Ostatni z planety Carammi cz 30

Carriass przywarła do jego pyska, gładziła go, całowała, łkała cały czas. Kaunga i Orberis stali obok i czuli rozpacz księżniczki. Ale nic nie mogli zrobić.  
Kaunga patrzyła na Carriass i w tym momencie odczuła co się stało w osadzie. Dotarły do niej jak lawina prośby Deerhe o pomoc. Odczuła i zrozumiała co się stało w zamku i w osadzie drwali.  
- Orbe, musimy lecieć. Coś się stało.
- Co takiego? Nie możemy jej zostawić ani Erragea. Może odżyje jak ty?
- Musimy lecieć, zaufaj mi.
  Młodzieniec podszedł do Carriass, czując się podle.
- Musze lecieć, ale wrócę.
- Rób co ona mówi. On odszedł szczęśliwy, dzięki wam się odmienił. Zostanę tu z nim. Życie nie ma dla mnie sensu bez niego. Chcę umrzeć.
- Nie umieraj, Carriass. Błagam, zaczekaj na nas.  
  Dziewczynie było wszystko jedno. Nagle świat się dla niej skończył. Czuła się jakby była zawieszona miedzy życiem, a śmiercią. Przytulona do martwego pyska smoka, cicho nuciła jakąś pieśń. Nie pamiętała, że to śpiewała jej Deerhe, kiedy układała ją do snu, kiedy była bardzo malutka. Orberis patrzył z rozdartym sercem na jej ból, ale za Kaungą się udał.  
  Smoczyca bez ruchu skrzydeł uniosła się do góry.
- Gdzie lecimy?
- Do twojej osady.
- A ona, czy nie zrobi nic sobie?
- Ufaj, nie zrobi tego, lecimy, nie trap się tym teraz.  
  Po chwili zaczęła machać skrzydłami. Nie mieli daleko, po niedługiej chwili zobaczyli wojsko. Smoczyca dostrzegła małą polankę, na której mogła wylądować. Ludzie z dołu ją zobaczyli. Poczuli strach, ale Deerhe ich uspokoiła.
- To Kaunga. Nie obawiajcie się. Musimy do niej podejść.  
  Spojrzała na Renthina, Rehera i Ochir - Saran.  
- Chodźcie ze mną – poprosiła.

  Ruszyli niezwłocznie. Polanka znajdowała się zaraz za osadą. Poprzednio rosła tam pszenica. Kaunga czekała. Orberis poznał królową i swojego przyjaciela. Zobaczył też drugiego człowieka o ogromnym wzroście i podobnej aparycji, jak Renthin. Domyślił się, że to Reher, brat jego.  
Kiedy czwórka zbliżyła się, królowa pierwsza się odezwała.
- Kaungo, gdzie moja córka?
- Jest bezpieczna, została przy Erragea.
- Co z nim? - zapytała.
- Nie żyje. Zabił mnie, a potem ożywił, ale przez to sam umarł. Ale zanim odszedł stał się dobry. To było możliwe bo smokami jesteśmy, gdyby o ludzi chodziło, śmierć by zwyciężyła.
- Och. Czy wiesz co się stało?
- Teraz tak. Z jakiegoś powodu przekaz wiedzy został zablokowany.
   Smoczyca zauważyła, że córka Assuala się jej przygląda.
- Czy on jest czarny?
- Tak.  
- To twój brat, wiesz to?
- Tak. Dostałam tę wiedzę kilka chwil temu.
- Przybyłaś tu z mojego powodu, prawda?
- Tak, Ochir - Saran.  
- Nie wiem jak on to odkrył.  Czuję złoty pierścień, on jest niedaleko - rzekła do siebie księżniczka.
- Skąd możesz to wiedzieć? - spytała królowa.
- Bo go nosiłam na sobie. Ojciec mi go dał, a potem ukradł. On…
Na chwilę zamilknęła, przypominając sobie ojca i co jej uczynił.  
- Każdy może wybrać. Dobro czy zło. Ciemność czy jasność. Do ostatniego oddechu człowiek ma wybór. Ale on wybrał ciemność. Przykro mi - powiedziała Kaunga.
  Renthin i Reher patrzyli na nią. Biło od niej dobro.
- Leć z Orberisem do wodospadu Ungar. W pieczarze jest pierścień. Będziesz wolna - rzekła Ochir - Saran.
- Dziękuję. Jeszcze się spotkamy.
- Czy zobaczę Carriass? - zapytała Deerhe.
- Nie potrafię ci odpowiedzieć na to pytanie, przykro mi.
  Orberis spojrzał na czwórkę ludzi. Nigdy nie widział wcześniej ani Ochir – Saran, ani Rehera, ale poczuł do nich sympatię. A może i coś większego. Po chwili cała piątka znalazła sie na grzbiecie Kaungi. Było trochę ciasno, ale zdala od jej ostrych łusek grzbietowych.
  Wznieśli się i smoczyca poleciała od razu w kierunku wodospadu. Targały nimi mieszane uczucia, gdyż nie mieli takiej wiedzy jak Kaunga. Lecieli dość szybko, więc niebawem ujrzeli miejsce przeznaczenia. Wodospad szumiał jak dawniej, jakby czas tam się zatrzymał. Od razu młodzieńcowi wróciły wspomnienia. Pierwszy pocałunek Carriass, wizje. Megina. I oczywiście Kaunga. Wylądowała jakby nie ważyła nic. Lekka wodna mgiełka dosięgła przybyłych, dając chwilowe wytchnienie.  
- Widzicie tego konia? - odezwała się królowa.
- To koń Assuala. - odparła Ochir - Saran.
- Jak on odkrył to miejsce? - spytał Orberis, czując niepokój.
- Przez chciwość niestety – odezwała się smutnym tonem księżniczka stepów.
- To nie jedyne jego wady, podziwiam cię za to, że potrafiłaś mu wybaczyć – odezwał się Reher – po tym wszystkim co ci uczynił, odebrał godność, zgwałcił.
- Własny ojciec, to nie pojęte! - oburzył się Orberis.
- Jak można być aż tak złym człowiekiem? - spytał Reher, który na dobrą drogę się skierował.  
- Widocznie można. Mam nadzieję, że nie dostał się na nasza planetę - szepnęła cicho Kaunga.
- Co to jest planeta?  
- To taka wielka kula. Trudno mi to wam wytłumaczyć, to trzeba zobaczyć. Moja planeta zwie się Carammi. Wasze krainy, Termidea, Arpagannia i wszystkie inne, też na podobnej się znajdują.  
- Pamietam, że Erragea wymienił tę nazwę.
- Byłaś tam? - spytała Deerhe.
- Tam zostałam poczęta. Jak tam się przeniesiemy, będę wiedziała więcej.
Spojrzeli pytająco na smoczycę, gdyż to co próbowała im wytłumaczyć, było dla nich nierzeczywiste. Słyszeli o legendach, widzieli malowidła, czytali ryciny, ale nigdy im nikt nie proponował, aby wkroczyli do nieznanego im świata. To tak jakby szli do krainy bogów, o której słyszała Ochir- Saran.  
- Aegarre, chciałbyś wrócić do domu, poznać prawdę, wiem to - rzekła jakby do siebie Kaunga, patrząc gdzieś w niebo.
- Czy ty mówisz o Errangea? - odezwał się zdziwiony Orberis.
- Erragea, znaczy król. Może być Aegarre. Tak jak ty. Dla mnie jesteś Orbe, ale też Sirebro.  
  Drwal podszedł do konia. Ten zarżał nerwowo.
- Nosiłeś na swoim grzbiecie potwora, ale to nie twoja wina. On dokonał wyboru. Uciekaj, jesteś wolny.  
Koń zastrzygł uszami i ruszył. Wolny, jakby zabrano mu ciężkie jarzmo. Nikt nie pomyśłał jak się tu znalazł. Ale skoro Ashis i Obłok odnaleźli swoich panów i koń Assuala mógł to zrobić.  
  Drwal uścisnął przyjaciół. Wszyscy mieli łzy w oczach z wyjątkiem Kaungi.  
- Żegnajcie - szepnął do nich, Orberis - może się jeszcze zobaczymy.  
  Patrzyli na niego ze smutkiem, ale wiedzieli, że tak być musi.
- Czy będę musiał nurkować? - spytał ponownie drwal, tym razem smoczycy
- Ja nie będę musiała to ty też nie. Tylko mnie obejmij mocno.  
Delikatnie i powoli usiadł na karku swojej umiłowanej. Coś zaświeciło i blask od nich bił, nagle zniknęli. Zebrani spojrzeli w puste miejsce, oczy przecierając. Po chwili Orberis i Kaunga znaleźli się w jaskini. Miał suche ubranie. Seledynowy blask wypełniał pieczarę. O razu dostrzegli złoty pierścień umieszczony w skale.
- Assual to zostawił, ale gdzie on jest?
- Przeniósł się. - odparła smoczyca.
- Gdzie?
- Na moją planetę, tak czuję. Musimy go odnaleźć.
- A co będzie jak wciąż będzie chciał zrobić nam krzywdę?
- Nie chciałbym zaczynać nowego życia od zabijania. - rzekła z trudem Kaunga.  
- Oby on nas nie zabił.  
Orberis miał obawy, ale przy ukochanej rozumiał, że musi się uspokoić.  
- Jesteś gotowy? - spytała go, wyciągając łapę w stronę jaja pozostawionego tu wcześniej.  
- Na co?
- Na podróż do Carammi, mego domu.  
- To tak po prostu się przeniesiemy?
- Tak.
- A co z Erragea i Carriass?
- Zadajesz zbyt wiele pytań. Ja mam to zrobić czy ty? - zapytała go słodko.
- Razem.
  Orberis położył dłoń na jaju, a Kaunga zrobiła to samo, tylko potężną łapą.
- Tylko nie zgnieć - rzekł drwal.
- To nie jest do zniszczenia - odrzekła, lekko unosząc pysk.  
  Spojrzał jeszcze raz w jej piękne oczy. Delikatnie przekręcili kamień Um. Zniknęli.  

                                         *
Carriass siedziała przy zwłokach smoka. Był jeszcze ciepły. Już nie płakała, ale było jej bardzo źle. Uświadomiła sobie kim dla niej był. Potem powoli zaczęło jej się przypominać wszystko. Pierwsze spotkanie w pieczarze na Czarnej górze. Ich rozmowy.  Ale nawet przez ułamek chwili nie pomyślała niczego złego o swoim umiłowanym. Teraz oczekiwała, ale nie cudu.
Zobaczyła złotą kulę światła, unoszącą się nad borem. Zrozumiała, że to przy wodospadzie Umgar. Nagle złoty piorun strzelił w ich kierunku. Przez jej ciało przeszła potężna siła, nie wiedziała czemu trafiła ją, a nie Errangea.  
  Nie mogła widzieć, że jej ciało emanowało złoto- bursztynowym światem, bo wszystko wokół pływało w blasku. Delikatnie uniosła się do góry i osiadła jak zwykle na karku smoka.
  Wtuliła się w niego. Ale nic się nie stało.  
- Rozumiem. Wszytko mu powiem. On uwierzy. On jest już jak jego siostra - rzekła do siebie.
  Zrozumiała, ze zejść musi. Zrobiła to jak najdelikatniej. Stanęła kilka yardów przed jego ciałem i czekała.  
- Kochanie – szepnęła cicho.  
  Poczuła, że to się stanie.
   Zobaczyła, że jego ogromne ciało zadrgało. Powoli skóra zaczęła przyjmować kolor antracytu. W końcu otworzył oczy.
- Umiłowany - szepnęła.
- Więc nie umarłem?
Podbiegła do niego, jakby dostała najcenniejszy prezent na całym świecie, w którego blasku bledły wszelkie bogactwa, władza i ziemie.  
- Wróciłeś!
- Jak to, przecież to nie do pojęcia?
- To twoja matka, czuję to w sercu. Ona cię ożywiła.
   Miłość poczuł, radość, szczęście. Dostał kolejną szansę, której zmarnować nie zamierzał.  
- A co z Kaungą?
- Dostałam przesłanie, udała się na Carammi z Orberisem.
- Muszę ją zobaczyć, tyle chcę jej powiedzieć. Ale potrzebujemy kamienia Um, a on ...
- Nie potrzebujesz go. Twoje jajo, w którym tu przybyłeś, to kamień Um, twoja matka mi to w myślach przekazała.  
- Przejście będzie otwarte, a co jeśli jakiś człowiek zechce udać się na Carammi, nie mogę na to pozwolić! To musi pozostać tajemnicą, bo nie każdy jest dobry. Wiem to, bo sam byłem owładnięty złem.  
Erragea stanął na nogi. Czuł się dobrze. Carriass uniosła się do góry i usiadła na jego karku. Poczuła to znowu. Ale nic nie powiedziała. Smok wzniósł się do i dopiero wówczas zaczął machać skrzydłami. Tuliła go i czuła jeszcze większą rozkosz niż zwykle. Dolecieli do pieczary.
Tym razem złoto i drogie kamienie nie zrobiły na niej wrażenia.  
- Cieszę się, że jesteś. Nie wiem czy bym mogła żyć bez ciebie - rzekła do niego.
- Nie mów tak. Jest mi przykro, że tyle zła wyrządziłem.
- Każdy popełnia błędy, ważne by dokonać dobrego wyboru.  
  Carriass wzięła czarne jajo w dłoń. Już mieli się przenosić, kiedy coś w niej drgnęło.
- Zaczekaj ... powinnam pożegnać mamę.
- Masz rację. Martwi się o ciebie. Będzie spokojna kiedy dowie się, że w końcu jestem jak Agnuak.
- Oddałeś życie dla siostry. Nie ma większego poświęcenia niż oddać życie za kogoś.
Carriass zostawiła cały kufer ze złotem. Nie zabrała również sukienek. Bardzo chciała zobaczyć Deerhe. Erragea leciał jak błyskawica. Wylądował prawie w tym samym miejscu co niedawno Kaunga.  
Deerhe na widok córki rzuciła się ku niej, aby wpaść w jej ramiona.  
- Matko najdroższa, wybacz mi.
- Córeczko, kocham cię całym sercem. Wreszcie powróciłaś.
Łzy ponownie zagościły w kącikach oczu obu niewiast. Nikt nie śmiał im przeszkadzać w tej wzruszającej chwili. Nawet Errangea stał spokojnie, czekając na Carriass.  
- On żyje, jak to mogło się stać?
- Jego matka mu życie wróciła, szansę mu dała. Jestem jej wdzięczna.
- Wracajmy do zamku, odbudujemy zniszczenia. Mam tyle planów … - zaczęła mówić z entuzjazmem, ciągnąc córkę za rękę.
- Muszę ci coś wyznać. Nie zrozum mnie źle, ale masz dla kogo żyć - rzekła, spoglądając na Renthina. - Odnalazłam swoje szczęście, swoją miłość. Ciebie kochać po wsze czasy będę, ale Errangea jest mi jak druga połowa serca, bez którego oddychać nie potrafię.
Smok się wzdrygnął, odczuł tę miłość.  
- Odchodzisz? Z nim? Dokąd? Do krainy bogów?
- Na Carammi, matko. Do ojczyzny mego ukochanego. Nie wrócę tu, bo przejście w grocie zniszczone być musi, ale wiedz, że robię to dla dobra wszystkich. Poradzicie sobie bez smoków, tylko miłość w sercu miejcie.
- A jak zwątpicie … - wtrącił się Errangea swym dobitnym głosem. - Wtedy legendy o smokach ludziom przypomnijcie, niech wiedzą. Mój przykład im przekażcie, aby do światła zdążali.
- Nie ma innego wyjścia? - spytała Deerhe.
- Tak być musi. Córka twa nie zazna ode mnie krzywdy.
Królowa Termidei zrozumiała, walczyć z tym nie zamierzała.
- Skoro taka wasza wola, chcę aby była szczęśliwa, choćbym na oczy jej więcej miała nie zobaczyć. Lećcie, macie moje błogosławieństwo.
- Mam prośbę - rzekła Ochir - Saran.
- Wiem co masz w sercu - rzekł Erragea - Czas zrobić coś dobrego, a ty miła, zwrócił sie do Carriass, naciesz się jeszcze matką i przyjaciółmi. Lecieć musimy na spotkanie całej potęgi Hojji.  
  Smok łeb położył, a Ochir - Saran delikatnie weszła i usiadła tuż za jego głową. Smok uniósł się i po chwili zniknął dla ludzi na dole, bo leciał szybko. Księżniczka mocno się trzymała i strach mały poczuła, bo wszystko z góry maleńkie się wydawało.
- Nie musisz się tak mocno trzymać, tajemnicza siła ci spaść nie pozwoli.
  Dziewczyna puściła się i czuła, że pewnie siedzi. Po czasie jedenej straży ogrom wojska dostrzegła. Smok wylądował przed nimi. Strach na nich padł, ale kiedy dostrzegli kto smoka dosiada, radosny okrzyk rozległ się z setek gardeł.
- Ochir - Saran!
  Jej imie powtarzano dalej i dalej. Dowódca wojska na brązowym koniu blisko podjechał. Radował się z widoku księżniczki ale też strach miał przed smokiem.
- Witaj dowódco. Przybyłam by was powstrzymać i zawrócić. Ojciec mój was okłamał. Nigdy nie pragnęłam władzy ani jego miejsca. Wiem, że nadal macie mnie w waszych sercach. Chcę byście wrócili na step, bo to wasz dom. Nie czyńcie nic złego ludziom Termidei i wracajcie w pokoju.
- Pani, gdzie Assual ? - zapytał dowódca.
- Odszedł. Czy do krainy bogów, nie wiem. Nie ma go na ziemi, to wiem. Moje serce wybrało Rehera, króla Arpaganni. Będę mu żoną i do was nie wrócę, ale zawsze w moim sercu zostaniecie. Przekaż to wszystkim. Przekaż, że nie winna jestem zarzutów.  
  Wojownik na ziemię padł.
- Nie zostawiaj nas, córko stepów! Co z nami będzie!
- Wybierzcie kogoś dobrego i prawego. Nie słuchajcie córki szamana, chyba że jej serce się odmieni. Wracajcie na step.
  Erragea słuchał spokojnie do końca, ale wiedział co uczynić musi. Sama jego wielkość respekt czyniła, ale na wszelki wypadek, gdyby ktoś miał złe zamiary i innej drogi, niż Ochir - Saran przkazała, chciał pokazać moc swoją. Ryknął przeraźliwie i kilka razy strzelił w górę ogniem błękitnym. Dopiero potem mocą tajemną na swój kark Ochir - Saran przeniósł i w góre się uniósł.  
  Ludzie Hojji, ci co widzieli swoją panią, powtarzali jej imię. Smok w kierunku zamku Armidosa odleciał. Dziewczyna w swoim wnętrzu o wszystkim myśłała. Miłość Rehera wiele dobrego w niej uczyniła, ale nadal to co uczynił jej ojciec, gdzieś w głebi tkwiło. Czy kiedyś miała się zabliźnić rana w jej sercu? Tego nie wiedziała.  
  
Po czasie straży zamek zobaczyła i po chwili przy osadzie drwali na ziemi wylądowali. Deerhe dostrzegła smoka. Teraz wiedział, że za chwilę córka uda się w drogę nieznaną. I znowu łzy na jej licu się pojawiły. Carriass popłakała się, ale z przyjaciółmi się pożegnała i jeszcze raz z matką. Weszła po pysku smoka swego. Gdy w powietrze się wznieśli, ostatni raz spojrzała na ziemie swe ojczyste. Nie wiedziała, czy je jeszcze zobaczy. Ale czuła małą nadzieję w swoim sercu, że tak się stanie.

504 czyt.
100%31
1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3008 słów i 16092 znaków, zaktualizował 10 sie o 8:14.

1 komentarz

 
  • emeryt

    emeryt · 14 czerwca · 202091556

    @Aurofantasja, dziękuję Wam za ten odcinek. Jest tak pełen miłości, wprost przesiąknięty nią, że tylko chyba wypada przygotować równie wspaniałe zakończenie. Najserdeczniejsze pozdrowienia dla Was i jeszcze raz dziękuję.