
W głowie miała migawki: biała suknia, Basia jako druhna, Rafał czekający przy ołtarzu. Marzenia, które jeszcze niedawno wydawały się absurdalne, teraz były niebezpiecznie blisko. A jednocześnie wiedziała, że to nie będzie proste. Dzisiejszy dzień był ledwie zapowiedzią. Prędzej czy później ktoś wygrzebie jej życiorys. Dom dziecka. Ulica. I wtedy zacznie się prawdziwa fala. Nazwą ją znajdą, łowczynią posągów, wyrachowaną uwodzicielką, która wcisnęła się do łóżka miliardera. Bała się tego. Bała się hejtu. Ale jeszcze bardziej przerażała ją wizja życia bez Rafała. Lepiej znosić wszystko u jego boku niż wrócić do pustki.
Rafał co jakiś czas zerkął na nią bokiem i kładł dłoń na jej kolanie, jakby wyczuwał, że burza w niej narasta. Jego kciuk rysował małe kółka na pończochce tuż nad kolanem – uspokajający i jednocześnie niebezpiecznie intymny gest.
Dojechali. Wjechali do garażu, a stamtąd windą do lobby. Przy recepcji stał starszy portier – ten sam, który kiedyś nie chciał jej wpuścić. Na plakietce miał wypisane imię: Zbigniew. Kiedy ich zobaczył, poprawił mundur i nieśmiało podszedł bliżej.
— Przepraszam… panie Rafałe, pani… czy mógłbym prosić o chwilę?
Rafał skinął poważnie.
Starszy mężczyzna przełknął ślinę.
— Chciałem bardzo przeprosić panią za swoje zachowanie wtedy. Chyba już się znieczuliłem na ludzką krzywdę. Widziałem tyle osób… i przestałem widzieć człowieka. Bardzo przepraszam. I… gratuluję państwu. Że jesteście razem. — Uśmiechnął się lekko. — A przy okazji – pogoniłem już dziś trzech paparazzich. Dwóch przy wejściu, jednego przy rampie.
Zosia spojrzała na niego ciepło i wyciągnęła rękę.
— Przede wszystkim nie jestem „pani”. Mam na imię Zosia. I absolutnie nie mam pretensji. Sama siebie wtedy w wiele miejsc bym nie wpuściła. Wyglądałam jak ktoś, kto nie powinien tu być.
Pan Zbigniew uścisnął jej dłoń z wyraźną ulgą.
— Jeśli kiedykolwiek będzie pani… Zosiu… potrzebowała pomocy, to ja nie odmówię. Naprawdę.
Pożegnali się i wjechali windą na ostatnie piętro. Drzwi apartamentu otworzyły się, a z salonu prawie wybiegła Basia. Rzuciła się najpierw na siostrę, potem na Rafała, obejmując ich oboje naraz.
— Wreszcie! Myślałam, że was porwali.
Zosia odsunęła się odrobinę, trzymając siostrę za ramiona.
— Nie nudziłaś się sama?
Basia przewróciła oczami i machnęła telefonem.
— Dzień upłynął mi na czytaniu artykułów i komentarzy o was. Tania sensacja. Miejscami tak wulgarna, że aż mi się zbierało. Ale hej – przynajmniej było co robić.
Zosia przypomniała sobie o obietnicy złożonej Ani. Sięgnęła do torebki po telefon.
— A propos… potrzebuję twojej pomocy. Ania, dziewczyna od social mediów w firmie Rafała, buduje mi oficjalne profile. Poprosiła o trochę zdjęć. Takich normalnych. Ciebie, mnie, Rafała… nas razem. Żeby nie wyglądało to jakbyśmy wczoraj powstały z piany morskiej. Dasz radę coś jej wrzucić?
Basia wyszczerzyła się szeroko.
— Jasne. Wszystko z nią załatwię.
Potem nagle wybuchnęła głośnym, szczerym śmiechem. Zosia i Rafał spojrzeli na nią zdziwieni.
— Co? — zapytała Zosia.
Basia otarła łzę rozbawienia.
— Nic. Po prostu… nie planowałam kariery paparazzi, ale przynajmniej w ten sposób zapracuję na swoje kieszonkowe. Zrobię siostrze portfolio i jeszcze mi za to podziękują. Idealny biznes.
W końcu wszyscy troje zasiedli w salonie. Zosia zdążyła już zrzucić pudrowy kostium i przebrać się w miękkie, szare dresy oraz obcisły biały top, który podkreślał linię piersi. Rafał zmienił garnitur na ciemne dżinsy i zwykły czarny t-shirt. Basia od rana chodziła w legginsach i oversize’owym t-shircie, więc nawet nie musiała nic zmieniać. Ułożyli się wygodnie – Rafał na sofie, Zosia tuż przy nim z nogami podkulonymi pod siebie, Basia naprzeciwko w fotelu.
Zosia odetchnęła głęboko i spojrzała na Rafała.
— Skoro już jesteśmy we troje… może wreszcie wyjaśnisz, co miałeś na myśli, mówiąc o zniknięciu na tydzień?
Rafał westchnął teatralnie, jak ktoś, kto wie, że czeka go ciężka przeprawa. Po drodze zdążył jednak mrugnąć porozumiewawczo do Basi, która od razu usiadła prościej, wyczuwając sojusz.
— Normalnie miałbym ogromne opory, żeby tak po prostu rzucić wszystko i wyjechać — zaczął ostrożnie. — Ale skoro i tak mamy się nie pokazywać w Warszawie… to pomyślałem, że moglibyśmy we troje wyskoczyć gdzieś za granicę. Na spokojnie. Bez paparazzi pod oknami.
Zosia już otwierała usta do protestu, ale Basia ją uprzedziła.
— Gdzie konkretnie?
— Ani ty, ani Zosia nie macie wyrobionych paszportów. A na paszport w trybie przyspieszonym i tak potrzeba kilku dni. Dlatego proponuję Turcję. Tam wystarczy dowód osobisty. Antalya albo okolice. Morze, hotel all inclusive, zero znajomych twarzy.
Zosia krzyżowała ramiona, wciąż nieprzekonana.
— Rafał… to przesada. Możemy przecież po prostu siedzieć tutaj. Zasłonić rolety, zamawiać jedzenie…
Basia nachyliła się do przodu, a jej legginsy napięły się na udach.
— Zosiu, serio?! Jak mamy siedzieć zamknięte w domu i bać się wyjść po bułki, to lepiej pojechać tam, gdzie i tak nas nikt nie zna. Swobodnie. W kostiumach kąpielowych. Na plaży. Bez ciągłego rozglądania się, czy ktoś nie robi nam zdjęć zza krzaka.
Rafał położył dłoń na kolanie Zosi i zaczął powoli gładzić kciukiem wewnętrzną stronę uda przez materiał dresów. Jego głos był niski i uspokajający.
— Tylko tydzień. Wrócimy, kiedy największa fala opadnie. A wy obie wreszcie zobaczycie coś innego niż Warszawę i pustostan.
Zosia patrzyła to na niego, to na siostrę. Oboje patrzyli na nią z taką samą, uporczywą nadzieją. W końcu głośno westchnęła i uniosła ręce w geście poddania.
Rafał uśmiechnął się szeroko i pocałował ją w skroń. Basia klasnęła w dłonie.
— Świetnie. A kiedy?
Zosia zmarszczyła brwi, myśląc głośno.
— Artykuł Wiktorii ma wyjść pojutrze w południe… To może wyjedźmy pojutrze rano? Zanim wszystko wybuchnie na dobre.
— Idealnie — potwierdził Rafał. — Jutro załatwimy resztę.
Właśnie wtedy Basia nagle wyprostowała się, jakby ją coś ukłuło.
— Moment. Przecież mimo wszystkich zakupów… żadna z nas nie ma kostiumu kąpielowego.
Rafał parsknął śmiechem.
— Jutro się tym zajmiemy. I walizek też nie macie, prawda?
Obydwie siostry potrząsnęły głowami jednocześnie.
— No to jutro wielki finał zakupów — stwierdził Rafał. — A teraz… co chciałybyście zobaczyć w Turcji? Morze? Stare ruiny? Bazar? A może po prostu leżeć przy basenie i nic nie robić?
Basia od razu zaczęła wymieniać: plaża, basen z barami, może jakiś rejs, koniecznie lody. Zosia słuchała ich obojga, wciąż jeszcze trochę oszołomiona decyzją, ale z każdym mijającym minutą coraz bardziej miękła. Rafał trzymał dłoń na jej udzie, Basia co jakiś czas zerkala na ich splecione dłonie, a powietrze w salonie znowu zrobiło się gęste od tego znajomego, skomplikowanego napięcia – czułego, erotycznego i pełnego niedopowiedzeń jednocześnie.
Popołudnie upłynęło im zaskakująco leniwie i bez żadnych kolejnych wstrząsów. Rafał rozłożył się w salonie przy niskim stoliku, obłożony teczkami i laptopem. Wertował dokumenty, robił notatki, co jakiś czas przecierał oczy. Zosia, widząc, jak bardzo jest pochłonięty, przygotowała mu talerz kanapek – z szynką, pomidorem, odrobiną musztardy – i postawiła tuż przy klawiaturze bez słowa. On uniósł wzrok, złapał ją za nadgarstek i ucałował wnętrze dłoni w podziękowaniu.
Basia tymczasem oświadczyła, że skoro już ma misję, to musi się skontaktować z Anią. Od ponad godziny siedziała w fotelu z telefonem przy uchu, śmiejąc się co jakiś czas, dyktując coś, opisując zdjęcia. Zosia przeszła obok niej i poczuła coś dziwnie ciepłego w piersi. Po raz pierwszy w tym ogromnym apartamencie miała wrażenie, że nabierają zwykłego, domowego tempa. Że to nie jest już tylko luksusowa kryjówka, tylko… dom.
Wzięła książkę, którą kupili w księgarni, i poczytała przez dobrą godzinę, rozlokowawszy się wygodnie na sofie. Potem spojrzała w lodówkę i westchnęła. Intensywne wydarzenia ostatnich dni mocno przetrzebiły zapasy. Zostało niewiele. Postanowiła jednak zrobić coś z tego, co mają.
Wyjęła mąkę, jajka, mięso mielone, twaróg, ziemniaki, cebulę, boczek. Zaczęła wyrabiać ciasto. Potem farsze – jeden mięsny z dodatkiem podsmażonej cebuli, drugi klasyczny ruski. Formowała pierogi sprawnymi, pamiętnymi ruchami, jakby robiła to wczoraj, a nie lata temu. Na patelni skwierczała okrasa z boczku i cebulki. Do tego przygotowała prostą sałatę ze szczypiorkiem i śmietaną, którą tylko delikatnie posoliła. Wiedziała, że niektórzy posypują taką sałatę cukrem – uważała to za niezrozumiałą aberrację i nawet mruknęła to pod nosem do siebie.
Około osiemnastej zapachy zaczęły unosić się po całym mieszkaniu. Rafał odłożył dokumenty, podniósł głowę i jak zahipnotyzowany poszedł za aromatem. Stanął w drzwiach kuchni i przez dłuższą chwilę po prostu patrzył. Zosia poruszała się przy blacie z całkowitą swobodą – w dresach i obcisłym topie, z włosami związanymi w niedbały kok, z lekkim rumieńcem od gorąca. Wyglądała jak ktoś, kto zawsze tu stał.
Dostrzegła go. Twarz rozjaśnił jej szeroki, szczery, prawie dziewczęcy uśmiech. Rafał podszedł powoli, objął ją od tyłu za talię i złożył na jej ustach delikatny, czuły pocałunek. Zosia odwróciła się w jego ramionach i odpowiedziała głębiej, wplatając palce w jego włosy. Na chwilę świat znowu skurczył się tylko do nich dwojga.
— Tylko nie kochajcie się na pierogach — dobiegł ich z progu rozbawiony głos Basi. — Pachną tak pięknie, a ja naprawdę jestem głodna.
Zosia z niechęcią oderwała się od Rafała, ale policzki miała wyraźnie gorące. Wróciła do patelni, a Basia już zastawiała stół – talerze, sztućce, szklanki. Rafał oparł się o framugę i powiedział niemal melancholijnie:
— Wiesz… do niedawna nie miałem ani chęci, ani motywacji, żeby w ogóle korzystać z tej kuchni. A teraz staje się centrum naszego wspólnego życia. Najdziwniejsze jest to, że mi to absolutnie nie przeszkadza.
Usiadli we trójkę. Pierogi były idealne – miękkie, dobrze przyprawione, okrasa chrupiąca. Sałata orzeźwiała. Jedli powoli, rozmawiając o wszystkim i o niczym: o tym, jak będzie wyglądał pierwszy tydzień na studiach, o tym, czy w Turcji naprawdę jest tak ciepło w sierpniu, o tym, czy Basia da radę nie spalić się na plaży na czarno. Rafał co jakiś czas kładł dłoń na udzie Zosi pod stołem, a Basia obserwowała te gesty z cichym, skomplikowanym błyskiem w oku. Atmosfera była ciepła, domowa i jednocześnie pełna tego niedopowiedzianego napięcia, które od dni unosiło się między nimi trojgiem jak dodatkowy zapach.
Po kolacji Rafał z ciężkim westchnieniem wrócił do papierów. Teczki znowu rozłożyły się na stoliku, a on z intensywnym skupieniem wpatrywał się w kolejne tabelki i wykresy. Basia zniknęła w fotelu z telefonem przy uchu – znowu konsultacje z Anią, śmiechy, szybkie ustalenia. Zosia, dzięki temu, że oboje pomogli jej wcześniej posprzątać, nagle została bez zajęcia. Próbowała wrócić do książki, ale weny nie było. Słowa odbijały się od oczu.
Wstała więc i zaczęła powoli chodzić po mieszkaniu.
Po raz pierwszy miała czas, żeby naprawdę się rozejrzeć. Owszem, była już w każdym pomieszczeniu, ale zawsze w biegu, zawsze z myślą o czymś innym. Teraz szła powoli, otwierając kolejne drzwi. Oprócz ich wspólnej sypialni i pokoju Basi były tu jeszcze cztery inne sypialnie – jasne, starannie urządzone, jakby tylko czekały na gości, którzy nigdy nie przychodzili. Każda miała własną łazienkę, świeżą pościel, zero osobistych śladów.
Potem weszła do biblioteki i od razu poczuła, że to miejsce jest inne. Nie było na pokaz. Wiele grzbietów książek było już przetartych, niektóre miały zagięte rogi, inne notatki ołówkiem na marginesach. Rafał naprawdę tu czytał. Uśmiechnęła się do siebie. Mieli podobny gust – te same nazwiska, te same tytuły, które ona kiedyś wypożyczała w bibliotece publicznej, a on kupował w twardych oprawach.
Właśnie wtedy zauważyła drzwi.
Były dyskretnie wstawione między dwa wysokie regały, prawie niewidoczne, gdyby nie wąska, metalowa klamka. Zosia była pewna, że wcześniej nigdy ich nie dostrzegła. Podeszła i nacisnęła. Drzwi otworzyły się bezszelestnie… a za nimi znalazła kolejne. Tym razem grube, stalowe, z pokrętłem jak w skarbcu bankowym. Stanęła przed nimi w milczeniu. Ciekawość swędziała ją pod skórą, ale uznała, że to nie ten moment. Rafał na pewno jej wszystko pokaże, kiedy już naprawdę ochłoną i nabiorą domowego rytmu. Zamknęła cicho pierwsze drzwi i wyszła.
Robiło się późno. Zajrzała do salonu. Rafał nadal siedział pochylony nad tabelkami, czoło zmarszczone w skupieniu. Podeszła od tyłu, objęła go za szyję i złożyła delikatny pocałunek na skroni.
— Nawet nie próbuj wyobrażać sobie, że będę spała sama — wyszeptała mu do ucha.
Rafał odchylił głowę, uśmiechnął się i powoli przejechał dłońmi po jej bokach, biodrach, udach – budząc w niej natychmiastowe, gorące pożądanie. Jego głos był niski i obiecujący:
— Zaraz kończę. Dosłownie kilka minut.
— Będę czekać w sypialni — odparła, całując go jeszcze raz, tym razem w usta, wolniej i głębiej.
Zajrzała jeszcze na moment do Basi (ta tylko machnęła ręką, zajęta rozmową) i poszła do ich sypialni.
W łazience przylegającej do pokoju rozebrała się całkowicie. Stanęła naga pod prysznicem i przez dłuższą chwilę po prostu stała, pozwalając ciepłym strumieniom spływać po piersiach, brzuchu, udach. Potem umyła się sprawnie, dokładnie, z myślą o tym, co zaraz nastąpi. Wyszła, otarła się i weszła do garderoby. Większość toreb z zakupów nadal stała nierozpakowana. Znalazła tę jedną, na której jej zależało najbardziej.
Wyjęła mikroskopijne, czarne stringi – tak wąskie, że prawie ich nie było. Wciągnęła je powoli. Potem czarne, samonośne pończochy z szeroką koronką u góry. Na koniec narzuciła na siebie delikatny, całkowicie przezroczysty, czarny szlafroczek, który ledwie sięgał jej bioder i nic tak naprawdę nie zasłaniał. Stanęła na chwilę przed lustrem. Blond włosy spływały luźno, skóra świeciła się po prysznicu, a między udami już zbierała się wilgoć od samego oczekiwania.
Położyła się na środku szerokiego łóżka, na boku, z ręką pod głową, i czekała. Marzyła. Wyobrażała sobie jego dłonie, jego usta, ciężar jego ciała. Jej cipka zrobiła się mokra tylko od tych myśli – czuła, jak stringi stają się wilgotne i kleją się do skóry.
Szmer otwieranych drzwi. Zosia poderwała wzrok.
Utkwiła oczy w twarzy ukochanego.
Rafał wszedł do sypialni i stanął jak wryty.
Zosia leżała na środku szerokiego łóżka dokładnie tak, jakby wiedziała, jaki efekt wywoła. Czarny, całkowicie przezroczysty szlafroczek był niedbale rozchylony, ledwie utrzymując się na ramionach. Pod spodem – mikroskopijne czarne stringi, które ledwo zakrywały cokolwiek, i samonośne pończochy z szeroką koronką wcinającą się w miękkie ciało ud. Jedna noga była lekko ugięta, druga wyciągnięta, dzięki czemu widać było linię wewnętrznej strony uda aż po wilgotny już materiał majtek. Blond włosy rozlały się po poduszkach, usta miała lekko rozchylone, a w oczach czekało czyste, świadome pożądanie. Kiedy ich spojrzenia się spotkały, Zosia powoli, z prawie kocią gracją, zmieniła pozę – uniosła biodro, przełożyła rękę pod pierś, jeszcze bardziej eksponując dekolt i wąski pasek stringów.
Rafał poczuł, jak oddech uwięzł mu w gardle. Myśli rozsypały się w drobny pył. W piersi rozlało się coś gorącego i niemal bolesnego – mieszanina miłości, głodu i niedowierzania, że ta kobieta leży tu dla niego. Że sama się tak wystroiła. Że chce być pożądana właśnie przez niego. Kutas natychmiast stwardniał tak mocno, że aż zabolało. Przez dłuższą chwilę nie był w stanie wydusić z siebie niczego sensownego.
— Wow… — wydyszał w końcu cicho, prawie ochryple. — Wyglądasz… niesamowicie.
Zosia spuściła rzęsy, a po policzkach rozlał się rumieniec, który tylko dodał jej uroku.
— Chciałam być piękna tylko dla ciebie — wyznała nieśmiało. — Tylko dla ciebie.
Rafał nie odpowiedział słowami. Po prostu podszedł, położył się obok niej na boku i zaczął ją pieścić. Najpierw dłonie przejechały po nogach obleczonych w gładkie pończochy – od kostek aż po koronkę, potem wyżej, po nagiej skórze ud. Usta znalazły jej usta w głębokim, namiętnym pocałunku. Jednocześnie dłonie wsunęły się pod przezroczysty materiał szlafroczka i objęły piersi, gniotąc je delikatnie, przeciągając kciukami po twardniejących sutkach. Potem jedna ręka zjechała niżej i położyła się na wilgotnych stringach, masując jej cipkę przez cienki, mokry materiał. Zosia jęknęła mu w usta i uniosła biodra naprzeciw jego dłoni.
Bez słowa, z prawie rytualną czułością, Rafał złapał palcami za wąskie paseczki stringów i zsunął je powoli w dół nóg, aż spadły na podłogę. Wrócił dłonią między jej uda i zaczął delikatnie masować nagą, mokra szparkę, jednocześnie całując ją – w usta, w policzek, w szczękę. Rozwiązał szlafroczek jednym pociągnięciem. Materiał rozchylił się całkowicie. Pocałunki zjechały na szyję, potem niżej. Język zakreślił wilgotne kółka wokół jednego sutka, potem drugiego, ssał je lekko, aż Zosia zaczęła się wić. Schodził coraz niżej – pocałunki na żebrach, na miękkim brzuchu, na wystających kościach biodrowych. W końcu rozchylił jej uda szeroko i ułożył się między nimi.
Tym razem pieścił ją inaczej. Nie było pośpiechu ani technicznej precyzji. Była tylko czysta, skupiona miłość i głód. Rafał najpierw złożył na jej cipce kilka bardzo miękkich, prawie nabożnych pocałunków, jakby witał się z nią na nowo. Potem przeciągnął językiem bardzo wolno, od samego dołu aż po łechtaczkę, smakując ją dokładnie, z zamkniętymi oczami. Kiedy dotarł do napęczniałego pączka łechtaczki, objął go ustami i zaczął ssać delikatnie, rytmicznie, jednocześnie krążąc wokół niego czubkiem języka. Jedna dłoń spoczywała na jej brzuchu, druga przytrzymywała udo, kciukiem gładząc koronkę pończochy. Lizał ją z rosnącym oddaniem – czasem szeroko i płasko, czasem skupiając się tylko na tym jednym, najbardziej wrażliwym punkcie. Zosia czuła, jak rozkosz narasta falami, jak jej ciało samo otwiera się na niego, jak każdy ruch jego języka wysyła dreszcz aż po czubki palców u stóp. Jęczała coraz głośniej, wplatała palce w jego włosy, unosiła biodra, kompletnie zatracona w tym, co jej dawał.
Kiedy poczuła, że jest już niebezpiecznie blisko spełnienia, z wysiłkiem uniosła się na łokciach i delikatnie, ale stanowczo odsunęła jego twarz od siebie.
— Nie jeszcze… — wyszeptała, dysząc. — Chcę ciebie. Całego.
Pociągnęła go ku sobie i zaczęła całować – czule, mokro, z ogromną miłością – jednocześnie pomagając mu się rozebrać. Najpierw złapała dolną krawędź jego t-shirtu i powoli przeciągnęła go w górę, zmuszając go, by uniósł ręce. Gdy materiał spadł na podłogę, jej dłonie i usta od razu znalazły się na jego nagiej piersi – całowała mostek, liżąc sutki, gładząc twardy brzuch. Potem zjechała niżej. Rozpięła guzik dżinsów, ściągnęła zamek, a Rafał uniósł biodra, żeby mogła zsunąć spodnie razem z bokserkami jednym płynnym ruchem. Kiedy jego gruby, twardy kutas poderwał się wolny, Zosia przez moment tylko na niego patrzyła, po czym owinęła go dłonią i przejechała powoli od nasady aż po czubek, czując, jak drży pod jej dotykiem.
Zosia pochyliła się nad nim, blond włosy spadły jej na jego brzuch, i zaczęła pieścić jego kutasa ustami – nie biorąc go głęboko, tylko z prawie nabożną fascynacją. Składała miękkie pocałunki na całej długości, od ciężkich jąder aż po ciemną, napiętą główkę. Językiem zakreślała powolne, wilgotne kręgi wokół żołędzi, zbierała pojawiające się krople, przejeżdżała spodem trzonu, jakby chciała zapamiętać każdy szczegół. Co jakiś czas odsuwała się odrobinę i szeptała, wciąż gładząc go policzkiem albo ustami:
— Nigdy nie pomyślałabym, że męski członek może być aż tak wielki… Przed tobą nie widziałam żadnego z bliska. Nie dotykałam. A za każdym razem, kiedy cię widzę albo czuję w sobie… robi to na mnie ogromne wrażenie. Jesteś taki… pełny. Taki realny.
Rafał oddychał ciężko, dłonie mając splątane w jej włosach, ale nie prowadził jej. Pozwalał jej odkrywać.
W końcu Zosia uniosła się. Złapała ramiączka przezroczystego szlafroczka i demonstracyjnie, powoli zsunęła go z ramion. Materiał szeleszcząc opadł na pościel. Została przed nim tylko w czarnych, samonośnych pończochach z koronką. Odwróciła się, uklękła na łóżku i wypięła się na czworaka – plecy wygięte w łagodny łuk, pośladki uniesione, wilgotna cipka całkowicie odsłonięta między udami obleczonymi w jedwabistą czerń.
Rafał klęknął za nią. Najpierw przejechał dłońmi po jej plecach – od karku aż po talię – potem pochylił się i zaczął je całować. Pocałunki spływały kręgosłupem w dół, coraz niżej, aż dotarły do pośladków. Całował każdą połowę osobno, delikatnie gryzł, liżąc. Jedna dłoń wsunęła się między jej uda i zaczęła gładzić mokrą cipkę – wolno, dokładnie, rozprowadzając wilgoć. Potem kciuk przesunął się wyżej i bardzo delikatnie, z najwyższą ostrożnością, zaczął masować jej odbyt – tylko na zewnątrz, okrężnymi, lekkimi ruchami, bez żadnej próby wtargnięcia.
Zosia zareagowała natychmiast. Całe ciało przeszedł wyraźny dreszcz. Biodra same cofnęły się lekko naprzeciw jego dłoni, a z gardła wydobył się długi, zaskoczony jęk. Odbyt mimowolnie zacisnął się pod jego kciukiem, potem rozluźnił, jakby nie wiedział, czy uciekać, czy prosić o więcej. Cipka pulsowała mocniej, soki spłynęły jej po wewnętrznej stronie ud. Oddychała szybko, wplótłszy palce w pościel, i co chwilę popychała tyłek wyżej, szukając intensywniejszego kontaktu.
Rafał odjął dłoń tylko po to, by ująć swojego kutasa. Przyłożył szeroką, gorącą główkę do jej wejścia i zaczął wchodzić – wolno, milimetr po milimetrze.
Dla Zosi było to jak stopniowe, nieuchronne wypełnianie. Najpierw poczuła nacisk – miękki, a jednocześnie nieustępliwy – który rozchylał jej wargi od środka. Potem ciało zaczęło ustępować, wciągając go w siebie z mokrym, cieplutkim oporem. Każdy kolejny centymetr rozpierał ją od wewnątrz, tworzył uczucie głębokiej, pulsującej pełności, które rozchodziło się po całym podbrzuszu i spływało aż do kolan. Kiedy w końcu wszedł całkowicie, aż po nasadę, Zosia wydała z siebie przeciągły, drżący dźwięk – mieszaninę ulgi i czystego przepełnienia.
Rafał ujął ją mocno za biodra, kciuki wcisnął w dołeczki nad pośladkami, i zaczął się poruszać. Wolne, głębokie pchnięcia. Przy każdym wycofaniu i ponownym wejściu szeptał zachwycony, prawie z niedowierzaniem:
— Boże, Zosiu… jak cudownie się w tobie czuję… jesteś taka ciasna… taka gorąca… taka idealna…
Zosia próbowała odpowiedzieć. Chciała powiedzieć, że dla niej to też jest wspaniałe, że nigdy nie czuła niczego podobnego, że kocha go za to wypełnienie. Ale każde pchnięcie wyrywało z niej kolejny jęk, który zlewał się ze słowami i zamieniał je w niespójny, rozkoszny bełkot.
— Ja… też… ahh… Rafał… tak… dobrze…
On delikatnie przyspieszył. Ruchy stały się nieco szybsze, wciąż jednak głębokie i kontrolowane. Pończochy szeleszczały przy każdym uderzeniu jego bioder o jej tył, a mokre odgłosy ich połączenia wypełniały sypialnię razem z jej coraz głośniejszymi, urywanymi dźwiękami.
Rafał powoli wycofał się z niej. Mokry, lśniący kutas wynurzył się całkowicie. Zosia natychmiast przetoczyła się na plecy, rozłożyła uda szeroko i spojrzała na niego z miękkim, zapraszającym uśmiechem.
— Posiądź swoją kobietę — wyszeptała. — Jest twoja.
Rafał pochylił się nad nią, przyłożył główkę do jej wciąż otwartego, mokrego wejścia i wszedł jednym, płynnym, delikatnym ruchem aż do końca. Zaczał poruszać się wolno, głęboko, jednocześnie kładąc obie dłonie na jej piersiach. Gniótł je czule, przeciągał kciukami po twardych sutkach, czasem szczypał je lekko, synchronizując każdy ruch bioder z pieszczotą piersi.
Ciało Zosi reagowało natychmiast i z całą pasją. Przy każdym pchnięciu sutki twardniały jeszcze bardziej pod jego palcami, a dreszcz biegł od piersi prosto w dół, do miejsca, gdzie był on. Brzuch wciągał się odruchowo, biodra unosiły się naprzeciw niego, a wewnętrzne ścianki cipki zaciskały się rytmicznie wokół jego trzonu, jakby chciały go zatrzymać przy każdym wycofaniu. Skóra pokryła się delikatną gęsią skórką, a oddech stał się płytki i urywany. Rozkosz nie była już punktowa – rozlewała się po całym ciele falami, łącząc wrażenia z piersi i z głębi jej wnętrza w jedną, narastającą całość.
Zosia uniosła ręce, chwyciła jego twarz i przyciągnęła do swoich ust. Pocałunek był mokry, głęboki, pełen języka i westchnień. Rafał nie przerywał delikatnych, zdecydowanych ruchów. Ich dłonie wędrowały swobodnie – ona po jego plecach, pośladkach, po napiętych mięśniach ramion; on po jej bokach, udach, po koronkach pończoch. Kiedy jego usta zjechały na jej szyję i zaczęły ssać wrażliwe miejsce tuż pod uchem, Zosia nie wytrzymała – westchnienia stały się głośniejsze, dłuższe, prawie śpiewne.
— Rafał… zaraz… zaraz dojdę… — wyszeptała mu w skórę, głos drżący od nadmiaru.
On uniósł głowę, spojrzał jej w oczy z czułym uśmiechem i pocałował ją znowu – namiętnie, z radością. Jednocześnie przyspieszył. Pchnięcia stały się szybsze, głębsze, wciąż jednak pełne kontroli i miłości. Ich ciała odnalazły idealną synchronizację – każde jego wejście spotykało się z uniesieniem jej bioder, każde westchnienie z jego niskim jękiem.
Orgazm dopadł ich w tej samej chwili.
Zosia poczuła, jak wszystko w środku najpierw zamiera na ułamek sekundy, a potem eksploduje serią gwałtownych, głębokich pulsacji. Mięśnie ud zesztywniały, plecy oderwały się od materaca w wysokim łuku, a paznokcie wpiły się w jego łopatki. Z gardła wyrwał się stłumiony, drżący dźwięk. W tej samej sekundzie Rafał wbił się w nią najgłębiej jak mógł i z niskim, przeciągłym jękiem zaczął się spuszczać. Jego kutas drgał w niej mocno, rytmicznie, a każdy puls jego orgazmu potęgował jej własne skurcze – jakby ich ciała napędzały się nawzajem. Widok jej twarzy w najwyższym napięciu, półprzymkniętych oczu i otwartych ust sprawił, że jego spełnienie stało się jeszcze intensywniejsze i dłuższe.
Kiedy ostatnie fale opadły, opadli na łóżko spleceni, wciąż połączeni, namiętnie się całując – wolniej, głębiej, z drżącymi oddechami. Rafał powoli się z niej wysunął. Zosia została leżeć z rozchylonymi udami. Z jej cipki, wciąż lekko otwartej i zaróżowionej, zaczęła wypływać gęsta, biała sperma. Najpierw pojawiła się jako powolna, kremowa kropla między wargami, potem spłynęła szerszą, lepką strużką po wewnętrznej stronie uda, pozostawiając błyszczącą, wilgotną ścieżkę na skórze i na czarnej koronce pończochy. Wargi były opuchnięte, lśniące od mieszaniny ich soków, a nasienie wciąż wolno sączyło się z niej, jakby jej ciało nie chciało oddać niczego, co od niego dostało.
Ciężko jeszcze oddychając, leżeli spleceni na zmiętej pościeli. Pot schłódł im na skórze, a powietrze w sypialni pachniało seksem i ciepłem ich ciał. Zosia przejechała palcami po piersi Rafała, rysując niewidzialne wzory.
— Kocham, kiedy jesteś we mnie — wyszeptała. — Wtedy naprawdę czuję się w pełni twoja. Jakbym w końcu trafiła na swoje miejsce.
Rafał odwrócił głowę i pocałował jej wilgotne skronie.
— A ja kocham, kiedy pokazujesz mi, że mnie pragniesz. Zanim cię poznałem… nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo potrzebuję takiej miłości. Takiej bliskości. Myślałem, że wystarczy mi to, co miałem. A ty mi pokazałaś, że żyłem półsłówkami.
Gładzili sobie nawzajem twarze – ona jego szczękę i usta, on jej policzki i powieki. Cicho, prawie nabożnie.
Po chwili Zosia uniosła nogę i spojrzała na pończochę. Czarna koronka i jedwabisty materiał były wyraźnie przemoczone – wilgotne od jej soków i jego spermy, która spłynęła po udzie. Parsknęła cichym chichotem.
— Chyba muszę kupić ich więcej… Te są już raczej do wyrzucenia.
Rafał uśmiechnął się krzywo, a jego dłoń zjechała po jej udzie, zatrzymując się na koronce.
— Twój widok w pończochach działa na mnie niesamowicie elektryzująco. Za każdym razem. Jakbyś wiedziała dokładnie, który przycisk we mnie nacisnąć.
Zosia spoważniała odrobinę. Przez moment gryzła dolną wargę, zbierając się na odwagę. Potem powiedziała bardzo cicho, prawie nieśmiało:
— Całe nasze zbliżenie było… niesamowite. Ale jest coś, co mnie szczególnie podnieciło. — Umilkła, a policzki spłonęły jej intensywnym rumieńcem. — Ten moment, kiedy pieściłeś mi… dziurkę w pupie.
Schowała twarz pod kołdrę, zostawiając na wierzchu tylko oczy i czoło. Głos dobiegł stamtąd stłumiony i zawstydzony:
— Słyszałam kiedyś o seksie analnym. I… bardzo jestem ciekawa, jakie to uczucie.
Rafał delikatnie ściągnął kołdrę z jej twarzy, żeby móc na nią patrzeć. Nie było w nim ani cienia kpiarstwa – tylko spokój i czułość.
— Ja też nigdy tego nie robiłem — przyznał szczerze. — Zawsze kojarzyło mi się to z intymnością, której nie dzieli się przy przygodnych znajomościach. Z czymś, co zostawia się dla kogoś naprawdę ważnego. A skoro ty jesteś ciekawa… to ja też z chęcią spróbuję. Z tobą. Kiedy będziesz gotowa.
Zosia nagle wyszczerzyła się figlarnie. Zanim zdążył zareagować, jej palce wpiły się mu pod pachy i zaczęły łaskotać bezlitośnie.
— To obiecaj! — śmiała się, nie dając mu wytchnienia. — Obiecaj, że zerżniesz mi dupkę!
Rafał wygiął się, broniąc się śmiechem, w końcu złapał jej nadgarstki, unieruchomił je nad głową i przygniótł ją własnym ciałem. Był ciężki, ciepły i wciąż trochę lepki od ich wcześniejszej bliskości.
— Poddaję się… — wyszeptała Zosia żartobliwie, patrząc mu prosto w oczy.
Rafał pochylił się i pocałował ją namiętnie, wciąż trzymając jej ręce. Potem przesunął usta do jej ucha i powiedział niskim, uwodzicielskim szeptem:
— Zerżnę cię zawsze tam, gdzie będziesz chciała. I tak, jak będziesz chciała.
Zanim zdążyła odpowiedzieć, szybko odwrócił ją na brzuch i dał siarczystego, dźwięcznego klapsa w prawy pośladek. Zosia pisnęła – mieszanina udawanego bólu i prawdziwego rozbawienia – i odwróciła głowę, szukając jego ust. Pocałowała go mokro i głęboko.
— Kocham cię — powiedziała mu w usta.
— Ja ciebie — odparł, gładząc miejsce, w które przed chwilą uderzył. — Najcudowniejszą istotę pod słońcem.
Ułożyli się znowu na boku, twarzą w twarz, spleceni nogami i ramionami. Rozmawiali jeszcze cicho – o niczym i o wszystkim, o Turcji, o jutrzejszych zakupach, o tym, jak bardzo są zmęczeni i szczęśliwi jednocześnie. Głos Zosi stawał się coraz cichszy, coraz bardziej senny. W pewnym momencie po prostu urwał się w połowie zdania. Zasnęła, z ustami lekko rozchylonymi i dłonią spoczywającą na jego piersi.
Rafał przez dłuższą chwilę tylko patrzył. Pogładził jej policzek, złożył delikatny pocałunek na czole, potem na powiece, potem na kąciku ust. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, otulił ramieniem i sam zamknął oczy, wciąż wpatrując się w jej uśpioną twarz z cichym, absolutnym zachwytem. Sen przyszedł szybko.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz