
Zamiast pchać się głównym wejściem, obszedł budynek dookoła. Ogród, o który mama dbała z prawdziwą pasją, wyglądał jak zawsze oszałamiająco. Szerokie, idealnie przystrzyżone trawniki przechodziły w rabaty pełne róż w odcieniach od delikatnego różu po głęboką czerwień. Po południowej stronie rosły egzotyczne jak na polskie warunki oleandry i lawenda, która właśnie kwitła, wypełniając powietrze intensywnym, słodkawym zapachem. W głębi majaczyły młode oliwki w donicach, a dalej – pergola porośnięta winoroślą i białymi powojnikami. Na skraju posesji, tuż przed linią lasu, stał mały staw z liliami wodnymi i kilkoma karpiami koi, które mama sprowadziła specjalnie. Kamienne ścieżki wiły się między rabatami, a w kilku miejscach ustawione były ławki z kutego żelaza. Całość wyglądała bardziej jak fragment jakiegoś śródziemnomorskiego ogrodu niż typowa lubelska działka.
Maks wszedł tylnymi schodami na piętro, licząc, że zdąży się odświeżyć i przebrać, zanim ktokolwiek go zobaczy. Korytarz był cichy. Kiedy przechodził obok pokoju Tosi, nagle zatrzymał się. Zza drzwi dobiegały wyraźne, stłumione odgłosy – jęki, mokre dźwięki, ciężki oddech. Ktoś tam wyraźnie uprawiał seks.
Zmarszczył brwi. Nie wiedział, że siostra ma chłopaka. Ostrożnie przyłożył ucho do drzwi. Słyszał wyraźniej – wysokie, kobiece westchnienia, rytmiczne odgłosy ciał, ale… żadnego męskiego głosu. Żadnego niskiego jęku. Tylko dwie, wyraźnie kobiece tonacje. Jego kutas natychmiast, boleśnie wypełnił spodnie. Przełknął ślinę, stał jeszcze chwilę, słuchając, po czym z cichym westchnieniem oderwał się i poszedł do swojego pokoju.
Zamknął drzwi, zrzucił ubranie, umył się szybko pod prysznicem. Założył czystą koszulę i spodnie, ale wyobraźnia nie dawała mu spokoju. Odgłosy z pokoju siostry wciąż krążyły mu po głowie – te kobiece jęki, te mokre dźwięki. W końcu z rezygnacją wszedł do łazienki przy swoim pokoju, rozpiął rozporek i wyjął już twardego, pulsującego kutasa.
Stanął przed umywalką, jedną ręką oparł się o blat, drugą objął trzon. Zaczął się masturbować – najpierw wolno, dokładnie, przeciągając kciukiem po główce, zbierając pojawiające się krople. Potem szybciej. Myślał o tym, co słyszał za drzwiami: o dwóch dziewczynach, o ich oddechach, o tym, jak mogły wyglądać splecione na łóżku siostry. Dłoń pracowała rytmicznie, ślizgała się po napiętej skórze, jądra unosiły się. Oddychał coraz ciężej przez nos, starając się być cicho. W końcu biodra szarpnęły się do przodu i wytrysnął – gęste, białe strugi spłynęły prosto do umywalki, jedna za drugą, długo i intensywnie.
Odetchnął głęboko. Spłukał spermę wodą, obmył penisa, starannie wytarł dłonie i zapiał rozporek. Spojrzał na siebie w lustrze – wciąż lekko zarumieniony, ale już względnie opanowany. Wyszedł z pokoju i zszedł schodami do salonu.
Popołudnie w salonie upływało spokojnie i coraz swobodniej. Po emocjonalnej rozmowie o przeszłości Zosi atmosfera zrobiła się cieplejsza, prawie rodzinna. Adrianna nalała wszystkim herbaty, Jakub otworzył butelkę wina, a rozmowa naturalnie zeszła na przyszłość.
— To wspaniale, że zamierzasz studiować — powiedziała Adrianna, patrząc na Zosię z wyraźnym uznaniem. — Prawo to poważna sprawa. Widać po tobie, że jesteś niebywale inteligentna i bystra. Naprawdę. Cieszę się, że Rafał znalazł sobie taką dziewczynę.
Jakub skinął głową, oparł się wygodniej na kanapie i dodał z lekkim, ojcowskim uśmiechem:
— A do tego piękna. Syn nie mógł lepiej trafić. Naprawdę nie mógł.
Adrianna szturchnęła męża kuksańcem w bok, udając oburzenie.
— Jakub, nie zawstydzaj dzieci. Siedzą tu czerwone jak buraki.
Zosia rzeczywiście miała lekko zaróżowione policzki. Rafał tylko zaśmiał się cicho, objął ją mocniej w pasie i przyciągnął do siebie.
— Mama ma rację, że nie trzeba mnie zawstydzać — powiedział, patrząc Zosi prosto w oczy. — Ale tato też ma rację. Nie mógłbym lepiej trafić.
Zosia wtuliła się w niego, czując ciepło jego ciała przez cienką sukienkę. Dłoń Rafała spoczywała na jej biodrze, kciuk co jakiś czas muskał skórę tuż nad linią majteczek – dyskretnie, ale wystarczająco, by przypomnieć jej o wszystkim, co działo się między nimi wcześniej tego dnia.
Właśnie wtedy usłyszeli kroki na schodach. Zosia uniosła wzrok.
Po schodach schodził młody mężczyzna. Był wyraźnie młodszą, nieco bardziej wysportowaną kopią Rafała – te same jasne włosy, podobny kształt twarzy, te same jasne oczy, tylko rysy jeszcze trochę ostrzejsze, a postawa bardziej wojskowa. Ubrany w czystą koszulę i ciemne spodnie, wyglądał świeżo, choć w spojrzeniu miał coś, czego Zosia nie umiała od razu nazwać. Domyśliła się natychmiast kim jest.
Jakub wstał i zrobił gest dłonią.
— A oto i Maks. Synu, to Zosia – dziewczyna Rafała. Zosiu, to Maksymilian, nasz młodszy syn.
Maks zszedł ostatnie stopnie, podszedł bliżej i wyciągnął rękę do Zosi. Uśmiechnął się grzecznie, choć wzrok na ułamek sekundy musnął jej dekolt i linię bioder, zanim wrócił do oczu.
— Miło mi poznać — powiedział niskim, spokojnym głosem.
Zosia ujęła jego dłoń.
— Wzajemnie.
W tym samym momencie z piętra dobiegły lekkie kroki i śmiech. Basia i Tosia właśnie schodziły do salonu – ubrane, z poprawionymi włosami, ale z policzkami wciąż podejrzanie mocno zaróżowionymi.
Maks stał w salonie, wciąż pod wrażeniem naturalnego uroku dziewczyny swojego starszego brata. Zosia była piękna w sposób, który trudno było zignorować – pewna siebie, ciepła, z jasnymi włosami i spojrzeniem, które potrafiło jednocześnie uspokajać i przyciągać uwagę. Zanim zdążył jednak dłużej się nad tym zastanowić, z piętra dobiegły lekkie kroki i śmiech.
Odwrócił się gwałtownie.
Po schodach schodziły dwie dziewczyny. Tosia – jego siostra – w pastelowozielonej sukience, rude włosy rozpuszczone, uśmiechnięta jak zawsze. A obok niej... Różowa sukienka obcisnęła jej biodra i piersi, blond włosy spływały swobodnie na ramiona, a w ruchu miała coś lekkiego i jednocześnie bardzo kobiecego. Maks poczuł, jak wzrok przykleja mu się do niej bez jego zgody. Patrzył za długo. Za nachalnie. Zorientował się dopiero wtedy, kiedy Tosia stanęła na dole i z szerokim uśmiechem odezwała się:
— Maks, to Basia. Siostra Zosi. I – co ważne – moja nowa przyjaciółka.
Basia wyciągnęła rękę, uśmiechając się nieśmiało, ale szczerze.
— Cześć.
Maks ujął jej dłoń. Skóra była ciepła i gładka. Puścił ją odrobinę później, niż powinien.
— Miło mi.
Wszyscy usiedli. Atmosfera zrobiła się nieco swobodniejsza. Maks opowiedział krótko o drodze powrotnej, o korkach pod Lublinem i o tym, że cieszy się, iż zdążył na kolację. Potem spojrzał na Rafała i parsknął śmiechem.
— No i w końcu się ogarnąłeś, bracie. Dziewczyna, dom, normalne życie. Szacun.
Rafał uniósł brwi z rozbawieniem, a Zosia lekko się zarumieniła. Tosia nie dała jednak tematowi umknąć.
— A ty? Masz już kogoś?
Maks pokręcił głową i zaśmiał się, odrobinę zbyt głośno.
— Jeszcze nie. Nie poznałem właściwej dziewczyny.
Kiedy to mówił, spojrzenie samo uciekało w stronę Basi. Raz, drugi, trzeci. Basia zauważyła. Nie odwróciła wzroku od razu. Tylko uniosła delikatnie kącik ust.
Po chwili Adrianna wstała, wsparła dłonie na biodrach i oświadczyła:
— Pora, żebym zajęła się obiadem. Albo raczej kolacją, jak kto woli.
Tosia, Zosia i Basia niemal jednocześnie zaoferowały pomoc, ale Adrianna tylko machnęła ręką.
— Jeszcze będziecie miały okazję. Teraz na pewno jesteście zmęczeni po drodze. Idźcie się odświeżyć. Wypocznijcie chwilę.
Rafał wstał, żeby przynieść bagaże z samochodu. Tosia złapała Basię i Zosię za ręce.
— Chodźcie, pokażę wam pokój gościnny. Basia będzie spała u mnie… znaczy, w gościnnym. A wy dwoje – spojrzała znacząco na Zosię i Rafała – pewnie i tak wolicie być razem.
Zosia parsknęła śmiechem, poprawiając sukienkę.
— W sumie nie wiedziałam, jakie panuje u was podejście do takich spraw. Nie przyjmowałam za pewnik, że będziemy z Rafałem spać w jednej sypialni.
Tosia przewróciła oczami z szerokim uśmiechem.
— W tym domu wszyscy są dorośli. I nikt nie jest zacofany. Chodźcie.
Pociągnęła obie dziewczyny w stronę schodów. Maks odprowadzał je wzrokiem i nie był w stanie oderwać oczu od pupy Basi poruszającej się pod różowym materiałem. Dopiero chrząknięcie ojca przywróciło go do rzeczywistości.
Jakub stał obok, z rękami w kieszeniach, i patrzył na syna poważnie, choć bez surowości.
— Widzę, że Basia ci się spodobała.
Maks przełknął ślinę.
— Tato…
— Jeżeli masz poważne zamiary – dobrze. Ale jeżeli myślisz tylko o zabawie, to nie wprowadzaj zamętu. Nie w tym domu. Nie teraz.
Maks wziął głęboki wdech. Spojrzał jeszcze raz w stronę schodów, gdzie właśnie znikały dziewczyny, potem wrócił wzrokiem do ojca.
— Na razie jestem tylko… silnie zauroczony. Muszę wszystko przemyśleć. I przede wszystkim poznać ją lepiej. — Umilkł na moment. — Nie wprowadzę zamętu. Obiecuję. Chociaż… nie miałbym nic przeciwko temu, żeby coś się między nami zrodziło.
Jakub przez chwilę milczał, po czym położył synowi rękę na ramieniu. Uśmiechnął się lekko, spokojnie.
— Wiesz co? Ja też nie miałbym nic przeciwko takiemu rozwojowi sytuacji.
Tosia otworzyła drzwi do gościnnej sypialni i wpuściła obie dziewczyny do środka. Pokój był jasny, urządzony w stonowanych beżach i bieli, z dużym oknem wychodzącym na ogród i dalej na linię lasu. Szerokie łóżko, szafa, toaletka z lustrem i miękki dywan dopełniały całości.
— Tu będziesz spała — powiedziała Tosia do Basi, kładąc dłoń na framudze. — A jakbyś czegoś potrzebowała… mój pokój jest tuż za ścianą.
Basia spojrzała na nią z lekkim, świadomym uśmiechem. Dwuznaczność tej uwagi nie umknęła jej ani na sekundę. Tosia tylko uniosła brwi w udawanym niewinnym geście.
Zosia podeszła do okna i przez dłuższą chwilę patrzyła na spokojny krajobraz – zadbane rabaty, trawnik, ciemniejszy pas drzew w oddali.
— Okolica wygląda niesamowicie spokojnie — powiedziała z rozmarzeniem.
— Bo taka właśnie jest — odparła Tosia. — Jutro was wszędzie oprowadzę. Wioska, rzeka, park, zalew… co tylko będziecie chciały.
W tym momencie w drzwiach pojawił się Rafał z dwiema walizkami i torbą. Ustawił je na podłodze, podszedł prosto do Zosi i objął ją mocno w pasie, przyciągając do siebie.
— Co jak co — powiedział, patrząc przez ramię na siostrę — ale swój własny pokój sam pokażę Zosi.
Tosia zrobiła przesadnie poważną minę i legła rękę na biodrze.
— Oczywiście. Swoje łóżko to już na pewno musisz jej pokazać osobiście.
Basia i Tosia wybuchnęły śmiechem. Zosia schowała twarz w ramieniu Rafała, ale widać było, że też się uśmiecha. Rafał tylko potrząsnął głową z rozbawieniem i pocałował Zosię krótko w skroń.
Chwilę później w progu stanął Maks. Oparł się o framugę, starając się wyglądać swobodnie.
— Mama kazała przekazać, że kolacja za jakieś dwie godziny — powiedział. — I z tego, co widziałem w kuchni, szykuje prawdziwą ucztę. — Spojrzał na dziewczyny. — Może zrobimy sobie spacer? Żebyście mogły trochę poznać okolicę, zanim będzie ciemno.
Basia uniosła wzrok na niego i przez moment po prostu patrzyła. Potem odezwała się nieco ciszej niż zwykle:
— W takim razie muszę się przebrać. W tej sukience daleko nie zajdę.
Zosia skinęła głową.
— W sumie żadna z nas nie jest specjalnie przygotowana do spaceru. Ani ja, ani Ty, ani nawet Tosia.
Rafał od razu złapał Zosię za rękę.
— To chodź. Pokażę ci, gdzie będziemy spać. I możesz się tam przebrać.
Pociągnął ją w stronę drzwi. Zosia zdążyła jeszcze rzucić Basi krótkie, porozumiewawcze spojrzenie, po czym zniknęła z Rafałem w korytarzu.
W pokoju zostali Tosia, Basia i Maks.
Maks nie potrafił przestać patrzeć. Basia stała przy oknie, różowa sukienka obcisnęła jej biodra i piersi, a popołudniowe światło kładło się na jej blond włosach i gładkiej skórze ramion. Widział linię szyi, delikatne obojczyki, sposób, w jaki materiał napinał się na piersiach przy każdym oddechu. Kiedy przestąpiła z nogi na nogę, spódnica uniosła się odrobinę, odsłaniając więcej uda. Maks poczuł, jak w gardle robi mu się sucho. Wyobraźnia podsuwała mu obrazy, których nie powinien mieć – jak ta sukienka spada na podłogę, jak wyglądają jej piersi bez biustonosza, jak miękkie muszą być jej uda.
Tosia zauważyła jego wzrok natychmiast. Parsknęła cichym śmiechem i szturchnęła brata w ramię.
— Wynoś się. Basia chce się przebrać. — Uniosła brwi znacząco. — Chociaż po twoim wyrazie twarzy widać, że chętnie byś został i popatrzył.
Maks poczuł, jak rumieniec gwałtownie zalewa mu policzki. Odchrząknął, odwrócił wzrok i zaczął się wycofywać w stronę drzwi, bąkając coś nieskładnego pod nosem.
— No… no to ja… poczekam na dole…
Prawie potknął się o próg, wychodząc. Tosia zamknęła za nim drzwi i odwróciła się do Basi z szerokim, szelmowskim uśmiechem.
Rafał otworzył drzwi i przepuścił Zosię przodem.
— Niewiele się tu zmieniło odkąd wyjechałem na studia — powiedział cicho, z nutą nostalgii.
Pokój był przestronny i zaskakująco stonowany jak na nastolatka. Duże, solidne łóżko z ciemnego drewna stało pod oknem, nakryte prostą, szarą pościelą. Wzdłuż jednej ściany ciągnęły się regały wypełnione książkami – od lektur szkolnych po grube tomy z ekonomii i historii, które Rafał zbierał jeszcze w liceum. Biurko było schludne, prawie puste, tylko lampka i kilka starych zeszytów. Na ścianach brakowało plakatów czy krzykliwych ozdób – zamiast tego wisiała jedna mapa Europy i ramka ze zdjęciem rodzinnym. Podłoga z jasnego dębu, na niej szary dywan. Całość sprawiała wrażenie spokojnego, uporządkowanego azylu, a nie typowego nastoletniego bałaganu.
Rafał zamknął drzwi na klucz. Zosia odwróciła się do niego z figlarnym uśmiechem, spojrzała na szerokie łóżko i uniosła brwi.
— Dużo dziewczyn się przez nie przewinęło?
Rafał parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Tak naprawdę tylko jedna. Byłem dość nieśmiały. Raz, kiedy rodziców nie było w domu, zaprosiłem koleżankę z liceum. I… to wszystko.
Zosia uśmiechnęła się wolniej, bardziej drapieżnie. Podeszła do łóżka i położyła się na nim – najpierw na boku, potem przekręciła się na plecy, unosząc jedno kolano. Sukienka podjechała wysoko na uda, jedno ramiączko zsunęło się z ramienia. Włosy rozłożyły się na poduszce, usta miała lekko rozchylone, a w oczach błyszczało czyste wyzwanie. Starała się wyglądać seksownie i odrobinę wyzywająco – i robiła to doskonale.
Rafał stał przez moment nieruchomo i po prostu patrzył. Olbrzymia, niemal bolesna miłość zalała go razem z pożądaniem. To była jego Zosia – kobieta, która przeszła przez piekło i mimo wszystko leżała teraz w jego dawnym łóżku, uśmiechając się tylko do niego. Chciał ją chronić i jednocześnie posiąść całkowicie, bez reszty.
Pochylił się nad nią. Pocałunek był od razu głęboki i pełen pragnienia. Usta Rafała zasłoniły jej usta, język wsunął się do środka, szukając jej języka. Całowali się długo, mokro, z rosnącą desperacją. Jednocześnie dłonie Rafała zaczęły zdejmować z niej ubranie. Najpierw zsunął drugie ramiączko sukienki, potem powoli ściągnął materiał w dół, odsłaniając biały biustonosz. Rozpiął go z tyłu, zdjął i odrzucił na podłogę. Piersi Zosi znalazły się wolne – pełne, z już twardymi sutkami. Rafał nie przestawał jej całować, a dłonie zjechały niżej, wsuwając się pod spódnicę, łapiąc za stringi i ściągając je razem z resztą sukienki wzdłuż nóg. Zosia uniosła biodra, pomagając mu. W ciągu chwili została całkowicie naga.
Rafał odsunął się odrobinę i po prostu patrzył. Jej ciało było dla niego najpiękniejszym widokiem na świecie – złocista skóra, piersi unoszące się przy każdym oddechu, wąska talia, biodra, i wilgotna już cipka między rozchylonymi udami.
Zosia zagryzła dolną wargę i odezwała się ochryple:
— Mamy mało czasu… Wejdź w końcu we mnie.
Rafał zaczął się rozbierać pośpiesznie – koszula, spodnie, bokserki. Kutas wyskoczył twardy i ciężki. Zosia patrzyła na to z wyraźnym podnieceniem i, nie odrywając wzroku, wsunęła dłoń między własne uda. Palce rozchyliły wargi, przeciągnęły się po mokrej szparce, potem zaczęły powoli krążyć wokół łechtaczki. Drugi palec wsunął się do środka. Pieściła się otwarcie, prowokacyjnie, pozwalając mu oglądać wszystko.
Kiedy Rafał był już nagi, pochylił się z powrotem i objął ustami jedną z jej piersi. Zaczął ssać sutek – rytmicznie, mocno, jednocześnie przygryzając go lekko zębami. Język krążył wokół, spłaszczał się, potem znów zbierał sutek do ust. Drugą ręką ściskał drugą pierś, kciuk przeciągał po drugim sutku. Zosia wygięła się w łuk, dłonie wpiła w jego włosy, a z gardła wydobyły się głośne, niekontrolowane jęki.
— Rafał… proszę… wejdź już… nie drażnij się ze mną…
Rafał pocałował jeszcze raz każdy sutek, potem przesunął się niżej. Uklęknął między jej rozchylonymi nogami, wziął kutasa w dłoń i przyłożył szeroką, ciemną główkę dokładnie do mokrego wejścia Zosi.
Rafał uniósł wzrok i spojrzał Zosi prosto w oczy. Znalazł w nich tylko bezgraniczną miłość i czyste, wyczekujące pożądanie. Uśmiechnął się ledwie zauważalnie, położył dłonie na jej biodrach i delikatnie, centymetr po centymetrze, zaczął wbijać swojego wielkiego kutasa w jej ciasną cipkę.
Zosia poczuła najpierw mocny, gorący nacisk na wargi. Główka rozchyliła ją i wsunęła się do środka – szeroka, twarda, rozciągająca ścianki w sposób, który zawsze odbierał jej oddech. Potem trzon. Gruby, żyłkowany, wypełniający ją coraz głębiej. Czuła każdą wypukłość, każde pulsowanie, jak jej ciało ustępuje i jednocześnie zaciska się wokół niego. Pełnia rosła z każdym milimetrem. Kiedy Rafał wszedł prawie do końca, Zosia miała wrażenie, że nie ma w niej już ani odrobiny wolnego miejsca – że jest całkowicie, bez reszty nabita. Jęknęła długo i ochryple.
— W końcu… jesteś we mnie — wyszeptała.
Rafał zaczął się poruszać. Powoli, ale zdecydowanie. Długie, głębokie pchnięcia – prawie całkiem wychodził, potem wsuwał się z powrotem aż po nasadę. Dłonie wędrowały po jej ciele bez pośpiechu: gładziły uda od wewnętrznej strony, ściskały biodra, wędrowały wyżej na talię, potem obejmowały piersi. Kciuki przeciągały się po sutkach, ściskały je lekko, potem znów wracały do bioder, żeby nadać rytm. Każde pchnięcie wywoływało u Zosi drżenie. Jęczała przy każdym – krótko, urywanie, kiedy wchodził najgłębiej, i dłużej, kiedy wycofywał się, zostawiając ją na moment pustą.
Zosia zatracała się całkowicie. Była kochana. Była pożądana. Była wypełniona. Przyciągnęła twarz Rafała do siebie i pocałowała go namiętnie – mokro, głęboko, z językiem wsuwającym się do jego ust. Jednocześnie oplotła jego biodra nogami, krzyżując kostki na jego plecach, przyciągając go jeszcze bliżej. Ich ciała znalazły wspólny rytm. Rafał przyspieszył odrobinę, ale wciąż pozostawał głęboki i pewny. Pocałunek nie przerywał się – tylko stawał się coraz bardziej chaotyczny, pełen westchnień i śliny.
Orgazm Zosi nadszedł nagle i z ogromną siłą, w samym środku pocałunku. Ciało wygięło się w wysoki łuk pod Rafałem, uda zadrżały niekontrolowanie, stopy wbiły się w jego pośladki. Cipka zaczęła pulsować gwałtownymi, głębokimi skurczami – długimi, rytmicznymi falami, które zaciskały się wokół kutasa Rafała jak gorąca, mokra pięść. Zosia urwała pocałunek, odchyliła głowę do tyłu i wydała z siebie stłumiony, łkający dźwięk. Fale szły jedna za drugą, wstrząsając całym podbrzuszem, piersiami, nawet ramionami. Rafał czuł wszystko – jak jej ścianki ściskają go rytmicznie, jak mokrość wokół niego gwałtownie narasta, jak całe jej ciało drży i napina się pod nim. Sam musiał zwolnić, żeby nie skończyć od razu, i tylko przytrzymał ją mocno za biodra, pozwalając jej przeżyć każdą kolejną falę.
Zosia opadła na materac, wciąż jeszcze drżąc po orgazmie. Oddychała ciężko, piersi unosiły się szybko, a uda miała lekko rozchylone. Przez chwilę tylko łapała powietrze, potem uniosła ręce i przyciągnęła Rafała bliżej.
— Nie przedłużaj… — wyszeptała ochryple. — Napełnij mnie. Chcę czuć twoją spermę.
Rafał nie potrzebował drugiej prośby. Przyspieszył. Pchnięcia stały się krótsze, mocniejsze, bardziej urywane. Dłonie zacisnął na jej biodrach, przytrzymując ją w miejscu, kiedy wbijał się coraz głębiej. Zosia jęczała przy każdym ruchu, wciąż jeszcze nadwrażliwa po własnym spełnieniu.
W końcu Rafał szarpnął biodrami do przodu i zamarł. Zosia poczuła to natychmiast – najpierw silne, rytmiczne pulsowanie trzonu w jej wnętrzu, a potem pierwsze, gęste uderzenie spermy. Gorący strumień rozlał się głęboko, kolejny wbił się zaraz po nim, trzeci jeszcze mocniejszy. Czuła, jak jej cipka jest zalewana od środka, jak każdy kolejny wytrysk wypełnia ją bardziej, aż zaczynało być jej pełno. Ciepło rozchodziło się po podbrzuszu, a nadmiar już powoli sączył się na zewnątrz wokół kutasa. Rafał trząsł się nad nią, wydając niski, stłumiony dźwięk, i pompował w nią jeszcze kilka razy, zanim całkowicie się opróżnił.
Opadł obok niej, wciąż ciężko oddychając. Natychmiast znaleźli się w namiętnym pocałunku – wolniejszym niż wcześniej, ale pełnym czułości i satysfakcji. Zosia wtuliła się w niego całym ciałem, musnął nosem jego szyję, po czym wyszeptała:
— Musimy się ogarnąć. Szybko.
Rafał uniósł się na łokciu i spojrzał w dół. Jego penis lśnił od mieszaniny ich soków, a na skórze widać było wyraźne ślady krwi. To samo dotyczyło spermy, która powoli wypływała z cipki Zosi – różowawe smugi mieszały się z bielą. Rafał zmarszczył brwi, zaniepokojony.
— Zosia… krwawisz.
Ona uniosła głowę, spojrzała i tylko westchnęła, zasłaniając oczy dłonią na sekundę.
— Wiedziałam, że zbliża mi się okres… ale nie spodziewałam się, że akurat teraz. — Spojrzała na niego przepraszająco. — Przykro mi. Tak wyszło.
Rafał potrząsnął głową i pogładził ją po policzku.
— Kocham cię. Pożądam cię. Okres to coś normalnego i prozaicznego. To tylko podkreśla, jak bardzo jesteśmy ze sobą blisko. — Uśmiechnął się krzywo, odrobinę zawiedziony. — Chociaż… w takim razie musimy dać sobie parę dni przerwy.
Zosia uniosła brwi i uśmiechnęła się figlarnie, wciąż jeszcze naga i rozczochrana.
— Jak coś, to mam jeszcze usta. — Zrobiła pauzę, jakby się nad czymś zastanawiała, po czym dodała ciszej, z błyskiem w oku: — I została ci jeszcze moja jedna dziurka do rozdziewiczenia.
Rafał parsknął cichym śmiechem, pochylił się i pocałował ją głęboko, z wyraźną obietnicą. Zosia oddała pocałunek z równą intensywnością, po czym zerwała się z łóżka. Podeszła do walizki, rozpięła ją i zaczęła nerwowo przeszukiwać zawartość. Po chwili wyciągnęła zwycięsko niebieską paczkę tamponów.
— Mam.
Rafał otworzył drzwi do małej łazienki przylegającej bezpośrednio do pokoju i przepuścił ją przodem.
— Chodź pod prysznic. Zanim ktoś zacznie się zastanawiać, czemu tak długo nas nie ma.
Maks przebrał się szybko – wygodne ciemne spodnie, zwykły szary T-shirt i lekkie buty. Zszedł do salonu i usiadł na skraju kanapy, co chwilę zerkając w stronę schodów. Czekał niecierpliwie. Najbardziej chciał zobaczyć Basię, ale starał się tego nie okazywać zbyt wyraźnie.
Najpierw jednak na szczycie schodów pojawili się Rafał i Zosia.
Schodzili powoli, rozmawiając ze sobą półgłosem. Rafał miał na sobie proste jeansy i granatowy T-shirt. Zosia wyglądała zupełnie inaczej niż wcześniej. Biały, lekko obcisły T-shirt był wpuszczony w rozkloszowaną, lekką spódniczkę w delikatne białe kwiatki na zielonym tle. Spódnica sięgała jej do połowy ud i falowała przy każdym kroku. Na stopach białe skarpetki i białe sneakersy, włosy rozpuszczone, opadające swobodnie na ramiona. Wyglądała świeżo, dziewczęco i jednocześnie bardzo kobieco.
Maks przyjrzał się jej przez chwilę. W duchu stwierdził, że Zosia jest seksowna i pociągająca w sposób, który mógłby wzbudzić prawdziwą zazdrość. Gdyby nie to, że jego myśli i fantazje od dłuższego czasu zajmowała już ktoś inny – Basia.
Właśnie wtedy w głowie Maksa kliknęło coś, o czym wcześniej wolał nie myśleć zbyt dokładnie, mimo, że przecież powinien sobie z tego zdawać sprawę. Odgłosy, które słyszał za drzwiami pokoju Tosi… nie było w nich żadnego męskiego głosu. Tylko dwa kobiece. Tosia i Basia. Myśl ta jednocześnie go zaniepokoiła i bardzo mocno podnieciła. Przełknął ślinę i odwrócił wzrok, kiedy Rafał i Zosia zeszli na dół.
— Cześć — rzucił Maks, starając się brzmieć swobodnie. — Gotowi na spacer?
Rafał skinął głową, a Zosia uśmiechnęła się lekko. Usiedli na przeciwległej kanapie. Maks przez chwilę bawił się brzegiem koszulki, po czym odezwał się:
— Słuchajcie… jak długo tak naprawdę jesteście razem? I jak się w ogóle poznaliście?
Zosia spojrzała na Rafała, potem na Maksa. Tym razem nie czuła już takiego stresu jak przy pierwszym spotkaniu z rodzicami. Ta rodzina zaczynała być jej bliższa.
— To… dość nietypowa historia — zaczęła spokojnie. — Ja i Basia straciłyśmy rodziców kilka lat temu. Trafiłyśmy do domu dziecka. Potem, kiedy Basia wyszła z systemu, przez jakiś czas żyłyśmy… trudno. Na ulicy. Rafał znalazł mnie pewnego wieczoru. Zabrał do siebie. Potem okazało się, że mam siostrę, która też potrzebuje pomocy. I… no. Zostaliśmy razem.
Maks słuchał w milczeniu. Kiedy skończyła, przez dłuższą chwilę nic nie mówił. Wyglądał na oszołomionego, a jednocześnie w jego oczach pojawiło się coś ciepłego i poważnego.
— Jezu… — powiedział w końcu cicho. — Szkoda mi was. Że musiałyście przez to wszystko przejść. — Spojrzał najpierw na Zosię, potem na Rafała. — W takim razie ja też muszę stanąć na wysokości zadania. Żebyście obie czuły się tu dobrze. W tej rodzinie.
Rafał uśmiechnął się lekko i objął Zosię w pasie, przyciągając ją bliżej.
— Cieszę się, że mogę mieć w jednym domu wszystkie osoby, na których mi zależy — powiedział prosto do brata.
Maks otworzył usta, żeby coś jeszcze dodać, ale w tym momencie na schodach pojawiły się dwie kolejne sylwetki. Oderwał wzrok od Rafała i Zosi i uniósł głowę.
Tosia i Basia właśnie schodziły na dół.
Obie wyglądały świeżo i pięknie, każda na swój sposób. Tosia miała na sobie krótkie, zielone legginsy, które kończyły się tuż przed kolanami i ładnie opinały jej smukłe uda. Na górze pastelowo-pomarańczowy T-shirt, na stopach zielone skarpetki i białe trampki. Rude włosy spływały swobodnie na ramiona. Maks zauważył ją tylko mimochodem, bo całą jego uwagę natychmiast przejęła Basia.
Basia założyła luźną, dresową sukienkę w kolorze szarym – u góry obcisłą, podkreślającą piersi i talię, a od bioder w dół swobodnie rozkloszowaną, sięgającą do połowy ud. Na stopach białe trampki i skarpetki, blond włosy rozpuszczone, lekko jeszcze wilgotne po szybkim odświeżeniu. Schodząc, coś szeptały do siebie z Tosią, wymieniając krótkie, porozumiewawcze uśmiechy.
Maks zerwał się z kanapy tak gwałtownie, że niemal przewrócił poduszkę. Otworzył usta, próbując znaleźć jakiekolwiek sensowne słowa. Nic mądrego nie przyszło mu do głowy.
— Wow — wyjąkał cicho.
Tosia roześmiała się od razu, głośno i bezceremonialnie. Kątem oka zauważyła lekkie, ale wyraźne wybrzuszenie, które pojawiło się z przodu spodni brata. Myśl ta odrobinę ją podnieciła, ale szybko odsunęła ją od siebie. Zamiast tego szturchnęła Maksa w ramię.
— Uważaj, bo ci zaraz oczy wypadną z orbit.
Maks przełknął ślinę, odzyskał choć odrobinę panowania nad sobą i odparł z udawaną nonszalancją:
— Trudno się skupić, kiedy nagle w domu pojawia się tyle pięknych dziewczyn naraz.
Basia poczuła, jak ciepły rumieniec rozlewa się jej po policzkach. Spojrzała na Maksa z nowym, uważniejszym zainteresowaniem. Był bardzo podobny do Rafała – ta sama solidna budowa, opanowanie, dobre wychowanie. A jednocześnie był od brata zupełnie inny: bardziej radosny, bardziej spontaniczny, mniej obciążony odpowiedzialnością. I przede wszystkim – wolny.
Basia nie ukrywała przed sobą, że jej życie stało się w ostatnich tygodniach bardzo skomplikowane. Lubiła seks z Rafałem. Lubiła seks z Zosią. Lubiła, kiedy byli we troje. Przed chwilą odkryła Tosię i w ekspresowym tempie przeszły od przyjaźni do czegoś znacznie bardziej intymnego. A mimo to, gdzieś głęboko, wciąż potrzebowała poczucia, że dla kogoś może być tą jedyną. Maks, stojący teraz naprzeciwko niej z lekko zaróżowionymi policzkami i zbyt sztywną postawą, nagle wydał się jej możliwością, której wcześniej nie brała pod uwagę.
Rafał stał obok Zosi, trzymając ją dyskretnie za rękę. Kciukiem musnął wewnętrzną stronę jej dłoni – mały, prywatny gest, który sprawił, że Zosia uniosła na niego krótkie, ciepłe spojrzenie. Między nimi wciąż tliło się to, co wydarzyło się na górze, nawet jeśli teraz musieli udawać zwykłą, rodzinną swobodę.
Tosia klasnęła w dłonie, przerywając wszystkim rozmyślania.
— Do kolacji mamy ponad godzinę. Skoro wszyscy jesteście gotowi, to pora zaczynać zwiedzanie. — Uśmiechnęła się szeroko i dodała ze śmiechem: — I na szczęście już się nie boję wilków w lesie.
Cała piątka wybuchnęła śmiechem. Rafał otworzył drzwi wejściowe, wpuszczając do środka ciepłe, popołudniowe powietrze. Jeden po drugim wyszli na zewnątrz – najpierw Tosia, zaraz za nią Basia, potem Maks, który nie potrafił przestać na nią zerkać, a na końcu Rafał z Zosią, wciąż trzymając się za ręce.
Tosia szła przodem, odwracając się co kilka kroków do Zosi i Basi, i z wyraźną dumą oprowadzała je po ogrodzie.
— Tu mama posadziła te krzewy jeszcze zanim się urodziłam — mówiła, wskazując na rozłożyste hortensje o ogromnych, niebieskawych kwiatostanach. — A tamte róże to już jej oczko w głowie. Co roku przycina je sama, nie pozwala nikomu innemu.
Ogród otaczający posiadłość zajmował ponad hektar i był dziełem wielu lat systematycznej, prawie obsesyjnej pielęgnacji Adrianny. Od strony domu rozciągał się szeroki, idealnie równy trawnik, przecięty kilkoma ścieżkami z jasnego kamienia. Po obu stronach ścieżek biegły rabaty – najpierw niższe, wypełnione lawendą, szałwią i kocimiętką, które w upalne dni wypełniały powietrze intensywnym, ziołowym zapachem. Dalej rosły wyższe krzewy: bukszpany formowane w geometryczne bryły, berberysy o czerwonym ulistnieniu i lilaki, które właśnie kończyły kwitnienie. W południowej części ogrodu, najbardziej nasłonecznionej, Adrianna urządziła coś w rodzaju małego sadu – kilka jabłoni, grusz i wiśni, a między nimi grządki z truskawkami i poziomkami. Jeszcze dalej, bliżej granicy z lasem, teren lekko opadał i przechodził w bardziej swobodną, prawie parkowa część: młode brzozy, jarzębiny, kilka sosen i gęste kępy paproci. W samym środku tej części znajdował się niewielki staw z drewnianym pomostem i ławką. Woda była czysta, a na powierzchni unosiły się liście nenufarów. Całość otaczał wysoki, starannie utrzymany żywopłot z tui i grabów, który dawał poczucie całkowitej prywatności, a jednocześnie nie odcinał widoku na las.
Zosia szła powoli, co chwilę zatrzymując się, żeby dotknąć liści albo powąchać kwiaty.
— To jest niesamowite — powiedziała cicho. — Nigdy nie widziałam ogrodu, o który ktoś tak dba. Człowiek od razu czuje się… bezpiecznie.
Basia przytakiwała, rozglądając się z otwartymi ustami.
— Jak z jakiegoś filmu. Naprawdę.
Rafał i Maks szli kilka kroków za dziewczynami, rozmawiając półgłosem.
— Gratuluję — rzucił Maks, patrząc na sylwetkę Zosi. — Naprawdę piękna dziewczyna. I nie tylko z wyglądu. — Umilkł na moment, po czym dodał z namysłem: — W sumie wszystkie trzy prezentują się jak gorące laski. Nawet nasza Tosia.
Rafał uśmiechnął się krzywo, nie spuszczając wzroku z Zosi.
— Miałem ogromne szczęście, że ją spotkałem. — Spojrzał na brata poważniej. — W zaufaniu… znamy się niecałe dwa miesiące, a ja już wiem, że chcę się jej oświadczyć.
Maks gwizdnął cicho z podziwem.
— Wzięło cię na całego, co? — Pokręcił głową z uśmiechem. — A ja coraz częściej myślę, że brakuje mi właśnie czegoś takiego. Miłości.
Kiedy to mówił, jego wzrok automatycznie powędrował do Basi. Rafał zauważył ten ruch natychmiast. Zatrzymał brata, chwytając go lekko za ramię, żeby dziewczyny odeszły dalej.
— Słuchaj — powiedział cicho, ale stanowczo. — Basia jest mądra, elokwentna i inteligentna. Traktuję ją tak samo jak Tosię – jak siostrę. Jeżeli naprawdę masz zamiar się w niej zakochać i spróbować stworzyć coś trwałego, będę wam kibicował. Ale jeżeli myślisz tylko o zabawie… to brat czy nie, obiję ci mordę.
Maks nie odwrócił wzroku od Basi. Odpowiedział niemal szeptem:
— Nie mam nic złego na myśli. A jak naprawdę się w niej zakocham… to na pewno jej nie skrzywdzię.
Rafał westchnął w duchu. Całym sercem chciał, żeby Maks i Basia znaleźli w sobie nawzajem szczęście. Jednocześnie był w pełni świadomy, jak skomplikowany jest układ między nim, Zosią i Basią – układ, którego nie dało się łatwo wytłumaczyć. Liczył tylko, że jeśli zajdzie potrzeba, wszystko jakoś samo się ułoży.
— Skoro się rozumiemy — powiedział w końcu głośniej — to będę tylko kibicował.
Tosia odwróciła się w ich stronę i machnęła ręką.
— Chłopaki, nie zostawajcie w tyle! Tu jest furtka do lasu.
Cała piątka podeszła do drewnianej, lekko już omszałej furtki w żywopłocie. Za nią zaczynał się cienisty, pachnący żywicą las.
Za furtką zaczynała się szeroka, ubita leśna alejka, która od razu wciągała w głąb drzew.
Las był typowy dla Lubelszczyzny – przede wszystkim liściasty, z przewagą dębów, grabów, lip i brzóz. Świerki i sosny pojawiały się tylko sporadycznie, pojedynczymi okazami albo małymi grupkami, jakby nieśmiało wkraczając między dominujące liściaste korony. Drzewa nie rosły zbyt gęsto. Między pniami zostawało sporo przestrzeni, dzięki czemu światło łatwo docierało do runa. Podłoże pokrywała miękka warstwa zeszłorocznych liści, paprocie, borówki i kępy traw. Powietrze pachniało wilgotną ziemią, żywica i czymś słodkawym, co unosiło się od kwitnących na skraju konwalii.
Najpiękniejsza była jednak gra świateł. Słońce stało jeszcze dość wysoko i jego promienie przeciskały się między gałęziami, tworząc na ścieżce i na pniach ruchome plamy złota. Kiedy wiatr poruszał liśćmi, światło tańczyło – raz rozlewało się szeroko, raz kurczyło się do wąskich smug. W niektórych miejscach promienie padały tak prostopadle, że wyglądały jak słupy kurzu i pyłków wirujących w powietrzu. Głębiej w lesie cień był już chłodniejszy, zielonkawy, ale alejka pozostawała jasna i przyjazna.
Zosia odruchowo poszukała dłoni Rafała. Ich palce splotły się natychmiast. Szli objęci, biodro przy biodrze, a Tosia szła z drugiej strony Zosi i niemal bez przerwy mówiła.
— Wybrałam medycynę — opowiadała z ożywieniem. — Chcę iść w ślady mamy. Wiem, że to ciężkie studia, ale od zawsze mnie to ciągnęło. Anatomia, pomaganie ludziom… no i mama jest zachwycona.
Zosia uśmiechnęła się.
— Basia też ma studiować medycynę.
Tosia aż stanęła na moment.
— Serio?! Na jakiej uczelni?
— Warszawski Uniwersytet Medyczny.
— Ja też! — Tosia klasnęła w dłonie z radością. — To będziemy mogły spędzać czas wszystkie razem. To będzie super!
Zosia spojrzała na nią z zainteresowaniem.
— A mieszkać będziesz gdzie? W akademiku?
Tosia wzruszyła ramionami, nagle odrobinę mniej pewna siebie.
— Coś sobie znajdę. Wynajmę pokój albo podzielę mieszkanie z kimś. Dam radę.
Zosia posłała Rafałowi krótkie, pytające spojrzenie. Rafał zrozumiał od razu i prawie nieznacznie skinął głową. Zosia odwróciła się z powrotem do Tosi.
— To może zamieszkałabyś z nami? Apartament jest naprawdę duży. Jest wolny pokój, łazienka… Nie ma sensu, żebyś mieszkała z obcymi ludźmi, skoro możemy być razem.
Tosia otworzyła szeroko oczy, wyraźnie zaskoczona i poruszona.
— Ja… nie wpadłam nawet na ten pomysł. — Uśmiechnęła się szeroko, potem odrobinę bardziej poważnie dodała: — Obiecuję, że to przemyślę. Chociaż… trochę chciałam poczuć to prawdziwe studenckie życie. Ale oferta jest kusząca. Naprawdę.
Szli dalej. Po chwili Zosia rozejrzała się i zauważyła, że Maks i Basia zostali daleko w tyle. Szli powoli, prawie bark przy barku, o czymś rozmawiając.
— Może na nich zaczekamy? — zaproponowała.
Rafał pokręcił głową i ścisnął jej dłoń.
— Daj im porozmawiać w spokoju. Niech się poznają.
Zosia spojrzała jeszcze raz przez ramię i dopiero teraz naprawdę zauważyła to, co wcześniej umykało jej uwadze – sposób, w jaki Basia unosiła głowę, kiedy Maks coś mówił, i to, jak Maks pochylał się delikatnie w jej stronę. Uświadomiła sobie, że są sobą zauroczeni.
Tosia złapała jej spojrzenie i puściła do niej wyraźne, szelmowskie oczko.
Basia i Maks szli ramię w ramię, kilka dobrych metrów za resztą grupy. Leśna alejka była tu nieco szersza, a światło sączyło się między liśćmi w złotych plamach. Oboje obrzucali się ukradkowymi spojrzeniami, każde pewne, że to drugie niczego nie zauważa. Basia co jakiś czas poprawiała pasek sukienki albo odgarniała włosy za ucho. Maks trzymał ręce w kieszeniach, ale jego wzrok wracał do niej jak magnes – do linii szyi, do sposobu, w jaki materiał układał się na piersiach, do smukłych łydek.
W końcu Basia odezwała się pierwsza, nieśmiało:
— A jak tam szkolenie? Co chciałbyś potem robić?
Maks spojrzał przed siebie, na ścieżkę, i odparł poważnie:
— Zawsze chciałem nosić mundur. Chyba wpływ taty. Bycie oficerem – nieważne, czy wojska, czy policji – to coś więcej niż większa pensja. To odpowiedzialność. Obowiązek kierowania się honorem i odwagą. Coś, co zawsze imponowało mi u ojca i co… po prostu do mnie przemawia.
Zamilkł na moment, po czym odwrócił głowę do niej.
— A ty? Co zamierzasz robić w życiu?
Basia uśmiechnęła się lekko, ale w oczach miała coś poważniejszego.
— Wybrałam medycynę. W sumie… zawdzięczam to Rafałowi. Do końca życia będę mu za to wdzięczna.
Maks skinął głową, po czym zapytał jeszcze ciszej, prawie nieśmiało:
— A… masz chłopaka?
Basia potrząsnęła głową.
— Nie miałam jak kogokolwiek poznać. Najpierw dom dziecka, potem ulica.
I nagle, ku własnemu zdumieniu, zaczęła mówić. Słowa wychodziły same, jakby od dawna czekały na okazję.
— W domu dziecka było… różnie. Niektóre wychowawczynie były w porządku, ale były też noce, kiedy starsi chłopacy próbowali wchodzić do pokoi młodszych dziewczyn. Musiałyśmy spać po dwie w łóżku, żeby się chronić. Pewnego razu musiałam uciekać przez okno żeby nie zostać zgwałcona przez starszego chłopaka. Niektóre dziewczyny też pchały się z łapami. Raz koleżanka dostała od jednego z opiekunów propozycję „pomocy”, jeśli tylko będzie grzeczna. Odmówiła. Potem przez tydzień dostawała najgorsze dyżury i najmniej jedzenia. Kiedy wyszłam z systemu, myślałam, że będzie łatwiej. Nie było. W końcu wylądowałyśmy z Zosią na ulicy. Dwa miesiące. Zimno, głód, ciągły strach, że ktoś nas… wykorzysta. Rafał znalazł Zosię pierwszą. Potem mnie.
Maks słuchał w milczeniu. Im dłużej mówiła, tym bardziej zaciskała się jego szczęka. Kiedy skończyła, był wściekły – nie na nią, tylko na cały świat, który pozwolił, żeby coś takiego się działo.
Nagle, zaskakując nawet samego siebie, objął ją. Mocno, pewnie, przyciągając do swojej piersi.
Kontakt z ciepłem jej ciała poraził go jak prąd. Poczł cienki materiał sukienki, miękkość jej piersi przyciśniętych do jego torsu, zapach włosów – coś świeżego i dziewczęcego jednocześnie. Serce waliło mu jak oszalałe. Kutas zareagował natychmiast, twardniejąc w spodniach, a on mógł tylko mieć nadzieję, że Basia tego nie poczuje. Oddychał płytko, trzymając ją trochę dłużej, niż wypadało.
Basia z kolei poczuła się jak w ciepłym, bezpiecznym kokonie. Ramiona Maksa były silne, solidne. Jego zapach – czysty, męski – wypełnił jej nozdrza. Ciepło jego ciała przenikało przez ubranie, a gdzieś nisko w brzuchu rozlało się znajome, słodkie podniecenie. Sutki stwardniały, a między udami zrobiło się wilgotno. Fascynacja mieszała się z pożądaniem i z czymś jeszcze – z poczuciem, że po raz pierwszy od dawna ktoś trzyma ją nie dlatego, że chce czegoś w zamian, tylko dlatego, że… po prostu chce.
Stojąc tak, patrzyli sobie w oczy. Odległość między ich twarzami wynosiła zaledwie kilka centymetrów. Basia widziała złote plamki w jego tęczówkach. Maks widział, jak jej usta są lekko rozchylone.
W końcu Basia wyrwała się łagodnie, choć z wyraźnym żalem.
— Musimy dogonić Zosię, Rafała i Tosię…
Maks złapał ją delikatnie za nadgarstek, powstrzymując na moment.
— Basia… mógłbym cię zaprosić na randkę?
Ona spojrzała na niego zaskoczoną, potem zarumieniła się.
— Nigdy w życiu nie byłam na randce — powiedziała cicho. Zawahania trwało tylko chwilę. — Ale… zgadzam się.
Uśmiechnęli się do siebie. Maks puścił jej nadgarstek, ale zamiast tego splotł swoje palce z jej palcami. Ruszyli w ślad za pozostałymi, trzymając się za ręce.
Idąc tak, Basia biła się z myślami. Cholera. Jeszcze przed godziną wszystko wydawało się – mimo wszystko – proste. Żyła w skomplikowanym, ale znanym trójkącie ze starszą siostrą i jej chłopakiem. Potem pojawiła się Tosia i to, co między nimi wybuchło. A teraz… teraz poznała interesującego, porządnego chłopaka, który patrzył na nią jak na coś cennego. I na domiar wszystkiego uprawiała seks z jego młodszą siostrą dosłownie chwilę przed tym, jak go spotkała. Westchnęła ciężko. Rozwiązanie tej sytuacji w sposób, który nikogo nie zrani, miało być naprawdę wielkim wyzwaniem.
Cała piątka wróciła do domu dokładnie na czas kolacji. Jakub stał już w drzwiach jadalni i z szerokim uśmiechem zaprosił wszystkich do środka.
— Siadajcie, siadajcie. Mama trochę… popłynęła z tymi kulinarnymi niespodziankami — dodał półgłosem do Rafała, z wyraźną nutą czułości.
Adrianna czekała przy suto zastawionym stole. Biały obrus, porcelanowa zastawa, w środku wielka waza z zupą, obok półmiski przykryte pokrywkami. Uśmiechała się ciepło, choć w oczach miała lekkie napięcie typowe dla gospodyni, która chce, żeby wszystko wyszło idealnie.
Zajęli miejsca. Rodzice usiedli na szczytach stołu. Po jednej stronie Rafał, Zosia i Tosia, po drugiej Basia i Maks. Maks odsunął krzesło Basi i pomógł jej usiąść – gest naturalny, prawie odruchowy. Adrianna zauważyła to kątem oka i tylko lekko uniosła kąciki ust. Obie dziewczyny zrobiły na niej jak najlepsze wrażenie od pierwszego wejrzenia, więc widok młodszego syna nadskakującego siostrze dziewczyny Rafała wzbudził w niej raczej zaciekawienie niż niepokój.
Kiedy wszyscy zaczęli nalewać sobie zupę, Adrianna nagle zorientowała się, co podała jako pierwsze danie. Odchrząknęła cicho.
— Zosiu, Basiu… przepraszam. Flaczki nie każdemu smakują. Jeśli wolicie, nie musicie jeść. Naprawdę.
Basia jednak już pochłaniała kolejne łyżki z wyraźną przyjemnością, przymykając nawet oczy.
Zosia uśmiechnęła się do Adrianny promiennie.
— Po tym, jak żywiłyśmy się na stołówce w domu dziecka, żadna z nas nie potrafi już czuć obrzydzenia do żadnej potrawy. — Spojrzała na siostrę, która właśnie nabierała kolejną porcję. — A ten widok jest najlepszym dowodem, że zupa jest pyszna.
Spróbowała sama, przeżuwała powoli i skinęła z uznaniem.
— Naprawdę kunsztownie doprawiona. Pani Adrianno, jestem pod wrażeniem.
Adrianna wyraźnie odetchnęła z ulgą.
Adrianna wyraźnie odetchnęła z ulgą.
Jedli spokojnie, rozmawiając o planach. Tosia opowiadała o rekrutacji na medycynę, Basia o tym, że też złożyła papiery na ten sam kierunek. Zosia wspomniała o studiach zaocznych z prawa.
Jakub zmarszczył brwi.
— Nadal nie rozumiem, dlaczego upierasz się, żeby sama zapracować na czesne. Rafał przecież…
— Bo chcę — przerwała mu łagodnie, ale stanowczo Zosia. — Chcę wiedzieć, że to, co osiągnę, będzie też moją zasługą. Nie dlatego, że nie doceniam pomocy. Tylko dlatego, że tak jest mi po prostu… lepiej.
Jakub przez chwilę patrzył na nią, po czym uśmiechnął się jowialnie.
Jakub przez chwilę patrzył na nią, po czym uśmiechnął się jowialnie.
— Dumna i uparta. — Skinął głową w stronę syna. — Czegoś takiego właśnie ci było trzeba, Rafał.
Zosia poczuła ciepły ucisk w piersi. Poznała tych ludzi zaledwie kilka godzin wcześniej, a już czuła się tu jak w domu – jak za dawnych lat, kiedy jeszcze żyli jej własni rodzice. Rafał pod stołem znalazł jej dłoń i ścisnął ją lekko. Ona oddała uścisk.
Drugie danie okazało się jeszcze lepsze: delikatne polędwiczki w sosie własnym, młode ziemniaki i surówka z warzyw, które – jak z dumą podkreślił Jakub – Adrianna sama wyhodowała w ogrodzie. Wszyscy jedli z apetytem.
Maks jadł w milczeniu, co chwilę zerkając na Basię. Basia, jak to Basia, uwielbiała domową kuchnię – coś, czego brakowało jej przez tak wiele lat. Kiedy dokładała sobie kolejną porcję polędwiczki, zauważyła na sobie kilka par oczu. Uśmiechnęła się szeroko, prawie promieniście.
— Wszystko jest tak pyszne, że apetyt mam po prostu bezgraniczny.
Rafał parsknął śmiechem.
— Odkąd poznałem Basię, dopiero uświadomiłem sobie, jak duże porcje potrafi pochłonąć tak mała istota.
Wybuch powszechnego śmiechu wypełnił jadalnię. Nawet Jakub otarł łzę rozbawienia.
— W takim razie pora na deser — oświadczył.
Adrianna wniosła wielkie, pachnące ciasto wiśniowe. Jakub tymczasem postawił na stole butelkę ciemnego trunku i zaczął nalewać do małych kieliszków.
— Wiśniowa nalewka. Własnej produkcji — powiedział z wyraźną dumą. — Proszę, nie krępujcie się.
Aromatyczna nalewka szybko sprowadziła do stołu jeszcze bardziej domową, niemal intymną atmosferę. Ciepły, głęboki zapach wiśni i alkoholu unosił się nad obrusem, a światło lampy kładło się miękko na twarzach.
Zosia uniosła kieliszek, zakręciła lekko płynem i spróbowała.
— Panie Jakubie… to ma naprawdę głęboki smak. Słodki, ale nie mdły. I ten posmak… jakby dymu i czegoś korzennego.
Jakub wyraźnie się rozpromienił. Oparł się wygodniej na krześle i zaczął mówić z dumą człowieka, który od lat dopracowuje swoją recepturę.
— Bazuję na własnym bimbrze. Robię go tylko z najlepszej pszenicy, na czystych drożdżach, bez żadnych dodatków. Potem destyluję dwukrotnie, żeby był krystaliczny. Wiśnie zbieram sam albo biorę od zaufanego człowieka z sadu – tylko dojrzałe, ciemne, prawie czarne. Przekrawam je, wyjmuję pestki, ale część pestek zostawiam i lekko zgniatam – to daje ten głęboki, migdałowy posmak. Zalewam wszystkim bimber, dodaję naturalny cukier trzcinowy, odrobinę cynamonu i goździków, nigdy sztucznych aromatów. Stawiam w ciemnym miejscu na minimum pół roku. Co kilka tygodni delikatnie mieszam. Potem filtruję przez gazę i bibułę. I dopiero wtedy rozlewam. Żadnej chemii. Same dobre rzeczy.
Zosia słuchała z wyraźnym zainteresowaniem, a Adrianna patrzyła na męża z czułym rozbawieniem.
Kiedy deser dobiegł końca, Adrianna wstała, zbierając talerze.
— Zostawcie, ja posprzątam.
Zosia, Basia i Tosia poderwały się niemal jednocześnie.
— Absolutnie nie — powiedziała Zosia stanowczo, ale z uśmiechem. — Pani Adrianno, zrobiła pani pyszny obiad. Teraz pora, żebym ja się odwdzięczyła. Tosia, pokażesz mi, co gdzie leży w kuchni?
Tosia już kiwała głową, a Basia zbierała sztućce. W ciągu minuty wszystkie naczynia zniknęły ze stołu, a trzy dziewczyny zniknęły za kuchennymi drzwiami, zostawiając za sobą śmiech i brzęk talerzy.
W jadalni zostali tylko Jakub, Adrianna i dwaj synowie. Jakub bez pytania dolał wszystkim jeszcze po trochę nalewki.
Adrianna spojrzała w stronę kuchennych drzwi i uśmiechnęła się ciepło.
— Rafał… ta dziewczyna jest naprawdę wspaniała. Uczynna, uprzejma, dobra, piękna i inteligentna. Wszystko naraz.
Rafał patrzył w kieliszek, potem uniósł wzrok.
— Była taka od pierwszego momentu, kiedy ją poznałem. — Umilkł na sekundę. — Kiedy ją zobaczyłem… miała na sobie zniszczone, brudne ubrania. Była chuda, zmęczona. A ja i tak zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Potem zniknęła mi na dłuższy czas. Myślałem, że już jej nie znajdę.
Jakub odezwał się cicho, poważnie:
— I co planujesz, synu?
Rafał spojrzał ojcu prosto w oczy.
— Planuję się oświadczyć. A potem ożenić z nią.
Maks parsknął cichym śmiechem.
— To mogę być twoim drużbą?
Rafał nawet nie uśmiechnął się – odpowiedział całkowicie poważnie:
— Nie wyobrażam sobie w tej roli nikogo innego. Ale… staram się nie poganiać Zosi. Za radą Basi zamierzam wstrzymać się z oświadczynami do Świąt Bożego Narodzenia.
Maks pokiwał głową z uznaniem.
— Basia to wcielenie rozsądku.
Rafał uśmiechnął się krzywo.
— I ciebie chyba coś trafiło, co?
Rodzice wymienili czułe spojrzenie. Adrianna położyła dłoń na dłoni Rafała.
— Jak coś – dodała miękko – to my będziemy się tylko cieszyć waszym szczęściem. Obojga.
Maks odchrząknął, nagle odrobinę mniej pewny siebie.
— No właśnie… zaprosiłem Basię na randkę. I… zgodziła się.
Rafał uniósł brwi wysoko.
— Nie tracisz czasu, bracie.
Jakub i Adrianna patrzyli na obu synów z wyrazem czułego rozbawienia i dumy. W jadalni zapanowała na chwilę ciepła, pełna zrozumienia cisza, przerywana tylko odległym śmiechem dobiegającym z kuchni.
Kuchnia Adrianny była jasna, przestronna i urządzona z wielkim wyczuciem w stylu modern classic. Białe, gładkie fronty szafek bez uchwytów współgrały z blatem z jasnego, prawie kremowego kamienia. Na środku stała duża wyspa z tym samym blatem, a nad nią wisiały trzy proste, szklane lampy na czarnych przewodach. Podłoga z jasnego dębu była ciepła w odcieniu, a duże okno nad zlewem wpuszczało dużo naturalnego światła. Na parapecie rosły doniczki z bazylią, miętą i rozmarynem. Półki z otwartymi półkami trzymały białe naczynia, drewniane deski i kilka ręcznie malowanych misek. Wszystko było schludne, funkcjonalne, a jednocześnie bardzo domowe – na lodówce wisiały magnesy z wakacji, a na jednej ze ścian kalendarz z notatkami Adrianny. Pachniało jeszcze wiśniami, mięsem i delikatnie cytryną od płynu do naczyń.
Tosia otworzyła szafkę pod zlewem i wyciągnęła worki na śmieci oraz płyn.
— Resztki tutaj, sztućce do tego pojemnika, talerze można od razu do zmywarki — tłumaczyła szybko. — Tylko te zdobione złotem z Chodzieży myjemy ręcznie. Mama by nas zabiła, jakby coś się stało z serwisem.
Przez następną kwadrans pracowały sprawnie i prawie bez słów. Zosia zbierała resztki, Basia układała talerze w zmywarce, Tosia myła w ręku delikatną porcelanę i odkładała ją na bawełniany ręcznik. Pianka na wodzie, brzęk szkła, cichy szum wody – wszystko tworzyło spokojną, dziewczęcą atmosferę.
Kiedy zmywarka była już pełna, a porcelana lśniła na ręczniku, Tosia oparła się biodrem o blat i spojrzała na Zosię z filuternym uśmiechem.
— Wiecie… ty i Rafał naprawdę do siebie pasujecie. I niesamowicie się do siebie kleicie.
Basia parsknęła śmiechem, wycierając ręce.
— Tutaj jeszcze jakoś panują nad sobą. Ale jakby mogli, to zdarliby z siebie ubrania przy pierwszej okazji.
Zosia poczuła, jak intensywny rumieniec zalewa jej policzki i szyję. Odwróciła wzrok, udając, że poprawia ręcznik.
Tosia nachyliła się bliżej i powiedziała ciszej, prawie szeptem:
— To w takim razie to były te odgłosy, które słyszałam przed spacerem, jak przechodziłam koło drzwi Rafała…
Zosia uniosła głowę i obrzuciła obie młodsze dziewczyny spojrzeniem pełnym udawanego oburzenia.
— Jesteście wredne — oświadczyła, po czym szybko nazbierała piany ze zlewu i ochlapała obie.
Tosia pisnęła, Basia zakryła twarz rękami, a wszystkie trzy wybuchnęły śmiechem. Woda kapała im z włosów i bluzek. Tosia nie dając za wygraną, rzuciła się naprzód i mocno objęła obie dziewczyny naraz, przyciskając je do siebie.
— Zawsze marzyłam o siostrze — powiedziała w ich włosy. — A teraz najwyraźniej będę miała dwie.
Basia w jej ramionach zarumieniła się jeszcze mocniej. Kiedy Tosia trochę poluzowała uścisk, Basia spojrzała najpierw w podłogę, potem na obie.
— Maks… zaprosił mnie na randkę.
Zapadła krótka, zaskoczona cisza. Potem Tosia i Zosia jednocześnie uniosły brwi.
— Co?! — pisnęła Tosia, wyraźnie podekscytowana. — To będę wam kibicować! Na całego!
Zosia uśmiechnęła się ciepło, choć w oczach miała też nutę zamyślenia. Kiedy na moment odwróciła się, żeby domknąć zmywarkę, Basia posłała Tosi szybkie, zakłopotane i wyraźnie pytające spojrzenie. Tosia tylko wzruszyła ramionami i bezgłośnie, ruchem ust, powiedziała:
— Wszystko będzie dobrze.
Pozmywawszy wszystkie naczynia, Zosia, Tosia i Basia wróciły do salonu. Było pusto. Przez uchylone drzwi tarasowe dochodziły głosy i ciepły zapach wieczornego powietrza. Dziewczyny wyszły na zewnątrz.
Taras przy domu Jakuba i Adrianny był naprawdę imponujący. Duży, prostokątny, wykończony szerokimi deskami z egzotycznego drewna o głębokim, miodowym odcieniu, które w wieczornym świetle lśniły ciepło. Balustrada z kutego żelaza o prostych, eleganckich liniach otaczała całość, a między jej elementami pnączami rosły białe róże i bluszcz. Nad częścią wypoczynkową rozpięto pergolę z ciemnego drewna, obrośniętą winoroślą, która dawała przyjemny, ażurowy cień. Na tarasie stały meble z technorattanu w kolorze grafitu – szerokie kanapy z grubymi, jasnoszarymi poduszkami, dwa głębokie fotele i niski, prostokątny stolik z blatem z naturalnego kamienia. Wszystko wyglądało drogo, solidnie i jednocześnie bardzo przytulnie. W rogach stały wielkie donice z lawendą i oliwkami, a wzdłuż balustrady ciągnął się rząd małych, solarnych lampionów, które właśnie zaczynały się zapalać. Z tarasu roztaczał się widok na ogród i dalej na ciemniejącą linię lasu. Powietrze było jeszcze ciepłe, pachniało trawą i odległym dymem z kominka.
Rodzice siedzieli już w fotelach. Rafał i Maks zajmowali osobne kanapy, ustawione dookoła stolika. Dziewczyny dołączyły.
Zosia usiadła obok Rafała i natychmiast się do niego przytuliła, opierając głowę o jego ramię. Maks przesunął się na swojej kanapie, robiąc wyraźne miejsce. Basia zawahała się i usiadła nieśmiało na drugim końcu, zostawiając spory odstęp. Tosia jednak bezceremonialnie przepchnęła ją biodrem.
— No rusz się, nie będę stać.
Basia wylądowała biodro w biodro z Maksem. Oboje skrycie ucieszyli się z takiego obrotu sprawy. Maks poczuł ciepło jej uda przez cienki materiał sukienki. Basia wyczuła napięcie jego ciała i sama zrobiła się cieplejsza.
Jakub uśmiechnął się szeroko.
— Skoro jesteśmy już wszyscy… jestem bardzo ciekaw, jak wam się u nas podoba, Zosiu, Basiu.
Zosia nie odrywała wzroku od Rafała, kiedy odpowiadała.
— Dom jest piękny. Ale najważniejsze jest to, że przyjęliście nas tak serdecznie. Naprawdę.
Adrianna złapała jej spojrzenie. Głos miała cichy i wzruszony.
— Szczęście moich dzieci jest dla mnie najważniejsze. A skoro Rafał wygląda na bardziej szczęśliwego niż kiedykolwiek… to ty, Zosiu, masz już miejsce w moim sercu.
Zosia popatrzyła kolejno na Rafała, na jego rodziców, na Maksa, na Tosię i w końcu na własną siostrę. W oczach stanęły jej łzy.
Zosia popatrzyła kolejno na Rafała, na jego rodziców, na Maksa, na Tosię i w końcu na własną siostrę. W oczach stanęły jej łzy.
— Tak bardzo brakuje mi rodziców… — wyszeptała.
Rafał od razu objął ją troskliwie, przyciskając do siebie, całując w skroń. Trzymał ją tak przez dłuższą chwilę, aż oddech Zosi się uspokoił.
Jakub, chcąc trochę rozluźnić atmosferę, klasnął w dłonie.
— To może coś do picia? O ile zdacie się na mnie.
Basia mrugnęła do niego konspiracyjnie.
— Po pańskiej nalewce jestem w stanie zaufać panu w tej kwestii bez wahania.
Jakub zniknął na chwilę w domu i wrócił z butelką bursztynowego trunku oraz kompletem szklanek. Nalał każdemu po równo. Basia upiła łyk, zmrużyła oczy i ze zdziwieniem uniosła brwi.
— To whiskey? Ale czuję aromat owoców…
Jakub wypiął pierś z dumą.
— Moje dzieło. Najpierw wino z owoców – leżakuje rok. Potem je destyluję, rozcieńczam do czterdziestu procent i wlewam do dębowych beczek wypalonych torfem. Tam stoi kolejny rok. I to jest efekt.
Basia uniosła szklankę w geście uznania.
— Gratuluję pasji, panie Jakubie. Naprawdę.
W tym momencie Maks, korzystając z tego, że wszyscy byli zajęci rozmową, niepostrzeżenie położył dłoń na udzie Basi – wysoko, prawie pod brzegiem sukienki – i pogładził ją powoli kciukiem. Basia poczuła, jak dreszcz podniecenia przechodzi jej przez całe ciało. Uda zacisnęła odruchowo, a oddech na moment się urwał. Nie odsunęła jednak ręki.
Tosia roześmiała się, odwracając uwagę.
— Jutro trzeba będzie wyjść trochę dalej, żeby Zosia i Basia poznały okolicę.
Maks ożywił się natychmiast.
— W takim razie niech to będzie przed południem. Bo ja chciałbym zabrać Basię w pewne miejsce.
Basia poczuła, jak rumieniec zalewa jej policzki. Rafał zauważył to i uśmiechnął się z wyraźnym rozbawieniem, choć w oczach miał też ciepłą, braterską troskę.
Wszyscy troje – Rafał, Zosia i Basia – siedzieli teraz z własnymi myślami. Każde z osobna zastanawiało się, do czego to wszystko doprowadzi i jak ułożyć sprawy tak, żeby nie skłamać i nikogo nie skrzywdzić. Napięcie między parami było wyczuwalne jak prąd w powietrzu – czułe między Rafałem i Zosią, świeże i pełne niepewności między Basią i Maksem, a Tosia obserwowała wszystko z błyskiem w oku, który obiecywał, że nic nie umknie jej uwadze.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Pumciak
Pięknie i co raz ciekawiej