho skrzypiało, a przed oczami tańczyły białe plamy. Kiedy wreszcie opadła, leżała płasko, z ręką wciąż między nogami, ciężko dysząc i wpatrując się w ciemny sufit.
W sypialni Rafała Zosia, otulona jego ramionami, szeptała jeszcze przez chwilę – niewyraźne słowa o miłości, o bezpieczeństwie, o tym, że wszystko będzie dobrze. Głos stawał się coraz cichszy. W końcu po prostu zasnęła, z ustami lekko rozchylonymi i dłonią na jego piersi. Rafał tulił ją mocno, wpatrując się w ciemność. Myśli wirowały. To, co wydarzyło się w wannie, to, co usłyszał, to, co sam poczuł… Wszystko zmieniało się szybciej, niż potrafił nadążyć. Kochał Zosię nad życie. A jednocześnie wizja, którą przed chwilą wspólnie wywołali, nie chciała zniknąć.
Tuż przed tym, jak sen go zabrał, dobiegł go zza ściany stłumiony, przeciągły jęk Basi. Rafał zamknął oczy. Zapadł w mocny, głęboki sen.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Pumciak
Wspaniałe opowiadanie czekam na cd.