
Ale wiedziała, że nie może. Nie wolno jej było. Rafał był bogaty, piękny, dobry – zbyt dobry. A ona miała tajemnice, o których mu nie powiedziała. Coś, przez co nie zasługiwała na jego pomoc ani na jego pocałunki.
Szła przed siebie, mijając kolejne ulice, aż okolica zaczęła się zmieniać. Pojawiły się tory, hałaśliwe ulice, zapach spalin i tanich kebabów. Dworzec Gdański majaczył w oddali. Zosia skręciła w boczną uliczkę, potem w jeszcze węższą, aż dotarła do miejsca, które znała aż za dobrze. Gęste, zaniedbane zarośla osłaniały niewielki, zapomniany pustostan – dawny budynek gospodarczy albo mały magazyn, którego nikt od lat nie używał. Przecisnęła się przez krzaki, drażniąc dłonie o suche gałęzie, i wsunęła się przez wybitą deskę w ścianie.
W środku było półmrok i zapach wilgoci. Na starym materacu, przykryta cienkim kocem, siedziała Basia. Osiemnaście lat. Bardzo podobna do Zosi – te same jasne, długie włosy, te same delikatne rysy twarzy – ale jeszcze szczuplejsza, jeszcze bardziej krucha. Kości policzkowe wystawały wyraźniej, ramiona były wąskie jak u dziecka. Kiedy zobaczyła siostrę, poderwała się natychmiast.
— Zosia! — głos miała cienki z niepokoju. — Gdzie byłaś? Całą noc się bałam. Myślałam, że… że coś ci się stało.
Zosia podeszła szybko i przytuliła ją mocno.
— Nic mi nie jest. Przepraszam, że tak długo. Naprawdę przepraszam.
Basia wtuliła twarz w jej ramię.
— Nie mogłam spać. Ciągle słuchałam, czy nie idziesz.
— Już jestem — wyszeptała Zosia. Odsunęła się trochę i sięgnęła do kieszeni kurtki. Wyjęła zawinięte w serwetkę kiełbaski, które zabrała z lodówki Rafała. — Masz. Jedz. Są dobre.
Basia spojrzała na jedzenie z niedowierzaniem, a potem wzięła je łapczywie. Gryzła szybko, niemal nie żując, jak ktoś, kto od dawna nie miał w ustach niczego wartościowego.
— Skąd to masz? — zapytała między kęsami.
Zosia usiadła obok niej na materacu. Przez chwilę milczała, zbierając myśli.
— Spotkałam kogoś. Mężczyznę. Nazywa się Rafał. Zabrał mnie do siebie. Dał jeść. Dał się wykąpać. Spałam w czystym łóżku.
Basia przestała jeść i uniosła brwi.
— Mężczyznę? Zosiu…
— Nie taki — powiedziała szybko starsza siostra. — Nie chciał niczego. Naprawdę. Był… dobry. Przygotował mi jedzenie, dał swoje ubrania, bo moje były brudne. Rozmawialiśmy długo. O książkach. O podróżach. A potem… pocałowałam go.
Basia spojrzała na nią z niedowierzaniem, a potem wolno uśmiechnęła się kątem ust.
— Pocałowałaś go? Ty? No proszę. I co, zakochałaś się?
Chciała to powiedzieć żartobliwie, lekko się nabijając. Ale kiedy zobaczyła twarz Zosi – te szeroko otwarte, błyszczące oczy, te ściągnięte wargi – uśmiech zamarł jej na ustach.
— Zosiu… — powiedziała ciszej. — Ty naprawdę się zakochałaś, prawda?
To wystarczyło. Zosia pochyliła głowę i nagle, bez ostrzeżenia, rozpłakała się. Cicho na początku, a potem coraz mocniej, aż ramiona zaczęły jej drżeć. Basia natychmiast odłożyła kiełbaskę i objęła siostrę.
— Hej… hej, nie płacz. Co się stało?
— To nie jest historia o Kopciuszku — wydusiła z siebie Zosia przez łzy. — Nasze życie nigdy nie było bajką i nigdy nie będzie. On ma dwa miliardy złotych. Apartament na całe piętro. A ja… ja nawet nie powiedziałam mu o tobie. Nie powiedziałam, że mam siostrę, którą próbowałam utrzymać. Że kiedy ten właściciel mieszkania zaczął się do mnie dobierać i mówił, że chętnie zabawiłby się z nami obiema, to po prostu spakowałam nas i wyszłyśmy. Że od trzech miesięcy żyjemy tutaj, w tym chlewiku. On myśli, że jestem sama. Że może mnie uratować. A ja nie mogę mu tego zrobić. Nie mogę wciągać go w nasze bagno.
Basia tuliła ją mocno, głaszcząc po włosach.
— To dlatego uciekłaś?
Zosia kiwnęła głową, wciąż szlochając.
— Pocałowałam go. A potem przestraszyłam się. Bo on… on mi się naprawdę podoba. I bałam się, że jeśli zostanę, to w końcu będę musiała mu powiedzieć prawdę. Albo że on będzie chciał więcej. A ja… ja nie wiem, czy potrafię. Boję się. Tak bardzo się boję.
Siedziały tak przez długą chwilę, splecione ramionami, na brudnym materacu w opuszczonym budynku. Dwie siostry – jedna dwudziestotrzyletnia, druga ledwie pełnoletnia – tulące się do siebie w półmroku, podczas gdy za cienkimi ścianami huczało miasto, a gdzieś w dalekiej, bogatej dzielnicy Rafał właśnie odkrywał pustą kartkę i puste łóżko.
Minęły dwa tygodnie.
Dla Rafała przeciągnęły się jak miesiące. Każdego dnia wychodził z apartamentu tuż po świcie i wracał dopiero późnym wieczorem, kiedy nogi odmawiały już posłuszeństwa. Chodził po tych samych ulicach, zaglądał na te same przystanki, zaglądał w bramy i poddasza. Rozdawał pieniądze bezdomnym – stówy, dwusetki, czasem więcej – byle tylko ktoś przypomniał sobie blondynkę w czarnych legginsach i brudnej białej bluzce. Kilku kiwało głowami.
— Była taka jedna… — mówili. — Szczupła, ładna jeszcze, mimo brudu. Ale nie wiem, gdzie teraz. Ludzie tacy jak ona znikają.
Nikt nie potrafił powiedzieć nic konkretnego. Rafał wracał do pustego mieszkania, siadał na sofie, na której całowali się ostatni raz, i czuł, jak coś w nim pęka. Nie mógł spać. Kiedy zamykał oczy, widział jej twarz, jej usta, jej ciało w jego t-shircie. Masturbował się prawie każdej nocy, zawsze z myślą o niej, a potem leżał w ciemności, zawstydzony i jeszcze bardziej zdesperowany. Coraz częściej łapał się na myśli, że jeśli jej nie odnajdzie, to naprawdę nie będzie umiał dalej żyć. Pieniądze, sukces, apartament – wszystko straciło smak. Została tylko ona.
Tymczasem w pustostanie za Dworcem Gdańskim Zosia siedziała na brudnym materacu i trzymała za rękę Basię. Dziewczyna paliła się od gorączki. Czoło było mokre, włosy przyklejone do skóry, a oddech płytki i nierówny. Od czasu do czasu Basia zaczynała bredzić – coś o domu dziecka, o zimnie, o tym, że ktoś ją goni. Zosia zmieniała jej mokre od potu ubrania na mniej brudne, okładała czoło chłodną wodą z butelki, którą udało jej się napełnić na dworcu. Ale gorączka nie spadała.
Od dwóch tygodni myślała o Rafale każdego dnia. O jego głosie, o tym, jak ją niósł, o pocałunku, który wciąż czuła na ustach. W nocy budziła się spocona, nie tylko z zimna, ale z tęsknoty, która przechodziła w coś głębszego, bardziej cielesnego. A teraz miała problem większy niż własne pragnienie. Basia potrzebowała pomocy. Prawdziwej pomocy. Lekarza. Leków. Czystego łóżka. A jedyną osobą na świecie, która mogła im to dać bez zadawania pytań i bez żądania czegoś w zamian, był Rafał.
Zosia biła się z myślami aż do wieczora. W końcu okryła siostrę wszystkimi kocami, jakie miały, pocałowała ją w spocone czoło i wyszła.
Szła piechotą przez pół miasta. Nogi bolały ją już po godzinie, ale nie zwolniła. Kiedy dotarła do znajomego szklanego budynku, zapadł już zmierzch. Portier – ten sam, który dwa tygodnie wcześniej rzucił jej tylko krótkie, pogardliwe spojrzenie – uniósł brwi, gdy tylko ją zobaczył.
— Nie — powiedział od razu. — Nie ma mowy. Won stąd.
— Proszę… — Zosia stanęła przy recepcji, starając się mówić spokojnie. — Muszę tylko porozmawiać z panem Rafałem. Mieszka na ostatnim piętrze. Proszę tylko powiedzieć mu, że Zosia…
— Nie znam żadnej Zosi. I nie będę niepokoił mieszkańców przez jakąś… — umilkł, ale wzrok mówił wszystko. — Wynoś się, zanim zawołam ochronę.
Zosia cofnęła się. Przez chwilę stała na zewnątrz, czując, jak rozpacz zaciska jej gardło. Potem zauważyła, że portier odwrócił się do monitorów, zajęty rozmową telefoniczną. Nie zastanawiając się długo, wsunęła się dyskretnie za jego plecami i weszła do klatki schodowej. Unikała windy. Szła po schodach, piętro za piętrem, serce biło jej coraz mocniej. Kiedy dotarła na samą górę, musiała oprzeć się o ścianę i złapać oddech. Stała przed znajomymi drzwiami. Wzięła głęboki wdech, uniosła rękę i nacisnęła dzwonek.
Kroki po drugiej stronie. Zamek. Drzwi otworzyły się.
Rafał stanął w progu. Przez ułamek sekundy po prostu patrzył. Potem nogi ugięły się pod nim tak, że musiał chwycić się framugi. Zosia stała przed nim – brudniejsza niż wtedy, szczuplejsza, z ciemnymi sinakami pod oczami, w tych samych zniszczonych rzeczach. A jednak była. Naprawdę była.
Nie dał jej powiedzieć ani słowa. Po prostu zrobił krok do przodu, złapał ją w ramiona i przyciągnął do siebie tak mocno, jakby bał się, że zniknie. Jego usta znalazły jej usta w namiętnym, prawie rozpaczliwym pocałunku. Zosia przez moment zastygła z zaskoczenia, a potem roztopiła się w nim całkowicie. Objęła go za szyję, wtulając się w jego ciało, i oddała pocałunek z tą samą intensywnością. Dwa tygodnie tęsknoty, strachu i pragnienia eksplodowały między nimi w jednym, długim, głodnym pocałunku na progu luksusowego apartamentu.
W końcu oderwali się od siebie, ale tylko na tyle, by móc złapać oddech. Rafał wciąż trzymał Zosię w ramionach, czołem opartym o jej czoło. Ona drżała. A potem, jakby ktoś pociągnął za spust, zaniosła się głośnym, rozdzierającym płaczem. Rafał wciągnął ją do mieszkania, zamknął drzwi i próbował uspokoić – głaskał po włosach, mówił cicho „shhh, już dobrze, jestem tu” – ale nic nie pomagało. Zosia szlochała tak mocno, że ledwo mogła złapać powietrze.
— Zosia… — próbował jeszcze raz. — Co się stało? Mów do mnie.
Ona potrząsnęła głową, łzy spływały jej brudnymi ścieżkami po policzkach. W końcu, urywanym, histerycznym głosem, wydusiła:
— Moja… moja siostra… jest bardzo chora…
Rafał zamarł.
— Siostra? Jaka siostra?
Zosia podniosła na niego zalane łzami oczy. Wyglądała, jakby miała się rozpaść.
— Zataiłam… przed tobą. Mam siostrę. Basię. Ma osiemnaście lat. Od trzech miesięcy żyjemy razem na ulicy. Ja… ja nie powiedziałam ci wtedy. Bałam się. A teraz ona… ona ma wysoką gorączkę, bredzi, jest cała mokra od potu i nie ma z nią kontaktu. Ja nie wiem, co robić… nikt nam nie pomoże… tylko ty…
Rafał nie pytał już o nic. Sięgnął na konsolę po kluczyki od samochodu, złapał Zosię za rękę i pociągnął w stronę drzwi.
— Chodź.
Biegli do windy. Zosia ledwo nadążała. Kiedy drzwi windy otworzyły się na parterze, przemknęli przez lobby tak szybko, że portier zdążył tylko unieść głowę i otworzyć usta w niemym zdumieniu na widok pana z ostatniego piętra ciągnącego za sobą tę samą brudną dziewczynę, którą jeszcze przed chwilą próbował wyrzucić.
W garażu Rafał otworzył drzwi dużego, czarnego SUVa. Zosia wskoczyła na fotel pasażera. Silnik wył, opony zapiszczały na betonie, kiedy wyjeżdżali na ulicę. Miasto migotało światłami, a Rafał prowadził ostro, omijając inne auta.
— Nie chciałam cię obarczać — mówiła Zosia, już trochę spokojniejsza, choć wciąż łkała. — Miałeś swoje życie. Swoje pieniądze. Swoje spokojne mieszkanie. A ja miałam na głowie jeszcze ją. Bałam się, że jak ci powiem wszystko, to odwrócisz się i wyjdziesz. Dlatego uciekłam wtedy. Dlatego zostawiłam tylko kartkę.
Rafał rzucił jej krótkie spojrzenie.
— Następnym razem mówisz mi wszystko. Od razu. Jasne?
Ona tylko kiwnęła głową.
Podjechali pod okolice Dworca Gdańskiego. Zosia wyskoczyła pierwsza i poprowadziła go biegiem przez zarośla, do znajomego pustostanu. W środku było duszno i ciemno. Basia leżała na materacu, blada, spocona, z półotwartymi ustami. Oddychała, ale nie reagowała na głos ani na dotyk.
Rafał nie wahał się ani sekundy. Pochylił się, wziął dziewczynę na ręce – była jeszcze lżejsza niż Zosia – i razem z nią wybiegli z powrotem do samochodu. Zosia usiadła z tyłu, kładąc głowę siostry na swoich kolanach i trzymając ją mocno. Rafał wcisnął gaz do dechy. Miasto rozmazywało się za oknami w smugach świateł, klaksony wyły za nimi, a on nie zwalniał.
Na izbę przyjęć wnieśli Basię biegiem. Personel przejął ją od razu. Zostali w poczekalni – jasnej, pachnącej środkami dezynfekcyjnymi, pełnej plastikowych krzeseł. Zosia usiadła i znowu zaczęła cicho płakać. Rafał usiadł obok, objął ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Siedzieli tak, przytuleni, podczas gdy ona szeptem, przez łzy, opowiadała mu całą historię jeszcze raz – o domu dziecka, o pracy, o właścicielu mieszkania, który chciał obie, o trzech miesiącach w pustostanie, o strachu i o tym, jak bardzo bała się powiedzieć mu prawdę.
Minęły dwie godziny. W końcu drzwi się otworzyły i wyszła lekarka w fartuchu.
— Państwo z pacjentką Basią? — zapytała. Kiedy kiwnęli, kontynuowała spokojnie: — Jest w stanie skrajnego wyczerpania organizmu, odwodniona, niedożywiona, z wysoką gorączką na tle osłabienia. Ale zdążyliście na czas. Stan jest stabilny. Przyjęliśmy ją na oddział. Jutro wieczorem, jeśli wszystko pójdzie dobrze, powinna odzyskać pełną przytomność. Na razie śpi i jest pod opieką.
Zosia zamknęła oczy z ulgą. Potem spojrzała na Rafała.
— Dziękuję — wyszeptała. — Naprawdę dziękuję. Możesz już wracać do siebie. Ja… ja zostanę tu.
Rafał pokręcił głową stanowczo.
— Nie. Albo jedziesz ze mną, albo zostaję tu z tobą. Wybieraj.
— Chcę być przy niej…
— Jest pod dobrą opieką. Twoja obecność przy łóżku przez całą noc nic jej teraz nie da. Jesteś wyczerpana. Brudna. Głodna. Pojedziesz ze mną, zjesz coś, odpoczniesz. Rano wrócimy.
Zosia wahala się długo. W końcu, nieśmiało, kiwnęła głową.
Jechali powoli. Miasto za oknami było już cichsze. Rafał trzymał jedną rękę na kierownicy, drugą od czasu do czasu muskał jej dłoń.
— Nie mogłem o tobie zapomnieć — przyznał cicho. — Szukałem cię każdego dnia. Myślałem, że zwariuję.
Zosia spojrzała na niego.
— Ja też. Codziennie. Nawet kiedy Basi robiło się coraz gorzej… ty byłeś w mojej głowie.
Dotarli do budynku. Portier tym razem tylko otworzył szeroko oczy, ale nic nie powiedział. Wjechali windą na ostatnie piętro. Kiedy drzwi apartamentu zamknęły się za nimi, Rafał odwrócił się do niej.
— Zrobię kolację — powiedział spokojnie. — A ty… jeśli chcesz, możesz wziąć kąpiel. Łazienka jest twoja.
Zosia zamknęła za sobą drzwi łazienki i oparła się o nie na chwilę, zamykając oczy. Gorąca woda w kranie już płynęła, wypełniając wannę parą. Tym razem nie zasnęła. Siedziała w wodzie, przyciągając kolana do piersi, i myślała. O Basi – o tym, że jest już bezpieczna, pod opieką lekarzy, że zdążyli. Ulga mieszała się z resztkami strachu, ale po raz pierwszy od wielu dni nie była sama z tym ciężarem. A potem myślała o Rafale. O tym, jak wbiegł z nią do szpitala, jak trzymał ją w poczekalni, jak odmówił zostawienia jej samej. Tęsknota i zauroczenie, które nosiła w sobie od dwóch tygodni, teraz spowiły się jeszcze wdzięcznością. I podnieceniem. Ciepło zbierało się nisko w brzuchu za każdym razem, gdy przypominała sobie jego usta na swoich, ciężar jego rąk, sposób, w jaki spojrzał na nią w progu.
Kiedy wyszła z wanny, otarła się dokładnie. Włosy rozczesała i zostawiła luźno. Na siebie założyła czysty, duży t-shirt Rafała – ten sam krój co poprzednio – a na to jego miękki, ciemny szlafrok, który pachniał jego skórą i drogim proszkiem. Stanęła przed lustrem. Wyglądała inaczej niż dwa tygodnie temu. Czysta. Najedzona. I wciąż strasznie podekscytowana.
Wyszła z łazienki i poszła szukać Rafała. Zastała go w jadalni.
Zatrzymała się w progu, zaskoczona. Stół był uroczyście zastawiony – nie na całą długość, tylko w jednym rogu, tak żeby ich miejsca były bardzo blisko siebie. Biały obrus, świece w srebrnych świecznikach, kieliszki do wina, kilka półmisków z jedzeniem: pieczony kurczak, sałatka, pieczywo, ser, winogrona. Rafał stał przy stole w prostej czarnej koszuli z podwiniętymi rękawami i spojrzał na nią z lekkim, niepewnym uśmiechem.
— Myślałem, że… zasługujesz na coś ładniejszego niż kanapka na stojąco.
Zosia podeszła wolno, oczy miała szeroko otwarte.
— To… to najpiękniejszy stół, przy którym kiedykolwiek siedziałam.
Usiedli blisko siebie. Jedli powoli, rozmawiając najpierw o Basi – o tym, co powiedziała lekarka, o tym, że jutro wieczorem powinni móc z nią porozmawiać. Potem rozmowa spłynęła na bezpieczniejsze tematy: pogodę, książki, to, jak Rafał nauczył się gotować. Oboje wyczuwali, że omijają to, co naprawdę chcieli powiedzieć. Napięcie rosło z każdym kęsem, z każdym spojrzeniem, które trwało odrobinę za długo.
Kiedy skończyli, Rafał nalał im wina i poprowadził ją do sofy w salonie. Usiedli blisko, prawie stykając się udami. Światło było przyciemnione, tylko lampka w rogu i resztki blasku świec z jadalni. Rozmowa stała się cichsza, bardziej intymna. W pewnym momencie Zosia spuściła wzrok na swój kieliszek i, bardzo zawstydzona, powiedziała:
— Ja… nigdy z nikim nie uprawiałam seksu.
Rafał zamarł. Kieliszek zatrzymał się w połowie drogi do ust.
— Co?
— Jestem dziewicą — powtórzyła jeszcze ciszej. — Nigdy… nikogo nie miałam. Bałam się. I nie było okazji, która nie wiązałaby się z czymś brzydkim.
Rafał odstawił kieliszek. Patrzył na nią z niedowierzaniem, niemal zszokowany.
— Zosiu… ja… nie spodziewałem się. Naprawdę.
Milczał chwilę, a potem dodał niżej, poważnie:
— Podobasz mi się. Bardzo. Od pierwszej chwili, kiedy zobaczyłem cię na tym przystanku. A potem jeszcze bardziej.
Zosia uniosła na niego wzrok. W jej jasnych oczach było wszystko naraz – strach, pragnienie, wdzięczność. Pocałowała go pierwsza. Tym razem nie było w tym nieśmiałości. Pocałunek od razu stał się namiętny, głęboki, mokry. Rafał wciągnął ją bliżej, dłonie wsunął pod szlafrok, na jej plecy. Zosia jęknęła cicho w jego usta.
Kiedy oderwali się na chwilę, by złapać powietrze, wyszeptała mu prosto w usta:
— Rozbierz mnie. Proszę. Chcę, żebyś mnie zobaczył. Ale sama… nie dam rady.
Rafał spojrzał jej w oczy, jakby upewniając się, że słyszy dobrze. Potem powoli, z prawie religijną czcią, rozwiązał pasek szlafroka i zsunął go z jej ramion. T-shirt uniósł do góry, ściągając go przez głowę. Zosia siedziała przed nim naga.
Jej ciało było szczupłe, niemal eteryczne po tygodniach niedojadania, ale zachowało miękkie, kobiece linie. Średniej wielkości piersi były jędrne, o delikatnie różowych sutkach, które stwardniały od chłodniejszego powietrza i od jego spojrzenia. Płaski brzuch opadał łagodnie ku wąskim biodrom. Między udami miała skąpy, jasny trójkąt włosków. Pupa, kiedy lekko się odwróciła, okazała się zaskakująco zgrabna i pełna w porównaniu z resztą sylwetki. Długie, smukłe nogi kończyły się wąskimi stopami. Skóra była gładka, blada, wciąż pachnąca jego żelem pod prysznic. Siedziała prosto, choć policzki miała spalone rumieńcem, i nie zasłaniała się.
— Jesteś piękna — powiedział chrapliwie Rafał.
Zosia przełknęła ślinę.
— A teraz ty. Chcę cię zobaczyć. Całego.
Rafał wstał. Rozpinał koszulę powoli, potem spodnie. Kiedy zsunął bokserki, jego kutas poderwał się ciężko – długi, bardzo gruby, w pełnej erekcji, z ciemną, napiętą główką i widocznymi żyłami. Dwadzieścia pięć centymetrów twardego mięsa wyglądało niemal nieprzyzwoicie w porównaniu z jej delikatną sylwetką.
Zosia otworzyła szeroko oczy. Zaszokowana wpatrywała się w niego przez dłuższą chwilę. Potem jednak wstała, podeszła blisko i znowu go pocałowała. Tym razem stali nago, ciała przyciśnięte do siebie. Jej piersi ugięły się o jego twardą klatkę piersiową, a jego kutas przylegał do jej brzucha, gorący i pulsujący. Dłonie błądziły swobodnie – ona po jego plecach i pośladkach, on po jej biodrach, pupie, po zewnętrznej stronie ud. Całowali się zachłannie, oddychając sobie w usta.
W końcu usiedli z powrotem na sofie, wciąż nadzy, odwróceni do siebie. Podziwiali się nawzajem w półmroku. Rafał nie mógł oderwać wzroku od jej piersi i tego miejsca między udami. Zosia co chwilę zerkała w dół, na jego kutasa, jakby wciąż nie mogła uwierzyć w jego rozmiar. Oboje byli mocno podnieceni – ona czuła mokrą pulsującą pustkę między nogami, on musiał od czasu do czasu poprawiać członka, który drgał sam z siebie.
— To nie jest zwyczajna sytuacja — powiedziała cicho Zosia. — Wiem.
— Wiem — odparł Rafał. — I nie chcę niczego psuć.
Zosia wzięła głęboki oddech. Spojrzała mu prosto w oczy.
— Chcę, żebyś to był ty. Żebyś ty mnie pozbawił dziewictwa. Ale… proszę… jeszcze nie dziś. Nie dziś.
Rafał zamknął na chwilę oczy, jakby zbierał w sobie resztki panowania nad sobą. Kiedy je otworzył, jego głos był niski, ale pewny.
— Obiecuję. Zrobię wszystko, żeby twój pierwszy raz był wyjątkowy. Powoli. Tak, jak zasługujesz. Kiedy będziesz gotowa.
Zosia uśmiechnęła się słabo, z ulgą i czułością zarazem. Przysunęła się i przytuliła do niego całym nagim ciałem – piersiami do jego piersi, udem do jego uda, policzkiem do jego szyi. Rafał objął ją mocno, jedną dłonią gładząc jej plecy, drugą spoczywając na biodrze. Siedzieli tak w ciszy, słysząc tylko własne oddechy i odległy szum miasta za oknami.
Po dłuższej chwili Zosia ziewnęła, próbując to ukryć.
— Chodź — mruknął Rafał miękko. — Zaprowadzę cię do pokoju gościnnego.
Ona pokręciła głową, nie odrywając policzka od jego skóry.
— Nie chcę sama. Chcę się do ciebie przytulić. Proszę.
Rafał pocałował ją w skroń. Potem wstał, podniósł ją niemal bez wysiłku i, wciąż nadzy, przeszli razem ciemnym korytarzem do jego sypialni.
Leżeli nago na szerokim łóżku Rafała, w półmroku sypialni oświetlonej tylko blade światło miasta filtrujące się przez firanki. Zosia przytulała się do niego całym ciałem – jej piersi ugięte o jego twardą klatkę piersiową, jedno udo przerzucone przez jego biodro, policzek oparty na jego ramieniu. Rafał trzymał ją mocno jedną ręką na talii, drugą powoli gładząc jej plecy, od karku aż po zgrabne pośladki. Jego kutas, wciąż w pełnej, potężnej erekcji, przylegał ciężko do jej brzucha, gorący i pulsujący.
— Co ci się we mnie podoba? — zapytała cicho Zosia, kreśląc palcem niewidzialne wzory na jego piersi.
Rafał uśmiechnął się w ciemności, pocałował ją w skroń.
— Wszystko. Twoje oczy, kiedy patrzysz na mnie tak niepewnie. Twój głos, kiedy się śmiejesz. To, jak jesteś szczupła, a jednocześnie miękka w odpowiednich miejscach. Twoje piersi… — dłonią delikatnie uniósł jedną z nich, przeciągając kciukiem po sutku — …i to, jak reagujesz, kiedy cię dotykam. A najbardziej to, że mimo wszystkiego, co przeszłaś, wciąż potrafisz ufać.
Zosia westchnęła, przyciskając się bliżej.
— A ty… lubię, jak jesteś duży. Nie tylko… to — musnęła biodrem jego twardego członka — ale w ogóle. Ramiona, dłonie, sposób, w jaki mnie trzymasz. Lubię, że jesteś spokojny. Że nie bierzesz na siłę. I że twój kutas jest taki… absurdalnie wielki. Trochę się go boję, ale jednocześnie nie mogę przestać o nim myśleć.
Rafał parsknął cicho śmiechem. Jego erekcja drgnęła wyraźnie na te słowa.
— On też nie może przestać o tobie myśleć. Od chwili, kiedy wszedłem z tobą do sypialni.
Zosia uniosła głowę i spojrzała w dół, na grubego, pokrytego żyłami kutasa przyciśniętego do jej skóry. Główka była ciemna, napięta, a na czubku zebrała się już przezroczysta kropla.
— Czy to boli? — zapytała nagle. — Jak tak długo stoi?
Rafał pokręcił głową.
— Nie boli. Ale jest… niewygodnie. Ciężko. Pulsuje. I im dłużej, tym trudniej myśleć o czymś innym.
Zosia przez chwilę milczała, gryząc dolną wargę. Potem, bardzo powoli, przesunęła dłoń w dół jego brzucha. Palce najpierw musnęły nasadę, potem owinęły się wokół grubego trzonu. Rafał syknął przez zęby.
— Mogę… spróbować ci pomóc? — wyszeptała.
— Tylko jeśli naprawdę chcesz.
— Chcę.
Zaczęła wolno poruszać dłonią, niezdarnie na początku, ucząc się jego rozmiaru i twardości. Skóra była aksamitna, a pod nią czuła stalową twardość. Rafał oddychał głębiej, biodra lekko unosząc się naprzeciw jej ruchów. Zosia obserwowała jego twarz, zafascynowana tym, jak powieki mu drżały, jak szczęka się zaciskała. Po chwili pochyliła się niżej. Najpierw pocałowała czubek, zbierając językiem tę słoną kroplę. Potem, niepewnie, wzięła główkę do ust.
Była duża. Musiała szeroko rozchylić usta, a i tak ledwo mieściła. Ssąc delikatnie, jednocześnie poruszała dłonią po reszcie trzonu, którego nie była w stanie połknąć. Rafał jęknął nisko, wplatając palce w jej blond włosy, ale nie naciskał.
— Zosia… kurwa… tak…
Ona chichnęła cicho wokół jego kutasa, co sprawiło, że wibracja przeszła mu wzdłuż całego członka. Przyspieszyła ruchy dłoni, a język krążył wokół żołędzi. Rafał trwał tak zaledwie kilka minut – zbyt długo był już na skraju. Nagle napiął się cały.
— Zaraz dojdę… jeśli nie chcesz…
Zosia nie odsunęła się. Przeciwnie – wzięła go głębiej, jak tylko mogła, i ssała mocniej. Rafał doszedł z głuchym, przedłużonym jękiem. Gorące strumienie spermy wypełniły jej usta. Część połknęła odruchowo, reszta wypłynęła jej kącikami ust i spłynęła po brodzie na jego brzuch. Kiedy w końcu odsunęła się, oblizując wargi, miała na twarzy mieszaninę zaskoczenia i triumfu.
Zacichotała cicho, prawie dziewczęco.
— Pierwszy raz w życiu doprowadziłam mężczyznę do orgazmu — powiedziała z niedowierzaniem. — I to takiego…
Rafał oddychał jeszcze ciężko, ale już ciągnął ją ku sobie i całował – smakując siebie na jej ustach.
— Byłaś niesamowita — wyszeptał. — Teraz ja. Pozwól, że ci się odwdzięczę.
Zosia zawahała się tylko przez sekundę, a potem kiwnęła głową.
— Dobrze.
Rafał przewrócił ją delikatnie na plecy. Zaczął od pocałunków – najpierw usta, potem szyja, obojczyk. Schodził niżej, poświęcając długie minuty każdej piersi: lizał sutki, ssał je delikatnie, aż Zosia zaczęła się wić i cicho jęczeć. Dłonie gładziły jej boki, biodra, wewnętrzne strony ud. Kiedy w końcu rozchylił jej nogi i pocałował wewnętrzną stronę uda, Zosia wstrzymała oddech.
Pierwsze liźnięcie było lekkie, niemal nieśmiałe – od dołu aż po łechtaczkę. Zosia jęknęła głośniej. Rafał uśmiechnął się przeciwko jej skórze i zabrał się do roboty poważniej. Język kreślił kręgi wokół napęczniałej łechtaczki, potem spłaszczał się i lizał całą długość jej wilgotnej szparki. Wsuwał czubek języka do środka, smakując ją, a potem wracał do ssania małego, twardego pączka. Jedną dłonią przytrzymywał jej biodro, drugą delikatnie rozchylał wargi, żeby mieć lepszy dostęp.
Zosia nie poznawała własnego głosu. Jęczała, wyginała się, wplatała palce w jego włosy. Podniecenie rosło szybko, falami. Kiedy Rafał przyssał się mocniej do łechtaczki i jednocześnie wsunął jeden gruby palec do jej ciasnej, dziewiczej cipki, coś w niej pękło.
Orgazm zaskoczył ją całkowicie. Ciało wyprężyło się łukiem, uda zacisnęły się wokół jego głowy, a z gardła wyrwał się długi, drżący krzyk. Pulsowała wokół jego palca, mokra i gorąca, podczas gdy on wciąż delikatnie lizał ją przez fale przyjemności, aż w końcu stała się zbyt wrażliwa i musiała go odepchnąć.
Padła na poduszki, ciężko oddychając, z oczami pełnymi łez rozkoszy i niedowierzania. Rafał wspiął się wyżej, otarł usta wierzchem dłoni i położył się obok niej, przyciągając ją z powrotem w ramiona.
Po wszystkim, gdy oddech Zosi wreszcie się uspokoił, a jej ciało wciąż jeszcze lekko drżało od echa orgazmu, przytulili się do siebie nago pod lekką kołdrą. Rafał leżał na plecach, ona na pół na nim, z głową na jego piersi i jedną nogą przerzuconą przez jego udo. Jego dłoń powoli gładziła jej plecy, od karku aż po zgrabne pośladki. Nie rozmawiali już. Słowa były zbędne. W końcu, otuleni wzajemnym ciepłem i zapachem seksu, zasnęli.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
Dodaj komentarz