Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Historia Kopciuszka po warszawsku cz. 4

Historia Kopciuszka po warszawsku cz. 4Zosia obudziła się pierwsza. Świt dopiero srebrzył się za wielkimi oknami sypialni, a Rafał spał głęboko na plecach, z jedną ręką wciąż luźno spoczywającą na jej biodrze. Leżała nieruchomo przez długą chwilę, obserwując jego twarz – rozluźnioną, młodą, pozbawioną tej ciągłej czujności, którą nosił za dnia. Blond kosmyk jej włosów spadł mu na ramię. Pomyślała, że kocha go. Naprawdę. A jednocześnie poczuła ukłucie winy. Ile w tym uczuciu było prawdziwego przywiązania, a ile wdzięczności za to, że wyrwał ją i Basię z ulicy? Że dał im jedzenie, czyste łóżko, bezpieczeństwo? Nie umiała tego rozdzielić. Bała się, że jej miłość jest zbyt splątana z potrzebą bycia uratowaną.
Była też podniecona. Sam widok jego nagiego, umięśnionego ciała pod kołdrą sprawiał, że między udami zbierało się znajome, ciepłe pulsowanie. Chciała go obudzić. Chciała położyć się na nim, pocałować, poprowadzić jego dłoń między swoje nogi i w końcu oddać mu się w pełni. Ale odwagi wciąż jej brakowało. Strach przed bólem, przed nieodwracalnością, przed tym, że potem wszystko się zmieni, był silniejszy.
W końcu bardzo ostrożnie wysunęła się z jego ramion. Rafał zamruczał przez sen, ale się nie obudził. Zosia stanęła bosa na podłodze, naga, i przez moment jeszcze na niego patrzyła. Potem cicho wyszła z sypialni.
W kuchni zapaliła tylko światło pod szafkami. Zaczęła przygotowywać śniadanie z prawie rytualną starannością. Jajka na miękko, awokado, świeże pieczywo, które Rafał kupił poprzedniego dnia, pomidory, szynka, sok wyciśnięty z pomarańczy. Poruszała się swobodnie, naga, jakby mieszkanie było już po części jej. Włosy spływały jej swobodnie po plecach, piersi lekko unosiły się przy każdym ruchu, a pośladki napinały się, kiedy sięgała po coś z wyższej półki.
Rafał obudził się sam. Sięgnął ręką w bok i zastał puste miejsce. Przez chwilę leżał, nasłuchując. Dobiegł go cichy brzęk naczyń. Wstał, nie zakładając niczego, i poszedł korytarzem w stronę kuchni. Stanął w przejściu i zamarł.
Zosia krzątała się tyłem do niego. Była całkowicie naga. Poranne światło modelowało każdą linię jej szczupłego ciała: wąskie ramiona, delikatne krzywizny łopatek, wcięcie talii, a potem pełniejsze, zgrabne pośladki, które przy każdym kroku lekko się unosiły. Między udami, kiedy stanęła w lekkim rozkroku przy blacie, widać było jasny, skąpy trójkąt włosków. Kiedy odwróciła się bokiem, by sięgnąć po sól, ukazały się jej średnie, jędrne piersi z jasnoróżowymi sutkami i płaski brzuch. Wyglądała jednocześnie krucho i pożądanie, dziewczęco i kobieco. Rafał poczuł, jak jego kutas powoli twardnieje tylko od samego widoku. Pomyślał, że chce poznać ją lepiej. Każdy sekret. Każde marzenie, którego jeszcze nie wypowiedziała. Chciał wiedzieć, czego się boi w nocy i o czym myśli, kiedy milczy.
Zosia nagle poczuła na sobie spojrzenie. Odwróciła się i zobaczyła go stojącego w progu – też nagiego, z wyraźną erekcją i ciemnymi od pożądania oczami. Uśmiechnęła się ciepło, choć policzki jej się zaróżowiły.
— Już prawie gotowe — powiedziała cicho. — Poczekaj jeszcze chwilę. Chcę, żeby było idealne.
Podeszła bliżej, wciąż trzymając w ręku drewnianą łopatkę.
— Jestem szczęśliwa, że mogę o ciebie zadbać — dodała. — Naprawdę szczęśliwa.
Rafał nie odpowiedział słowami. Po prostu zamknął dystans między nimi, objął ją w pasie i pocałował. Namiętnie, głęboko, z rękami ślizgającymi się po jej nagich plecach i pośladkach. Zosia odpowiedziała natychmiast, przyciskając się piersiami do jego klatki piersiowej, a jego twardy kutas ocierał się o jej brzuch. W kuchni pachniało jajkami, kawą i ich wzajemnym podnieceniem.
Po śniadaniu Rafał wziął Zosię za rękę i poprowadził z powrotem do łazienki. Namówił wannę prawie po brzegi, dodał odrobinę olejku o zapachu drzewa sandałowego i wszedł pierwszy, a potem pomógł jej usiąść między swoimi nogami. Ciepła woda objęła ich oboje. Zosia oparła się plecami o jego klatkę piersiową, a on owinął ramiona wokół jej talii, dłonie spoczywając tuż pod jej piersiami.
Przez dłuższą chwilę milczeli, słuchając tylko plusku wody i własnych oddechów. W końcu Zosia odezwała się cicho:
— Czasem myślę, że wywracam twoje życie do góry nogami. Miałeś spokój. Swój rytm. A teraz… ja, Basia, szpital, zakupy, negocjacje o studia. Jakbyś nagle dostał na głowę dwie obce osoby z całym bagażem.
Rafał westchnął, a jego klatka piersiowa uniosła się za jej plecami. Długo nie odpowiadał. Widać było, że bije się z myślami. W końcu położył brodę na jej ramieniu i powiedział nisko, prawie niechętnie:
— Do tej pory nie myślałem o stałym związku. W ogóle. Byłem… samotny. Ale wygodnie samotny. Seks sprowadzał się do jednorazowych przygód z dziewczynami z klubów albo do telefonu po luksusowe prostytutki. Szybko, bez zobowiązań, bez rozmów o przyszłości. Czasem nawet nie pamiętałem ich imion następnego dnia. — Umilkł na moment, wyraźnie zawstydzony. — Wiem, że to brzmi okropnie. Ale wolę być z tobą szczery od początku. Nie chcę, żebyś kiedyś odkryła to sama i poczuła się oszukana.
Zosia odwróciła się w jego ramionach tak, by móc spojrzeć mu w oczy. Woda chlusnęła przez brzeg. Położyła mokre dłonie na jego policzkach.
— Nie jestem władna cię oceniać — powiedziała miękko. — Ja też nie jestem czysta jak łza. Mam swoje lęki, swoje brudy. To, co było przed nami, zostawmy przed nami. Dobrze?
Przyciągnęła go do siebie i tuliła długo, mokra skóra do mokrej skóry. Rafał odetchnął z ulgą, jakby zrzucił z barków ciężar, którego nawet nie był do końca świadomy. Potem ich usta się znalazły. Pocałunek szybko stał się namiętny. Dłonie Zosi ślizgały się po jego mokrych plecach i pośladkach, jego – po jej piersiach, brzuchu, między udami. Pod wodą jego kutas stwardniał całkowicie, przyciskając się do jej biodra. Całowali się tak długo, aż woda zaczęła stygnąć.
Wyszli z wanny, nie dbając o ręczniki. Krople spływały im po ciałach na kamienną podłogę łazienki. Zosia popchnęła Rafała lekko, aż oparł się o umywalkę, i bez słowa uklękła przed nim. Wzięła jego ciężkiego, mokrego kutasa w obie dłonie i spojrzała w górę.
— Chcę ci to zrobić dobrze — wyszeptała.
Zaczęła powoli, najpierw oblizując całą długość od nasady aż po czubek, potem biorąc główkę głęboko do ust. Brakowało jej doświadczenia, ale nadrabiała zaangażowaniem. Ssąc, poruszała głową rytmicznie, a jedną dłonią mocno pracowała na tym, czego nie mogła połknąć. Drugą delikatnie masowała jego jądra. Co jakiś czas odsuwała się, by złapać oddech, i znowu spuszczała się niżej, próbując wziąć go coraz głębiej. Ślina spływała jej po brodzie na piersi. Rafał trzymał się krawędzi umywalki, patrząc w dół z półprzymkniętymi oczami, ciężko oddychając jej imię. Kiedy poczuł, że zaraz dojdzie, ostrzegł ją ochrypłym głosem. Zosia nie odsunęła się. Przeciwnie – wzięła go jak najgłębiej potrafiła i przełknęła cały spust, kropla po kropli, aż do ostatniego drżenia.
Rafał potrzebował chwili, by odzyskać równowagę. Potem podniósł ją z kolan, pocałował słono od siebie i powoli ułożył na miękkim dywaniku tuż obok wanny. Rozchylił jej uda szeroko. Zosia leżała na plecach, mokre blond włosy rozrzucone wokół głowy, piersi unoszące się szybko. Rafał położył się między jej nogami i zabrał się do niej ustami z taką samą uwagą, z jaką ona przed chwilą zajmowała się nim. Lizał powoli, dokładnie, krążąc wokół napęczniałej łechtaczki, ssąc ją, wsuwając język w głąb jej mokrej szparki. Jedną ręką przytrzymywał jej biodro, drugą delikatnie rozchylał wargi, by mieć lepszy dostęp. Zosia wiła się pod nim, wplatając palce w jego włosy, unosząc biodra naprzeciw jego ust. Orgazm nadszedł falą – długi, drżący, wyrywający z jej gardła stłumiony krzyk. Rafał nie odsuwał się, tylko spowalniał ruchy, przeprowadzając ją przez każdą kolejną falę przyjemności aż do końca.
Zaspokojeni leżeli jeszcze chwilę na dywaniku w łazience, łapiąc oddech. Potem Rafał podniósł się pierwszy i podał Zosi rękę. Wyszli do sypialni, wciąż nadzy, wilgotni po kąpieli i po sobie. Stanęli naprzeciw siebie przy szafie i przez dłuższą chwilę po prostu się oglądali. Rafał nie ukrywał, że jego wzrok ślizga się po jej piersiach, po płaskim brzuchu, po jasnym trójkącie między udami. Zosia odwzajemniała spojrzenie – badała jego szerokie ramiona, twardy tors, a potem spuszczała wzrok niżej, na kutasa, który nawet w spoczynku wyglądał imponująco.
— Nigdy wcześniej nie ubierałam się przy kimś — przyznała cicho, sięgając po torbę z wczorajszymi zakupami. — To dziwne. I… ekscytujące.
— Dla mnie też nowość — odparł Rafał, wyjmując z szafy czyste bokserki. — Zwykle albo była ciemność, albo szybkie spakowanie się o świcie.
Zosia najpierw włożyła nową, czarną, koronkową parę majtek – wąskie, wycięte wysoko na biodrach, które ledwo zakrywały jej pośladki. Potem zapięła dopasowany biustonosz w tym samym kolorze; miseczki delikatnie uniosły jej średnie piersi, a ramiączka wpięły się w ramiona. Następnie wciągnęła obcisłe, ciemne dżinsy. Materiał objął jej uda i biodra jak druga skóra, podkreślając każdy zarys. Bluzkę wybrała białą, bawełnianą, z lekkim dekoltem – wystarczająco luźną, by nie przylegała zbyt mocno, ale na tyle dopasowaną, by widać było linię piersi. Na stopy włożyła białe skarpetki, a potem nowe, czyste sneakersy, które kupili poprzedniego dnia. Na koniec zebrała blond włosy do wysokiego, niedbałego kucyka, zostawiając kilka kosmyków przy twarzy. Stanęła przed lustrem i poprawiła bluzkę.
Rafał ubierał się wolniej, nie spuszczając z niej oczu. Założył ciemne jeansy, szarą koszulę z podwiniętymi rękawami i lekką kurtkę.
— Wyglądasz… zwyczajnie pięknie — powiedział nisko. — Jak ktoś, kto ma swoje życie. I swoje miejsce.
Zosia uśmiechnęła się do niego w lustrze.
— Jestem podekscytowana — przyznała. — Że w końcu będę mogła siedzieć przy Basi tak długo, jak będę chciała. Bez patrzenia na zegarek.
Nie spieszyli się. Było dopiero po dziesiątej, a do szpitala chcieli dotrzeć około południa. Rafał zniknął na moment w salonie. Słychać było, jak otwiera szuflady w konsoli. Wrócił z małym metalowym pękiem kluczy. Podszedł do Zosi i uroczyście, prawie ceremonialnie, włożył je jej w dłoń.
— To do mieszkania. Wszystkie. Wejście, garaż, domofon. Od teraz możesz przychodzić i wychodzić, kiedy tylko zechcesz. Bez proszenia.
Zosia spojrzała na klucze, potem na niego. Oczy zrobiły się jej wilgotne.
— To… to ogromne zaufanie — wyszeptała. — Dziękuję.
Uścisnęła pęk w dłoni, jakby bała się, że zniknie.
Zeszli do garażu i wsiedli do SUVa. Kiedy wyjeżdżali na ulicę, Zosia nagle położyła dłoń na jego przedramieniu.
— Mam jeszcze jedną prośbę. Zanim pojedziemy do szpitala… chciałabym zajechać do tego pustostanu. Zostawiłyśmy tam dokumenty. Moje i Basi. I kilka pamiątek po rodzicach. Zdjęcia. Jeden łańcuszek mamy. Nie chcę, żeby to tam zgniło.
Rafał bez słowa zmienił kierunek. Po dwudziestu minutach stanęli przy znajomych zaroślach. Weszli do środka. W pustostanie pachniało wilgocią i starym kurzem. Zosia szybko znalazła schowaną pod materacem plastikową torbę. Sprawdziła zawartość – dowody, akty urodzenia, kilka pożółkłych zdjęć, cienki złoty łańcuszek – i dopiero wtedy odetchnęła.
Rafał stał w progu, patrząc na brudne ściany i nędzny materac. Kiedy Zosia wyprostowała się z torbą w ręku, podszedł do niej, objął za ramiona i powiedział bardzo poważnie:
— Już nigdy nie pozwolę, żebyś nie miała gdzie spać. Ani ty, ani Basia. Nigdy.
Zosia wtuliła twarz w jego koszulę. Była mu wdzięczna tak bardzo, że aż bolało. A jednocześnie znowu poczuła to znajome ukłucie winy – że wchodzi w jego życie z całym swoim bagażem, że on musi obiecywać takie rzeczy, że przez nią jego spokojny świat już nie istnieje.
— Dziękuję — wyszeptała tylko.
Wyszli z pustostanu. Rafał zamknął za nimi wybitą deskę, jakby zamykał drzwi do poprzedniego życia. Wsiedli do samochodu i ruszyli w stronę szpitala.
W szpitalu trafili najpierw na lekarza prowadzącego. Mężczyzna przeglądnął kartę Basi, uniósł brwi i powiedział prawie żartobliwie:
— Tak właściwie to mogę pani siostrę wypisać zaraz. Wyniki są stabilne, gorączki nie ma, odwodnienie wyrównane. Jeszcze tylko formalności i może iść do domu. Oczywiście z zaleceniem pełnego wypoczynku i intensywnego odżywiania przez najbliższe tygodnie.
Zosia aż chwycila Rafała za rękę z ulgi. Podziękowali lekarzowi i prawie pobiegli na salę.
Basia siedziała już na łóżku podparta poduszkami. Kiedy zobaczyła ich oboje, jej twarz rozjaśniła się natychmiast.
— No nareszcie! Myślałam, że mnie tu zostawicie na zawsze.
Rafał odstawił torbę z ubraniami na krzesło, a Zosia usiadła na brzegu łóżka i objęła siostrę.
— Jedziemy do mieszkania Rafała — powiedziała z uśmiechem. — Na stałe. Albo przynajmniej na tak długo, jak będziesz chciała.
Basia spojrzała na nich oboje – na to, jak stali blisko siebie, jak Rafał nieświadomie trzymał dłoń na dolnej części pleców Zosi, jak ich spojrzenia co chwilę się stykały. Uśmiechnęła się krzywo.
— Wy dwoje wyglądacie na zakochanych po uszy. Serio. Aż bije po oczach.
Rafał nie żartował. Spojrzał najpierw na Basię, potem na Zosię i powiedział spokojnie, poważnie:
— Bo jesteśmy.
Zosia poczuła, jak intensywny rumieniec zalewa jej policzki i szyję. Spuściła wzrok, ale nie zaprzeczyła. Basia klasnęła w dłonie z tryumfem.
— A nie mówiłam? Ja się nigdy nie mylę, jeśli chodzi o uczucia mojej siostry. Nigdy.
Zosia wstała, wciąż czerwona, i poprawiła kucyk.
— Pójdę załatwić papiery wypisowe. Zaraz wrócę.
Wyszła, zostawiając ich samych. Cisza potrwała tylko chwilę. Basia spoważniała i spojrzała na Rafała prosto, bez żadnej kokieterii.
— Martwiłam się o nią strasznie — powiedziała cicho. — Kiedy znikała na całe dnie, żebym ja miała co jeść. Kiedy wracała zsiniała z zimna. Było nam ciężko. Naprawdę ciężko. — Umilkła na moment. — Jestem ci wdzięczna za wszystko, co robisz dla nas obojga. Ale musisz wiedzieć jedną rzecz. Ja nigdy nie pozwolę, żeby ktoś skrzywdził moją starszą siostrę. Wiem, że sama jestem młodsza i niedoświadczona. Ale Zosia jest bardziej wrażliwa. Bardziej delikatna. Ona wszystko bierze do siebie. Jeśli ją zranisz… to będziesz miał do czynienia ze mną.
Rafał usiadł na krześle przy łóżku, żeby ich oczy były na tym samym poziomie. Mówił wolno, z naciskiem na każde słowo:
— Dobro Zosi jest dla mnie najważniejsze. Od chwili, kiedy ją zobaczyłem na tym przystanku. Będzie najważniejsza w moim życiu. Obiecuję ci to uroczyście. I Ciebie też nie pozwolę nikomu skrzywdzić.
Basia przez chwilę go studiowała, a potem po prostu wyciągnęła ręce i mocno, mimo osłabienia, przytuliła się do niego. Rafał oddał uścisk, ostrożnie głaszcząc ją po plecach.
Rozmawiali jeszcze kilka minut – o niczym i o wszystkim – kiedy drzwi się otworzyły i wróciła Zosia z dokumentami.
— Wszystko załatwione. Możemy iść, jak tylko się ubierzesz.
Rafał wstał od razu.
— Wyjdę. Żebyście miały chwilę.
Zniknął za drzwiami. Po kilkunastu minutach obie siostry wyszły na korytarz. Basia miała na sobie ciemne dżinsy, jasną bluzkę z krótkim rękawem i białe trampki. Blond włosy spływały jej luźno po ramionach. Wyglądała jak młodsza, jeszcze bardziej krucha wersja Zosi – te same rysy, te same jasne oczy, tylko szczuplejsza i z ledwie zauważalnymi śladami choroby na twarzy.
Rafał uśmiechnął się na ich widok. Zosia podszedła do niego bliżej, niż było to konieczne, i ich ramiona musnęły się przy przejściu. Basia zauważyła to natychmiast i przewróciła oczami z udawaną irytacją.
— No super. Zakochana para i ja jako trzecie koło u wozu.
Wyszli ze szpitala we troje, śmiejąc się i żartując. Basia czepiała się raz siostry, raz Rafała, a Zosia co chwilę zerkala na niego spod rzęs, wciąż jeszcze zaróżowiona po jego wcześniejszych wyznaniach. Kierowali się do samochodu, zostawiając za sobą białe ściany szpitala.
Po wyjściu ze szpitala Rafał otworzył drzwi SUVa najpierw Basi, potem Zosi. Basia usiadła z tyłu, od razu wyciągając nogi na kanapę, a Zosia z przodu, półobrócona do brata i siostry.
— Jedziemy na obiad — oznajmił Rafał, włączając silnik. — Porządny. Żadnych kanapek na stojąco.
Basia od razu się rozpromieniła.
— O, pan bogacz funduje. Zosia, uważaj, bo zaraz się przyzwyczaisz do luksusu i nie będziesz chciała wracać do reality.
Zosia przewróciła oczami, ale uśmiechała się szeroko.
— Mów za siebie, mała. Ty już planujesz, jak tu zostać na zawsze.
Rafał rzucił przez ramię:
— Obie możecie zostać na zawsze. Tylko przestańcie się gryźć, bo jeszcze nie dojedziemy.
Basia parsknęła śmiechem i przez resztę drogi nie przestawała ich czepiać – raz Rafała o „zakochane spojrzenia”, raz Zosię o to, że „aż się świeci od szczęścia”. Oboje odpowiadali w tym samym żartobliwym tonie, a napięcie między Rafalem a Zosią tylko rosło z każdym wspólnym spojrzeniem w lusterku.
Restauracja była jasna, nowoczesna, z dużymi oknami. Usiedli przy stoliku w rogu. Basia zamówiła prawie wszystko, co było na karcie przekąsek, i zjadała kolejne dania z taką pasją, że Zosia co chwilę chichotała w serwetkę.
— Boże, Basia… ty jak po głodowej kuracji.
— Bo jestem po głodowej kuracji — odparła siostra z pełnymi ustami. — I zamierzam odrobić straty.
Rafał pił tylko świeży sok pomarańczowy – prowadził. Zosia pozwoliła sobie na lampkę białego wina. Kiedy Basia sięgnęła po kartę win, Rafał delikatnie, ale stanowczo położył dłoń na menu.
— Nie.
— Przecież mam osiemnaście lat! Jestem pełnoletnia!
— Dopiero co wyszłaś ze szpitala. Jak tylko odzyskasz siły i lekarz powie, że możesz, to obiecuję traktować cię jak dorosłą we wszystkim. Wino, wyjścia, decyzje. Ale nie dziś.
Basia przez chwilę robiła minę urażonej księżniczki, a potem rozchmurzyła się całkowicie.
— Dobra. Postaram się nigdy nie być kłopotem. No… prawie nigdy.
Z restauracji pojechali prosto do apartamentu. Rafał wniósł torby, a potem poprowadził Basię korytarzem do pokoju, który przygotował. Był jasny, z dużym łóżkiem, biurkiem, szafą i – co najważniejsze – własną, pełną łazienką z prysznicem i wanną.
Basia stanęła w progu i przez kilka sekund tylko otwierała usta.
— To… to wszystko dla mnie? Z własną łazienką?
— Z własną łazienką — potwierdził Rafał. — Żebyś miała swoją przestrzeń.
Dziewczyna wpadła do środka, otwierała szafy, sprawdzała kran w łazience, a potem wróciła i bez słowa mocno przytuliła najpierw siostrę, potem Rafała.
Zosia stała w drzwiach i z ulgą, prawie z czułością, wtuliła się w bok Rafała, obserwując, jak Basia biega po pokoju. Jego ramię automatycznie owinęło się wokół jej talii. Pochylił się do jej ucha i szepnął tak cicho, że tylko ona mogła usłyszeć:
— No to teraz musimy być grzeczni. Żadnego biegania nago po mieszkaniu.
Zosia parsknęła cichym śmiechem, odwróciła twarz do jego szyi i odszeptała w odpowiedzi, wciąż się uśmiechając:
— Owszem. Ale ty się przyzwyczajaj do mojego nagiego widoku w sypialni. Bo tam nie zamierzam się krępować.
Popołudnie upłynęło im leniwie. Cała trójka rozlokowała się na wielkiej sofie w salonie – Basia pod kocem w jednym rogu, Zosia i Rafał bliżej środka. Na telewizorze leciał jakiś lekki film, którego nikt tak naprawdę nie oglądał. Basia co jakiś czas rzucała komentarze, potem coraz rzadziej, aż w końcu jej głowa opadła na poduszkę i oddech stał się równy, głęboki.
Zosia najpierw sprawdzała, czy siostra na pewno śpi, a potem razem z Rafalem bardzo ostrożnie otulili ją dodatkowym kocem aż po ramiona. Basia nawet nie drgnęła.
Rafał przeniósł się do szerokiego fotela stojącego nieopodal. Pociągnął Zosię za sobą. Usiadła mu na kolanach bokiem, oplatając ramieniem jego szyję. Jego dłoń spoczęła na jej udzie, kciuk powoli gładził materiał dżinsów. Rozmawiali szeptem, żeby nie obudzić Basi.
— Myślisz o czymś — stwierdził cicho Rafał, patrząc jej w oczy. — Bijesz się z myślami. Widzę.
Zosia spuściła wzrok na jego usta, potem znowu uniosła.
— Chcę się z tobą kochać — wyszeptała. — Bardzo. Każdego dnia coraz bardziej. Wyobrażam sobie, jak mnie rozbierasz… powoli. Jak całujesz mnie wszędzie. Jak kładziesz mnie na łóżku i wchodzisz we mnie pierwszy raz. Jak będzie bolało, ale potem… potem będzie tylko dobrze. Chcę poczuć cię całego. Chcę, żebyś był pierwszy. I jedyny.
Rafał zamknął na moment oczy. Jego kutas stwardniał natychmiast pod jej udem, a oddech stał się głębszy. Kiedy spojrzał na nią znowu, w jego oczach było czyste pożądanie zmieszane z determinacją.
— Też tego chcę. Cholernie. Mam ochotę zerwać z ciebie te dżinsy tu i teraz. Ale nie zrobię tego. Twój pierwszy raz ma być magiczny. Nie byle jaki. Nie szybki. Chcę to przygotować. Światła, czas, zero pośpiechu. — Pogładził jej biodro. — Nigdzie cię nie wypuszczam. Mamy czas. Zrobimy to tak, żebyś zapamiętała na zawsze.
Zosia pochyliła się i pocałowała go. Najpierw miękko, potem coraz głębiej, coraz namiętniej. Jej dłoń wsunęła się w jego włosy, jego ręce objęły jej talię i pośladki przez materiał. Całowali się długo, wilgotno, z ledwie powstrzymywanym głodem, podczas gdy kilka metrów dalej Basia leżała pod kocem.
Kiedy oderwali się na chwilę, Rafał oparł czoło o jej czoło i powiedział bardzo cicho, prawie bezdźwięcznie:
— Kocham cię, Zosiu.
Zosia nie zawahała się ani sekundy. Pocałowała go jeszcze goręcej, z całym uczuciem, jakie miała w sobie, i wyszeptała mu w usta:
— Ja ciebie kocham najmocniej na świecie.
Przytulili się mocno, jej twarz wtulona w zagłębienie jego szyi, jego broda oparta o jej kucyk. Obserwowali śpiącą Basię w ciszy salonu.
Basia nie spała. Od dobrych kilku minut leżała z przymkniętymi powiekami, udając głęboki sen. Słyszała każdy szept. Widziała przez rzęsy, jak siostra siedzi na kolanach Rafała, jak się całują, jak mówią sobie „kocham”. W jej piersi rozlało się ciepło – prawdziwa radość, że Zosia w końcu znalazła kogoś, kto patrzy na nią tak, jak ona na niego. A jednocześnie ukłuła ją zazdrość. Zazdrość o siostrę – że już nie będą tylko we dwie przeciwko światu. I zazdrość o Rafała. Trochę naiwnie, trochę dziecinnie, ale zdążyła się w nim zadurzyć: w jego spokoju, w tym, jak zaopiekował się nimi obiema, w tym, jak pachniał i jak się uśmiechał. Wiedziała jednak, że nigdy nie stanie na drodze szczęścia Zosi. Postanowiła sobie wtedy, leżąc pod kocem z zamkniętymi oczami: co jak co, ale kłopotem dla nich nie będzie. Nigdy.
Zosia i Rafał nie chcieli budzić Basi. Przez dłuższą chwilę siedzieli jeszcze w fotelu, przytuleni, obserwując jej spokojny oddech pod kocem. W końcu Rafał delikatnie uniósł Zosię z kolan i oboje, na palcach, wymknęli się do kuchni.
Tam atmosfera od razu stała się lżejsza i bardziej prywatna. Rafał cicho włączył playlistę – coś spokojnego, z miękkim rytmem. Zosia wyjmowała z lodówki warzywa, on sięgał po patelnię. Co chwilę zaczepiali się o siebie biodrami, całowali w ramię, w kark, w usta. Śmiali się ściszonymi głosami, kiedy Zosia prawie upuściła pomidora, a Rafał złapał go w powietrzu.
— Jesteś niebezpieczna w kuchni — szepnął jej do ucha, przyciskając się od tyłu.
— A ty jesteś niebezpieczny w ogóle — odparła, odchylając głowę, żeby dać mu dostęp do szyi.
Odrywali się od gotowania coraz częściej. W pewnym momencie Rafał odłożył nóż, złapał ją w pasie i pociągnął do środka kuchni. Zaczęli tańczyć – wolno, przytuleni całymi ciałami, w takt muzyki. Jego dłonie spoczywały na jej pośladkach, jej ręce splotły się na jego karku. Całowali się co kilka kroków, głęboko, wilgotno, aż Zosia poczuła, jak jego erekcja naciska na jej brzuch przez materiał spodni. Uśmiechnęła się w pocałunek i odsunęła się tylko na tyle, by dokończyć sałatkę.
Kiedy kolacja była gotowa – makaron z kurczakiem, sałatka, pieczywo – Rafał spojrzał w stronę salonu.
— Obudzimy ją?
Zosia kiwnęła głową i poszła do sofy. Uklękła przy siostrze i bardzo delikatnie pogładziła ją po ramieniu.
— Basia… hej. Kolacja gotowa.
Basia otworzyła oczy powoli. Przez chwilę patrzyła na Zosię – na jej rozświetloną twarz, na lekko spuchnięte od pocałunków usta, na szczęście, które aż z niej biło. Potem usiadła i złapała siostrę za rękę.
— Zostań chwilę. Muszę z tobą pogadać.
Usiedli blisko siebie na skraju sofy. Basia mówiła cicho, prawie szeptem.
— Czasami myślę, że mi się to wszystko śni. Jeszcze niedawno spałyśmy na brudnym materacu i bałyśmy się, że nie przetrwamy kolejnego tygodnia. A teraz… mieszkanie, jedzenie, człowiek, który na Ciebie patrzy jak na skarb. Nie mogę uwierzyć, że nasz beznadziejny los mógł się tak odmienić.
Zosia ścisnęła jej dłoń.
— Ja też długo nie mogłam. Na początku… bałam się, że mylę miłość z wdzięcznością. Że kocham go tylko dlatego, że nas uratował. Ale teraz już wiem. To jest prawdziwe. Kocham go. Naprawdę. — Umilkła na moment, a w jej głosie pojawił się cień niepewności. — Tylko… co ja mogę mu dać w zamian? Jestem sierotą. Byłam bezdomna. Nie mam wykształcenia, nie mam majątku, nie mam nic. On ma wszystko. A ja…
Basia przerwała jej stanowczo, choć nadal cicho.
— Słuchaj mnie. Jeśli będziesz troszczyć się o niego tak, jak do tej pory troszczyłaś się o mnie – z tą samą upartością, z tą samą czułością – to on nigdy nie będzie zawiedziony. Nigdy. Ty nie musisz mu dawać pieniędzy ani tytułów. Ty już mu dajesz siebie. A to jest więcej.
Zosia spojrzała na młodszą siostrę z mieszaniną czułości i podziwu.
— Jesteś ode mnie mądrzejsza. Naprawdę. I skoro już jest jak jest… to ja chcę tylko jednego. Żeby każdy z naszej trójki był szczęśliwy. Ty, on i ja.
Basia przytuliła się do niej mocno. Twarz wtuliła w szyję Zosi, wdychając jej zapach – czystą skórę, odrobinę perfum Rafała i coś znajomego, siostrzanego. W tej bliskości, w cieple ciała starszej siostry, poczuła nagle ostre, zupełnie nieoczekiwane podniecenie. Erotyczne. Gorące. Przez ułamek sekundy wyobraźnia podsunęła jej obraz, którego nie powinna była zobaczyć. Natychmiast się odsunęła wewnętrznie, przerażona własną reakcją. To przecież jej własna starsza siostra. Odpędziła te myśli z całą siłą, jaką miała.
Kiedy się odsunęły, obie miały wilgotne oczy i uśmiechały się.
— Chodź — powiedziała Zosia, wstając. — Rafał czeka z kolacją.
Basia kiwnęła głową, wciąż jeszcze lekko wstrząśnięta tym, co poczuła, ale zdecydowana tego nie pokazywać. Roześmiane, trzymając się za ręce, poszły do kuchni, gdzie Rafał właśnie stawiał talerze na stole.
Kolacja przebiegała w swobodnej, prawie domowej atmosferze. Siedzieli przy stole w kuchni – Rafał na czele, Zosia po jego prawej, Basia po lewej. Światło było ciepłe, muzyka w tle cicha. Basia opowiadała z pełnymi ustami o tym, jak w domu dziecka kradziono jej skarpetki, Zosia poprawiała jej co chwilę serwetkę, a Rafał patrzył na nie obie z wyrazem kogoś, kto wciąż nie do końca wierzy, że ma je przy sobie.
W pewnym momencie rozmowa przycichła. Rafał odłożył widelec, przetarł dłonią policzek i odezwał się nieco nieśmiało, jakby bał się wtargnąć w coś zbyt osobistego.
— Możecie mi opowiedzieć… o waszej rodzinie? O rodzicach? Tylko jeśli chcecie. Nie musicie.
Siostry spojrzały na siebie. Zosia skinęła lekko głową, a Basia odłożyła kawałek pieczywa.
Zaczęły mówić na przemian, uzupełniając się nawzajem, jakby opowiadały historię, którą znały na pamięć, ale rzadko wypowiadały na głos.
— Mieszkałyśmy pod Warszawą — powiedziała Zosia. — W sporym segmencie. Ogródek, dwa samochody, normalne życie. Tato pracował w korporacji, mama prowadziła małą firmę.
— Byłyśmy szczęśliwe — dodała Basia. — Naprawdę. Kłóciłyśmy się o głupoty, o telewizor, o to, kto ma wynieść śmieci. Tato robił najlepsze naleśniki w niedzielę.
Zosia kontynuowała ciszej:
— Tego wieczoru poszli na romantyczną kolację. Z okazji rocznicy. Wracali już po jedenastej. Na prostej drodze w ich samochód uderzył młody chłopak. Pędził ze znajomymi znacznie szybciej, niż wolno. Świadkowie mówili potem, że robił to specjalnie. Że się popisywał.
Basia spuściła wzrok na talerz.
— Policja przyjechała z psychologiem. Była druga w nocy. Otworzyłam drzwi ja. Zosia stała za mną. Pamiętam tylko, że pani psycholog miała czerwony szalik i że powiedziała „doszło do wypadku”. Potem już nic nie było wyraźne.
— W pogotowiu opiekuńczym tuliłyśmy się do siebie na wąskim łóżku — podjęła Zosia. — Całą noc. Byłyśmy jak otępiałe. Rano okazało się, że nikt z rodziny nie chce się nami zająć. Ciocia z Gdańska miała „za małe mieszkanie”, wujek „właśnie stracił pracę”, babcia była chora. W ciągu trzech dni wylądowałyśmy w domu dziecka. Z jedną torbą na dwie.
Basia uniosła wzrok na Rafała.
— Od tamtej pory miałyśmy tylko siebie. Dosłownie.
Rafał siedział nieruchomo. Twarz miał spiętą, a w oczach coś, co wyglądało na mieszaninę wściekłości i bólu. Kiedy siostry umilkły, wstał powoli, podszedł najpierw do Zosi, potem do Basi i objął je obie naraz – mocno, prawie desperacko. Jedną ręką trzymał Zosię za kark, drugą głaskał Basię po włosach.
— Nigdy — powiedział chrapliwie. — Nigdy nie pozwolę, żeby ktokolwiek was skrzywdził. Ani jedną, ani drugą. Słyszycie mnie?
Zosia wtuliła twarz w jego koszulę. Basia też. Rafał poczuł, jak obie drżą. Delikatnie uniósł najpierw twarz Zosi, potem Basi i kciukami otarł im łzy, które zaczęły spływać po policzkach. Został tak z nimi przez długą chwilę, pozwalając, by jego obecność była jedyną tarczą, jakiej w tej chwili potrzebowały.
Kiedy w końcu usiedli z powrotem, nikt nie miał już ochoty na rozmowy. Dokończyli kolację w milczeniu. Jedyne dźwięki to był cichy brzęk sztućców i odległy szum miasta za oknami. Co jakiś czas ich spojrzenia się stykały – Rafała z Zosią, pełne czułości i głodu; Rafała z Basią, pełne protekcjonalnej troski, która jednak miała w sobie coś bardziej skomplikowanego; i sióstr między sobą, gęste od wspólnej historii i od tego, co niewypowiedziane. Napięcie między trójką było wyczuwalne jak dodatkowe ciepło w powietrzu – erotyczne, rodzinne, opiekuńcze i niebezpieczne zarazem. Nikt nie próbował go nazwać.

Dodaj komentarz