
— Dzień dobry — wyszeptała.
— Dzień dobry, kochana — odparł cicho, przeciągając palcami po jej policzku.
Przez moment milczeli, po prostu patrząc na siebie. Rafał pochylił się i pocałował ją lekko w usta, potem w czoło.
— Jak się czujesz? — zapytał serio, z wyraźną troską. — Nie boli? Nie żałujesz?
Zosia uśmiechnęła się wolno, przeciągając dłonią po jego nagiej piersi.
— Nigdy w życiu nie czułam się lepiej. Naprawdę. Trochę jestem obolała, ale to… dobry ból.
Rafał pogładził jej ramię.
— A czy tak sobie wyobrażałaś utratę dziewictwa? Tego pierwszego razu?
Zosia przez chwilę szukała słów, a potem powiedziała bardzo cicho, ale z absolutną pewnością:
— To, co przeżyliśmy… przerosło moje najbardziej szalone pragnienia. Myślałam, że będzie bolało i będzie miło. A było… kompletne. Jakbym w końcu trafiła na swoje miejsce.
Rafał spojrzał na nią długo, a w jego oczach pojawiło się coś bardzo poważnego i jednocześnie miękkiego.
— Nigdy wcześniej nie czułem się tak kompletny i spełniony, kochając się z kobietą — przyznał. — Z nikim. — Uśmiechnął się krzywo, próbując złagodzić ciężar własnych słów żartem. — Chyba mnie zaczarowałaś, Zosiu. Bo nie wyobrażam sobie już życia bez ciebie. W ogóle.
Zosia poczuła, jak oczy napełniają jej się łzami. Nie ze smutku. Z nadmiaru. Przysunęła się bliżej, wtuliła twarz w zagłębienie jego szyi i powiedziała drżącym głosem:
— Na dobre i na złe. Będę twoją kobietą. Obiecuję. Tylko twoją.
Rafał uniósł jej twarz dłonią i pocałował. Najpierw delikatnie, potem coraz głębiej, coraz namiętniej. Ich nagie ciała przylgnęły do siebie na całej długości, nogi splotły się, a ręce zaczęły błąkać się po plecach, po biodrach, po pośladkach. Pocałunek trwał długo – słony od jej łez, ciepły, pełen wszystkiego, co wydarzyło się tej nocy i wszystkiego, co miało dopiero nadejść.
Leżeli nadal spleceni, nadzy, w ciepłym porannym świetle. Pocałunek powoli przeszedł w coś bardziej świadomego. Zosia, nie odrywając ust od jego ust, spuściła dłoń między ich ciała i objęła jego kutasa. Gładziła go powoli, czule, a potem coraz pewniej, aż poczuła, jak twardnieje w jej dłoni, rośnie, pulsuje. Rafał westchnął jej w usta, ale nie protestował.
Kiedy jego erekcja była już pełna, gruba i ciężka, Zosia odsunęła się odrobinę, uniosła biodro i spróbowała usiąść na nim. Ujęła go u nasady, przyłożyła główkę do swojej jeszcze wrażliwej, obolałej szparki i zaczęła opuszczać się w dół. Uda drżały jej z wysiłku i determinacji. Weszła może centymetr, dwa – i nagle twarz wykrzywiła jej się w grymasie bólu. Piekło. Ścianki, jeszcze spuchnięte i zranione po nocy, protestowały gwałtownie. Zosia syknęła i musiała się unieść, rezygnując.
— Zosiu… nie — powiedział miękko, ale stanowczo. — Twoja cipka potrzebuje regeneracji. Jestem tu. Nigdzie nie znikam. Będziemy się kochać jeszcze setki tysięcy razy. Ale teraz musisz dać sobie czas. Naprawdę.
Zosia spojrzała na niego z mieszaniną frustracji i czułości. Podała dolną wargę, ale w oczach miała już nowy błysk.
— O swojego mężczyznę trzeba zadbać — odparła cicho. — A skoro tam nie mogę…
Nie dokończyła. Zsunęła się w dół jego ciała, rozchyliła mu uda i bez wahania wzięła jego kutasa do ust. Zaczęła z pasją, której nie powstydziłaby się ktoś znacznie bardziej doświadczony. Najpierw oblizała całą długość – od ciężkich jąder aż po ciemną, napiętą główkę – zbierając językiem każdą kroplę. Potem rozchyliła szeroko usta i spuściła się nisko, biorąc go tak głęboko, jak tylko potrafiła. Ssąc, poruszała głową w rytmicznym, wymagającym tempie, a jedną ręką mocno pracowała u nasady, tam gdzie jej usta nie sięgały. Druga dłoń delikatnie masowała jego jądra. Ślina spływała jej po brodzie, po piersiach, kapała na jego brzuch. Co jakiś czas odsuwała się, by złapać oddech, przeciągała językiem po żołędzi w wolnych, krążących ruchach, po czym znowu brała go głęboko, niemal dławiąc się jego grubością. Patrzenie na nią – na spuchnięte usta owinięte wokół jego kutasa, na skupioną, zaróżowioną twarz – doprowadzało Rafała do szału.
Nie wytrzymał długo. Ostrzegł ją ochrypłym głosem, ale Zosia tylko wzięła go jeszcze głębiej. Doszedł z niskim, przeciągłym jękiem, tryskając gęstymi strumieniami prosto do jej gardła. Zosia starała się przełknąć wszystko. Większość jej się udało, lecz kilka kropel wypłynęło kącikami ust i spłynęło po brodzie na policzek.
Kiedy odsunęła się, ciężko oddychając, sięgnęła odruchowo po rog kołdry, żeby się wytrzeć. Rafał nie pozwolił. Przyciągnął ją ku sobie i pocałował głęboko, namiętnie, smakując siebie na jej języku. Całował ją tak długo, aż Zosia całkiem się rozluźniła.
— Kiedy się kogoś kocha — powiedział potem cicho, otulając ją — obrzydzenie przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Każdy moment intymności jest bezcenny. Nawet taki.
Zosia wtuliła twarz w jego szyję.
— Dopiero się uczę, jak dzielić z kimś swoje ciało na taką skalę — wyszeptała. — Ale… podoba mi się twoje podejście.
Przez chwilę leżeli w ciszy. Potem Zosia uniosła się na łokciu, przybliżyła usta do jego ucha i powiedziała bardzo czule, a jednocześnie z nieoczekiwaną śmiałością:
— Jak tylko moja cipka dojdzie do siebie… masz mnie zerżnąć. Bez żadnej litości. Chcę, żebyś mi przypomniał, do kogo należę.
Rafał parsknął cichym, niskim śmiechem i mocno ścisnął jej pośladek.
— Obiecuję. Dokładnie tak zrobię.
Pocałował ją jeszcze raz w skroń.
— A teraz śniadanie. Bo inaczej zemdlejesz mi z głodu.
Zosia westchnęła, ale kiwnęła głową. Sięgnęła po chusteczkę z szafki nocnej i starannie wytarła resztki spermy z policzka i brody.
— Nie dam Basi okazji do kolejnych żartów — mruknęła z lekkim uśmiechem.
Rafał narzucił na siebie ciemny szlafrok, jej podał swój drugi, jaśniejszy. Oboje wstali z łóżka. Zosia poprawiła jeszcze włosy, rzuciła okiem w lustro i razem, już okryci, wyszli z sypialni w stronę kuchni.
Kuchnia pachniała już kawą i opiekanym pieczywem, kiedy Zosia i Rafał zaczęli przygotowywać śniadanie na poważnie. Poruszali się po sobie jak ludzie, którzy znają swoje ciała na wylot – ona sięgała po jajka, on automatycznie podawał jej miskę, ona kroiła awokado, on stawał tuż za nią i poprawiał jej włosy, odgarniając je z karku, żeby móc złożyć tam krótki, ciepły pocałunek. Każde przypadkowe musnięcie bioder, każdy kontakt dłoni przy przekazywaniu noża niósł w sobie echo nocy. Rafał co jakiś czas kładł dłoń na jej dolnej części pleców, tuż nad pośladkami, i zostawiał ją tam odrobinę dłużej, niż wymagała tego sytuacja. Zosia nie protestowała. Przeciwnie – odchylała się lekko w jego stronę.
— Dziś jedziemy po uczelniach — przypomniał Rafał, wbijając nożyk w pomidora. — Musimy złożyć dokumenty. Twoje i Basi. Im szybciej, tym lepiej.
Zosia kiwnęła głową i zniknęła na moment w salonie. Wróciła z starą, brudną, wielokrotnie łataną torbą, którą wyniosła jeszcze z pustostanu. Położyła ją na czystym blacie kuchennym z wyraźną niechęcią.
— Tutaj mamy wszystko. Świadectwa, zaświadczenia, dowody, akty… wszystko, co udało nam się uratować.
Rafał otworzył szafkę w przedpokoju i wrócił z dwiema nowymi, gustownymi skórzanymi aktówkami w kolorze ciemnego brązu. Położył je obok brudnej torby.
— Od dziś dokumenty będą miały godne miejsce.
Zosia otworzyła starą torbę z namaszczeniem, prawie bojaźliwie. Wyjmowała kolejne papiery, starannie oddzielając swoje od Basi. Świadectwa maturalne, zaświadczenia o wynikach, skrócone akty urodzenia, legitymacje… Wszystko układała w dwóch równych stosikach. Na samym dnie torby zostały tylko zdjęcia. Kilka wyblakłych, pożółkłych, rogami zagiętych fotografii. Na jednej Zosia miała może dziesięć lat, Basia pięć – obie w letnich sukienkach, a za nimi rodzice. Uśmiechnięci. Kompletni. Szczęśliwi.
Rafał wziął jedno ze zdjęć do ręki. Długo patrzył.
— Byliście naprawdę piękną rodziną — powiedział cicho.
Zosia spojrzała na pustą, brudną torbę, która leżała teraz na blacie jak jakiś brudny relikt. Twarz wykrzywiła jej się w grymasie obrzydzenia.
Zosia spojrzała na pustą, brudną torbę, która leżała teraz na blacie jak jakiś brudny relikt. Twarz wykrzywiła jej się w grymasie obrzydzenia.
Rafał bez słowa wziął torbę, zmiął ją i wrzucił do kosza na śmieci.
— To się skończyło — powiedział spokojnie. — Na zawsze.
Stanęli obok siebie, pochyleni nad zdjęciami. Rafał wskazał palcem kobietę na fotografii.
— Obie jesteście bardzo podobne do mamy. Zwłaszcza ty, w oczach i w układzie ust. A Basia ma jej uśmiech. Była bardzo piękna.
Zosia przysunęła się do niego i wtuliła twarz w jego ramię, wciąż patrząc na zdjęcie.
— Schowam je starannie. Żeby się nie zawieruszyły.
Rafał pokręcił głową i pocałował ją w skroń.
— Absolutnie wykluczone. Kupimy ładne ramki. Te zdjęcia mają stać na zaszczytnym miejscu. W salonie. Albo w sypialni. Gdzie tylko zechcesz. Ale nie w szufladzie.
Zosia uniosła głowę i pocałowała go. Długo, miękko, z wdzięcznością i czymś jeszcze – z tą cichą, poranną żądzą, która nie dawała im całkiem o sobie zapomnieć. Rafał odprowadził pocałunek, wsuwając dłoń pod jej szlafrok na wysokość uda, ale nie poszedł dalej. Tylko przypomniał jej, że jest blisko.
Śniadanie było już gotowe. Jajecznica, awokado, pieczywo, sok, kawa. Rafał nalał dwie filiżanki, a Zosia spojrzała w stronę korytarza.
— Pójdę obudzić Basię. W sumie jestem trochę zdziwiona, że jeszcze nie wstała. Zwykle pierwsza grasuje po lodówce.
Pocałowała Rafała jeszcze raz, krótko, i wyszła z kuchni w kierunku pokoju siostry, szlafrok szeleszczący lekko przy każdym kroku.
Zosia stanęła przed drzwiami pokoju Basi i zapukała cicho. Cisza. Zapukała mocniej. Nadal nic. Ostrożnie nacisnęła klamkę i weszła.
Widok, który zastała, na moment ją zamurował.
Basia leżała na wznak, całkowicie naga, przykryta tylko do połowy zmiętą kołdrą. Blond włosy miała rozczochrane w dziki, chaotyczny sposób, jakby ktoś przez całą noc szarpał je palcami. Uda miała lekko rozchylone. Jej cipka była wyraźnie zaczerwieniona, wargi opuchnięte i podrażnione, a na wewnętrznej stronie ud i na pościeli widać było zaschnięte, białe ślady soków. Całe ciało młodszej siostry wyglądało na wyczerpane.
Zosia przełknęła ślinę i podeszła bliżej. Usiadła na skraju łóżka i bardzo delikatnie dotknęła ramienia Basi.
— Basia… hej. Obudź się.
Basia poderwała się z głośnym, przestraszonym westchnieniem. Przez kilka sekund nie orientowała się, gdzie jest. Potem zobaczyła siostrę i natychmiast ściągnęła kołdrę wyżej, próbując zakryć nagość. Oczy miała silnie zaczerwienione, z ciemnymi cieniem pod spodem, a twarz spuchniętą od niewyspania.
— Zosia… — głos miała ochrypły.
— Boże, wyglądasz jak straszydło — powiedziała Zosia z troską, choć w jej głosie drżało coś jeszcze. — Wszystko w porządku? Źle się czujesz?
Basia spuściła wzrok, wyraźnie zawstydzona po uszy. Palce ściskały brzeg kołdry.
— Ja… w nocy słyszałam was. Ciebie i Rafała.
Zosia uniosła brwi.
— I dlatego tak wyglądasz? Tylko od słuchania?
Basia dłużej milczała, gryząc dolną wargę. W końcu, bardzo cicho, prawie szeptem, wyznała:
— Byłam bliska obłędu. Słyszałam wszystko. Każdy jęk, każde… pchnięcie. Nie mogłam wytrzymać. Musiałam się zaspokoić. Wiele razy. Aż bolało.
Zosia przez chwilę tylko patrzyła na siostrę. W jej własnym ciele coś się odezwało – ciepłe, niepokojące, zabronione. Położyła dłoń na dłoni Basi.
— Nie mam pretensji — powiedziała miękko. — Naprawdę. Rozumiem. Czasami ciało po prostu bierze górę.
Basia uniosła na nią wzrok. Zawstydzenie powoli ustępowało miejsca czemuś bardziej śmiałemu, prawie figlarnemu.
— A on… jest dobry? W łóżku?
Zosia poczuła, jak rumieniec zalewa jej policzki i szyję. Na samą wzmiankę ciało przypomniało sobie noc – rozpieranie, ból, potem tę głęboką, falującą rozkosz. Uśmiechnęła się mimo woli, rozmarzona.
— To nasza intymna sprawa — ucięła delikatnie, choć głos miała nieco drżący. — Moja i Rafała.
Basia patrzyła na nią przez moment w milczeniu. Potem, zaskakując samą siebie, zrobiła coś, czego nie planowała. Wyciągnęła rękę i położyła dłoń prosto między nogi starszej siostry – na cipkę, przez cienki materiał szlafroka. Palce nacisnęły, przejechały po szparce.
Zosia syknęła ostro z bólu. Ciało miała jeszcze zbyt wrażliwe, zbyt obolałe po nocy. Basia natychmiast cofnęła rękę, przerażona.
— Przepraszam! Boże, przepraszam… nie chciałam…
— Shhh — Zosia złapała jej dłoń i ścisnęła uspokajająco. — Nic się nie stało. Po prostu… to był mój pierwszy raz. Wczoraj. I teraz jestem jeszcze trochę obolała. Dlatego.
Basia otworzyła szeroko oczy, ale nic nie powiedziała. Tylko kiwnęła głową, wciąż czerwona.
Zosia odetchnęła i przypomniała sobie, po co przyszła.
— Śniadanie jest gotowe. Chodź, jak się ubierzesz. Czekamy.
— Zaraz przyjdę — obiecała Basia cicho.
Zosia wstała. Idąc do drzwi, odruchowo rzuciła jeszcze jedno spojrzenie na łóżko. Kołdra zsunęła się i znowu było widać zaczerwienioną, opuchniętą cipkę siostry – wilgotną, podrażnioną, wciąż lekko rozchyloną. Zosia poczuła, jak jej własne ścianki zaciskają się i jak między udami gwałtownie zbiera się wilgoć. Szybko wyszła, zamykając drzwi za sobą.
Na korytarzu oparła się na chwilę o ścianę. Serce biło jej mocno. Szlafrok nagle wydał się zbyt cienki. Jej własna cipka była równie mokra jak ta, na którą przed chwilą patrzyła.
Po śniadaniu zeszło im jeszcze sporo czasu. Basia długo stała pod prysznicem, Zosia poprawiała makijaż, a Rafał w międzyczasie załatwiał kilka służbowych telefonów. Kiedy w końcu obie dziewczyny wyszły do salonu gotowe do wyjścia, Rafał dosłownie stanął jak wryty.
Zosia miała na sobie pasteloworóżową sukienkę z lekkiego, przewiewnego materiału. Kończyła się tuż nad kolanem, dekolt był subtelny, ale wystarczająco głęboki, by odsłonić początek rowka między piersiami. Na szyi spoczywał złoty wisiorek z pantofelkiem. Blond włosy spięła w niski, schludny kok, z którego wypadały pojedyncze kosmyki. Na stopach miała beżowe, eleganckie sandałki na średnim obcasie. Wyglądała dojrzale, kobieco i jednocześnie świeżo.
Basia wybrała coś zupełnie innego – krótką sukienkę w drobne kolorowe kwiaty, obcisłą w talii, a poniżej bioder spływającą swobodnym falbaniastym dołem, który kończył się dokładnie w połowie ud. Do tego białe, krótkie skarpetki i białe sneakersy. Włosy spuściła luźno. Wyglądała skromnie, dziewczęco i zaskakująco seksownie właśnie przez tę prostotę.
Rafał zagwizdał cicho przez zęby, nie kryjąc wrażenia.
— Jezu… wy dwie. Jak tak wyglądacie, to ja nie ręczę za siebie przez resztę dnia.
Zosia uśmiechnęła się z lekkim rumieńcem, a Basia przewróciła oczami, choć widać było, że komplement ją cieszy. Wyszli. W samochodzie Zosia usiadła z przodu, Basia z tyłu. Rafał co chwilę zerkał na obie – na odsłonięte uda Basi w lusterku wstecznym i na dekolt Zosi tuż obok siebie.
Pierwszy postój to był Warszawski Uniwersytet Medyczny. Basia wychodziła z samochodu niemal w transie. Patrzyła na stare, dostojne mury uczelni z otwartymi ustami. Były wakacje, więc po terenie snuli się tylko nieliczni studenci i pracownicy. Serce biło jej tak mocno, że Zosia musiała delikatnie ścisnąć jej dłoń.
— Oddychaj — szepnęła starsza siostra.
Weszli do budynku rektoratu. Starsza sekretarka uniosła wzrok znad monitora, uśmiechnęła się profesjonalnie i powiedziała:
— Pan rektor już czeka. Proszę.
Gabinet był przestronny, z ciężkimi meblami i portretami dawnych profesorów na ścianach. Rektor – mężczyzna po sześćdziesiątce, siwy, o bystrych oczach – wstał od razu, kiedy weszli. Uścisnął dłoń Rafałowi z wyraźną serdecznością.
— Rafał. Miło cię widzieć. I panie…
— Zofia — przedstawiła się Zosia.
— Barbara — dodała Basia, prawie nieśmiało.
Rektor gestem zaprosił ich do foteli. Rozmowa była swobodna, ale zachowywała oficjalny ton. Rafał i rektor znali się najwyraźniej od lat – padały wzmianki o wspólnych znajomych i jakichś dawnych sprawach. W końcu rektor otworzył teczkę z dokumentami Basi i dokładnie je przejrzał.
— Ostatnim rzutem na taśmę udało się dopełnić wszystkich terminów — powiedział z lekkim uśmiechem. — Wyniki matury… imponujące. Naprawdę. Przedwcześnie jeszcze o tym mówić, bo rekrutacja formalnie trwa, ale jestem niemal pewien, że spotkamy się na zajęciach w październiku.
Basia siedziała sztywno, starając się nie pokazać, jak bardzo jej ręce drżą.
Rektor odłożył papiery i spojrzał na nią uważnie.
— Prowadzę wykłady z anatomii, między innymi. Pozwoli pani, że zapytam wprost: dlaczego chce pani zostać lekarzem?
Basia wzięła głęboki, spokojny oddech. Spojrzała najpierw na Zosię, potem na Rafała, a na końcu prosto w oczy rektorowi.
— Widziałam w życiu sporo ludzkiego cierpienia. Tyle, że czasem trudno było oddychać. Jeśli w przyszłości uda mi się naprawdę pomóc chociaż jednej osobie… to będę całkowicie zadowolona.
Rektor przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu. Na jego twarzy malowało się wyraźne zaskoczenie i coś w rodzaju szacunku.
— Dawno nie słyszałem tak dojrzałej odpowiedzi od kogoś w pani wieku — powiedział w końcu. — Naprawdę dawno.
Widać było, że ma jeszcze wiele pytań – o przeszłość, o to, skąd biorą się takie słowa u osiemnastolatki – ale był zbyt taktowny, by je zadawać. Uśmiechnął się tylko, zamknął teczkę i podał Basi dłoń.
— Do zobaczenia w październiku, panno Barbaro. Mam nadzieję.
Podziękowali mu serdecznie za czas i wyszli z gabinetu. Na korytarzu Basia aż oparła się na chwilę o ścianę, wypuszczając powietrze, którego najwyraźniej wstrzymywała od kilku minut. Zosia objęła ją w pasie, a Rafał położył dłoń na jej ramieniu. Przez moment stali tak we trójkę, blisko siebie, w dostojnym półmroku rektoratu, zanim ruszyli w stronę wyjścia.
Z kampusu Uniwersytetu Medycznego pojechali prosto na Uniwersytet Warszawski. Rafał zaparkował niedaleko budynków Wydziału Prawa i Administracji. Słońce stało już wysoko, a na dziedzińcu było wyraźnie mniej ludzi niż w roku akademickim – tylko nieliczni studenci i pracownicy. Basia szła pomiędzy nimi, wciąż jeszcze pod wrażeniem porannej rozmowy z rektorem, a Zosia co jakiś czas poprawiała pasek różowej sukienki, czując na sobie spojrzenie Rafała.
Weszli do gmachu. Sekretarka na parterze uniosła wzrok, rozpoznała Rafała i od razu uśmiechnęła się szerzej.
— Pan dziekan już czeka. Proszę tą furtką, potem pierwsze drzwi po prawej.
Gabinet dziekana był jasny, nowoczesny, pełen książek i teczek. Za biurkiem siedział energiczny mężczyzna po czterdziestce – wysoki, zadbany, z bystrym spojrzeniem. Wstał natychmiast, kiedy weszli.
— Rafał! — powitał go wylewnie, ściskając dłoń. — Cieszę się, że wpadłeś.
Potem zwrócił się do dziewczyn. Najpierw ujął dłoń Zosi i elegancko ucałował, potem to samo zrobił z Basią.
— Pani Zofio. Panno Barbaro. Proszę, siadajcie.
Usiedli. Dziekan otworzył teczkę z dokumentami Zosi i przez dłuższą chwilę je studiował w skupieniu. Co jakiś czas unosił brwi, robiąc notatki na marginesie.
— Pomimo trwającej jeszcze rekrutacji — powiedział w końcu, odkładając papiery — mogę pani powiedzieć z dużą dozą pewności, że miejsce na liście ma pani zapewnione. I to na którymś z czołowych. Wyniki są rewelacyjne.
Zosia skinęła głową, starając się zachować spokój, choć w środku wszystko jej drżało.
Dziekan oparł się w fotelu i spojrzał na nią uważnie.
— Szkoda tylko, że aplikuje pani na studia zaoczne. Tak naprawdę nie ma żadnych przeszkód, żeby studiowała pani stacjonarnie. Wręcz przeciwnie – przy takich wynikach byłaby pani naturalną kandydatką na stypendia i dodatkowe programy.
Zosia uśmiechnęła się grzecznie, ale stanowczo.
— Dziękuję, panie dziekanie. Naprawdę. Ale muszę łączyć studia z pracą. To nie podlega dyskusji.
Rafał poruszył się na krześle, wyraźnie niepewnie.
— Wcale nie musi… — zaczął.
Zosia odwróciła się do niego. Położyła dłoń na jego przedramieniu – czule, ale z żelazną determinacją w głosie.
— Umawialiśmy się, jak ma być. I ja zdania nie zmieniam, Rafał. Naprawdę.
Rafał uniósł obie ręce w geście całkowitego poddania się. Na jego twarzy pojawił się półuśmiech, w którym mieszała się irytacja z ogromną czułością. Dziekan obserwował tę wymianę z rosnącym rozbawieniem, a potem głośno się zaśmiał.
— Pani Zofia jest najwyraźniej kobietą, która dokładnie wie, czego chce. I z całą pewnością zrobi w przyszłości furorę na salach sądowych. Takich charakterów nam właśnie potrzeba.
Pogawędzili jeszcze kilka minut – o programie studiów, o możliwościach praktyk, o tym, jak wygląda pierwszy rok. Atmosfera była ciepła, niemal koleżeńska. W końcu wstali, żeby się pożegnać. Dziekan znowu ucałował dłonie obu sióstr, a kiedy Rafał podchodził do drzwi jako ostatni, dziekan położył mu dłoń na ramieniu i szepnął coś prosto do ucha. Rafał najpierw uśmiechnął się bardzo czule, patrząc na Zosię stojącą kilka kroków dalej, a potem poważnie skinął głową, potwierdzając to, co usłyszał.
Wyszli na zewnątrz. W samochodzie Zosia zapięła pas i od razu odwróciła się do Rafała.
— Co ci powiedział na odchodne?
Rafał włączył silnik, ale jeszcze nie ruszył. Spojrzał na nią bokiem, a w kąciku ust błąkał się uśmiech.
— Gratulował mi wyboru ukochanej. I powiedział, żebym się ciebie trzymał, bo z tobą daleko zajdę.
Zosia poczuła, jak intensywny rumieniec zalewa jej policzki i szyję. Spuściła wzrok na swoje dłonie, bawiąc się wisiorkiem z pantofelkiem.
— A skąd on w ogóle mógł wiedzieć, że jesteśmy parą? — zastanowiła się głośno, pomijając całkowicie komentarz o swojej przyszłości. — Przecież nikt mu tego nie mówił.
Z tylnego siedzenia dobiegł nagły, głośny wybuch śmiechu. Basia prawie zgięła się wpół, trzymając się za brzuch.
— No weź, Zosia. Z tego co zauważyłam, dziekan ma dwoje oczu. A skoro jest dziekanem, to raczej głupi nie jest. Wy dwoje od rana aż iskrzycie. Nawet ślepy by zauważył.
Jadąc z uniwersytetu Rafał niespodziewanie skręcił i zatrzymał się przed prestiżowym, szklanym budynkiem jednego z największych banków w kraju. Zosia uniosła brwi, a Basia wychyliła się z tylnego siedzenia.
— Po co tu stajemy? — zapytała Zosia.
— Mam coś do załatwienia — odparł Rafał spokojnie, wyjmując kluczyki.
— To my z Basią poczekamy w aucie…
— Nie. Będziecie mi bardzo potrzebne. Obie.
Ton nie znosił sprzeciwu. Wyszli. W holu banku panowała huczna, klimatyzowana cisza. Rafał podszedł do recepcji, powiedział tylko kilka słów i nazwisko. Po mniej niż minucie młodszy pracownik zaprowadził ich windą na wyższe piętro, prosto do strefy obsługi klientów VIP. Skórzane fotele, ciemne drewno, zero kolejek.
Szybko pojawił się mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Na plakietce miał nazwisko i funkcję: kierownik działu ds. klientów strategicznych. Uścisnął dłoń Rafałowi z wyraźnym szacunkiem.
— Panie Rafałe. W czym mogę pomóc?
Rafał usiadł, gestem wskazując miejsca Zosi i Basi.
Rafał usiadł, gestem wskazując miejsca Zosi i Basi.
— Chciałbym upoważnić panią Zofię do pełnego dostępu do wszystkich moich prywatnych kont. Wyrobić dla niej komplet kart płatniczych – debetowe, kredytowe, wszystkie limity bez ograniczeń. Ponadto proszę o założenie osobistego konta dla pani Barbary i ustawienie stałej dyspozycji: dziesięć tysięcy złotych co miesiąc, na początku każdego miesiąca.
Zapadła absolutna cisza. Zosia odwróciła się do niego gwałtownie, oczy miała szeroko otwarte.
— Rafał… nie. To niemożliwe. Nie możesz…
— Mogę — przerwał jej spokojnie, kładąc dłoń na jej udzie. Palce ścisnęły delikatnie, a kciuk zaczął powoli gładzić wewnętrzną stronę uda przez cienki materiał sukienki. — Wszystko, co należy do mnie, należy również do ciebie. Jeżeli mnie kochasz, to grzecznie podpiszesz wszystko, co ci podadzą, i nie będziesz się kłócić. Jasne?
Zosia otwierała usta, zamykała je, szukała argumentów. W końcu, pod ciężarem jego spojrzenia i tego intymnego, właścicielskiego dotyku, opuściła ramiona.
— Dobrze — wyszeptała.
Basia siedziała sztywno, patrząc na Rafała z niedowierzaniem.
— Dziesięć tysięcy? Co miesiąc? To… to zdecydowanie za dużo. Ja nie potrzebuję…
Rafał wzruszył ramionami, a jego dłoń wciąż spoczywała na udzie Zosi, coraz wyżej.
— Głupio by się nam obojgu robiło, gdybyś za każdym razem musiała osobno prosić o pieniądze na ubrania, na książki albo na podpaski.
Kierownik działu, który do tej pory zachowywał kamienną, profesjonalną obojętność, nagle nie wytrzymał. Wyrwało mu się:
— To chyba bardzo drogie podpaski…
Przez sekundę wszyscy siedzieli w osłupieniu. Potem Basia parsknęła pierwsza, zaraz po niej Zosia, a na końcu Rafał. Śmiech rozlał się po eleganckim gabinecie, całkowicie rozładowując napiętą atmosferę. Nawet kierownik pozwolił sobie na krótki, zawstydzony uśmiech.
Podpisywanie dokumentów zajęło dobrą godzinę. Stosy papierów, kolejne pieczątki, kody SMS, weryfikacje tożsamości. Rafał co chwilę nachylał się nad Zosią, tłumacząc który dokument, przy okazji muskając ustami jej skroń albo ucho. Basia obserwowała ich z mieszaniną konsternacji i narastającego podniecenia – ta naturalna, prawie zwierzęca bliskość między siostrą a Rafalem działała na nią silniej, niż chciała przyznać.
W końcu kierownik podał Zosi elegancką, czarną kopertę. W środku był plik kart – srebrne, złote, czarne, platynowe. Basi wręczył jedną, srebrną, z jej imieniem i nazwiskiem.
Kiedy wyszli z banku na słoneczny chodnik, Rafał przeciągnął się i westchnął głośno.
— Jezu… jestem strasznie głodny.
Niedaleko banku, dosłownie dwie ulice dalej, mieściła się popularna tajska restauracja o ciemnym, drewnianym wystroju i zapachu imbiru, trawy cytrynowej i chili, który bił już z progu. Rafał podszedł do hostessy, powiedział kilka słów i po krótkim oczekiwaniu zaprowadzono ich do stolika przy oknie.
Usiedli. Kelner podał karty dań. Zosia i Basia otworzyły je z taką miną, jakby dostały do ręki tekst w nieznanym alfabecie.
— Co to jest galangal? — zapytała Zosia.
— A to czerwone curry jest bardzo ostre? — dopytywała Basia.
— A krewetki są duże czy takie małe, koktajlowe?
Rafał uśmiechał się cierpliwie i tłumaczył danie po daniu, wskazując palcem, opowiadając o smakach. W końcu Zosia zdecydowała się na pad thai z krewetkami, Basia na wołowinę w czerwonym curry, a Rafał zamówił klasyczną zupę tom yum kung.
Kiedy talerze stanęły na stole, Zosia wzięła pierwszy kęs i zamknęła oczy.
— Boże… — wyszeptała. — To jest… to jest niesamowite. Tyle smaków naraz. Słodkie, kwaśne, ostre, orzechowe…
Nie wytrzymała. Sięgnęła pałeczkami najpierw do zupy Rafała, potem do talerza Basi, smakując po kęsie z każdego.
— Kuchnia tajska jest rewelacyjna. Nigdy niczego takiego nie jadłam.
Rafał oparł się wygodniej i spojrzał na nią z ciepłym, prawie czułym uśmiechem.
— W takim razie nie mogę się doczekać twojej reakcji, kiedy spróbujesz tego samego w prawdziwej Tajlandii. Na plaży, z nogami w piasku.
Zosia zarumieniła się lekko, a Basia, choć jadła ze smakiem, nie była aż tak oszołomiona. W pewnym momencie uniosła wzrok znad talerza i zamarła. Kilka stolików dalej siedział młody mężczyzna – może dwadzieścia kilka lat, ciemne włosy, niepozorny – i przyglądał im się intensywnie, prawie bez mrugania. Basia nachyliła się nad stół.
— Facet w szarej koszuli. Piąty stolik w lewo. Patrzy na nas jak nawiedzony.
Rafał i Zosia odwrócili się dyskretnie. Stolik był już pusty. Mężczyzna zniknął, jakby go nigdy nie było.
Zjedli resztę w nieco bardziej czujnej atmosferze. Rafał zapłacił rachunek, zostawiając suty napiwek, i wstali. Właśnie wychodzili przez drzwi, kiedy Basia nagle klasnęła się w czoło.
— Torba. Zostawiłam na krześle.
Odwróciła się i wbiegła z powrotem do środka.
Zosia i Rafał zostali na chodniku. Przez chwilę po prostu patrzyli sobie w oczy. Tłum omijał ich szerokim łukiem. Rafał uniósł dłoń, pogładził kciukiem jej dolną wargę, a potem pochylił się i pocałował. Najpierw miękko, potem coraz głębiej, coraz namiętniej. Ręka zsunęła mu się na jej talię, przyciągając bliżej. Zosia odpowiedziała z taką samą intensywnością, wplatając palce w jego włosy. Nie zauważyli, że kilkanaście metrów dalej, w cieniu bramy, ten sam młody mężczyzna w szarej koszuli uniósł profesjonalny aparat z teleobiektywem i wykonał serię szybkich, bezgłośnych zdjęć.
Basia wyszła z restauracji z torebką w dłoni i stanęła jak wryta. Widok siostry wtulonej w Rafała, ich splecionych ust, dłoni na biodrach i tej absolutnej, publicznej bliskości uderzył ją falą ostrego, nieoczekiwanego podniecenia. Cipka zacisnęła się sama, a w brzuchu rozlało się gorąco. Przez ułamek sekundy wyobraziła sobie, że to ona stoi teraz w ramionach Rafała – albo że to ona całuje Zosię. Odrzuciła te myśli natychmiast.
Odchrząknęła głośno.
— Już jestem.
Rafał i Zosia oderwali się od siebie powoli, jakby z żalem. Oboje mieli lekko spuchnięte usta i ciemniejsze spojrzenia. Basia podeszła bliżej, starając się, by głos nie zadrżał.
— Chodźmy. Zanim znowu zaczniecie się obściskiwać na środku ulicy.
Ruszyli w stronę samochodu we trójkę, rozmawiając o jedzeniu, o Tajlandii i o tym, jak bardzo Zosia chce kiedyś zobaczyć Bangkok. Pod spodem jednak każde z nich niosło własne, gorące napięcie – niewypowiedziane, ale wyczuwalne w każdym przypadkowym muśnięciu ramion i w każdym zbyt długim spojrzeniu.
W samochodzie Rafał włączył silnik, ale zamiast jechać w stronę domu, skręcił w kierunku dużej galerii handlowej na obrzeżach centrum.
— Jedziemy na zakupy — oznajmił.
Zosia odwróciła się do niego z niedowierzaniem.
— Rafał… przecież niedawno byłyśmy. Mam już tyle ubrań, ile nie miałam łącznie przez ostatnie kilka lat. Naprawdę nie potrzebuję…
— Potrzebujesz — przerwał jej spokojnie, kładąc dłoń na jej kolanie. — O wiele więcej. Ubrania na uczelnię, do pracy, codzienne, eleganckie. Takie, w których będziesz mogła pójść ze mną na eventy firmowe. Prowadzenie takiej firmy oznacza, że od czasu do czasu muszę się pojawiać na przyjęciach, galach, networkingach. I nie wyobrażam sobie, żebym miał tam chodzić sam, a ty siedziała w domu.
Zosia gryzła dolną wargę, wciąż nieprzekonana. Rafał westchnął i spojrzał w lusterko na Basię.
— No i Basia. Też ma swoje potrzeby. Do tej pory to ty kupowałaś jej najpotrzebniejsze rzeczy. Powinna mieć szansę sama wybrać to, co jej się naprawdę podoba. Bez oglądania się na to, czy „wystarczy”.
Zosia zamknęła oczy i głośno westchnęła.
— To nie fair. Idealnie wiesz, że dla niej jestem gotowa na wszystko. Wykorzystujesz to.
— Wiem — przyznał Rafał z lekkim uśmiechem. — I nie zamierzam przestać.
Basia, która do tej pory milczała, odezwała się z tylnego siedzenia, obserwując ich oboje z wyraźną rozbawieniem i czymś jeszcze – ciepłem, które miało w sobie odcień pożądania.
— Skoro Rafał naprawdę tego chce… to mimo że naprawdę niewiele potrzebuję, czuję w sobie duszę hedonistki. Pozwolę się porozpieszczać. Dla dobra sprawy.
Weszli do galerii i natychmiast rzucili się w szał zakupów. Rafał płacił, nosił torby i tylko czasem wtrącał swoje zdanie, kiedy któraś z sióstr wahała się zbyt długo. Sukienki codzienne i wieczorowe, spódniczki, bluzki, swetry, komplety sportowe, a nawet dwie długie, eleganckie kreacje balowe. Potem kosmetyki, perfumy, przybory do higieny, buty – sneakersy, szpilki, baleriny, sandały. Po dwóch godzinach torb było tyle, że Rafał postanowił znieść je wszystkie do samochodu.
— Idę nas odciążyć. Wy idźcie dalej, zaraz wrócę.
Kiedy zniknął między schodami ruchomymi, Zosia złapała Basię za rękę i niemal wciągnęła ją do eleganckiego, przyciemnionego butiku z bielizną. Zapach drogiego jedwabiu i koronek uderzył je od progu.
— Szybko — szepnęła Zosia z figlarnym błyskiem w oku. — Zanim wróci.
Przez następną dobrą godzinę obie śmiały się jak dziewczynki, przymierzając kolejne komplety. Basia wybrała dla siebie kilka klasycznych, ładnych zestawów – czarne, beżowe, jedno bordowe. Zosia natomiast nie ograniczała się. Do koszyka wędrowały pończochy samonośne z delikatną koronką u góry, komplety biustonoszy i majtek w różnych kolorach, proste bawełniane koszulki nocne, ale też te zdecydowanie bardziej erotyczne – przezroczyste, z wycięciami, body z czarnej koronki, które ledwo cokolwiek zasłaniało, stringi tak wąskie, że prawie ich nie było.
Kiedy stawała przy kasie z pełnym koszem, Basia patrzyła na nią z szeroko otwartymi oczami. Zosia zapłaciła jedną z nowych, czarnych kart, a potem, widząc minę siostry, zarumieniła się intensywnie.
— To jedyne zakupy, które robię bez najmniejszych wyrzutów sumienia — wyjaśniła cicho, prawie szeptem. — Chcę być dla niego piękna. Chcę go podniecać. Chcę, żeby za każdym razem, kiedy mnie rozbiera, miał wrażenie, że dostaje prezent.
Basia przełknęła ślinę. Stojąc tak blisko siostry, wśród luster i koronkowej bielizny, poczuła znajome ciepło między udami. Uśmiechnęła się krzywo.
— Rafał i bez tego jest w tobie zakochany po uszy i permanentnie napalony. Widzę to za każdym razem, kiedy na ciebie patrzy. — Umilkła na sekundę, a jej głos stał się niższy. — Ale… szczerze? W tym wszystkim, co właśnie kupiłaś, zwalisz go z nóg. Totalnie.
Wyszły z butiku z bielizną obładowane torbami i ruszyły dalej w głąb galerii. Zosia niemal od razu dostrzegła Rafała. Stał przy schodach ruchomych z telefonem przy uchu, a na twarzy miał wyraz wyraźnego niepokoju, prawie strachu. Serce ścisnęło jej się w piersi. Odruchowo sięgnęła do torebki po swój nowy smartfon. Ekran zapłonął powiadomieniami – dziewięć nieodebranych połączeń, wszystkie od Rafała. Przypomniała sobie, że jeszcze na uniwersytecie wyciszyła dzwonki i powiadomienia.
Podbiegła do niego prawie biegiem.
— Rafał…
Nie zdążyła dokończyć. On już ją łapał w ramiona, przyciskał do siebie tak mocno, jakby nie widział jej od miesięcy, a nie od dwudziestu minut. Twarz wtulił jej we włosy, jedną ręką trzymał za kark, drugą za talię.
— Boże, Zosiu… nie odbierałaś. Myślałem…
— Przepraszam — wyszeptała, tuląc się do niego. — Na uniwersytecie wyciszyłam telefon i zapomniałam włączyć. Naprawdę przepraszam. Nie chciałam cię przestraszyć.
Oderwała się odrobinę, żeby spojrzeć mu w oczy, i zrobiła przy tym tak skruszoną, niemal psią minę, że Rafał najpierw jeszcze raz ją ścisnął, a potem po prostu głośno się roześmiał z ulgi.
— Jesteś niemożliwa. Chodźcie, zanim znowu znikniecie mi na pół godziny.
Całą trójką ruszyli dalej. Tym razem to Zosia przejęła inicjatywę. Zaciągnęła Rafała do eleganckiego sklepu z modą męską, zostawiając Basię z torbami przy wejściu.
— Przymierzysz kilka rzeczy. Dla mnie.
Wybrała sześć koszul – klasyczne białe, jasnoniebieskie, grafitowe, jedną w bardzo delikatną kratę. Rafał, rozbawiony jej determinacją, znikał w przymierzalni i wychodził w każdej z nich po kolei. Zosia obchodziła go dookoła, poprawiała kołnierzyk, marszczyła brwi, kazała podwinąć rękawy. W końcu wybrała pięć.
— Te zostają. W nich wyglądasz… niebezpiecznie dobrze.
Kiedy Rafał podszedł do kasy z kartą w dłoni, Zosia złapała go za nadgarstek.
— Nie. Ja płacę.
— Zosiu, to przecież…
— Wiem, że to twoje pieniądze — przerwała mu szybko. Kiedy otworzył usta, żeby poprawić „nasze”, położyła mu palec na ustach. — Ale pozwól mi chociaż na ten symboliczny gest. Że to ja też o ciebie dbam. Proszę.
Rafał spojrzał na nią długo, potem powoli schował kartę i pozwolił jej zapłacić jedną z nowych, czarnych. Za ich plecami Basia opierała się o regał i obserwowała całą scenę z półuśmiechem. Była pod ogromnym wrażeniem. Jeszcze niedawno jej starsza siostra była przerażoną, niedoświadczoną dziewczyną z ulicy. Teraz stała w luksusowym sklepie, pewna siebie, elegancka, stanowcza, i kupowała koszule mężczyźnie, którego kochała. Basia poczuła ukłucie zazdrości, ale mocniejsze było coś innego – ostre, znajome podniecenie. Patrzenie na nich dwoje, na to, jak iskrzyli przy najmniejszym kontakcie, jak Zosia przejmowała kontrolę, a Rafał się jej poddawał, działało na nią silniej niż chciała przyznać. Chciałaby być taka jak Zosia. Silna. Pożądana. Kochana w ten sposób. I to, że oboje ją tak cholernie podniecali, w tej chwili nie miało znaczenia. Po prostu patrzyła i chłonęła.
Wyszli z galerii dopiero późnym popołudniem, wyładowani po brzegi. Bagażnik SUVa ledwo się domykał. Droga do domu minęła im wśród żartów i przepychanek, kto ma więcej toreb na kolanach. W garażu wniesienie wszystkiego do windy zajęło dwie kolejki. Na ostatnim piętrze jakoś dotaszczyli zakupy do drzwi apartamentu i wsypali je w holu.
Zosia od razu rzuciła okiem na zegarek, potem na kuchnię, a na końcu na Rafała i Basię. Wskazała palcem w stronę salonu.
— Won. Oboje. Do salonu.
— Zosiu… — zaczął Rafał.
— Ani słowa. Zbliża się pora kolacji. I tego wieczoru tylko ja mam prawo przebywać w kuchni. Wy macie grzecznie usiąść i czekać, aż was zawołam. Jasne?
Basia uniosła ręce w geście niewinności i już wycofywała się w stronę sofy, a Rafał, choć próbował jeszcze protestować wzrokiem, pozwolił się wypchnąć z kuchni. Zosia stanęła w przejściu z rękami na biodrach, różowa sukienka wciąż idealnie leżąca, i dopiero kiedy oboje usłyszeli, że drzwi do salonu się zamykają, pozwoliła sobie na mały, zwycięski uśmiech.
Zosia zamknęła drzwi kuchni za sobą i przez chwilę po prostu stanęła w miejscu, oddychając głęboko. Potem zawiązała fartuch, który znalazła w szufladzie, i zabrała się do roboty. Sałatka szopska – ogórki, pomidory, papryka, cebula, ser feta, oliwa. Soczyste żeberka, które wcześniej zamarynowała w miodzie, czosnku i papryce. Opiekane ziemniaczki ze skórką, posypane rozmarynem. Poruszała się po kuchni niemal tanecznym krokiem – lekko, pewnie, z uśmiechem, którego nie potrafiła zetrzeć z twarzy. Sama była zaskoczona, jak łatwo i naturalnie przyszła jej ta zmiana. Jeszcze niedawno walczyła o przetrwanie na ulicy, a teraz stała w luksusowej kuchni i gotowała kolację dla ludzi, których kochała. Wiedziała, że to wszystko zasługa Rafała – jego uporu, jego czułości, jego decyzji, by nie przejść obok niej obojętnie. A jednak dostrzegała też coś więcej. Lepiej czuła się w domowym zaciszu niż kiedykolwiek przypuszczała. Nie miała wrażenia, że omija ją świat rówieśniczek. Nie tęskniła za klubami ani za bezcelowym kręceniem się po mieście. Była zadowolona, że może po prostu stać przy blacie i przygotowywać jedzenie dla swoich bliskich. To wystarczało. To było więcej niż wystarczające.
W salonie panowała zupełnie inna atmosfera. Basia usiadła po turecku na sofie naprzeciwko Rafała, który zajął fotel. Krótka kwiatowa sukienka podjechała jej wysoko na uda, ale nie poprawiła jej. Patrzyła na niego intensywnie, prawie badawczo.
— Jak to w ogóle możliwe? — zapytała wprost. — Że zakochałeś się aż tak, żeby wywrócić całe swoje życie do góry nogami? Miałeś wszystko. Spokój, pieniądze, wolność. A teraz my.
Rafał oparł się wygodniej i przez chwilę milczał, zbierając myśli.
— Sam nie wiem, jak to się stało — przyznał szczerze. — Jednego dnia szedłem sobie ulicą, a następnego już wiedziałem, że bez niej moje życie nie miałoby sensu. Po prostu… kliknęło. I od tamtej pory wszystko inne stało się mniej ważne.
Dziewczyna uśmiechnęła się krzywo, a słowa wyrwały jej się, zanim zdążyła je powstrzymać:
— Szkoda, że tylko jak siostrę.
Rafał zamarł na ułamek sekundy. W jego oczach pojawiło się zrozumienie. Delikatne, ostrożne.
— Basia… — zaczął miękko. — Uważam cię za naprawdę atrakcyjną młodą kobietę. Taką, na którą bardzo przyjemnie się spogląda. Masz w sobie ogień i delikatność jednocześnie. To rzadkie połączenie.
Basia rozchmurzyła się natychmiast. Uśmiechnęła się szerzej, a potem, trochę się wygłupiając, a trochę testując granice, uniosła ręce i przybrała przesadnie uwodzicielską pozę – odchylona, z ręką we włosach, z nogą wyciągniętą wzdłuż sofy.
— No i jak? Robię wrażenie?
Rafał parsknął cichym śmiechem, ale w jego spojrzeniu przez moment pojawiło się coś ciepłego i pochlebnego.
— Robisz. Zbyt duże, jak na kogoś, kto powinien być dla mnie tylko siostrą.
Basia opuściła ręce i spoważniała.
— Zazdrościę wam — powiedziała ciszej. — Tego, że się znaleźliście. Że tak po prostu… pokochaliście. Ja też bym chciała kogoś takiego.
Rafał pochylił się lekko do przodu.
— Po prostu nastał ten czas, kiedy było wam z Zosią przeznaczone się spotkać. A gdzieś tam, w jakimś planie, jest już postanowione, kiedy ty spotkasz kogoś wyjątkowego. Kogoś, kto zwariuje na twoim punkcie. I szczerze? Trochę temu szczęściarzowi zazdroszczę.
Basia uśmiechnęła się, ale tym razem dojrzałe. Nie dała po sobie poznać, jak bardzo elektryzująco działała na nią sama obecność Rafała – jego głos, jego spokój, sposób, w jaki na nią patrzył. W środku jednak wszystko jej wibrowało. Wiedziała, że musi to utrzymać w ryzach.
Przeszli płynnie do rozmowy o przyszłości. Basia zasypywała go pytaniami: jak wygląda pierwszy rok na medycynie, czy da radę łączyć naukę z normalnym życiem, czy studenci naprawdę śpią po trzy godziny na dobę. Rafał odpowiadał cierpliwie, czasem żartując, czasem serio.
W pewnym momencie drzwi kuchni otworzyły się i w progu stanęła Zosia. Fartuch miała lekko ubrudzony sosem, policzki zaróżowione od gotowania, a we włosach kilka zbłąkanych kosmyków. Uśmiechnęła się do nich obojga.
— Kolacja gotowa. Proszę grzecznie do stołu.
Kolacja smakowała im wszystkim. Żeberka były idealnie soczyste, ziemniaczki chrupiące, a sałatka szopska orzeźwiająca. Siedzieli przy stole w kuchni dłużej, niż planowali – rozmowa płynęła swobodnie, od żartów Basi, przez opowieści Rafała o firmie, aż po wspomnienia Zosi z domu dziecka, które tym razem nie niosły już takiego ciężaru. Światło pod szafkami rzucało ciepły blask na ich twarze, a atmosfera była niemal domowa.
Kiedy Zosia wstała, żeby zacząć zbierać talerze, Rafał złapał ją za nadgarstek.
— Ani kroku. Jesteśmy partnerami. Ty gotowałaś – ja sprzątam. Siadaj.
Zosia chciała protestować, ale jedno spojrzenie wystarczyło. Rafał sprawnie zebrał wszystko, wytrzeł blaty, nastawił zmywarkę i dopiero wtedy otarł dłonie w ręcznik.
— Gotowe. Salon?
Przenieśli się na wielką sofę. Rafał usiadł w rogu, Zosia natychmiast wtuliła się w niego, a Basia zajęła fotel naprzeciwko, podkulając nogi. Rozmowa zeszła na przyszłość.
— Powinnam zacząć szukać pracy — powiedziała nagle Zosia. — Na poważnie. Żeby zarobić na studia i nie czuć się jak pasożyt.
Rafał pogładził ją po ramieniu.
— A jak chciałabyś pracować? Masz coś konkretnego na myśli?
— Cokolwiek — odparła szczerze. — Sprzątanie, kasowanie, noszenie teczek… byle legalnie i tak, żebym mogła łączyć to z nauką.
Rafał przez chwilę milczał, a potem odezwał się spokojnie:
— Mam propozycję. Moja daleka ciotka prowadzi solidną kancelarię adwokacką w centrum. Szuka asystentki. Nie sekretarki do kawy – prawdziwej asystentki. Pomoc przy dokumentach, obecność na niektórych spotkaniach, porządkowanie akt. Taka praca da ci wgląd w to, czego będziesz się uczyć na prawie. Zobaczysz na żywo sprawy, pisma, salę sądową z drugiej strony. To będzie jak dodatkowe zajęcia praktyczne.
Zosia zmarszczyła brwi.
— To brzmi jak nepotyzm w najczystszej postaci…
— W kancelariach prawnych, zwłaszcza przy delikatnych sprawach, zaufanie jest ważniejsze niż CV — odparł Rafał. — Ciotka wie, że jeśli ja kogoś polecam, to nie zawiedzie. A ty nie zawiedziesz. Przemyśl to. Nie musisz decydować dziś.
Zosia westchnęła, ale kiwnęła głową.
— Obiecuję, że się zastanowię. Naprawdę.
Basia, która do tej pory słuchała w skupieniu, nagle wyprostowała się.
— W sumie to ja też mogę pracować. Nie chcę tylko siedzieć i…
— Możesz. Oczywiście, że możesz. Ale czy nie chciałabyś chociaż jednych wakacji spędzić beztrosko? Bez liczenia każdej złotówki, bez ciągłego stresu? Zosia nie miała takiej szansy. Ty możesz. Świat się nie zawali, jeśli przez dwa miesiące będziesz po prostu żyła.
Zosia natychmiast go poparła.
— Posłuchaj go, Basia. Obowiązki jeszcze Ci się przejedzą. Na studiach, na praktykach, w pracy. Daj sobie teraz chociaż odrobinę oddechu. Proszę.
Basia otworzyła usta, zamknęła je, a potem niechętnie kiwnęła głową. Rozmowa przeciągnęła się długo w noc. Mówili o planach, o tym, jak będzie wyglądał październik, o tym, czy Basia da radę na medycynie, o tym, jak Zosia wyobraża sobie salę sądową. Rafał co jakiś czas całował Zosię w skroń albo w dłoń, a Basia obserwowała te gesty z mieszaniną czułości i cichego, narastającego napięcia. Obecność ich dwojga – tak blisko siebie, tak naturalnie splecionych – działała na nią jak powolny prąd.
W końcu głos Basi stał się coraz cichszy, a odpowiedzi coraz krótsze. W pewnym momencie po prostu zapadła w sen, skulona na fotelu z głową opartą o podłokietnik. Zosia zauważyła to pierwsza. Delikatnie wstała, wzięła koc z oparcia sofy i bardzo ostrożnie otuliła siostrę aż po ramiona. Basia nawet nie drgnęła.
Rafał wstał za nią. Ich spojrzenia spotkały się nad śpiącą dziewczyną. Bez słowa Rafał podał Zosi dłoń. Spleceni palcami, w ciszy, przeszli korytarzem do sypialni. Drzwi zamknęły się za nimi miękko, zostawiając salon w półmroku i miarowy oddech Basi.
Drzwi sypialni zamknęły się za nimi z cichym kliknięciem. Ledwie znalazły się po drugiej stronie, Rafał przycisnął Zosię do ściany i pocałował ją z taką intensywnością, jakby przez cały dzień tylko na to czekał. Zosia odpowiedziała natychmiast – jej dłonie wsunęły się pod jego koszulę, wędrując po twardych mięśniach pleców, a jego ręce zjechały na jej pośladki, przyciągając ją bliżej. Całowali się długo, mokro, z rosnącym głodem, aż w końcu musieli oderwać się od siebie, żeby złapać oddech.
Zosia spuściła wzrok, lekko zarumieniona, i powiedziała nieśmiało:
— Doszłam już trochę do siebie po wczoraj… Jeśli będziesz delikatny… to twoja kobieta jest do twoich usług.
Rafał uniósł jej twarz dłonią i pocałował ją miękko w usta.
— Będę bardzo delikatny — obiecał ochryple. — Obiecuję.
Całując się co kilka kroków, przeszli do łazienki. Rafał odkręcił kran, napełniając wannę ciepłą wodą z odrobiną olejku, podczas gdy oboje stanęli przy umywalce i zaczęli myć zęby. To prozaiczna czynność nagle stała się intymna – zerkali na siebie w lustrze, uśmiechali się z pianą na ustach, a kiedy Zosia nachyliła się, żeby spłukać usta, Rafał nie oparł się pokusie i musnął ustami jej odsłonięty kark.
Kiedy wanna była pełna, weszli do niej powoli. Woda przyjęła ich ciepłem. Rafał usiadł pierwszy, a Zosia między jego nogami, oparłszy plecy o jego pierś. Myli się nawzajem bez pośpiechu. Jego namydlone dłonie ślizgały się po jej piersiach, brzuchu, wewnętrznej stronie ud. Ona odwracała się, żeby namydlić jego tors, ramiona, a potem, z figlarnym błyskiem w oku, zjechała niżej i objęła jego już twardego kutasa. Całowali się przy każdej okazji – kiedy podawała mu gąbkę, kiedy poprawiała mu mokre włosy, kiedy po prostu nie mogli się powstrzymać.
W końcu wyszli. Rafał wziął duży, puszysty ręcznik i z niemal nabożną czcią osuszył każde centymetr jej ciała – ramiona, piersi, brzuch, uda, a na koniec delikatnie przeciągnął ręcznikiem między jej nogami, wywołując u niej cichy jęk. Potem to ona wzięła ręcznik i starannie, powoli wytarła jego szerokie ramiona, klatkę piersiową, brzuch i w końcu, klęcząc, jego uda i nabrzmiałego kutasa.
Kiedy skończyła, Rafał nie dał jej nawet dojść do łóżka o własnych siłach. Podniósł ją jak piórko i zaniósł na środek materaca. Położył delikatnie na plecach i zaczął zasypywać jej ciało pocałunkami. Najpierw usta, potem szyja, obojczyki, każda pierś po kolei – ssał sutki, aż stwardniały i Zosia zaczęła się prężyć. Schodził niżej: pocałunki na żebrach, na płaskim brzuchu, na wystających kościach biodrowych. Zosia wiła się pod nim, wplatając palce w jego włosy, cicho pojękując przy każdym nowym miejscu, które obdarzał uwagą.
W końcu Rafał delikatnie rozchylił jej uda. Przez chwilę po prostu patrzył na jej cipkę – wciąż trochę wrażliwą po wczoraj, ale już wilgotną i gotową. Pochylił się i złożył na niej pierwszy, miękki pocałunek. Potem kolejny. I kolejny. Zasiał całą jej szparkę lekkimi, czułymi pocałunkami, aż Zosia uniosła biodra z niecierpliwości.
Dopiero wtedy przysunął się bliżej i przywarł ustami na serio.
Język najpierw przeciągnął się płasko od samego dołu aż po łechtaczkę, zbierając jej soki. Potem skupił się na napęczniałym pączku – krążył wokół niego czubkiem języka, ssał delikatnie, puszczał, znowu ssał. Jednocześnie wsunął jeden, potem dwa palce do środka, zaginając je lekko w górę, szukając tego miejsca, które sprawiało, że Zosia wyginała się jeszcze mocniej. Lizał ją rytmicznie, czasem spłaszczając język i przeciągając nim szeroko, czasem skupiając się tylko na łechtaczce szybkimi, punktowymi ruchami. Druga dłoń przytrzymywała jej biodro, żeby nie uciekła przed intensywnością.
Zosia jęczała coraz głośniej. Jej uda drżały, dłonie zaciskały się na pościeli, a biodra same ocierały się o jego usta. Rafał nie zwalniał – ssał, lizał, pieścił ją językiem z rosnącą determinacją, smakując każdą kolejną falę wilgoci, która pojawiała się pod jego ustami.
Rafał nie odrywał ust od jej cipki. Pieścił ją dalej czule i z ogromną delikatnością – język krążył wolnymi, szerokimi ruchami wokół łechtaczki, potem spłaszczał się i przeciągał całą długość napęczniałych warg, zbierając każdą nową falę wilgoci. Co jakiś czas ssał delikatnie sam czubek pączka, a potem znowu lizał płasko, rytmicznie, nie pozwalając jej ani na chwilę odpocząć. Zosia wiła się na materacu jak w gorączce. Palce wczepiły się w pościel, biodra unosiły się naprzeciw jego ust, a z gardła wydobywały się coraz głośniejsze, urywane jęki.
Orgazm nadszedł nagle i z siłą, która prawie ją przestraszyła.
Najpierw całe ciało sztywno wyprężyło się w łuk – kręgosłup oderwał się od materaca, piersi uniosły wysoko, a głowa odchyliła się do tyłu. Potem zaczęły się gwałtowne, niekontrolowane drżenia: uda zadrgały tak mocno, że kolana uderzały o jego ramiona, brzuch wciągał się i wypychał w szybkich, spazmatycznych ruchach, a wewnętrzne ścianki cipki zaczęły bić intensywnymi, długimi skurczami wokół jego języka i palców. Skóra pokryła się gęsią skórką od karku aż po stopy. Z ust wyrwał się przeciągły, drżący dźwięk, który przeszedł w serię krótkich, wysokich krzyków. Palce u stóp zgięły się kurczowo, a paznokcie wpiły się w prześcieradło tak mocno, że materiał prawie pękł. Fale szły jedna za drugą – mokre, gorące, niepowstrzymane – aż w końcu Zosia opadła na łóżko, ciężko dysząc, z oczami pełnymi łez rozkoszy.
Leżała tak przez dłuższą chwilę, uspokajając drżące ciało. Kiedy oddech trochę wrócił, uniosła głowę i spojrzała na Rafała prawie błagalnie.
— Wejdź we mnie… proszę… błagam… potrzebuję cię w sobie…
Rafał przesunął się wyżej. Ujął swojego ciężkiego, lśniącego od jej soków kutasa i przyłożył główkę do jej wciąż pulsującego wejścia. Wchodził niezwykle delikatnie, milimetr po milimetrze.
Dla Zosi było to jak powolne, rozkoszne rozrywanie. Najpierw poczuła szeroką, gorącą główkę, która rozchylała jej wargi i wciskała się do środka, rozciągając wrażliwe, jeszcze trochę obolałe ścianki. Potem trzon – gruby, żyłowany, nieustępliwy – wypełniał ją coraz głębiej, centymetr po centymetrze, aż miała wrażenie, że nie ma już w niej miejsca na cokolwiek więcej. Ciepło jego skóry mieszało się z jej własną wilgocią, a każdy kolejny milimetr wywoływał falę dreszczy biegnących od cipki aż po czubek głowy. Kiedy w końcu wszedł po same jądra, Zosia wydała z siebie głośny, przeciągły jęk – mieszaninę ulgi, pełności i czystej rozkoszy.
Rafał zaczął poruszać się w niej delikatnie, prawie litościwie. Płytkie, wolne pchnięcia, przy każdym z których nachylał się i całował ją namiętnie – w usta, w policzki, w powieki. Zosia zatopiła się w tych odczuciach całkowicie. Czuła każdy centymetr jego kutasa ślizgającego się po jej ściankach, każde uderzenie jego bioder o jej uda, ciepło jego piersi przyciśniętej do jej piersi. Po kilku minutach nie wytrzymała.
— Mocniej… proszę… szybciej… bierz mnie…
Rafał posłuchał. Przyspieszył, ale wciąż obejmował ją całym ciałem, nie przestając całować. Zosia oplatała go rękami i nogami coraz ciasniej – kostki krzyżowała na jego plecach, ramiona zaciskała wokół karku – aż naprawdę stanowili jedną, splecioną, mokra i dyszącą całość.
Orgazm przyszedł im jednocześnie, jakby ich ciała uzgodniły to wcześniej.
Zosia pierwsza poczuła, jak wszystko w niej pęka. Cipka zacisnęła się na jego kutasie w gwałtownych, rytmicznych skurczach, które szły fala za falą. Uda zadrżały niekontrolowanie, paznokcie wpiły się w jego pośladki, a z gardła wyrwał się długi, łkający krzyk. W tej samej chwili Rafał wbił się w nią najgłębiej jak mógł i z niskim, zwierzęcym jękiem zaczął dochodzić. Widok jej twarzy w orgazmie – szeroko otwartych, zamglonych oczu, otwartych ust, rumieńca rozlewającego się aż po piersi – doprowadził go do szaleństwa i wydłużył jego własne spełnienie. Z kolei Zosia, czując, jak jego kutas drga i pulsuje w niej, jak on traci kontrolę właśnie przez nią, doznała jeszcze silniejszej fali – jej skurcze stały się mocniejsze, dłuższe, niemal bolesne z intensywności.
Kiedy ostatnie drżenia minęły, opadli na łóżko wycieńczeni, wciąż spleceni, wciąż w sobie. Całowali się powoli, słono od potu i łez. Rafał powoli się z niej wysunął. Zosia natychmiast poczuła, jak gęsta, gorąca sperma zaczyna wypływać z niej szeroką, lepką strużką, spływając po wewnętrznej stronie uda na pościel. To uczucie – ciepło jego nasienia opuszczającego jej ciało – wywołało w niej niespodziewaną, głęboką euforię. Była pełna niego. Należała do niego. I on do niej.
Leżeli objęci, czoło przy czole, i powtarzali sobie to samo jak mantrę:
— Kocham cię…
— Ja ciebie też… tak bardzo…
— Najmocniej na świecie…
— Tylko ty…
Głosy stawały się coraz cichsze, coraz bardziej senne. Ciała, wciąż splecione nogami i ramionami, powoli rozluźniały się. W końcu, otuleni wzajemnym ciepłem, zasnęli.
Materiał znajduje się w poczekalni.
Prosimy o łapkę i komentarz!
1 komentarz
Pumciak
Bardzo przyjemnie to się czyta czekam na cd.