Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Martwi mnie ciekawią

Nowo odkryte miejsce. Akurat w deszczowy, wrześniowy poranek.
Zmarznięte ciało nie mogło leżeć tu dłużej niż kilka godzin, więc prawdopodobnie do zabójstwa doszło w nocy. Mała szansa, że zwłoki podrzucono.

Młoda dziewczyna. Piękne czarne włosy ubabrane błotem i zgniłymi mirabelkami. Można by z tego widoku namalować obraz, gdyby tylko za tą tragedią kryła się jakaś romantyczna historia.

Zazdrosny mąż?  

Zbyt oklepane.  

Chociaż, niestety, dość częste.

Partnerka kochanka?

Lepiej.

Od razu wyobraziłam sobie bójkę dwóch pięknych kobiet, zakończoną krwawo na krańcu polnej drogi, tuż przy starym sadzie. To już właściwie poza miastem, więc w mojej wersji kruczoczarna biegnie boso przez mokrą trawę. Za nią rozwścieczona, zdruzgotana kobieta, której honor legł w gruzach już przy pierwszym podejrzeniu zdrady.

Gruzy.

To one właściwie dopełniają scenerii.

Resztki starego domu stoją kilkanaście metrów dalej. Wygląda jak letniskowy. Albo taki, do którego kiedyś jeździło się w odwiedziny do babci, a ona stawiała przed tobą talerz zupy z lanymi kluskami, zanim zdążyłeś powiedzieć, że nie jesteś głodny.

Zaburczało mi w brzuchu.

Trochę niestosowne, biorąc pod uwagę, że od kilku minut obserwowałam ciało denatki niemal z rozmarzeniem.

Jeszcze bardziej niestosowne było to, że obserwował mnie przy tym cały zespół.

- Skończyłaś już pisać romans? - usłyszałam za plecami.
Nie odwróciłam się.
- Jeszcze nie wiem. Na razie mamy tylko martwą dziewczynę. Brakuje mi mężczyzny.
- A to ciekawe.

Teraz się odwróciłam.

Stał kilka metrów dalej, z rękami w kieszeniach ciemnego płaszcza, zupełnie nieprzejęty deszczem. Nie znałam go.

A sądząc po minach pozostałych, powinnam była.

- Znamy się?

Uśmiechnął się. Nie szeroko. Tylko jednym kącikiem ust, jakby dokładnie takiej odpowiedzi się spodziewał.

- Nie.
- To skąd wiesz, co jest dla mnie ciekawe?
- Nie powiedziałem, że dla ciebie.

Przez chwilę patrzyłam na niego, próbując zdecydować, czy był irytujący, czy po prostu bardzo się starał.

Obstawiałam jedno i drugie.

- Lena.

Głos dobiegł od strony ciała.

Odwróciłam głowę. Majewski klęczał przy denatce i wskazywał coś przy jej lewej dłoni.

- Chodź tutaj.

Kiedy ponownie spojrzałam w stronę mężczyzny, nadal patrzył na mnie. Nie na ciało. Na mnie. To już podobało mi się trochę mniej.

Podeszłam do Majewskiego i przykucnęłam obok niego. Błoto natychmiast wessało obcas mojego buta.

- Jeżeli powiesz, że znowu ubrałam się nieodpowiednio do pracy, przysięgam, że -
- Pierścionek.

Urwałam.

Na serdecznym palcu dziewczyny rzeczywiście coś było. Cienka złota obrączka, prawie całkowicie schowana pod błotem.

- Mężatka?
- Nie o to chodzi.

Majewski założył rękawiczkę i bardzo ostrożnie obrócił jej dłoń. Po wewnętrznej stronie palca, tuż pod pierścionkiem, skóra była czysta. Spojrzałam na niego.

- Założył go po śmierci.
- Albo tuż przed.
- Romantyk.
- Lena.
- No co?

Majewski westchnął.

- Czasami zastanawiam się, czy ty w ogóle rozumiesz, że ci ludzie nie żyją.

Spojrzałam na twarz dziewczyny. Błoto na policzku. Rozchylone usta. Rzęsy sklejone deszczem. Była piękna.  

- Właśnie dlatego są tacy interesujący - powiedziałam.

Za plecami usłyszałam cichy śmiech. Nie musiałam się odwracać, żeby wiedzieć czyj.

- Co? - zapytałam.
- Nic.

Odwróciłam się gwałtownie i wbiłam ciemne oczy w człowieka grającego mi na nerwach. Towarzyszyła mi jedna z tych min, które rezerwuje dla rodzeństwa odkąd pojęłam, że muszę walczyć o swoje i że nie dam rady przekrzyczeć tej zgrai pijawek.  

- Wyraźnie coś.

Nieznajomy podszedł bliżej. Dopiero teraz zauważyłam, że nie miał na sobie rękawiczek. Ani ochraniaczy na butach. Ani zawahania.  

- Pan raczej nie z techników.
- Raczej nie.
- Prokuratura?
- Też nie.

Spojrzałam na Majewskiego.

- Przywieziesz mi kiedyś na miejsce zbrodni kogoś, kto odpowiada na pytania?

Majewski nawet nie podniósł głowy.

- On odpowiada. Tylko nie tobie.

Nieznajomy uśmiechnął się znowu. Zdecydowanie zaczynał mnie drażnić.

- Lena Wolska - powiedziałam, wyciągając rękę.

Spojrzał na nią, ale jej nie uścisnął.

- Wiem.

Cofnęłam dłoń. To było już mniej zabawne. Nie lubiłam, kiedy ktoś mnie lekceważył. Za długo pracowałam na to, żeby w tym zespole przestano traktować mnie jak ładny dodatek do miejsca zbrodni.

- A ty jesteś?
- Aleksander.

Czekałam na nazwisko. Nie dostałam go.

- Świetnie. Aleksander. Jak Madonna.

Tym razem Majewski parsknął śmiechem. Aleksander nie. Za to przykucnął po drugiej stronie ciała. Patrzyłam, jak jego wzrok przesuwa się po twarzy dziewczyny, szyi, ubraniu, dłoniach. Bez obrzydzenia. Bez współczucia. Właściwie bez niczego.

Nie podobało mi się, że robił to podobnie do mnie.

- Nie założył jej tego po śmierci - powiedział.
- Słucham?

Wskazał obrączkę.

- Powiedziałaś, że założył ją po śmierci.
- Powiedziałam, że mógł.
- Powiedziałaś: „założył”.
- Masz dobrą pamięć.
- Ty za to masz bujną wyobraźnię.

Wyprostowałam się. Westchnęłam  

- Skóra pod obrączką jest czysta.
- I?
- Reszta dłoni nie.
- Czyli pierścionek był na palcu, kiedy ubrudziła ręce.

Milczałam.

- To raczej argument za tym, że miała go wcześniej - dodał.

Majewski spojrzał na mnie z miną, której szczerze nie znosiłam.

- Nie patrz tak.
- Jak?
- Jakbyś właśnie adoptował mądrzejsze dziecko.

Aleksander zaśmiał się pod nosem. Zaczynałam go nie lubić.

- Mamy telefon? - zapytałam.
- Nie - odpowiedział Majewski. - Dokumentów też nie. Torebki brak.
- Ślady?
- Technicy kończą.

Spojrzałam jeszcze raz na dziewczynę. Czarna, krótka sukienka. Cienkie rajstopy, rozerwane na lewej łydce z rozchodzącym się pęknięciem po udzie. Jedna noga bosa, na drugiej skórzany botek albo cokolwiek, co z niego zostało. Obcas był ułamany a cholewka pocięta.  Żadnej kurtki.

We wrześniu.

W nocy.

Na zadupiu.

Coś przestało mi pasować.

- Ona tu nie przyszła - powiedziałam.

Tym razem Aleksander niczego nie skomentował. Patrzył na mnie.

- Co? – zapytałam. Znowu. Groźniej. A przynamniej tak sądziła wewnętrzna Lena.
- Nic.
- Znowu to robisz.
- Co?
- Patrzysz, jakbym miała za chwilę powiedzieć coś głupiego.
- Nie. Skąd ta niepewność pod prowizorycznie groźnym spojrzeniem? - Przechylił lekko głowę - po prostu czekam, aż powiesz coś dobrego.

Miałam właśnie odpowiedzieć, kiedy technik stojący przy ruinach zawołał Majewskiego.

- Szefie!

Wszyscy spojrzeliśmy w jego stronę. Stał przy resztkach ściany starego domu. W ręku trzymał przezroczysty woreczek dowodowy.

- Chyba mamy dokument.

Majewski ruszył pierwszy. Ja za nim. Aleksander ostatni. Technik podał woreczek Majewskiemu. W środku była karta. Zwykły plastik, ubłocony przy jednym rogu.  
Prawo jazdy.  

Spojrzałam na zdjęcie. Potem na ciało. Jeszcze raz na zdjęcie.

- To nie ona.

- Eh, jak widać - mruknął Majewski.

Przeczytałam nazwisko. I przez kilka sekund naprawdę nie słyszałam deszczu. Znałam tę kobietę.  

Co gorsza, widziałam ją wczoraj wieczorem.

Żywą.

Dodaj komentarz