
Marta zapaliła pierwszą świecę. Płomień zadrżał, jakby ktoś na niego dmuchnął od środka góry.
Wtedy usłyszeli chichot. Nie był ludzki. Był wysoki, pełen radości dziecka, które znalazło zabawkę. Z ciemności wysypały się zielone cienie. Małe, kościste, o uszach jak noże i oczach jak żółte szkło. Gobliny.
Aldric zdążył tylko wyciągnąć miecz. Ostrze błysnęło raz. Potem coś skoczyło mu na plecy, coś innego wbiło mu nóż pod pachę, a hełm potoczył się po kamieniach jak pusta skorupa. Irena krzyknęła – krótko, jakby ktoś urwał jej dźwięk w połowie. Marta odwróciła się za późno.
Fioletowa szata, którą włożyła na ceremonię oczyszczenia, została szarpnięta, rozdarta, uniesiona. Ziemia uderzyła ją w plecy. Powietrze uciekło z płuc. Nad nią zawisły twarze: ostre zęby, długie języki, palce o czarnych pazurach. Jeden z nich śmiał się tak głośno, że ślina kapała jej na szyję. Inny już wsunął dłoń pod koronkę. Trzeci uniósł jej nogę wyżej, jakby chciał zobaczyć, czy kapłanka naprawdę nosi pod szatą coś tak kruchego jak jedwab.
W tle Irena leżała bez ruchu, biała jak wosk. Świece jeszcze się paliły.
Marta otworzyła usta, żeby wezwać Imię, które miało ich chronić. Z jej gardła wydobył się tylko dźwięk, który goblinom bardzo się spodobał. Jaskinia odpowiedziała echem.
I wtedy pierwszy z nich pochylił się niżej.
Marta próbowała jeszcze raz. Słowami już nie dało się nic zrobić. Goblin na jej piersi tylko pisnął z uciechy, gdy paznokcie wbiły mu się w ramiona. Był śliski, gorący i lżejszy, niż wyglądał. Jakby kości miał z gnijącego drewna, a skórę z mokrej skóry.
Drugi złapał ją za nadgarstek i przycisnął do kamieni tak mocno, że bransoletka wbiła się w kość. Trzeci – ten z najdłuższym językiem – przesunął się niżej, tam gdzie fioletowa tkanina już nie osłaniała nic. Koronka pękła z cichym trzaskiem. Marta poczuła zimne powietrze, a zaraz potem coś ciepłego, wilgotnego i nachalnego.
W jaskini pachniało krwią, woskiem i stęchlizną. Aldric jeszcze charczał. Krótko. Potem już tylko leżał twarzą w kałuży, jakby wciąż próbował wstać, a ciało mu na to nie pozwalało. Irena nie krzyczała. Leżała z otwartymi oczami, które patrzyły w strop, jakby tam, między stalaktytami, wciąż widziała niebo. Jeden z goblinów siedział jej na biodrach i coś jej szeptał do ucha – piskliwie, zadowolony, jak dziecko, które dostało lalkę.
Marta odwróciła głowę. Nie powinna była. Bo wtedy zobaczyła, że Irena nie jest całkiem nieruchoma.
– Przestańcie – wydusiła Marta.
Goblin przy jej twarzy przechylił głowę. Oczy miał zbyt duże i zbyt błyszczące. Uśmiechnął się tak szeroko, że widać było, iż zębów ma więcej, niż potrzeba do jedzenia.
Potem pochylił się i oblizał jej policzek. Inny uniósł jej nogę jeszcze wyżej. Obcas stuknął o skałę. Fioletowa szata osunęła się całkowicie. Marta poczuła, jak zimne palce rozchylają to, co zostało z bielizny, i jak śmiech reszty stada robi się głośniejszy.
W głowie wciąż miała litanię. Święty ogień. Srebrna tarcza.
Żadne z tych słów nie przychodziło. Zamiast nich przychodziło coś innego: ciepło tam, gdzie nie powinno być ciepła. Nacisk. Ślina. Pazury, które nie raniły od razu – tylko trzymały, znaczyły, przypominały, że ciało kapłanki nie należy już do ołtarza.
Marta zacisnęła zęby. A goblin przy jej piersi wziął to za zaproszenie i wsunął język głębiej.
Świece dogasały.
Marta jeszcze wierzyła, że jeśli zacisnąć uda, jeśli odwrócić twarz, jeśli nie wydać dźwięku – to zostanie w niej coś, czego gobliny nie wezmą. Myliła się. Jaskinia nie znała wstydu. Znała tylko ciepło, ślinę i chciwość.
Ten z najdłuższym językiem nie pytał. Rozchylił ją palcami, które były cienkie i twarde jak korzenie, i wsunął język tam, gdzie Marta od lat odmawiała nawet sobie samej. Był szorstki i gorący. Lizał wolno, z przesadną starannością, jakby smakował coś świętego i chciał, żeby świętość została na języku. Drugi goblin przy piersi wziął sutek między zęby – nie żeby ugryźć, tylko żeby trzymać – i zaczął ssać rytmicznie, mokro, głośno. Ślina spływała jej między piersi, wsiąkała w fiolet, robiła z aksamitu coś lepkiego.
Marta jęknęła. Nie chciała. Dźwięk wyszedł sam, niski, złamany, i całe stado odpowiedziało piskiem uciechy. Ten przy jej twarzy złapał ją za brodę i zmusił, żeby patrzyła. Jego oddech pachniał ziemią i starym mięsem. Oblizał jej usta, potem wsunął język między zęby, płytko, prowokująco, jakby sprawdzał, czy kapłanka ugryzie. Nie ugryzła. Wstyd był już za duży.
Dłoń na jej nadgarstku poluzowała się tylko po to, żeby druga mogła zsunąć resztki koronki. Został pasek, mokry, przesunięty na bok. Goblin między jej nogami uniósł biodra wyżej, oparł jej łydkę na swoim ramieniu, obcas zawisł w powietrzu. Polizał ją od dołu do góry, szeroko, potem znów i znów, aż Marta poczuła, że ciało zaczyna odpowiadać wbrew niej – że robi się ślisko nie tylko od jego śliny.
– Nie… – wyszeptała.
On tylko cmoknął, jakby potwierdzał, że słyszy, i wsunął dwa palce obok języka. Cienkie. Głębokie. Zakrzywione. Szukały punktu, którego Marta nigdy nie nazywała. Znalazły. Zaczęły go pocierać od środka, podczas gdy język krążył na zewnątrz, mokry, natarczywy, rytmiczny.
Przy Irenie było ciszej. Biała suknia była już tylko szmatą. Goblin na niej nie lizał – tarł się o nią, piskliwie, przyciskając ją do kamieni, podczas gdy inny trzymał jej twarz i zmuszał, żeby patrzyła na Martę. Irena miała otwarte usta. Z kącika spływała nitka śliny. Palce wciąż drżały, jakby odmawiały coś, czego nikt już nie słyszał.
Marta poczuła, że zbliża się do krawędzi, której nie chciała.
Ciało zdradzało ją falami. Uda zaczęły drżeć. Brzuch się spiął. Goblin między nogami zauważył to natychmiast – przyspieszył, wcisnął twarz głębiej, zaczął mruczeć w nią, wibrując językiem. Ten przy piersi ugniatał ją mocniej, drugi sutek wziął w palce i ścisnął aż do bólu, który mieszał się z przyjemnością tak ściśle, że Marta nie potrafiła ich rozdzielić.
Krzyknęła. Krótko. Wysoko. Jak modlitwa, która złamała się w połowie słowa.
Orgazm przyszedł brudny, gwałtowny, bez zgody. Przeszedł przez nią dreszczem od pięty aż po gardło. Gobliny zaskrzeczały chórem, jakby to one wygrały. Ten między jej nogami nie odsunął się. Lizał dalej, wolniej, zbierając to, co z niej spłynęło, cmokając, jakby dziękował ołtarzowi.
Marta leżała z otwartymi oczami i patrzyła w strop.
Świece były już tylko knotami w kałużach wosku. A stado nie skończyło. Bo ten, który trzymał jej twarz, uniósł się na kolana, rozchylił jej usta kciukiem i pochylił się tak blisko, że poczuła na wargach coś twardego, gorącego i obcego.
Uśmiechnął się.
I wszedł.
Wszedł płytko, gorąco, z piskiem, jakby każda chwila poza nią była stratą. Marta zakrztusiła się, ale nie odsunęła głowy. Palce, które jeszcze przed chwilą zaciskała w pięść, rozluźniły się. Język, który miał odmawiać, sam się uniósł. Smakowała sól, ziemię i coś gęstszego, słodkawo-gorzkiego, co spływało jej po podniebieniu.
Inny już nie lizał. Klęczał między jej udami, trzymał ją za biodra tak mocno, że pazury zostawiały półksiężyce, i tarł się o nią, szukając wejścia. Był mały, ale twardy, gorący, pulsujący. Czubek musnął ją tam, gdzie była już mokra od własnego orgazmu i od jego śliny. Marta wciągnęła powietrze.
W głowie miała jeden obraz: pękaty brzuch pod fioletową szatą. Żyłka pod skórą. Coś, co rusza się w niej, zanim jeszcze wyjdzie na świat.
Przestraszyła się tak gwałtownie, że całe ciało się spięło.
I w tej samej sekundzie poczuła, że chce. Chce, żeby wszedł. Chce, żeby został.
Chce, żeby to, co w nim jest najcieplejsze, wylało się w niej tak głęboko, żeby nic – żaden rytuał, żadna krew, żadne Imię – już tego stamtąd nie wypłukało.
– Nie… – wyszeptała. Czuła mocno członka, który wypełniał jej usta. Słowo wyszło mokre, niewyraźne, i zabrzmiało jak prośba o coś przeciwnego.
Goblin między jej nogami zrozumiał. Wsunął się jednym, krótkim pchnięciem.
Marta wygięła się w łuk. Nie z bólu. Z tego, jak ciasno ją objął od środka, jak pulsował, jak od razu zaczął się ruszać – płytko, szybko, z desperacją zwierzęcia, które wie, że ma mało czasu. Każde pchnięcie uderzało w to samo miejsce, które przed chwilą lizał. Mokry dźwięk wypełnił jaskinię. Fioletowa szata szorowała po kamieniach. Obcasy stukały o skałę w nierównym rytmie.
– W nią – skrzeczał ten przy jej twarzy, trzymając ją za włosy. – W głąb. Żeby zostało. Żeby rosło.
Inne powtarzały to jak litanię. Marta słyszała. I ciało odpowiadało mocniej niż kiedykolwiek na jej własne modlitwy.
Drugi orgazm nadszedł szybciej, brudniejszy, z otwartymi ustami i łzami, które spływały do skroni. Zacisnęła się na nim tak mocno, że goblin pisnął i przyspieszył, wbijając się aż po nasadę, trąc brzuchem o jej brzuch. Marta poczuła, jak coś w niej pęka – nie ciało, tylko opór. Biodra same uniosły się naprzeciwko niego. Sama go przyjęła głębiej.
Goblin między jej nogami wrzasnął.
Wbił się ostatni raz, całą długością, i zaczął się trząść. Marta poczuła to wyraźnie: gorące, gęste, pulsujące fale, które wylewały się w nią cios za ciosem. Nie wycofał się. Przycisnął ją jeszcze mocniej, jakby chciał zatkać każde ujście, jakby bał się, że choć kropla ucieknie. Drugi, przy jej twarzy, nie wytrzymał widowiska – wszedł z powrotem między wargi i skończył jej na języku, gorzko, obficie, z piskiem.
Marta przełknęła. Dlatego, że w tej chwili wydało jej się to częścią tego samego aktu: wziąć ich w siebie. Zatrzymać. Dać im miejsce, którego Zakon nigdy nie przewidział.
Kiedy pierwszy wycofał się z niej, spod niego pociekło. Ciepłe, śliskie, zbyt obfite, żeby było tylko jego. Marta zacisnęła uda – nie żeby się zamknąć. Żeby nic nie stracić.
Już czekał następny. I następny. Otaczali ją, sapali, pokazywali sobie nawzajem jej brzuch, jej uda, to, co spływało jej między nogami, i szeptali jedno słowo, które w ich gardłach brzmiało jak błogosławieństwo:
– Pełna.
Marta położyła dłoń na podbrzuszu. Poczuła, jak strach i żądza splatają się w niej w jeden, mokry węzeł. I rozchyliła nogi szerzej.
Ostatni goblin wyszedł z niej powoli, jakby żałował każdego cala. Marta leżała na wznak, fioletowa szata rozłożona jak ołtarz, którego nikt już nie poświęci. Między udami było mokro, gorąco, pełno. Za każdym oddechem czuła, jak coś w niej osiada. Obietnica.
Położyła obie dłonie na podbrzuszu.
Marta usiadła.
Zawroty głowy. Drżenie ud. Ciepło, które spływało jej po wewnętrznej stronie uda i które zacisnęła kolanami, żeby nie stracić ani kropli. Wstała niepewnie, na tych samych obcasach, które jeszcze niedawno stukały o skałę w rytm pchnięć. Fioletowa szata opadła, ale nie zakryła nic. Na piersiach miała ślady zębów. Na biodrach – półksiężyce pazurów. Na wargach – smak przedziwny.
Gobliny siedziały w kręgu, zmęczone, zadowolone, z językami na brodach. Patrzyły na nią tak, jak patrzy się na naczynie, które nie pękło. Jeden, ten z najdłuższym językiem, pisnął cicho i pokazał palcem jej brzuch.
Marta kiwnęła głową. Jak ktoś, kto zrozumiał warunki.
A gdy za wzgórzem odezwał się pierwszy dzwon klasztoru, Marta uśmiechnęła się – i szepnęła niczym puentę:
– Amen.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
2 komentarze
JorgDeJoong
Doskonale , kolejna perfekcyjna ikona w wykonaniu historyczki
Jakub
Świetne opowadanie.. kolejny raz udowadniasz jak potrafisz doskonale pisać
Historyczka
@Jakub
Dziękuje, ale to była prosta inspiracja.
Znacznie bardziej wyszukanej - oczekuję od Ciebie
Jakub
@Historyczka to Ty jesteś specjalistką ja tylko skromnym pobudzonym czytelnikiem..
Historyczka
@Jakub
Co w tej opowieści najbardziej Cię pobudza?
To może wskaż obszary, na które winnam zwrócić większą uwagę
Czy moja bezradność... czy wielka sfora napastników?
Jakub
@Historyczka ależ Skarbie.. to idealna miniatura.. można ją rozbudować i dodać więcej wrażeń.. i wydarzeń.. niemniej chyba celem było chyba właśnie takie proste i krótkie uchwycenie zdarzeń w jaskini..