
Wyszedł z sypialni na palcach, zamykając drzwi za sobą. W salonie sięgnął po telefon i wybrał numer asystentki.
— Elwira? Przepraszam, że tak wcześnie. — Głos miał jeszcze ochrypły od snu. — Potrzebuję, żebyś coś załatwiła ekspresowo. Komplet ubrań damskich. Rozmiar… mały. Szczupła, wzrost około metr sześćdziesiąt pięć, biust średni, biodra wąskie. Sukienka albo zestaw – coś wygodnego, ale ładnego. Bielizna też. I buty, rozmiar… zgaduję trzydzieści siedem. Na dziś, jak najszybciej.
Po drugiej stronie słychać było tylko krótkie, profesjonalne „Rozumiem. Załatwię w ciągu dwóch godzin” i odgłos już otwierającego się laptopa. Rafał rozłączył się, czując ulgę.
Poszedł prosto pod prysznic. Gorąca woda spłynęła po jego umięśnionym ciele, zmywając resztki nocy. Zamknął oczy, pozwalając strumieniom masować kark, kiedy nagle usłyszał ciche odgłosy stóp na płytkach. Drzwi kabiny odsunęły się i do środka wsunęła się Zosia – naga, z rozczochranymi włosami i jeszcze sennymi oczami.
— Nie lubię budzić się sama — wyszeptała.
Rafał nie odpowiedział słowami. Po prostu przyciągnął ją pod strumień wody i pocałował. Pocałunek był wolny, głęboki, mokry od wody spływającej im po twarzach. Zosia stanęła na palcach, obejmując go za szyję, a jej piersi przycisnęły się do jego torsu. Rafał sięgnął po żel pod prysznic, wycisnął sporą ilość na dłoń i zaczął namydlać jej ciało. Dłonie ślizgały się po ramionach, po piersiach – ze szczególną uwagą po sutkach – po płaskim brzuchu, po biodrach i pośladkach. Zosia odwzajemniła się tym samym: namydliła jego szerokie ramiona, twardy tors, a potem, śmiejąc się cicho, zsunęła dłonie niżej i objęła jego kutasa, który natychmiast stwardniał w jej namydlonych dłoniach. Myli się nawzajem powoli, pieszcząc bardziej, niż myjąc, aż woda spłukała ostatnie ślady piany.
Kiedy wyszli z kabiny, otarli się tylko pobieżnie. Nie zakładali niczego. Nago przeszli do kuchni, zostawiając mokre ślady stóp na podłodze.
— Ja zrobię śniadanie — oznajmiła Zosia, stając przy lodówce z rękami na biodrach.
Rafał uniósł brwi.
— Nie musisz…
— Chcę. Siadaj i nie przeszkadzaj.
Usiadł więc na stołku przy wyspie i patrzył. Zosia poruszała się po jego kuchni z zaskakującą swobodą – wyjmowała jajka, boczek, pomidory, świeży sok. Za każdym razem, gdy się schylała albo sięgała wyżej, jej zgrabne pośladki napinały się i rozchylały lekko, a Rafał nie potrafił oderwać od nich wzroku. Jego kutas znowu był w półerekcji, a on nawet nie próbował tego ukrywać.
Śniadanie wyszło proste, ale pachnące: jajecznica z boczkiem, grzanki, pokrojone owoce. Jedli siedząc blisko siebie, wciąż nadzy, przy blacie kuchennym.
— Myślisz, że Basi naprawdę nic nie będzie? — zapytała Zosia, bawiąc się kawałkiem grzanki.
— Jestem przekonany — odparł Rafał poważnie. — Zdążyliśmy. Lekarka powiedziała, że stan jest stabilny. Jutro wieczorem powinna być przytomna. A potem… zobaczymy, co dalej. Nie zostawię was.
Zosia spojrzała na niego z wdzięcznością i czymś głębszym.
— To wszystko twoja zasługa. Gdyby nie ty…
Nie dokończyła. W ciszy rozległ się ostry dźwięk dzwonka do drzwi.
Rafał westchnął, wstał i sięgnął po szlafrok zarzucony na oparcie krzesła. Owinął się nim ciasno, zawiązując pasek do końca.
— Chwilę — rzucił przez ramię i skierował się w stronę wejścia.
Rafał wrócił po chwili, niosąc sporą papierową torbę z logo ekskluzywnego domu towarowego. Postawił ją na blacie kuchennym i spojrzał na wciąż nagą Zosię, która siedziała na stołku z nogami założonymi na krzyż, jakby zupełnie zapomniała, że nie ma na sobie ani nitki.
— To dla ciebie — powiedział, odsuwając torbę w jej stronę. — Chciałem cię zabrać na prawdziwe zakupy, ale potrzebowałam czegoś na już. Żebyś miała w co się ubrać, jak wyjdziemy.
Zosia zajrzała do torby, a jej oczy nieco się powiększyły. Wyjęła delikatnie złożoną sukienkę, potem miękkie spodnie, bluzkę, komplet bielizny w jedwabnym opakowaniu i pudełko z butami.
— Rafał… — zaczęła ostrzegawczo. — Nie możesz tak po prostu wydawać na mnie pieniędzy. To za dużo. Ja…
— Możesz i będę — odparł spokojnie, ale stanowczo. — Nie dyskutujemy o tym. Potrzebujesz ubrań. Koniec tematu.
— To nie jest koniec tematu — zaprotestowała, odkładając rzeczy z powrotem do torby. — Ja nie chcę być na twój koszt. Już i tak zrobiłeś dla nas więcej, niż ktokolwiek kiedykolwiek. Nie musisz…
— Muszę — uciął jej delikatnie, podchodząc bliżej. — Bo mi na tobie zależy. A jak mi na kimś zależy, to nie patrzę, czy „muszę”, tylko czy mogę. A mogę.
Pokłócili się jeszcze przez kilka minut – uprzejmie, prawie czule, ale z rosnącą determinacją z obu stron. Zosia powtarzała, że nie chce być ciężarem, że sama da sobie radę, że to niekomfortowe. Rafał odpowiadał, że nie prosi jej o zgodę, tylko informuje o faktach. W końcu sięgnął po ostateczny argument.
— Basia zobaczy cię dziś albo jutro. Chcesz, żeby twoja siostra, która dopiero co prawie umarła z wyczerpania, zobaczyła cię w tych samych brudnych legginsach i podartej bluzce? Czy wolisz, żeby zobaczyła cię ładną, czystą i zadbaną?
Zosia otworzyła usta, zamknęła je, a potem głośno westchnęła, pokonana.
— To nieuczciwe — mruknęła. — Używanie Basi przeciwko mnie.
— Wiem. Ubieraj się.
Zabrała torbę i zniknęła w sypialni. Rafał został w kuchni, nalał sobie kawy i czekał, starając się nie myśleć zbyt intensywnie o tym, że zaraz zobaczy ją w czymś innym niż jego t-shirt albo nago.
Kiedy wróciła, prawie zakrztusił się łykiem.
Zosia miała na sobie lekką, lnianą sukienkę w kolorze miękkiego beżu, sięgającą do połowy uda. Góra była luźna, z delikatnymi ramiączkami, które odsłaniały obojczyki i początek dekoltu, a talia lekko podkreślona cienkim paskiem. Pod spodem, choć tego nie było widać bezpośrednio, czuć było obecność nowej, dopasowanej bielizny – biustonosz delikatnie unosił jej średnie piersi, a majtki nie odstawały pod cienkim materiałem. Na stopach miała proste, skórzane sandały na niskim obcasie w kolorze brązu. Blond włosy spięła niedbale w luźnego koka, z którego wypadały pojedyncze kosmyki. Wyglądała świeżo, młodo i zaskakująco elegancko jak na kogoś, kto jeszcze wczoraj spał w pustostanie.
Rafał odstawił filiżankę i przez dłuższą chwilę po prostu na nią patrzył.
— Jezu, Zosiu… — wydusił w końcu. — Jesteś oszałamiająca.
Ona zmieszała się, poprawiając pasek sukienki.
— Przesadzasz. To tylko sukienka.
— Nie przesadzam. Wyglądasz jak ktoś, kogo chce się zabrać na kolację do najlepszej restauracji w mieście. Albo wcale nigdzie nie wypuszczać z domu.
Zosia uśmiechnęła się krzywo, z wyraźnym rozbawieniem, i podeszła bliżej.
— No właśnie. I dlatego mówię, że nie warto na mnie wydawać. Jutro znowu będę w legginsach, a ty zostaniesz z dziurą w koncie.
Rafał zmarszczył brwi. Coś w jej uporze tym razem naprawdę go zirytowało – nie złością, raczej bezsilną czułością zmieszaną z frustracją.
— Słuchaj mnie teraz uważnie — powiedział nisko, stając tuż przed nią. — Na kimś, na kim mi zależy, nie będę oszczędzał. Rozumiem, że chcesz być niezależna. Szanuję to. Naprawdę. Ale w tej chwili masz zamknąć swoją ładną buzię i pozwolić mi o ciebie zadbać. Jasne?
Rafał ubrał się szybko i wygodnie – ciemne jeansy, zwykłą czarną koszulę z podwiniętymi rękawami i lekką kurtkę. Kiedy zeszli windą na parter, portier uniósł głowę znad monitorów i wyraźnie zaniemówił. Jeszcze wczoraj widział brudną, przestraszoną bezdomną dziewczynę, którą próbował wyrzucić. Dziś ta sama dziewczyna stała obok właściciela apartamentu na ostatnim piętrze w nowej, beżowej sukience, z luźnym kokiem i świeżą twarzą. Portier otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale Rafał tylko rzucił mu krótkie, chłodne spojrzenie i poprowadził Zosię w stronę garażu.
W samochodzie Rafał odpalił silnik i spojrzał na nią bokiem.
— Po zakupach od razu podjedziemy do szpitala. Chcę, żebyś jak najszybciej zobaczyła Basię.
Oczy Zosi rozjaśniły się natychmiast.
— Naprawdę? — głos miała pełen ulgi i wdzięczności. — Dziękuję.
Centrum handlowe było dosłownie dwieście metrów dalej. Rafał wyjechał windą samochodową z garażu podziemnego na poziom parteru. Kiedy drzwi się otworzyły i wyjechali na zewnątrz, Zosia nagle zamilkła. W jej oczach stanęły łzy. Rafał zauważył to od razu, zaparkował przy samym wejściu i odwrócił się do niej.
— Co się stało?
Zosia przetarła oczy wierzchem dłoni, wyraźnie zawstydzona.
— Byłam tu tylko kilka razy. Gdy było zimno. Żeby się ogrzać. Zawsze patrzyli na mnie. Obsługa, ochrona… jakbym już miała coś ukraść. Śledzili każdy mój krok. A ja nigdy w życiu niczego nie ukradłam. Naprawdę nigdy.
Rafał nie odpowiedział od razu. Po prostu pochylił się przez konsolę, objął ją mocno i przycisnął do swojej piersi. Pocałował w skroń, potem w mokre od łez powieki.
— To już przeszłość — wymruczał jej w włosy. — Teraz masz o tym wszystkim zapomnieć. Dziś pozwalasz się rozpieszczać. Bez dyskusji.
Zosia jeszcze przez chwilę się opierała – cicho, prawie bez słów – ale w końcu kiwnęła głową. Wysiedli.
Spędzili w centrum ponad dwie godziny. Rafał prowadził ją od sklepu do sklepu z absolutną determinacją. Elegancki salon bielizny, gdzie Zosia czerwieniła się, trzymając w rękach jedwabne komplety, podczas gdy Rafał spokojnie wybierał kolejne rozmiary. Potem spodnie – dżinsy, materiałowe, dresowe. Bluzki, koszulki, dwie sukienki, lekkie swetry. Buty: sneakersy, baleriny, jeszcze jedne sandały. Za każdym razem, gdy Zosia próbowała odłożyć coś z powrotem na półkę, mówiąc „to za drogie” albo „nie potrzebuję aż tyle”, Rafał podchodził blisko, kładł dłoń na dolnej części jej pleców i mówił niskim głosem:
— Przy moim majątku to jest drobny wydatek. A twój uśmiech, kiedy przymierzasz te rzeczy i patrzysz na siebie w lustrze, jest dla mnie wart o wiele więcej. Bierz.
W końcu, kiedy byli już w dziale odzieży domowej, Rafał zatrzymał się przy regale z piżamami.
— Weź też coś dla Basi. Piżamy, wygodne ubrania, bieliznę. Coś, w czym będzie czuła się dobrze, jak już wyjdzie ze szpitala.
Tym razem Zosia nie protestowała. Po raz pierwszy od początku zakupów jej opór zupełnie zniknął. Starannie wybierała miękkie koszule nocne, dresy, majtki i skarpetki w rozmiarze siostry, co jakiś czas zerkając na Rafała z cichą, głęboką wdzięcznością.
Kiedy Zosia zniknęła w przymierzalni z kolejną garścią ubrań, Rafał szybko wymknął się do sąsiedniego sklepu z biżuterią i dodatkami. Wrócił po kilku minutach z małą, dyskretną torbą, którą schował między większymi pakunkami.
Wyszli z centrum totalnie objuczeni. Rafał niósł większość toreb, Zosia tylko te lżejsze. W samochodzie ledwo zmieścili wszystko na tylnym siedzeniu. Kiedy ruszali w stronę szpitala, atmosfera stała się cichsza, bardziej intymna.
— Chcę, żebyś zamieszkała u mnie — powiedział nagle Rafał, patrząc na drogę. — Na stałe. Albo przynajmniej na tak długo, jak będziesz chciała.
Zosia odwróciła się do niego. W jej oczach pojawiło się coś ciepłego i jednocześnie pełnego konfliktu.
— Ja też bym chciała. Naprawdę. Ale… Basia. Jestem za nią odpowiedzialna. Nie mogę jej zostawić.
Rafał zmarszczył brwi. Przez chwilę jechał w milczeniu, a potem odezwał się nieco ostrzej, niż zamierzał.
— Moje zaproszenie dotyczy także Basi. Od początku. Trochę mi przykro, że pomyślałaś, iż chciałbym was rozdzielić.
Zosia natychmiast spuściła głowę.
— Przepraszam. Nie tak to miałam na myśli. Po prostu… przyzwyczaiłam się, że wszystko spoczywa na mnie.
Kiedy Rafał zatrzymał samochód na parkingu szpitalnym, Zosia odpięła pas, pochyliła się ku niemu i pocałowała go – długo, miękko, z wyraźną chęcią naprawienia tego, co powiedziała. Kiedy odsunęła się, miała policzki lekko zaróżowione.
— Jeśli Basia zechce… to przeprowadzimy się obie. Dobrze?
Rafał uśmiechnął się nagle z rozbawieniem, które rozjaśniło całą jego twarz. Pogładził kciukiem jej dolną wargę.
— Czyli wszystko sprowadza się do moich negocjacji z Basią. A tak się składa, że w negocjacjach jestem cholernie skuteczny.
Weszli do szpitala z torbami pełnymi zakupów. Rafał zapytał na izbie przyjęć o Basię, a po chwili pojawił się lekarz prowadzący – mężczyzna po czterdziestce z zmęczoną, ale życzliwą twarzą.
— Pacjentka obudziła się około godziny temu — poinformował. — Stan jest stabilny, ale organizm jest bardzo osłabiony. Zalecam przynajmniej jeszcze jeden pełny dzień obserwacji. Po wypisie absolutny wypoczynek, intensywne odżywianie i unikanie jakiegokolwiek stresu. Na szczęście zdążyliście w porę.
Rafał i Zosia podziękowali mu krótko. Zosia miała wilgotne oczy z ulgi. Poszli korytarzem na oddział. Kiedy otworzyli drzwi do sali, Basia prawie poderwała się na łóżku.
— Zosia! — pisnęła, a potem jej oczy zrobiły się ogromne. — Boże… ty… ty wyglądasz jak z czasopisma. Co ty masz na sobie?
Zosia podeszła szybko do łóżka i objęła siostrę ostrożnie, uważając na kroplówkę.
— Kupiliśmy. Znaczy… Rafał kupił.
Dopiero wtedy Basia zauważyła mężczyznę stojącego w progu z kilkoma torbami. Spojrzała na niego z jawnym zdziwieniem, a potem z powrotem na siostrę.
— To ten Rafał? — szepnęła, ale na tyle głośno, że wszyscy słyszeli.
Rafał odstawił torby i podszedł bliżej. Uśmiechnął się ciepło, choć w oczach miał cień napięcia.
— Rafał. Miło cię w końcu poznać, Basia. Słyszałem o tobie dużo dobrego.
Basia zmierzyła go od stóp do głów – wysoki, umięśniony, w ubraniach droższych niż wszystko, co widziała przez ostatnie miesiące – i nagle uśmiechnęła się szeroko, mimo bladości i zmęczenia.
— Ty też nie jesteś brzydki. I podobno nie jesteś kretynem. To już coś.
Zaprzyjaźnili się zaskakująco szybko. Basia miała ostry język i zero kompleksów, a Rafał odpowiadał jej w tym samym tonie – lekko, z humorem, bez protekcjonalności. Zosia stała obok, obserwując ich, i czuła, jak coś ciepłego rozlewa się jej w piersi. Rafał co chwilę rzucał jej krótkie, intensywne spojrzenia, jakby sprawdzał, czy wszystko z nią w porządku. Za każdym razem, gdy ich wzroki się spotykały, napięcie między nimi stawało się namacalne – gęste, elektryczne, pełne niedopowiedzeń z poprzedniej nocy.
W końcu Rafał sięgnął po torby.
— Mamy dla ciebie kilka rzeczy. Żebyś miała w co się ubrać, jak już stąd wyjdziesz.
Zosia pomagała wyjmować miękkie piżamy, dresy, bluzki i bieliznę. Basia gładziła materiały z niedowierzaniem, jakby bała się, że znikną. A potem Rafał sięgnął do mniejszej torby i wyciągnął eleganckie pudełko.
— I to jeszcze.
Podał je Basi. Dziewczyna otworzyła je ostrożnie. W środku leżał nowy, błyszczący smartfon najnowszego modelu. Basia uniosła wzrok, a potem bez słowa wyciągnęła ręce i mocno, choć słabo, objęła Rafała za szyję.
— Dziękuję — wyszeptała mu w ramię.
Rafał odklepał jej plecy po bratersku i spojrzał na Zosię, która stała z otwartymi ustami.
— Twój też jest — powiedział spokojnie. — Zostawiłem go w samochodzie. Nie chciałem, żebyś protestowała publicznie.
— Rafał… — zaczęła Zosia, już czując znajomy opór. — To za dużo. Naprawdę nie musisz…
— Muszę — uciął delikatnie, ale stanowczo. — W ten sposób będziecie miały ze sobą kontakt. Zawsze. Bez względu na to, gdzie która z was będzie. Nie dyskutujemy o tym.
Zosia chciała jeszcze coś powiedzieć, ale argument z kontaktem z siostrą był nie do odparcia. W końcu tylko westchnęła i pokręciła głową, pokonana. Rafał posłał jej krótkie, zwycięskie spojrzenie, w którym jednak było więcej czułości niż triumfu. Zosia poczuła, jak rumieniec pełznie jej po szyi. Wciąż pamiętała, jak te same usta jeszcze kilka godzin wcześniej całowały jej ciało.
Kiedy atmosfera nieco opadła, a Basia już przewracała w rękach nowy telefon, Zosia usiadła na skraju łóżka i wzięła siostrę za rękę.
— Jest jeszcze jedna sprawa — powiedziała ciszej. — Rafał… zaproponował, żebym zamieszkała u niego. Na stałe. Albo przynajmniej na dłużej. I Ty również.
Basia uniosła brwi i spojrzała najpierw na siostrę, potem na Rafała. Przez chwilę milczała, a potem wolno, bardzo wyraźnie puściła oczko w stronę mężczyzny. Odwróciła się do Zosi z krzywym uśmiechem.
— No to chyba byłabym głupia, jakbym chciała wracać na ulicę.
Spędzili u Basi ponad trzy godziny. Rozmawiali, śmiali się, a Basia – mimo osłabienia – nie traciła werwy. Pokazywała im nowy telefon, kazała sobie robić zdjęcia „na dowód, że żyje”, a co jakiś czas rzucała w stronę Rafała złośliwe, ale ciepłe uwagi. W końcu, kiedy słońce zaczęło schodzić niżej, dziewczyna wyraźnie się zmęczyła. Oparła głowę o poduszki i machnęła ręką.
— Dobra, won stąd oboje. Chcę spać, a nie patrzeć, jak się obściskujecie wzrokiem. Idźcie. Zabawiajcie się. Tylko jutro macie tu być z powrotem, jasne?
Rafał uśmiechnął się krzywo, Zosia pocałowała siostrę w czoło, i wyszli.
W samochodzie atmosfera była cichsza, bardziej intymna. Rafał prowadził spokojnie, a Zosia siedziała półobrócona w jego stronę, palce bawiąc brzegiem nowej sukienki.
— Ona jest niesamowita — mruknął Rafał. — Nawet na wpół żywa potrafi kogoś zaorać w trzy sekundy.
— Zawsze taka była — odparła Zosia z czułością. — Nawet w domu dziecka. Ja byłam tą cichą, a ona tą, która gryzła, jak trzeba.
Rozmowa potoczyła się dalej. W pewnym momencie Rafał zapytał o szkołę. Zosia wzruszyła ramionami, a potem, prawie niechcący, wspomniała o maturze.
— Zdałyśmy obie. Ja miałem sto procent z polskiego i matematyki, dziewięćdziesiąt sześć z angielskiego. Basia jeszcze lepiej z przedmiotów ścisłych. Dyrektor mówił, że takich wyników nie widział od lat.
Rafał prawie zahamował.
— Żartujesz.
— Nie.
Przez chwilę jechał w milczeniu, a potem odezwał się poważnie:
— Chcę wam obu zapewnić studia. Najlepsze, na jakie nas stać. Na miarę tego, co potraficie. Nie na byle jakiej uczelni.
Zosia natychmiast spięła się.
— Nie. Rafał, nie. Ja nie chcę zawdzięczać ci czegoś, na co sama powinnam zapracować. Już i tak zrobiłeś za dużo.
Negocjacje trwały prawie całą drogę. Rafał był uparty, Zosia jeszcze bardziej. W końcu, kiedy wjeżdżali już na parking pod jego budynkiem, znaleźli kompromis.
— Dobrze — westchnęła Zosia. — Za studia Basi możesz zapłacić. Ale za moje nie. Sama na nie zapracuję.
Rafał spojrzał na nią bokiem, a potem kiwnął głową.
— Zgoda. Ale pod jednym warunkiem. Znajdę ci pracę. Taką, w której nikt nie będzie cię nagabywał, nie będzie próbował wykorzystać i nie będzie traktował jak mebla. Jasne?
Zosia długo milczała. W końcu cicho powiedziała:
— Jasne.
Wnieśli wszystkie torby do apartamentu. Rafał odstawił je w salonie, a potem sięgnął do jednej z mniejszych i wyjął eleganckie pudełko. Podał je Zosi bez słowa. Ona otworzyła je, zobaczyła identyczny smartfon jak ten, który dostała Basia, i tym razem nie protestowała. Po prostu odłożyła pudełko na stół, podeszła do niego blisko i pocałowała go – długo, namiętnie, z całym uznaniem i wdzięcznością, jakie miała w sobie. Rafał odprowadził jej pocałunek, dłonie kładąc na jej biodrach, przyciągając ją bliżej.
Kiedy się oderwali, był już wyraźnie rozgrzany.
— Mam propozycję — powiedział chrapliwie. — Kolacja. W restauracji. Nie w domu. Chcę cię gdzieś zabrać. Ubierz się elegancko.
Zosia spojrzała na niego z lekkim uśmiechem, który miał w sobie coś figlarnego i jednocześnie bardzo świadomego.
— Elegancko?
— Jak najbardziej elegancko.
Zniknęła w sypialni na prawie czterdzieści minut. Rafał zdążył już przebrać się w ciemny garnitur bez krawata, kiedy drzwi sypialni wreszcie się otworzyły.
Zosia stanęła w progu i Rafał dosłownie stracił oddech.
Miała na sobie krótką, obcisłą czarną sukienkę na cienkich ramiączkach, która kończyła się wysoko na udach i podkreślała każdą linię jej szczupłego ciała. Góra była wycięta w delikatny dekolt, odsłaniający obojczyki i początek piersi, a materiał opinał talię i biodra tak, że nie dało się nie zauważyć zgrabnej pupy. Na stopach miała czarne szpilki na wysokim obcasie, które wydłużały jej i tak już długie nogi. Blond włosy spływały luźno po ramionach, lekko podkręcone na końcach, a makijaż był minimalny – tylko podkreślone oczy i naturalnie różowe usta. Wyglądała dziewczęco i jednocześnie jawnie seksownie, elegancko i prowokująco zarazem. Jak ktoś, kto wie dokładnie, co robi.
Rafał stał nieruchomo przez kilka sekund, po prostu patrząc.
— Jezu Chryste, Zosiu… — wydusił w końcu. — Ty… ty jesteś absolutnie oszałamiająca.
Rafał stał w salonie i po prostu patrzył. Zosia w czarnej, obcisłej sukience i szpilkach wyglądała tak, że na moment stracił zdolność logicznego myślenia. Ona jednak źle zinterpretowała jego milczenie. Palce zaczęły jej nerwowo bawić brzeg sukienki, a w oczach pojawił się niepokój.
— Za krótka, prawda? — spytała cicho. — Albo za obcisła. Nie powinnam była… Mogę się przebrać. Mam tę beżową, albo…
Rafał ocknął się natychmiast. Podszedł do niej w dwóch długich krokach i złapał jej dłonie.
— Zosiu. Spójrz na mnie. Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką widziałem w życiu. W tej sukience wyglądasz tak, że mam ochotę wcale nie wychodzić z domu. Nie zmieniaj niczego.
Odetchnęła z ulgą, choć policzki miała wciąż zaróżowione. Rafał uśmiechnął się krzywo, sięgnął do kieszeni marynarki i wyjął małe aksamitne pudełko.
— Odwróć się.
Zosia posłusznie odwróciła się tyłem. Poczuła, jak jego palce delikatnie odgarniają jej włosy, a potem na szyi osadza się chłodny metal. Rafał zapiął zapięcie i odsunął się o krok.
— Teraz możesz się odwrócić.
Na jej szyi spoczywał delikatny złoty łańcuszek z zawieszką w kształcie małego pantofelka. Prosty, elegancki, lśniący w świetle lamp.
Zosia dotknęła zawieszki palcami, a oczy zrobiły się jej duże.
— Rafał… to przepiękne. Naprawdę. Ale znowu… nie możesz tak po prostu…
— Cisza — przerwał jej miękko, kładąc palec na jej ustach. — Jesteś moim Kopciuszkiem. Mnie co prawda daleko do księcia… jestem raczej zbłąkanym miliarderem z problemami ze snem. Ale ty jesteś zdecydowanie urodzoną księżniczką. I księżniczki dostają pantofelki.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, pochylił się i pocałował ją. Namiętnie, głęboko, z rękami na jej biodrach i z wyraźnym głodem, którego nie próbował już ukrywać. Zosia odpowiedziała z taką samą intensywnością, wplatając palce w jego włosy. Kiedy w końcu się oderwali, oboje oddychali szybciej.
— Chodźmy — mruknął Rafał. — Zanim zdecyduję, że restauracja może poczekać.
Zabrał ją do niewielkiej, bardzo eleganckiej restauracji z kuchnią bałkańską, ukrytej na jednym z cichszych podwórek w centrum. Wnętrze było przyciemnione, pełne ciemnego drewna, świec i zapachu grillowanego mięsa oraz ziół. Kelner poprowadził ich do stolika w półprywatnej wnęce.
Kiedy zaczęły pojawiać się dania, Zosia z każdą minutą robiła się coraz bardziej spięta. Na stole lądowały rzeczy, których nazw nawet nie znała: meze, ajwar, ćevapi, pieczone papryki nadziewane fetą, coś w liściach winogron. Sztućce też były inne – małe widelczyki, specjalne noże, szczypczyki. Kieliszek do wina trzymała tak niepewnie, że bała się, że go upuści.
Rafał zauważył to natychmiast. Odłożył sztućce i pochylił się ku niej.
— Zosiu. Przepraszam. Cholernie przepraszam. Nie pomyślałem. Powinienem był wybrać coś prostszego.
— Nie… to nie twoja wina — wyszeptała, czerwona ze wstydu. — Po prostu… nigdy nie jadłam takich rzeczy. I nie wiem, jak się tego używa. Nawet tego kieliszka nie umiem trzymać jak trzeba.
Rafał wziął jej dłoń przez stół i zaczął spokojnie, bez cienia ironii, tłumaczyć. Pokazał, jak trzymać kieliszek za nóżkę, jak używać małych widelczyków do przekąsek, w jakiej kolejności jeść. Mówił cicho, prawie intymnie, a ich dłonie przez cały czas stykały się i muskały przy każdej okazji. Kiedy poprawiał jej ułożenie palców na sztućcach, jego kciuk gładził jej nadgarstek dłużej, niż było to konieczne. Kiedy ona sięgała po serwetkę, ich palce splatały się na sekundę. Nie mogli oderwać od siebie wzroku. Rozmowa o jedzeniu płynnie przechodziła w milczenie pełne napięcia, a potem znowu w ciche śmiechy.
Jedli powoli. Zosia z każdą kolejną potrawą rozluźniała się bardziej, a Rafał nie przestawał jej obserwować – jak liże resztki sosu z widełca, jak się uśmiecha, jak zawieszka w kształcie pantofelka błyszczy na jej szyi przy każdym ruchu.
Kiedy w końcu byli najedzeni i wyraźnie rozluźnieni, Rafał zapłacił rachunek i podał jej rękę.
— Chodź. Pokażę ci miasto od tej ładniejszej strony.
Wyszli na zewnątrz. Wieczorne centrum tętniło światłami i ludźmi, a oni szli wolno, niemal stykając się ramionami, wciąż nie mogąc przestać na siebie zerkać.
Rafał prowadził Zosię ulicami ścisłego centrum, trzymając ją luźno za rękę. Wieczorne miasto świeciło neony, a powietrze pachniało spalinami, drogimi perfumami i czymś słodkim z pobliskich cukierni. Co kilkadziesiąt metrów zatrzymywał się i wskazywał jej kolejne miejsca.
— To jest „Noir” — mówił, skinieniem głowy wskazując ciemne drzwi z dyskretnym szyldem. — Byle kto tam nie wejdzie. Muzyka elektroniczna, ale na żywo. A tamten z niebieskimi światłami to „Luna”. Bardziej lounge, dobre koktajle.
Zosia nie tylko słuchała. Zatrzymywała się, wypytywała, kręciła głową z niedowierzaniem.
— A ile trzeba zapłacić, żeby w ogóle wejść?
— Czy ludzie naprawdę przychodzą tu co tydzień?
— A jak wygląda od środka? Jest głośno?
Im więcej pytała, tym bardziej widać było, że każda odpowiedź otwierała jej kolejne drzwi w głowie. W pewnym momencie stanęła pod latarnią, poprawiła pasek czarnej sukienki i powiedziała ciszej:
— Dopiero teraz rozumiem, jak dużo mnie w życiu ominęło. Nie tylko kluby. Po prostu… wszystko. Normalne wyjścia. Ludzie, którzy nie patrzą na ciebie jak na problem.
Rafał odwrócił się do niej całym ciałem. Jego dłoń wciąż trzymała jej dłoń, kciuk gładził zewnętrzną stronę jej dłoni.
— Mam nadzieję, że pozwolisz mi pomóc ci to nadrobić — odparł nisko. — Powoli. W twoim tempie. Ale chcę.
Zosia spojrzała mu w oczy i przez chwilę nie powiedziała nic. Tylko ścisnęła jego palce mocniej.
Szli dalej. W pewnym momencie Zosia zaśmiała się nagle, prawie sama do siebie.
— Wiesz, że ja pierwszy raz w życiu chodzę na szpilkach? Naprawdę. Jeszcze wczoraj bałam się, że połamię sobie nogi.
Rafał zatrzymał się w pół kroku i zmierzył ją od stóp do głów. Czarne szpilki, długie smukłe nogi, pewny, niemal koci chód.
— Żartujesz.
— Nie.
— To niemożliwe. Wyglądasz, jakbyś w nich chodziła od zawsze. Naturalnie. Pięknie.
Zosia wzruszyła ramionami, ale rumieniec na jej policzkach zdradzał, że komplement ją poruszył. Rafał przez moment wyobraził sobie te same nogi owinięte wokół jego bioder i musiał głęboko odetchnąć, żeby wrócić do rzeczywistości.
— Chodź — powiedział w końcu. — Wejdziemy gdzieś.
Wybrał elegancki klub z ciemnym wnętrzem, skórzanymi fotelami i stonowaną muzyką. Zajęli stolik w półcieniu. Kelner przyniósł im drinki – ona dostała coś różowego i słodkiego, on klasyczną whisky. Rozmawiali blisko, nachyleni ku sobie, kiedy nagle ktoś stanął przy ich stoliku.
— Rafał? No nie mogę. Myślałem, że wyjechałeś z miasta.
Para była bogato ubrana. Mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze, kobieta w czerwonej sukni, która kosztowała pewnie więcej niż roczny czynsz przeciętnego mieszkania. Kamil i Emilia. Rafał wstał, przywitał się krótko, przedstawił Zosię. Zainteresowanie pary było natychmiastowe i prawie natarczywe. Emilia mierzyła Zosię od stóp do głów, Kamil uśmiechał się zbyt szeroko.
— A skąd taka piękność? — zapytała Elwira, nie odrywając wzroku od zawieszki w kształcie pantofelka.
Zosia odpowiedziała spokojnie, bez cienia wstydu:
— Z domu dziecka.
Zapadła krótka cisza. Potem Kamil parsknął śmiechem, a Elwira zakryła usta dłonią, jakby usłyszała doskonały żart.
— No świetnie — rzucił Kamil. — Rafał zawsze potrafi zaskoczyć. Dom dziecka. Klasa.
Zosia uśmiechnęła się grzecznie, ale w oczach miała cień smutku. Rafał poczuł, jak coś w nim twardnieje. Położył dłoń na jej udzie pod stołem – właścicielsko, ochronnie – i wstał.
— Jeśli wybaczycie. Idziemy tańczyć.
Na parkiecie Zosia najpierw była niepewna. Potem muzyka weszła w nią jak fala. Okazało się, że ma naturalny wdzięk i absolutny talent do ruchu. Jej ciało w obcisłej czarnej sukience falowało w idealnym rytmie, biodra rysowały płynne linie, a ręce układały się same. Rafał tańczył z nią blisko, coraz bliżej. Jego dłoń spoczywała na dolnej części jej pleców, czasem zjeżdżała niżej, na początek pośladka. Ona nie protestowała. Przeciwnie – przysuwała się, ocierała piersiami o jego tors, unosiła twarz tak, że ich usta były centymetry od siebie. Pot i bliskość, zapach jej skóry i jego wody kolońskiej mieszały się w coś odurzającego. Tańczyli długo. Zosia była w żywiole – śmiała się, zamykała oczy, pozwalała mu prowadzić.
W końcu, zmęczona, oparła czoło o jego ramię.
— Już nie dam rady — wyszeptała.
Rafał pocałował ją w skroń, zapłacił rachunek i wyprowadził z klubu, trzymając ją za talię. Na zewnątrz nocne powietrze było chłodniejsze. Poprowadził ją w stronę domu, wciąż czując na dłoni ciepło jej ciała i w głowie obraz tego, jak wyglądała na parkiecie.
Dotarli do apartamentu w prawie całkowitej ciszy. Napięcie między nimi było tak gęste, że aż namacalne. Ledwie zamknęły się drzwi, Zosia odwróciła się do Rafała. W oczach miała coś nowego – determinację, głód i odrobinę nieśmiałości zarazem.
— Mam dla ciebie niespodziankę — wyszeptała.
Nie dała mu czasu na odpowiedź. Podeszła blisko, uniosła ręce i zaczęła rozpinać mu koszulę. Palce miała nieco drżące, ale zdecydowane. Zsunęła materiał z jego ramion, potem rozpięła pasek spodni, ściągnęła je razem z bielizną. Rafał stał nagi, a jego kutas natychmiast stwardniał do pełnej, potężnej erekcji pod jej spojrzeniem. Zosia wciąż miała na sobie czarną obcisłą sukienkę, szpilki i złoty wisiorek z pantofelkiem. Uklękła przed nim na dywanie.
Wzięła go do ust bez pośpiechu. Najpierw oblizała główkę, zbierając już pojawiającą się kroplę, potem stopniowo spuszczała się niżej, starając się objąć jak najwięcej z jego grubego, dwudziestopięciocentymetrowego członka. Jedną dłonią pomagała sobie u nasady, drugą delikatnie masowała jądra. Ssąc, poruszała głową w rytmicznym, coraz pewniejszym tempie. Rafał oparł się o ścianę, wplatając palce w jej blond włosy. Patrzył w dół z absolutnym oszołomieniem – ta sama dziewczyna, którą jeszcze niedawno znalazł brudną na przystanku, teraz klęczała przed nim w eleganckiej sukience i zaspokajała go z rosnącą wprawą i widoczną chęcią.
— Zosia… kurwa… — jęknął nisko.
Doszedł stosunkowo szybko. Gorące strumienie wypełniły jej usta. Zosia przełknęła większość, resztę otarła kciukiem z kącika ust i spojrzała na niego z dołu, z mieszaniną dumy i nieśmiałości.
Rafał potrzebował kilku sekund, żeby złapać oddech. Potem podniósł ją na nogi i pocałował głęboko, smakując siebie na jej języku.
— Widzę, jak wszystko w Tobie ewoluuje — wymruczał jej w usta. — I jestem tym absolutnie zauroczony.
Nie czekając dłużej, sam zaczął ją rozbierać. Najpierw zsunął ramiączka sukienki, potem ściągnął całość w dół, odsłaniając czarną, koronkową bieliznę, którą kupili tego dnia. Biustonosz rozpiął jednym wprawnym ruchem, majtki zsunął po jej udach razem z pończochami. Została przed nim naga, tylko w szpilkach i z wisiorkiem na szyi. Rafał klęknął.
Pocałunkami przeszedł od jej piersi niżej, po brzuchu, po wewnętrznej stronie ud. Potem rozchylił jej nogi szerzej i położył usta między nie. Lizał powoli, dokładnie, krążąc językiem wokół łechtaczki, ssąc ją delikatnie, wsuwając język głębiej. Zosia trzymała się jego włosów, wyginała biodra naprzeciw jego ust i jęczała coraz głośniej. Kiedy doszła, całe jej ciało spięło się, a z gardła wyrwał się długi, drżący dźwięk. Rafał nie odsuwał się, tylko spowalniał ruchy, przeprowadzając ją przez fale orgazmu aż do końca.
Potem wziął ją na ręce i poniósł do łazienki. Namówił wannę, włożył ją do ciepłej wody i wszedł za nią. Siedzieli naprzeciw siebie, mokre ciała stykające się pod powierzchnią.
Zosia spuściła wzrok na taflę wody.
— Przepraszam — powiedziała cicho. — Że jeszcze nie jestem gotowa oddać ci się w pełni. Wiem, że chciałbyś… i ja też chcę. Ale…
Rafał położył mokrą dłoń na jej policzku i uniósł jej twarz.
— Zosiu. Poczekam tyle, ile będzie trzeba. Nie ma żadnych terminów. Żadnej presji. Kiedy będziesz gotowa – i tylko wtedy.
Ona kiwnęła głową, a w oczach miała wdzięczność tak głęboką, że prawie bolała. Rafał przysunął się bliżej. Jego dłoń zniknęła pod wodą, między jej udami. Palce znalazły jej wciąż wrażliwą, mokrą szparkę i zaczęły pieścić – wolno, ostrożnie, omijając zbyt głębokie penetracje, które mogłyby uszkodzić błonę. Krążył wokół łechtaczki, czasem delikatnie wsuwał sam czubek palca, ale zawsze z kontrolą. Zosia oparła głowę o brzeg wanny, zamknęła oczy i oddała się tej pieszczocie całkowicie. Drugi orgazm nadszedł szybciej, intensywniejszy, falujący. Zacisnęła uda na jego dłoni i szepnęła jego imię jak modlitwę.
Kiedy odzyskała oddech, odwdzięczyła się. Jej dłoń objęła jego znowu twardego kutasa pod wodą i zaczęła poruszać się pewnym, rytmicznym ruchem. Namydlona woda ułatwiała ślizganie. Rafał obserwował jej twarz, jej piersi unoszące się nad powierzchnią, złoty pantofelek błyszczący na mokrej szyi. Kiedy poczuł, że jest blisko, przyciągnął ją do siebie. W momencie wytrysku ich usta zderzyły się w namiętnym, głębokim pocałunku. Spermę wypuścił między ich ciałami, w wodzie, a ona gładziła go aż do ostatniego drżenia.
Potem tylko się przytulili. Wyszli z wanny, pobieżnie otarli i padli na jego łóżko bez zakładania czegokolwiek. Zosia wtuliła się w niego całym nagim ciałem, on objął ją ramionami i nogą. W ciszy sypialni, otuleni wzajemną pewnością i poczuciem bezpieczeństwa, zasnęli.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
3 komentarze
RomeT
To był dobry uczynek. A jako doświadczony optymista wiem, że żaden dobry uczynek nie pozostaje bezkarny...
Pumciak
Super bardzo prosze o więcej pisz pisz
Kerad21
Piękne ... 🫦👌