Błysk i Grzmot – Część II – MROK // Rozdział IV

Utrata przytomności jest najgorszym, co może człowieka spotkać. No, może poza śmiercią, ale tego się już raczej nie pamięta. Jeśli natomiast straciło się przytomność w najważniejszym momencie jakiegoś wydarzenia, człowiek budzi się całkowicie zdezorientowany. Nic nie rozumie i niczego sobie nie przypomina. A potem dzieje się najgorsze. Zaczyna się zastanawiać, co tak naprawdę się wydarzyło.

Gdy się ocknęłam w uszach słyszałam jedynie pisk. Potem przed oczami pojawiła się mgła i jakieś niewyraźne kontury. Kiedy w końcu przyzwyczaiłam się do ciemności mój wzrok padł na ciemną sylwetkę, stojącą nade mną. Przerażenie ponownie ścisnęło mnie za gardło. Męska postura, kaptur na głowie, zaciśnięte pięści i brak jakiejkolwiek reakcji. Serce biło mi, jak oszalałe.

Zanim jednak wpadłam w panikę zauważyłam, że to nie może być, ani Radek, ani Grzesiek. W świetle księżyca było widać, że tęczówki mężczyzny pomimo rozszerzonych źrenic, mają jasną obwódkę. Zarówno Radek, jak i Grzegorz mieli ciemne oczy. Jeden szare, drugi brązowe. Kim zatem był i czego chciał człowiek stojący nade mną?

Z początku udawałam, że nadal jestem nieprzytomna, ale po chwili poczułam przejmujący ból głowy. Bez zastanowienia jęknęłam i złapałam się za czoło. Zdając sobie sprawę z tego, co zrobiłam cała zesztywniałam. Było jednak już za późno na udawanie.

Jak się okazało mężczyzna pomimo, że wpatrywał się we mnie, tak naprawdę mnie nie widział, bo się nad czymś głęboko zastanawiał. Dopiero moja bezmyślność sprawiła, że się mną zainteresował. Ku mojemu zdziwieniu natychmiast odwrócił wzrok, tak jakby wstydził się na mnie spojrzeć.

Podniosłam się na łokciach. Zobaczyłam, że mam podartą bluzę przy karku, niemniej reszta pozostała nienaruszona. Ulżyło mi. Mój opór odniósł zamierzony skutek. Próbowałam więc odsunąć się do tyłu. Bliskość nieznajomego strasznie mnie krępowała. Moje dłonie nie dotknęły jednak, jak się spodziewałam, liści, czy zimnego betonu, ale omsknęły się o coś miękkiego i ciepłego. Odwróciłam głowę za siebie. To był Radek. Nieprzytomny.
  
Pisnęłam przerażona i zerwałam się na nogi. Po chwili stwierdziłam, że nie był to najlepszy pomysł. Zakręciło mi się w głowie i zemdliło. Już miałam upaść, gdy poczułam czyjeś dłonie w pasie i na ramieniu. Nieznajomy podtrzymywał mnie lecz nadal nic nie mówił.

– Kim pan jest? – zapytałam, gdy fala nudności już mnie opuściła.

– Nikim ważnym – odpowiedział. Jak widać nie był zbyt rozmowny. Nie w mojej naturze było jednak na tym poprzestać.

– W takim razie, co pan tutaj robi?

– Być może ratuje pani życie.

To były mocne słowa. Dobitne. Dosadne. Dotarło do mnie, że najprawdopodobniej, to on pozbawił Radka przytomności. Myśl ta sprawiła mi dużą satysfakcję. Teraz oprawca zobaczy, jak fajnie jest dostać od kogoś po głowie. Rozejrzałam się wokół siebie. Obok Radka leżała duża gałąź. Zdecydowanie nadawała się do powalenia dorosłego mężczyzny.

– A ten drugi? – zapytałam pełna obaw.

Nieznajomy pomógł mi się wyprostować, nadal mnie przytrzymując.

– Też leży nieprzytomny. Ale to nie potrwa długo. Jeśli chce się pani stąd wyrwać, jest to najlepsza pora.

Pokiwałam głową.

– Wiem, muszę uciekać.
  
Nieporadnie zaczęłam zbierać rzeczy, które podczas szamotaniny powypadały mi z plecaka. Koc, mydło, śliwki, paczka z rozsypanymi płatkami. Mężczyzna przyglądał mi się z nieskrywanym zainteresowaniem. Nieoczekiwanie tym razem, on odezwał się pierwszy:
  
– Co pani zamierza zrobić?

Zapięłam plecak i odwróciłam się w jego kierunku. Ból w głowie nadal pulsował, ale nie czułam się już, jak na karuzeli. Było mi słabo, ale udawało mi się jakoś robić kolejne kroki. Nie mogłam tam zostać. Wolałabym umrzeć gdzieś w krzakach niż przebywać w towarzystwie tych dwóch drani.

– Jeśli mam być szczera, to nie wiem. Wędruję od kilku dni. Myślałam, że jestem bezpieczna i mnie nie szukają, ale jak widać się pomyliłam. Gonili mnie od Stolicy i znaleźli. Nie wiem, gdzie mogę się udać. Ale na pewno tu nie zostanę. Nie mogę również zawrócić. Po tym, co się tu i tam wydarzyło zabiją mnie, jeśli mnie znajdą…

Z całych sił starałam się nie rozpłakać. Jednak głos drżał mi przy ostatnim zdaniu i wiedziałam, że gdy mnie o coś więcej zapyta, niechybnie się rozkleję. Nie chciałam tego. Nie znałam go. Nie wiedziałam, czy mogę mu zaufać. Opanowałam się więc na tyle na ile było to możliwe i dodałam:

– Dziękuję panu. – Wyciągnęłam w jego kierunku dłoń. Niepewnie ją uścisnął. – Teraz muszę jednak sama dać sobie radę.
  
Zaczęłam podnosić plecak i ponownie mną zachwiało. Udało mi się jednak utrzymać równowagę, niemniej nie uszło to uwadze nieznajomego.

– Nie chce się pani narzucać, ale nie jest pani w stanie iść samodzielnie. Najprawdopodobniej ma pani wstrząśnienie mózgu, do czego, jak mniemam przyczynił się ten tutaj. – Kopnął Radka w kostkę. – Powinna pani leżeć przez kilka dni w łóżku, a nie wędrować, jednak niestety w obecnej sytuacji nie mogę pani zaproponować niczego innego, jak tylko mojego towarzystwa. Mieszkam pół dnia drogi stąd. Jeśli pani zechce mogę pani zaoferować nocleg dopóki nie poczuje się pani lepiej.

Zawahałam się. Czy to był na pewno dobry pomysł? Ufać komuś, kogo się nie znało. A co jeśli tylko udaje pomocnego, a faktycznie sam ma wobec mnie złe zamiary. Ale czy miałam inny wybór?

Nie mogłam się dłużej oszukiwać. Nie czułam się najlepiej. Nie dałabym sobie rady. Nie sama i nie w tym stanie. Zdecydowałam się więc postawić sprawę jasno.

– Nie wiem, czy mogę panu zaufać. Przecież pana nie znam. A jak się pan zapewne domyśla obecnie nie mam zbyt pochlebnej opinii o płci przeciwnej.

Miałam wrażenie, że przez jego twarz przebiegł grymas. Po chwili jednak odpowiedział.

– Wiem, że pewnie nie chce pani tego usłyszeć, ale nie ma pani zbyt wiele czasu na rozważania. Oni mogą obudzić się w każdej chwili. A ja nie chce ponownie ich atakować, bo mógłbym zaszkodzić ich zdrowiu. Nie zamierzam odpowiadać za czyjąś śmierć. Jeśli to pani nie przekonuje, to nic innego pani nie powiem. Mogę tylko dać pani moje słowo, że pani nie skrzywdzę. A teraz niech pani pozwoli mi wziąć ten wielki plecak, bo zaraz się pani przewróci…

Nie podobał mi się ten obrót wydarzeń. Ale niewiele mogłam z tym zrobić. Podałam mu plecak. Zarzucił go na ramię.

– Niech pani idzie za mną. Znam ten las. Jeśli będzie się pani mnie trzymać, to się nawzajem nie zgubimy. Proszę. – Podał mi materiałową chusteczkę i ruszył w kierunku wyjścia. Poszłam za nim.

W sumie nie zrozumiałam, po co mi była ta chusteczka dopóki nie zwilżyłam językiem warg. Poczułam metaliczny smak krwi i przypomniałam sobie o tym, że przecież muszę być cała brudna. Zaczęłam energicznie trzeć nią twarz, ale efekt był marny. Gdy mijaliśmy strumyk opłukałam się więc i zmoczyłam materiał. Mężczyzna szedł dalej, co mnie wcale nie zdziwiło skoro gonił nas czas. Mokrą chustką ścierałam smugi z twarzy dopóki nie przestała się barwić. Drugą stroną wytarłam się do względnej czystości. Bolał mnie nos i szczypały wargi, ale przynajmniej już nie krwawiłam. Schowałam chusteczkę do kieszeni w bluzie. Oddam mu jego własność, gdy tylko uda mi się ją wyprać. Nieznajomy i tak nie zwracał na mnie uwagi.

Musieliśmy maszerować w takiej ciszy kilka godzin. Las zrobił się gęściejszy. Gdzieniegdzie słychać było odgłosy dzikich zwierząt, ale na szczęście na żadne nie trafiliśmy. Nie licząc wiewiórek i zajęcy, które mijały nas bez większego zainteresowania. Droga w milczeniu była nienaturalna, ale byłam zbyt zmęczona, żeby się odezwać. Wszystko zaczynało mnie coraz bardziej boleć.

Po pewnym czasie zaczęło się robić jaśniej. Świtało, więc musiało być około piątej rano. Ziewnęłam po cichu, zdjęłam kaptur i kilka razy przeczesałam włosy dłońmi. Stwierdziłam, że dłużej już nie wytrzymam tej niemej wędrówki, więc spróbowałam go jakoś zagadać:

– Wiem, że jestem dla pana ciężarem, ale czy mógłby pan powiedzieć mi, jak bardzo źle to wygląda?

– Co dokładnie? – rzucił przez ramię i nie zwolnił kroku.

– Ja. A właściwie moja twarz. Wie pan, kobiety są próżne i dbają o takie rzeczy. Mógłby pan się odwrócić i ocenić, czy jest to totalne pobojowisko, czy tylko przeszedł mały huragan?

Roześmiał się. Pierwszy raz udało mi się sprawić, że okazał jakiekolwiek emocje. Przystanął tak niespodziewanie, że wpadłam na jego plecy.

Gdy się do mnie odwrócił nadal miał na głowie kaptur. Nie mogłam więc mu się przyjrzeć, lecz moją twarz oświetlało wschodzące słońce, zatem widział mnie doskonale. Mimo to nie odezwał się, ani słowem. Zawstydziłam się. Może to nie był dobry pomysł z tymi całymi oględzinami?

– Aż tak źle? – zapytałam nieśmiało. Nadal nic nie mówił. Było mi dość niezręcznie, zatem szybko zmieniłam zdanie. – Może lepiej niech pan już zapomni, że pytałam…

Nie chciałam, by mi się dalej przyglądał. Wyminęłam go więc i poszłam przodem chociaż przecież nie miałam pojęcia, w którym kierunku powinnam iść. Musiałam coś zrobić. Cokolwiek. Po chwili usłyszałam jednak słowa, które sprawiły, że stanęłam jak wryta.

– Lilianno poczekaj…

To był głos nieznajomego. Poczułam, jak wszystkie włoski na moim ciele stają dęba. Powoli odwróciłam się w jego kierunku:

– Skąd pan zna…

Nie dokończyłam, bo zdjął kaptur. Wtedy wszystko stało się jasne. Te zadziwiające zielone oczy, kilkudniowy zarost, falujące brązowe włosy. Aż dziw, że wcześniej się nie zorientowałam, chociaż musiałam przyznać, że obolałe ciało skutecznie utrudniało mi racjonalne myślenie.

Patrząc na jego sylwetkę, nie mogłam się jednak pomylić. To był ten sam chłopak, którego spotkałam na tyłach kuchni piętnastej hali. Tym razem nie wydawał żadnej przykrej woni, co tylko utrudniło mi wcześniejsze zdemaskowanie towarzysza.

– Adam? – zdołałam cicho zapytać, nadal sparaliżowana przez szok. Czułam się tak, jakby ktoś znowu uderzył mnie w głowę. Tyle, że tym razem nie upadłam. Moje nogi wrosły w ziemię.

Po prostu mnie zamurowało.

1 komentarz

Zaloguj się aby dodać komentarz. Nie masz konta? Załóż darmowe konto

  • shakadap

    Brawo!
    Dobra robota!  
    Pozdrawiam i powodzenia.

  • Kocwiaczek

    @shakadap dziękuję również pozdrawian i życzę udanego weekendu