Ostatni z planety Carammi cz 7

Nad ranem obudziło mnie pianie koguta, zerwałem się co rusz, przemywając twarz wodą, znajdującą się w glinianej misie. Za oknem usłyszałem poruszenie, grupa mężczyzn rozmawiała o czymś ochoczo. Zaintrygowany przysłuchałem się im.  
- … Niebywałe, czy odważy się?
- A jakże, wszak Megina piękna, a i najwyższa pora na nią.
- To dziś Cole tam się udasz? - zapytał jeden z rosłych młodzieńców.
- A na cóż mam czekać? Poproszę kowala o jej rękę. Do odważnych świat należy, a piękne panny tym bardziej.
  Na te słowa otrzeźwiło mnie, zrozumiałem, że to ostatnia okazja, aby spróbować szczęścia. Cole poczciwym młodzieńcem był, ale wiedziałem, że mam u Renthina większe poważanie, aniżeli on. Wyszukałem niedzielne odzienie, jasną koszulę, lniane spodnie. Włosy przeczesałem, kwiatów narwałem w ogrodzie świeżych, najpiękniejszych jakie rosły. Z bukietem ruszyłem szybkim krokiem w stronę domu, gdzie zamieszkiwała Megina. Żal mnie ścisnął, gdyż jak żywa przed oczami Carriass się pojawiła, jakby chciała mi coś powiedzieć. Przypomniałem sobie o jej słodkich ustach, o włosach jak dojrzałe zboże. Co ja czynić mam, o nieszczęsny. Wszak poczciwy drwal dostojnej księżniczki za żonę wsiąść nie mógł. Jednak wiedząc o pochodzeniu brata Renthina, w żyłach Meginy równie szlachetna krew płynęła. Co począć, Carriass obiecana Reherowi, przecie z całym królestwem Apaganni mierzyć się w pojedynkę nie mogłem. Sam zostać miałem, bez rodziny, ukochanej u boku? Patrząc na szczęście Cole, który w tej samej wsi mieszka. Zebrałem się w sobie, zdusiłem wątpliwości i zapukałem w drewniane wrota do chaty. Renthin otworzył i na mój widok z uśmiechem złapał tak mocno, że prawie oddychać nie potrafiłem.  
- Kwiaty, odzienie, czy o czymś chcesz mi powiedzieć?
- Wspominałem na dniach, iż twa córka, … myślałem o niej na poważnie.
Wtedy w głębi izby ujrzałem córkę kowala, o orzechowych włosach. Nie spuszczała ze mnie wzroku, jakbym co najmniej księciem jej się jawił.  
- Wyduś to z siebie, synu.
- Chcę prosić o rękę twej córki Meginy, drogi Renthinie.
W jej oczach ujrzałem łzy, a potem uśmiechnęła się.  
- Już myślałem, że nie pojawisz się z tym pytaniem. Jeśli tylko ma córka chęć wyrazi, nie mam  nic przeciwko twoim konkurom. Megino, pozwól do mnie. Wszak to o twoje szczęście chodzi.
Upadłem przed nią na kolana, podając bukiet kolorowych kwiatów, których woń cudownie pieściła nozdrza.  
- Megino, czy zechcesz żoną mą zostać?
Wzruszona najpierw nic nie odpowiedziała, potem odłożyła kwiaty i kazała mi powstać z kolan.  
- Orberisie mój drogi, z całego serca mego, zgadzam się! Nocami o tobie myślałam.
Uradowany pochwyciłem ją na ręce, podnosząc niczym piórko zwiewne. Podjąłem ten krok, ale nie do końca pewny się czułem. Zasługiwaliśmy na szczęście, wszak mieliśmy się ku sobie już wcześniej, jednak płomienne to uczucie nie było. Musiałem myśleć o rodzicach, którzy na wnuki czekali, o przyszłości mojej. Jedno spotkanie z księżniczką, nie mogło nagle wywrócić mego świata do góry nogami. Dzieliło nas zbyt wiele, a Megina była tu cała dla mnie, wolna od trosk władzy. Wyszliśmy przed chatę, złożyłem na jej ustach pocałunek, delikatny, bo obserwowało nas sporo ludzi, w tym Renthin, którego rozgniewać nie chciałem. Jednak nie poczułem tego samego dreszczu ciała, które ogarniało mnie przy spotkaniu ust księżniczki Carriass. Błąd popełniłem? Nie mnie przeznaczona córka kowala, a może czasu mi trzeba, aby uczucie zakiełkowało? Jednak czemuż to przy ledwo poznanej nad wodospadem niewieście, ma dusza śpiewać chciała, a Megina choć urodziwa, chociaż do mnie lgnęła, płomienia wskrzesić nie mogła?  
Amina, matka mej przyszłej małżonki, podeszła do nas, z uwagą przyglądała mi się.  
- Zdecydowałeś się, Orberisie. Córka ma tylko o tobie szczebiotała. Z twymi rodzicami pora się rozmówić, weselisko szykować. Na dobre i złe razem żyć będziecie, co za radość.  
Gdy tylko dotarło do mnie, że to jawa, nie sen, strach mnie ogarnął. Wiedziałem co zrobić muszę, wypuściłem z rąk Meginę, zafrasowaną zostawiłem.  
- Wybaczcie mi, udać się gdzieś muszę.
- Dokąd to, Orbe. Przecie ledwo przybyłeś? - odezwał się Renthin.
- Wrócę niebawem.
Wycofałem się zmieszany, jakby coś mnie ciągnęło, pchało przed siebie. Dotarłem do stajni, dosiadając Barii, która na mój widok zakręciła się kilka razy niespokojnie.  
- Nieś mnie nad wodospad. - szepnąłem jej na ucho.
Nie wiem jak wiedziała, gdy tylko się pochyliłem, ruszyła z kopyta. Cwałowała niczym wiatr, przez bór, po leśnej ścieżce. Niebawem znalazłem się w dziwnym miejscu, które tajemniczością swą okryte, przyprawiało mnie o szybsze bicie serca. Zeskoczyłem na trawę, padając na ziemię. Klacz spokojnie skubała soczyste źdźbła, a mnie niepokój ogarnął.  
- Czemu mnie tu ciągnie? Odezwij się kimkolwiek jesteś!
  Szum spadającej wody nie uspokajał mnie wcale. Nurkować w czeluści zamiaru nie miałem. Carriass nie było, bez niej czułem się jak bez ręki, ale dlaczegóż to? Zrozumiałem, musiałem tu dotrzeć, abym na oczy przejrzał. Tu spoczywał ktoś ważny, jakaś cząstka mnie to wiedziała. Nie mogłem uwierzyć, nic nie działo się bez powodu. Z mgiełki ułożył się obraz Carriass, spoglądała na mnie z uśmiechem, potem jawiła mi się podobna do niej niewiasta, a może bardziej przypominała jej matkę? Jednego byłem pewien, nie oszalałem.  
- Serca posłuchaj, Orbe. Wybierz mądrze, nie żałuj. - odezwał się przytłumiony szumem wody kobiecy głos.
- Kim jesteś? Zjawą, złudzeniem, czemu tu wracam?
Postać nie odpowiedziała, wskoczyłem do wody, czystej niczym kryształ. Gdy tylko nastąpiłem na kamienie, zmąciłem jej majestat. Zielonkawe glony sprawiły, że straciłem równowagę. Zamiast dojść pod wodospad, pod wodę mnie ściągało. Jakimś cudem wygramoliłem się na brzeg, dławiąc się i łapiąc łapczywie powietrze. Ponownie na ścianę wody spojrzałem, ale nie widziałem już nic.  
Klacz podeszła do lustra wody, pragnienie gasząc, pogłaskałem Barri po boku.  
- Może ty mi doradzisz? Czy Megina mi przeznaczona jest?
Klacz odwróciła łeb, lśniąca sierść w promieniach wpadającego znad koron drzew słońca, pobłyskiwała delikatnie. Zarżała dwa razy, może chciała mi coś odpowiedzieć, mądra była. Zaniki pamięci wciąż miałem, ale widoku niewiasty przy wodospadzie teraz zapomnieć nie potrafiłem. Co miałem zrobić, ślub odwołać, do Carriass biec co sił? Jak mogłem zranić Meginę, której ożenek obiecałem. Dosiadłem konia, nie czekając na nic, zebrałem się w sobie, może jeszcze  nie jest za późno, porozmawiam z córką kowala, z Renthinem raz jeszcze. Wszystko przez Cole, zazdrość w głowie mi pomieszała.  
W letni dzień powietrze nagrzane owiewało moje ciało, dotarliśmy z Barri do wioski. Ledwo pod swój dom dotarłem, aby ją do stajni odprowadzić, zobaczyłem grupkę mężczyzn. W mig zrozumiałem kogo widzę wśród nich. Cole minę miał nietęgą, oczy jego gromami mogłyby rzucać. Odsunąłem się od konia, sam byłem, wiedziałem co się święci.  
- Odwagi ci nie brak, a i głupoty również. Mniemam iż wiedziałeś o tym, że Megina mnie się spodobała.
- Cole, nie jesteś jedynym w całej wiosce. To wybór niewiasty ostateczny jest.
- Powiedzmy, jednak że ty dopomogłeś jej w decyzji, kręcisz się ciągle w domostwie Renthina, niby to do pomocy skory.
- Szanuję kowala, nigdy bym mu nie odmówił.
Zbliżył się do mnie, nie powiem abym był uradowany. Jednemu radę bym dał, ale za Cole stało z pięciu rosłych chłopów.  
- Pora abyś zrozumiał, że Megina potrzebuje prawdziwego mężczyzny. Zmierz się, pokaż na co cię stać.
- Nie nawykłem do bitki, ale drwa rąbię w lesie, nie każ mi mych pięści używać. - ostrzegłem go otwarcie.
- A czemuż to, strach cię obleciał? - zagrzmiał.
Wtem córka kowala przybiegła przerażona, widząc co się dzieje. Rękoma za głowę się złapała.
- Zaprzestań tego, nie prowokuj! - krzyknęła do mego rywala.
On jakby ośmielony nie czekał na nic, tylko wymierzył mi cios prosto w twarz z pięści. Ból poczułem nie mały, ale nie oddałem mu.  
- Słabyś, a niby drwal. Po co Meginie taki chłop, pewno i wigoru ci brak, pod pierzyną się nie sprawdzisz.
Nie wiem co mną zawładnęło, zatraciłem spokój. Rzuciłem się na Cole, powalając go na glebę. Ten odskoczył, ale zaprzestać bitki nie zamierzał. Wymierzył mi sporego kopniaka, potem doładował z pięści w bok. Oddałem mu, jakbym sobą nie był w tej chwili. Chwyciłem go mocno, po czym ponownie chciałem uderzyć, ale jego kompani dobiegli mu na pomoc.  
  Nie wiele pamiętam co dalej się działo, przytomność stracić musiałem. Obudziłem się w chacie, obolały w łóżku leżąc pod pierzyną. Megina czoło mi przecierała mokrą chustą z lnu. Zatroskana pielęgnowała mą twarz, ukojenie przynosząc.  
- Co się stało? Gdzie jestem?
- U mnie, Renthin przybył ci na ratunek, pogonił Cole i innych chłopów. Wiesz jaki respekt ma, zanim coś zrobił, oni biegli przerażeni. Wszak niedźwiedzia powalić potrafi.
- To moja wina, Cole mi nie może darować, żem go ubiegł. Podobasz mu się. Może nie jestem ci przeznaczony, może to był znak od niebios?
- Spokojnie Orberisie, to żaden znak. Czemuż to niebiosa miałyby nas chcieć rozdzielić? Od dziecka cię pamiętam, jak po polu biegałeś. Obserwowałam cię, jak na drewniane gałązki walczyłeś z chłopcami. Mało który tyle odwagi miał, a serce twe prawe, dusza czysta. A Cole? Nie dość bandę ma za sobą, to sam do bitki skory. Nie imponują mi tacy mężowie.
Posmutniałem, w głębi duszy miałem nadzieję, że mnie zostawi. Cole skompromitował się w jej oczach, odwrotny skutek spowodował, niż zamierzał. Musiał ją kochać, pragnąć płomiennie, w jego oczach to widziałem. Pomyślałem, iż dla Carriass równie mocno bym walczył, jak on. Czemu nie chciałem tego robić dla Meginy? Co było ze mną nie tak, skoro prawie każdy młody mężczyzna pragnął córki kowala?  
- Wstanę, wracać do domu muszę.
- Leż! Obolały jesteś. Odpoczywaj.
- Rodzicom potrzebny jestem.
- Oni wiedzą, Renthin im przekazał.
- Co sobie pomyślą o mnie, co najlepszego narobiłem.
- Nie kłopocz się tym. Pod moją opieką jesteś, przyszły mężu.
Zmroziło mnie, a jednocześnie dłoni dotyk łagodził zmysły. Zamknąłem oczy, wyobrażając sobie, iż to Carriass mnie dotyka. Nie mogłem jej dłużej ranić, chciałem wstać, biec przed siebie. Jednak słowo dałem, kowal zawsze powtarzał, słowo droższe od monet. Nie chciałem Renthina rozgniewać, nikt by nie pragnął, chociaż człek to prawy. Ciężko go było z równowagi wyprowadzić, ale w obliczu szczęścia córki, nie mogłem przewidzieć jak się zachowa. Pomówić z nim jednak musiałem, gdyż nigdy mnie nie ukrzywdził. Podniosłem się wbrew protestom Meginy, idąc do kuźni. Szczera rozmowa mu się należała, a serce podpowiadało mi, że tak trzeba.  

Carriass

Odetchnęłam z ulgą, gdy zniknęłam z jego pola widzenia. Przemierzając zamek obserwowałam obrazy, na których przewijały się smoki. Ich wygląd różnił się, podobnie barwa łusek, malarz musiał je widzieć, skoro tak wiernie odtworzył szczegóły. Obserwowałam przerażające sceny, ostre jak brzytwy zęby i pazury, oraz ten wzrok, zupełnie jakby na mnie patrzyły. Przeszło mi przez myśl, że wolałabym aby oddano mnie takiemu potworowi na pożarcie, niż zostać małżonką Rehera. Koniecznie zapragnęłam dowiedzieć się więcej, o mitycznych stworzeniach. Pobiegłam co rusz do biblioteki, gdzie zakurzone księgi, ułożone na regałach sięgających aż po samo sklepienie, przyciągały mają uwagę. Mędrca akurat nie zastałam, więc samotnie zaczęłam wyszukiwać interesujące mnie historie. Wspinając się po drabinie, nie zorientowałam się, że nie jestem sama. Dopiero kaszlnięcie matki, wyrwało mnie z otępienia.  
- Czego poszukujesz, córko?
- Wieści z przeszłości, interesują mnie smoki.
- Pomogę ci, czytywałam dużo.
Zdziwiłam się z jaką wprawą Deerhe odnajduje dawne zapiski. Doskonale wyręczyła naszego oddanego pracownika, który jak zwykle zaszył się w jednym z archiwów, aby kaligrafować.  
- Zamiast czytać, powinnaś zabawiać gościa - dorzuciła poważnym tonem.
- Doskonale wiesz matko, co o nim sądzę. Im mniej z nim przebywam, tym lepiej się czuję.
- Daj mu szansę.
- A ty znów to samo. Co to, to nie!
- Przecie obiecałaś za niego wyjść …
- Tak, ale pod warunkiem, że odnajdzie pierścień. Chcę zostać sama - powiedziałam siadając przy machoniowym stole, pełnym starych ksiąg.
  Nie miała zamiaru mnie bardziej naciskać, bo wyszła jak zwykle dostojnym krokiem.  
Zaczęłam przeglądać po kolei zapiski z przeszłości. Smoki znajdowały się obok ludzi, a nawet z nimi rozmawiały. Dysponowały zdolnościami magicznymi oraz siłą umysłu. Ludzie z chciwości zaczęli kraść ich jaja, aby robić z nich osobistych niewolników. Przeraziłam się, jak można było tak cudowne stworzenia traktować w ten sposób. Potem istniały wzmianki o pogromie smoków. Jednak nigdzie nie wspomniano, skąd się wzięły, a to mnie mocno intrygowało. Przerzucając kolejne strony, w pewnym momencie struchlałam. Czarny smok patrzył z nich na mnie, jakby jego oczy się poruszały. Odskoczyłam do tyłu. Kiedy się uspokoiłam ponownie wzięłam do ręki tę samą księgę. Tym razem spojrzałam na smoka, tak samo przenikliwie, jak on na mnie. Jego oczy wydały mi się tajemnicze, ale wyjątkowo przyjazne, jakbyśmy się znali wieki całe. W opisie sporządzonym przez kronikarza, widniała wzmianka o tym, że niektóre smoki zaczęły tępić rodzaj ludzki. Właśnie ten z ilustracji do nich należał. Wtem gdzieś głęboko w myślach usłyszałam. Errangea … Errangea …
Nie rozumiałam o co chodzi. Porzuciłam czytanie i ruszyłam przez korytarz, jakbym pogrążyła się we śnie. Wyszłam na taras, z którego roztaczał się widok na ostre góry. Ciągnęło mnie tam, jakaś siła kazała iść przed siebie. Przez chwilę straciłam kontrolę nad sobą, zorientowałam się, że stoję na skraju granitowej balustrady, jakbym chciała skoczyć w dół. Za mną odezwał się głos Rehera.
- Księżniczko!  
Złapał mnie, wciągając na siłę. Skonsternowana odepchnęłam go, napawał mnie odrazą.  
- Skończyć ze sobą chciałaś!? Toż to wysoko!
- Nie! To nie tak, odejdź Reherze, zostaw mnie w spokoju.
- Nie zamierzam, źle z tobą, pani.
- Czuję się dobrze. Zapatrzyłam się na góry.
Nijak mi nie wierzył. Jego wzrok lustrował mnie, niczym zdobycz. Był ostatnią osobą, jaką pragnęłam oglądać na oczy.  
- Odprowadzę cię. Pobladłaś.
Z przerażeniem zorientowałam się, że złapał mnie za ramię, prowadząc w głąb zamku. Z trudem powstrzymywałam się, aby nie uciec. Przyprowadził mnie do mej komnaty, sadzając na wygodnym łożu.  
- Nie chcesz mnie, czuję to. Nie kochasz mnie, wiem, ale pokochasz z czasem.
- Nigdy. Wiem co zrobiłeś, jakie bezeceństwa czynisz tym niewinnym niewiastom. - syknęłam zgodnie z prawdą.
- Też nic do ciebie nie czuję. Robię to, co jest konieczne. Niestety Assual zagraża zarówno Apaganni jak i  Termidei. To dziki lud, prymitywny, widziałem córkę jego, skośnooka dziewka, tyś nadobniejsza od niej.
- Po co o niej prawisz? Czy chcesz jeszcze bardziej mnie do siebie zrazić? Twe serce nigdy nikogo nie kochało? Dla ciebie liczy się tylko ciało! - krzyknęłam, chcąc wstać, ale mnie złapał mocno.
- I ciebie posiądę, znajdę ten przeklęty pierścień! Dziewicą jesteś, warto się pomęczyć!
- Nie dotykaj mnie, puść, bo zacznę krzyczeć.
Wypuścił mnie, odetchnęłam na chwilę, ciężko łapiąc powietrze.
- Wyjdź! Natychmiast! Straże!
Do pomieszczenia wbiegli dwaj młodzi żołnierze, a Reher skrzywił się na ich widok.  
- Wyjdę, ale się spotkamy, w łożnicy po naszym ślubie – szepnął mi na ucho, zanim wyszedł.
  Odrazę do niego czułam, ale on wyraźnie za mną patrzył. Nie wiedziałam, czy moja uroda go urzekła, skoro mnie tak nienawidził, to czemu nie odpuścił? Padłam na posłanie, ściskając kurczowo poduszki. Uciec pragnęłam, znów z wiatrem tańczyć, na koniu zmierzać ku zachodzącemu słońcu. Orberisa zobaczyć raz jeszcze.  

Wieczorem urządzono wieczerzę pożegnalną, gdyż Reher miał wyruszyć skoro świt, po pierścień. Siedziałam w pięknej sali, oświetlonej świecami, sącząc tylko sok z kielicha. Skubnęłam trochę potrawki, ale  gdy patrzyłam na narzeczonego, brało mnie na wymioty. Nie należałam do łatwych panien, które na skinienie oddają swe wdzięki. Wiedziałam, że on takich miał na pęczki. Pewnie tuż po ślubie ze mną, z nierządnicami zabawiać by się chciał nadal. Wolałabym zginąć, niż takie życie wieść.  
Zaproszono muzyków, w drugiej sali zaczęli grać skocznie. Lubiłam tańce, ale zdecydowanie w innym towarzystwie. Reher wziął mnie za rękę, prosząc abym z nim ruszyła w pląsy. Chcąc być grzeczną w towarzystwie, przystałam na jego prośbę. Znał kroki, ale tym mi nie imponował. Myślami byłam gdzieś daleko, z kim innym. Niby przypadkiem potrafił przejechać ręką po mym ciele, ledwo znosiłam te prostackie  zachowania. Nie chciałam robić przykrości rodzicom.  
  Po skończonym tańcu chciałam zasiąść z powrotem do stołu, ale on podszedł do mnie, pocałować chciał przy wszystkich. Chwyciłam za kieliszek wina i oblałam mu twarz purpurowym trunkiem. Matka struchlała, a ojciec miał nietęgą minę.  
- Nie jesteś mym mężem, aby mnie przy wszystkich tak dotykać, Reherze!
Gotował się ze złości, ale nie zareagował. Wytarł twarz suknem, po czym wyszedł bez słowa z pomieszczenia. Ojciec chciał go przepraszać, ale dałam znak ręką, aby go zostawił. Deerhe wraz z ojcem wyszli z sali, podążyłam za nimi. Długa jedwabna suknia, którą przywdziałam na wieczerzę, falowała z każdym moim krokiem. Słyszałam z oddali, jak się kłócą. Znalazłam się przy uchylonych lekko wrotach, zbliżyłam się ostrożnie nasłuchując.  
- Myślisz, że chcę takiego łotra za męża dla naszej córki?
- W istocie jest tak podły? - spytała królowa.
- Carriass ma rację, on okrutnik, ale co mam czynić, kiedy zagroził mi wojną? Jak nie wydam mu córki, to na dniach armia jego na nas wyruszy! Słowo jej dałem, miałem go przekonać, aby zaniechał konkurów. Cóż ze mnie za ojciec, skoro własną córkę poświęcać muszę. Spać po nocach nie mogę, słaby się stałem.
- Silny jesteś, tylko czasy ciężkie.
- Gdybym miał syna, sam małżonkę by wybrał. Niewiasta nie ma takich przywilejów, tak prawo stanowi.
  Łzy w mych oczach stanęły, więc ojciec mój nie z własnej woli mnie za mąż wydaje. To Reher go szantażuje, bo zna jego prawe serce. Wybiegłam do ogrodu, gwiazdy na firmamencie migotały. Usłyszałam czyjeś kroki, to ludzie władcy Arpaganni. Schowałam się za żywopłotem, aby mnie nie zauważyli.  
- Po co mu ten kamień? - odezwał się jeden z rycerzy.
- Który?
- Kamień Um.
- Nie interesuj się, pan kazał szukać, to jutro wyruszamy.
- Ludzie Armidosa wszędzie, wypytywać będą …
- Nie frasuj się, jak król poślubi księżniczkę, to Termidea stanie przed nim otworem.
- To Reher nie dla niewiasty tu przybył? - odezwał się ponownie zaciekawiony głos.
- Głupiś, myślisz, że pan nasz dziewek mało ma w zamku? O kamień zabiega …
  Dotarło do mnie co knuje mój narzeczony. Nie chce mnie, tylko kamienia, i władzy nad Termideą. Co robić, przeszkodzić mu muszę! Skoro ten kamień tak potężny, to może ocali nas przed wojną? Z Orberisem zobaczyć się muszę. Królestwo ratować trzeba, nie mam wyboru. Armidos nie ma syna, ale ma odważną córkę, pokażę mu jak wiele mogę uczynić. Nie jestem słaba, o nie! Kochani rodzice, wybaczcie mi! ...

437 czyt.
100%54
1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3704 słów i 20270 znaków.

4 komentarze

 
  • krzys

    krzys · 12 sierpnia · 210934185

    Super temat, Ładnie napisany przez jednego jak i drugiego autora, ale wkrada się rozdźwięk między nimi , jeden napisał drugi to samo powtarza , potem drugi zmienia wątki pierwszego. Więcej współpracy między Wami, niech chociaż ten co pisze jako drugi przeczyta co napisał pierwszy . Ale i tak podoba mi się . Łapka w górę.

  • Almach99

    Almach99 · 21 marca

    Warto czytac

  • AnonimS

    AnonimS · 15 marca

    Ciekawe rozterki mlodego czlowieka, miotanego uczuciami... czy działanie pod wplywem impulsu ( uprzedzić rywala) da mu szczęście? Śmiem wątpić.. pozdrawiam

  • emeryt

    emeryt · 15 marca · 202091556

    Za prawdę powiadam Tobie: warto czekać  na  kolejne części tej cudnej powieści. Przesyłam pozdrowienia, Życząc Drogim Autorom aby ich wena nigdy nie opuściła.