Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!

Historia Kopciuszka po warszawsku cz. 10

Historia Kopciuszka po warszawsku cz. 10Było bardzo rano. Budzik w telefonie Rafała zaczął brzęczeć niemiłosiernie – ostry, nieustępliwy dźwięk, który rozerwał ciszę sypialni. Oboje poderwali się jednocześnie. Rafał sięgnął po telefon jedną ręką, drugą już szukając szlafroka. Zosia zrobiła to samo. On narzucił gruby, ciemny puchowy szlafrok, ona – krótki, jedwabny, w kolorze kremowym, który ledwo zasłaniał pośladki i odsłaniał całe zgrabne nogi. Cmoknęli się krótko, sennie, w usta.
— Dzień dobry — mruknął Rafał.
— Dzień dobry — odszepnęła Zosia.
Wyszli na korytarz. Zosia już kierowała się w stronę pokoju Basi, kiedy drzwi naprzeciwko otworzyły się i stanęła w nich sama zainteresowana. Miała na sobie tylko króciutką, białą koszulkę nocną, która przy najmniejszym ruchu podjeżdżała tak wysoko, że widać było całą linię bioder i dolną część pośladków.
— Ja też już wstałam — oznajmiła z zadowoleniem, przeciągając się.
Rafał uniósł ręce w uspokajającym geście, starając się przejąć kontrolę nad nadchodzącym chaosem.
— Śniadanie możecie zjeść w samolocie, jeśli nikt nie umrze z głodu do tej pory. Teraz tylko szybki prysznic i obie panienki grzecznie się ubierają. Bez dyskusji.
Basia nie słuchała. Z radośnym piskiem rzuciła się na Zosię, objęła ją w pasie i zaczęła podskakiwać wokół niej, ciągnąc siostrę w niedbały, dziecięcy taniec. Zosia najpierw się zaśmiała, a potem poddała – chwyciła Basię za ręce i obie zaczęły podskakiwać po korytarzu, śmiejąc się głośno, rozczochrane, szczęśliwe.
Rafał stał oparły o framugę i patrzył. Dwie młode, piękne, rozpromienione dziewczyny. Zosia w jedwabnym szlafroczku, który przy każdym podskoku rozchylał się niebezpiecznie. I nagle zauważył. Basia pod koszulką była całkowicie naga. Kiedy podskakiwała, materiał unosił się na tyle, że widać było gładkie pośladki i, na ułamek sekundy, jasną linię cipki. Zosia, pochłonięta radością, też nie zdawała sobie sprawy, że jej własny szlafrok odsłania wszystko – pośladki, biodra, wilgotną jeszcze od snu szparkę. Połączony widok obu cipek, obu par ud, obu ciał w ruchu sprawił, że kutas Rafała drgnął i zaczął się niebezpiecznie twardnieć pod puchowym szlafrokiem.
— Prysznic — rzucił ochryple, już odwracając się w stronę łazienki. — I ubierać się. Szybko. Obie.
Po dwudziestu kilku minutach wszyscy troje stanęli w salonie – czyści, ubrani, pachnący pastą do zębów i lekkimi perfumami. Rafał miał na sobie grafitowe szorty, zwykły biały t-shirt, krótkie skarpetki i wygodne buty. Wyglądał swobodnie i drogo jednocześnie.
Basia wyszła z rozpuszczonymi, lekko wilgotnymi jeszcze włosami. Na czubku głowy zatknięte miała czarne okulary przeciwsłoneczne. Biały, mikroskopijny top bez ramiączek obcisnął jej piersi tak mocno, że było absolutnie jasne, iż nie ma pod spodem biustonosza – sutki wyraźnie rysowały się pod materiałem. Króciutkie, postrzępione na nogawkach dżinsowe szorty siedziały nisko na biodrach, a ponad ich linią wystawała delikatna koronka białych stringów. Na stopach białe skarpetki i czyste sneakersy.
Zosia również zostawiła włosy rozpuszczone. Też zrezygnowała z biustonosza. Pastelowożółta sukienka miała spory, sięgający niemal do połowy piersi dekolt, w którym zawieszone były jej okulary przeciwsłoneczne. Materiał opinał każde wybrzuszenie i wcięcie jej ciała, a dół kończył się zaledwie kilka centymetrów poniżej pośladków. Na stopach białe skarpetki i trampki. Twarz miała całkowicie bez makijażu – świeżą, rozświetloną, piękną.
Rafał patrzył na nie obie i przez moment zapomniał, jak się oddycha. Wyglądały jak dwie młode modelki tuż przed sesją – swobodne, naturalne i jednocześnie rażąco seksowne.
Właśnie wtedy rozległ się dzwonek do drzwi. Rafał ocknął się i poszedł otworzyć. Na korytarzu stał pan Michał, firmowy kierowca – mężczyzna po czterdziestce w ciemnym polo z logo spółki. Wszedł, zobaczył obie dziewczyny i niemal potknął się o własną nogę. Szybko jednak odzyskał profesjonalny wyraz twarzy i razem z Rafałem zajął się walizkami.
Zjechali windą do garażu. Michał sprawnie spakował bagażnik czarnego firmowego minibusa. Rafał, Zosia i Basia wsiedli do przestronnego przedziału pasażerskiego – Zosia przy oknie, Rafał obok niej, Basia naprzeciwko. Kiedy drzwi się domknęły, Rafał położył dłoń na udzie Zosi, a Basia, zakładając okulary przeciwsłoneczne, puściła do nich obu krótkie, figlarne spojrzenie spod rzęs.
Kierowca odpalił silnik. Minibus ruszył miękko w stronę lotniska.
Droga na lotnisko przebiegała sprawnie i prawie bez słów. Obecność kierowcy za przegrodą krępowała ich na tyle, że rozmowa ograniczała się do pojedynczych zdań. Za to spojrzenia krzyżowały się nieustannie – elektryzujące, ciężkie, pełne niedopowiedzeń.
Rafał siedział przy Zosi. Jego dłoń spoczywała na jej nagim udzie tuż poniżej rąbka żółtej sukienki i powoli, prawie nieświadomie, gładziła skórę kciukiem. Zosia przy pierwszym dotknięciu mocno zacisnęła uda. Delikatne drżenie, które przeszło po jej mięśniach, powiedziało mu wszystko. Była mokra. Podniecona do granic. Przytuliła głowę do jego ramienia, a jej ciepły oddech muskał skórę tuż przy kołnierzyku t-shirtu. Rafał czuł, jak jego kutas boleśnie twardnieje, napinając materiał szortów w wyraźne, niemożliwe do ukrycia wybrzuszenie. Starał się nie patrzeć w stronę Basi, ale to było ponad jego siły.
Basia rozparła się swobodnie na fotelu naprzeciwko, z nogami lekko rozchylonymi, nosem w telefonie. Smukłe, opalone uda miała wystawione w całej okazałości. Biały top obcisnął jej piersi tak, że twarde sutki wyraźnie przebijały przez cienki materiał. Co jakiś czas unosiła wzrok i wtedy ich troje spojrzeń stykało się na ułamek sekundy zbyt długo.
Zosia tuliła się do Rafała, walcząc z własnym ciałem. Wiedziała, że wystarczy kilka rytmicznych napięć ud, a dojdzie tu, w samochodzie, w milczeniu. Ręka Rafała, jego zapach, ciepło, sposób, w jaki spoglądał na nią spod półprzymkniętych powiek – wszystko to doprowadzało ją do szaleństwa. A jednocześnie nie mogła oderwać oczu od Basi. Od tych sterczących sutków, od linii bioder, od koronki stringów wystającej ponad szorty. Nigdy wcześniej żadna kobieta nie pociągała jej fizycznie. Teraz robiła się mokra na sam widok własnej siostry. To powinno było być chore. A jednak czuła się z tym przerażająco dobrze.
Basia udawała, że przewija coś w telefonie, ale palec tylko bezwiednie przesuwał się po ekranie. Fale podniecenia zalewały ją jedna po drugiej. Wszystkie tłumione przez lata pragnienia domagały się ujścia naraz. Widziała zaciśnięte uda Zosi, sposób, w jaki sukienka obcisnęła jej biodra, i wyraźne wybrzuszenie pod szortami Rafała. Wyobraźnia podsuwała obrazy jedna za drugą: jak zsuwa mu te szorty i bierze jego nabrzmiałego kutasa głęboko do ust; jak klęka przed Zosią, ściąga jej majtki i wbija język w mokrą, gorącą szparkę. Chciała jednego i drugiego tak mocno, że bała się poruszyć. W jej osiemnastoletniej głowie nie było już miejsca na tabu, na pokrewieństwo, na konsekwencje. Zostało tylko czyste, palące pragnienie.
Na szczęście minibus zwolnił i zatrzymał się pod terminalem. Każde z nich wysiadło z wyraźną ulgą, jakby kabina stała się nagle zbyt ciasna.
— A bagaże? — wyrwało się Basi, kiedy kierowca już zamykał drzwi.
— Michał ogarnie odprawę i dostarczy je prosto do samolotu — odparł Rafał, kładąc dłoń na dolnej części pleców Zosi.
Weszli do hali odlotów. Pełnia sezonu – wszędzie ciągnęły się ogromne kolejki, wozy z bagażami, głosy w różnych językach. Rafał poprowadził je jednak prosto do oznaczonego złotymi literami pasażu VIP. Kontrolę graniczną przeszli bez czekania. Młoda pani sierżant straży granicznej tylko uśmiechnęła się, rzuciła okiem na dokumenty i życzyła miłych wakacji.
Kiedy wyszli na drugą stronę, Zosia parsknęła cichym śmiechem.
— Pierwszy raz w życiu byłam VIPem.
Rafał przyciągnął ją do siebie i pocałował w skroń. Basia w tym czasie już robiła im zdjęcia – najpierw wspólne, potem serię selfie, na których wszystkie troje śmiali się do obiektywu, a w tle majaczyły luksusowe salony.
Kolejny, jeszcze mniejszy samochód zabrał ich prosto na płytę lotniska. Po kilku minutach stanęli przed schodkami białego odrzutowca. Samolot nie był duży – w standardowej konfiguracji brał trzydzieści osób, w wersji VIP oferował dwadzieścia miejsc w warunkach zdecydowanie bardziej kameralnych.
Basia nie dała im przejść od razu.
— Stójcie! — zawołała, cofając się o kilka kroków z telefonem. Zrobiła Rafałowi i Zosi kilka ujęć, po czym podbiegła i wcisnęła telefon Rafałowi. — Teraz my.
Stanęły objęte w pasie, nachylone ku sobie, roześmiane, z włosami rozwianymi lekkim podmuchem. Żółta sukienka Zosi i biały top z krótkimi szortami Basi wyglądały w porannym słońcu niemal prowokująco. Rafał zrobił kilka zdjęć, starając się skupić na kadrze, a nie na tym, jak materiał obcisnął ich ciała.
— Gotowe — powiedział ochryple.
Schody do samolotu były strome i wąskie. Rafał przepuścił najpierw Basię, potem Zosię, a sam szedł za nimi, mając na wysokości oczu najpierw pośladki Basi w obcisłych szortach, a chwilę później – te Zosi, ledwo zasłonięte rąbkiem sukienki. Każdy stopień tylko potęgował napięcie, które wiozły ze sobą z samochodu.
Weszli na pokład.
Na pokładzie powitał ich pilot – pan Kamil, mężczyzna po czterdziestce o spokojnym, profesjonalnym uśmiechu – oraz pani Martyna, personel pokładowy. Martyna była młoda, zadbana, ubrana w elegancki, ciemny kostium firmowy. Rafał przedstawił je krótko. Zosia od razu wychwyciła to coś między pilotem a Martyną – sposób, w jaki ich spojrzenia zetknęły się na ułamek sekundy za długo, jakby dzielili prywatny sekret. Drugi pilot już siedział w kokpicie i rozgrzewał silniki.
Zaraz za wejściem znajdował się niewielki przedział z aneksem kuchennym i zabudowaną lodówką – wyraźne królestwo Martyny. Potem wąskie drzwi do toalety i wreszcie główna kabina pasażerska. Po obu stronach ustawiono cztery stoliki, a przy każdym po cztery szerokie, skórzane fotele w kolorze kremowym. Dodatkowo bliżej ogona znajdowały się jeszcze po dwa fotele bez stolików. Wszystko pachniało nową skórą i lekkim zapachem klimatyzacji.
Rafał podszedł do kolejnych drzwi w głębi kabiny i otworzył je.
— A tu… na wszelki wypadek.
Za drzwiami znajdowała się niewielka, ale starannie urządzona sypialnia z szerokim łóżkiem, przykrytym białą pościelą, i zasłoniętymi okienkami. Basia wydała z siebie ciche „wow”, a Zosia tylko uniosła brwi, rzucając Rafałowi znaczące spojrzenie.
Rafał zamknął drzwi i zwrócił się do Martyny:
— Jak tylko wejdziemy na pułap przelotowy, proszę o kawę i lekkie śniadanie dla nas trojga.
— Oczywiście — odparła Martyna z uśmiechem i zniknęła w swoim aneksie.
Z głośników rozległ się spokojny głos Kamila:
— Proszę zapiąć pasy. Za chwilę zaczynamy kołowanie.
Samolot ruszył. Dla Zosi i Basi był to pierwszy raz w życiu, kiedy siedziały w samolocie. Obie niemal przykleiły się do okien. Rafał siedział obok  Zosi i obserwował je z cichym rozbawieniem. Samolot nabierał prędkości na pasie startowym. Wibracje przeszły w mocne drżenie, a kiedy koła oderwały się od betonu, Zosia wydała z siebie krótki, zachwycony pisk. Basia złapała ją za rękę.
— Patrz, patrz! Warszawa… ojej, jak mała!
— A Wisła! I Stadion!
Komentowały wszystko gorączkowo, wskazując palcami, śmiejąc się, co chwilę odwracając się do Rafała, jakby chciały się upewnić, że on też to widzi. On tylko kiwał głową i uśmiechał się, kciukiem powoli gładząc grzbiet dłoni Zosi.
Po kilku minutach poniżej rozciągał się już tylko biały, puszysty ocean chmur. Dziewczyny w końcu odchyliły się od okien, wciąż rozpromienione. Właśnie wtedy pojawiła się Martyna z tacą. Postawiła przed nimi kawę w porcelanowych filiżankach, tosty, małe kanapki z łososiem i awokado oraz talerzyk z ciastkami. Uśmiechnęła się profesjonalnie i wycofała, zamykając za sobą drzwi aneksu.
Jedli w skupieniu. Każde z nich zdążyło już rozpiąć pasy i naprawdę zgłodnieć. Rozmowa była lekka – o tym, jak dziwnie wygląda ziemia z góry, o tym, czy w Antalyi będzie upał, o tym, że Basia boi się, iż spali się na czarno. Unikali zbyt długich spojrzeń. Napięcie z samochodu wciąż wisiało w powietrzu, tylko teraz było starannie maskowane grzecznymi uśmiechami i podawaniem sobie serwetek.
Kiedy talerze opustoszały, Basia ziewnęła szeroko, podciągnęła nogi na fotel i w ciągu kilku minut po prostu zasnęła, z głową opartą o boczną poduszkę. Rafał wstał, zdjął z półki lekki koc i delikatnie otulił nią dziewczynę aż po ramiona. Basia nawet nie drgnęła.
Wrócił na swoje miejsce. Teraz, kiedy młodsza siostra spała, a Martyna była zajęta w aneksie, powietrze między nim a Zosią znowu zgęstniało. Rafał sięgnął dłonią i położył ją na nagim udzie Zosi, tuż poniżej rąbka żółtej sukienki. Palce zaczęły powoli, prawie niepozornie, muskać skórę – od kolana w górę, potem z powrotem, coraz bliżej wewnętrznej strony. Zosia wciągnęła ostro powietrze, ale nie odsunęła się. Przeciwnie – lekko rozchyliła uda, dając mu milczącą zgodę.
Rafał skorzystał z zaproszenia bez wahania. Dłoń zsunęła się wyżej po wewnętrznej stronie uda Zosi i spoczęła na wilgotnym materiale majteczek. Były już całkowicie przemoczone. Zosia wciągnęła ostro powietrze, a jej własna ręka od razu znalazła się na jego krocze. Przez szorty wyczuwała twardy, pulsujący kształt. Zaczęła masować go powoli, mocno, czując, jak jeszcze bardziej twardnieje pod jej palcami. Oboje oddychali głośno, głęboko, starając się nie wydać żadnego głośniejszego dźwięku.
Nagle Zosia poderwała wzrok i spojrzała w stronę drzwi sypialni na końcu kabiny. W oczach miała czysty, wygłodniały błysk.
— To jest właśnie ten „wszelki wypadek”? — zapytała bardzo cicho.
Rafał zachował całkowitą powagę, choć kąciki ust mu drgały.
— Zdecydowanie jest to wszelki wypadek.
Zachichotali jak para nastolatków, które właśnie wymknęły się dorosłym. Zerwali się z foteli i prawie biegiem przemknęli do sypialni. Drzwi zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. Rafał przekręcił zamek i odwrócił się.
Zosia już stała przy łóżku. Zadarła żółtą sukienkę aż po talię i jednym ruchem ściągnęła przemoczone stringi. Rzuciła je na podłogę, opadła plecami na materac i szeroko rozłożyła uda. Cipka lśniła od wilgoci, wargi były opuchnięte i ciemniejsze niż zwykle. Spojrzała na niego z udawaną nieśmiałością.
— Zrób ze mną, co chcesz. Jestem twoja.
Rafał ściągnął szorty razem z bokserkami. Jego kutas poderwał się ciężki, ciemny,  pokryty żyłami. Położył się na niej, wcisnął się między jej uda i pocałował gorączkowo. Zosia w trakcie pocałunku sięgnęła w dół, złapała go u nasady i sama przyłożyła główkę do swojego wejścia. Rafał szarpnął biodrami i wszedł jednym, mocnym pchnięciem aż do końca.
Jęknęli oboje w usta sobie nawzajem.
Zosia oplatała go już nogami i szeptała między pocałunkami:
— Dojdę… chyba po kilku ruchach… nie dam rady…
Rafał zaczął się poruszać – niecierpliwie, a jednocześnie z dziwną delikatnością. Łóżko było wąskie, więc ich ciała przylegały do siebie na całej długości. On opierał się na przedramionach, żeby nie zmiażdżyć jej ciężarem, a biodra pracowały krótkimi, głębokimi ruchami. Zosia miała głowę odchyloną, usta otwarte, sukienkę zmiętą pod piersiami. Rafał widział, jak jego kutas znika w niej po nasadę i jak jej wargi rozciągają się wokół niego za każdym razem, gdy się cofa.
Dla Zosi każde pchnięcie było jak fala gorąca rozlewająca się od środka na całe ciało. Była tak mokra i tak gotowa, że tarło było idealne – śliskie, głębokie, wypełniające. Czuła każdą żyłę na jego trzonie, każde uderzenie jąder o jej pośladki. Ścianki zaciskały się same, jakby chciały zatrzymać go w sobie na zawsze.
Rafał tonął w jej cieple. Cipka Zosi była ciasna, aksamitna i tak mokra, że słychać było ciche, rytmiczne odgłosy przy każdym ruchu. Zaciskała się na nim falami, szczególnie kiedy unosiła biodra naprzeciw niego. Widok jej twarzy – zarumienionej, z półprzymkniętymi oczyma i gryzącą dolną wargę – doprowadzał go do szału.
Zosia oplatała go udami coraz mocniej. Całowali się bez przerwy – mokro, nieporadnie, z zębami i językami. W pewnym momencie jej oddech zupełnie się złamał.
Orgazm przyszedł gwałtownie i bez ostrzeżenia. Zosia sztywno wygięła się pod nim, usta otworzyły się w milczącym krzyku, a wnętrze zaczęło bić serią silnych, rytmicznych skurczów. Nie były to już delikatne fale – to były głębokie, prawie bolesne spazmy, które przechodziły od cipki przez brzuch aż po uda. Palce wpiły się w jego plecy, a pięty wcisnęły się w jego pośladki, przyciągając go jeszcze głębiej. Przez kilka sekund nie mogła złapać powietrza.
Rafał poczuł te skurcze i stracił resztki kontroli. Przyspieszył, wbił się po brzegi i z niskim, stłumionym jękiem zaczął się spuszczać. Zosia wyraźnie czuła każdy puls – gorące, gęste uderzenia spermy rozlewające się głęboko w środku, wypełniające ją, ciepłe i lepkie. Każdy kolejny wytrysk wywoływał u niej dodatkowy, mniejszy skurcz, jakby jej ciało chciało wyssać z niego wszystko.
Opadli na materac spoceni, dyszący, wciąż połączeni. Całowali się wolniej, głębiej, z ciągłym głodem.
Zosia nagle parsknęła cichym śmiechem w jego usta.
— To był… niesamowity wszelki wypadek.
Rafał parsknął śmiechem razem z nią, wciąż jeszcze w niej.
— Najlepszy, jaki miałem.
Zosia pogładziła go po wilgotnych włosach, a jej głos stał się nagle nostalgiczny.
— Jakie to dziwne… Jeszcze niedawno byłam dziewicą. A teraz uprawiam dziki seks kilka kilometrów nad ziemią.
Rafał pocałował ją czule w czubek nosa.
— Dla mnie też pierwszy raz. W powietrzu. — Przesunął ustami do jej ucha. — Z tobą można podbijać niebiosa.
Zosia zaśmiała się cicho.
— Ty wszystko traktujesz dosłownie.
Powoli, niechętnie się rozłączyli. Ubierali się w milczeniu, poprawiając włosy, otarłszy się wzajemnie wilgotnymi chusteczkami, które Rafał znalazł w szafce. Kiedy byli już względnie przyzwoici, Rafał przyciągnął ją jeszcze raz do długiego, namiętnego pocałunku. Potem odblokował drzwi i wyszli z powrotem do głównej kabiny – na zewnątrz wciąż tylko chmury, a Basia spała owinięta kocem dokładnie tak, jak ją zostawili.
Wyszli z sypialni starając się wyglądać na zupełnie zwyczajnie. Basia jednak ich zaskoczyła. Leżała nadal pod kocem, ale oczy miała szeroko otwarte i patrzyła na nich badawczo, z wyraźnym, rosnącym uśmiechem. Kiedy usiedli, puściła do obojga szerokie, szelmowskie oczko.
Rafał i Zosia spojrzeli po sobie i jednocześnie spłonęli rumieńcem. Basia oparła brodę na dłoni i oświadczyła zadowolona:
— Drzwi do sypialni wcale nie są dźwiękoszczelne. Tak tylko mówię.
Przez sekundę panowała absolutna cisza. Potem Rafał i Zosia po prostu wybuchnęli śmiechem – najpierw nerwowym, potem szczerym i głośnym. Basia nachyliła się nad stolikiem, ściszając głos do konspiracyjnego szeptu:
— Nieźle dokazywaliście. I w sumie… całkiem miło się tego słuchało.
Rafał zasłonił twarz dłonią i jęknął teatralnie:
— Jedna mnie uwodzi, druga podsłuchuje. Jestem skończonym człowiekiem.
Zosia poczuła, jak mimo dopiero co przeżytego orgazmu nowa, gorąca fala rozlewa się między jej udami. Basia tym samym cichym, figlarnym tonem kontynuowała:
— A w ogóle to nie tylko wy się zabawialiście. Obudziłam się, strasznie chciało mi się pić, więc poszłam cicho do aneksu. Otworzyłam drzwi… i zobaczyłam, jak Martyna obciąga Kamilowi. On oparty o blat, ona na kolanach. Wyglądało to naprawdę gorąco. Nie zauważyli mnie, więc im nie przeszkadzałam.
Rafał tylko wzruszył ramionami, wciąż rozbawiony.
— Dopóki wywiązują się ze swoich obowiązków, nie zamierzam wnikać w ich relacje. Życie toczy się dalej.
Zosia, która przez chwilę milczała, nagle uniosła wskazujący palec w stronę okna.
— Hej… za oknem już nie ma chmur.
Wszyscy troje odwrócili się. Pod nimi rozciągała się intensywnie błękitna toń Morza Egejskiego usiana zielonymi, skalistymi wyspami. Słońce odbijało się od wody tysiącami iskier. Basia i Zosia niemal przykleiły się do szyb, komentując każdy kolejny fragment wybrzeża, każdą zatokę, każdy biały punkcik mijanej łodzi. Rafał siedział nieco z tyłu i obserwował ich zachwyt z cichym uśmiechem, co jakiś czas pozwalając sobie na dłuższe spojrzenie na odsłonięte uda obu sióstr.
Rozmowa potoczyła się swobodnie – o tym, jak ciepło musi być na dole, o tym, czy hotel ma prywatną plażę, o tym, że Basia koniecznie chce spróbować prawdziwych tureckich lodów. Napięcie wciąż tliło się pod powierzchnią, ale na razie wszyscy troje jakby milcząco zgodzili się je odłożyć.
Z głośników rozległ się spokojny głos Kamila:
— Proszę zapiąć pasy. Za kilka minut rozpoczynamy podejście do lądowania w Antalyi.
Samolot zaczął tracić wysokość. Kiedy wreszcie koła dotknęły betonu z charakterystycznym, twardym uderzeniem, Basia i Zosia jednocześnie podskoczyły na fotelach z cichym piskiem przestrachu. Rafał wybuchnął szczerym śmiechem.
— To tylko lądowanie, nie katastrofa.
Czekali, aż podłączą schodki. Martyna pojawiła się z profesjonalnym uśmiechem (ani ona, ani Kamil nie zdradzali najmniejszym drgnieniem, że coś się między nimi działo) i otworzyła drzwi wyjściowe. Wewnątrz kabiny od razu zrobiło się cieplej.
Zosia podeszła pierwsza do progu. Stanęła w otwartych drzwiach i pozwoliła, by uderzyło w nią gorące, gęste, pachnące solą i pyłem powietrze Antalyi. Przymknęła na sekundę oczy, wciągając je głęboko. Potem powoli, trzymając się poręczy, zaczęła schodzić po metalowych schodach na rozgrzaną płytę lotniska.

Dodaj komentarz