Ostatni z planety Carammi cz 12

— Chcesz jechać teraz, Orbe? Noc ciemna...
— Nie mogę zwlekać.
— Jeźmy zatem. Przed rankiem wrócimy, prawda? Może list matce zostawię...
— Nie wiem tego, Carriass.

                                              Carriass

Nie bałam się jechać po nocy, kiedy Orberis był przy mnie. On dosiadł na swojej umiłowanej klaczy, a ja wskoczyłam na grzbiet Obłoka. Zanim wyjechaliśmy, Ashis cicho zarżała. Obłok dotknął ją swoim pyskiem.  Co jej powiedział, nie wiedziałam. Czy nadal pamiętał, że to jego matka?  
Drwal dla bezpieczeństwa nie zabrał pochodni. Osada spała. Konie szły stępa. Pomyślałam o wilkach i zrobiło mi się trochę dziwnie. I jeszcze o matce myśl przyszła. Może list zostawić powinnam...
— Obre, pewność masz iż wilków nie ma?
— Nie lękaj się, pani. One jeno w zimie niebezpieczne.  
— A co będzie, jeżeli Kaunga nie wyjdzie.
— O to się nie trap. Czuję ją. Już czeka. Koni wystraszyć nie chce wody wzburzeniem.  
— Konie nie tak rozumne jak my i tak bać się będą, kiedy ją ujrzą.
— Ano zobaczym. Kaunga inne sprawy mi szeptała.
— Znaczy? — spojrzałm na niego.
    Nic mi nie odrzekł jednakoż.  
Miesiąc świecił jasny i drogę oświetlał, ale ja nie na drogę patrzyłam. Wielka mnie tkliwość uchwyciła. Gdybym na koniu nie jechała, pewnie bym się zachowała podobnie jak Magina. Wszystko we mnie drgać zaczęło. Oj nie tylko ust bym mu dała! Czemu tak mi się działo, nie wiedziałam. Ale po chwili i to poznanie przyszło. Chciałam go zatrzymać dla siebie i to tylko powodem tego wszystkiego było.  
— Orbe? — szepnęłam.
— Tak, pani.
— Czy jestem ci bliska w sercu?
     Spojrzał na mnie, bo konie szły stykając się bokami.
— Carriass, jesteś mi bliższa niż sądzisz. Ale coś we mnie się dzieje, czego mój rozum nie pojmuje.  
     Za rękę go chwyciłam.
— Może nie jedźmy... Ze mną bądź. Choćby i teraz cała twoja będę...
     Spojrzał w me oblicze, dłoń mocniej przycisnął.
— Carriass, serce moje rozdarte. Sądził ja, że Maginę dla ciebie zostawił... Teraz nie wiem. Toć to smok przecie, jak moim sercem kierować może!
     Puściłam jego dłoń nieco urażona.
— I w mojej głowie i sercu się miesza. Jak nie córka króla postępuję. Aramidos może Rehera odprawi, ale tobie nigdy by mnie nie dał. Dziwnymi drogami miłość chodzi.  
     Do zmysłów doszłam i znowu królewną byłam. Konie nerwowo rżeć zaczęły. Wodospad blisko, po szumie wielkim poznałam. Zanim na polane dojechaliśmy, zieloną poświatę dostrzegliśmy nad drzewami boru ciemnego.
— Obre, co to?
— Nie wiem. Ale zobaczyć nam trzeba.
    Konie spokój opanował, za to ja drżałam cała, ale teraz tylko ze strachu. W końcu poznaliśmy co światło daje. Kaunga ogromna była. Widoczna wyraźnie, bo to z jej cielska jasność biła. Czemu Obłok i Barri spokojem opanowane, a ja w strachu zostałam?
— Boję się, Obre — szepnęłam
— Nie lękaj się — usłyszałam wyraźnie, ale nie Orberis to rzekł.
     Nie myślałam, że smok ogromny taki tkliwy i delikatny głos posiadać może.
— Nie czas jeszcze, ale rozumiem czemu jesteście — rzekła, równie ciepło i miło, zupełnie pominęła słowa moje.
— Wzywałaś mnie, oto jestem — rzekł drwal.
     Kaunga piękna i przerażająca zarazem, w całej swojej krasie nam się ukazała. Całe ciało pokrywały łuski. Na grzbiecie, aż do końca ogona, trójkątne ostrza tkwiły. Siedziała na polanie i całą jej powieszchnię prawie zajmowała. Na dobre trzydzieści yardów długa i na dwadzieścia pięć szeroka. Łeb wielki i oczy. Piękne i wielkie. Zielone jak najbardziej soczysta trawa, a trzy złote punkty w źrenicach, niby gwiazdy migotały.  
— Kaungo, czemu konie się ciebie nie boją?
— Bo je o to poprosiłam. One w miłości przecież. Wiesz to Carriass?
— Tak. Obłok pokochał Barri z wzajemnością od pierwszego wejrzenia. To ten biały...
— Sądzisz, że nie wiem? Wezwałam Orberisa, bo Erragea mnie niepokoi. Miałam dopiero wyjść kiedy królestwo w potrzebie będzie, ale to nawet bardziej ważne dla sprawy całej. On jest smokiem jak ja. Oddziałuje na mnie więcej niż ja na was. Śpieszno mu ciebie poznać, dlatego zmieniłam decyzję.
— Czy smok czarny będzie też tak słodko do mnie przemawiał, jako i ty?
— Tego nie wiem. On inny ode mnie. Ale nie czas mówić o tym. Orbe musi poznać jak na mnie latać.  
— Dam radę. Konia dosiadać potrafię.
— Nie jestem koniem, Orbe. Z konia kilka razy spadłeś. Ze mnie raczej spaść nie możesz.  
— Zaczniemy rano?
— Nie. Zaczniemy teraz.  
— Będę się lękać sama zostać — szepnęłam.
— Nie będziesz sama, Obłok i Barri przecież są z tobą będą.
— Ale...
— Powiedzmy, że jesteś bardzo bezpieczna. Wierzysz mi?
— Skoro mówisz. Kaungo, skąd się tu wzięłaś?
     Smok spojrzał na mnie swoimi pięknymi oczami.
— Chciałabym i ja to wiedzieć. Myślałam, że wy mi coś więcej powiecie. Wiem tylko, że Orberis ma mnie dosiadać, a ty Erragea.  
— O! To trochę komplikuje wszystko. Wiesz coś o kamieniu Um?
— Czy mam się powtarzać? Powiedziałam co wiem. Ja jestem łagodna dla was. Nie próbuj jednak irytować tamtego gościa.
— O kim mówisz?
— O Erragea. Jesteś strasznie gadotliwa, Carriass. Chcę z Orberisem polatać. I wiesz co, zrobię dla ciebie wyjątek i ciebie poduczę. Bo sądzę, że czarny smok nie będzie cię uczył. On do mnie niepodobny.
— Wiem, on czarny. Na zwojach widziałam...
— Nie o to idzie, księżniczko. On nie zechce co nic tłumaczyć, a posłuszeństwa wymagać będzie  
— To się jeszcze zobaczy kto kogo będzie się słuchał — krzyknęłam i sama się zdziwiłam czemu.
— Orbe właź, czasu szkoda — rzekła słodko Kaunga.
— Głos masz jako miód, nie przeczę. Ale Orberisa ci i tak spróbuję odbić. Nie masz ty atutów jakich jak ja — odrzekłam odważnie, wypięłam piersi do przodu i kibicią zakręciłam.
— Przecież już próbowałaś nie tak dawno mu swoje wdzięki podarować i co? Musisz się lepiej postarać.  
     Zobaczyłam, że Orbe spojrzał na mnie tylko i podszedł do smoka. Kaunga nie zwracała uwagi na moją osobę i do drwala się słodko odezwała.
— Orbe, słuchaj i patrz uważnie. Usiądziesz zaraz za moją głową. Wejdziesz po moim pyszczku. Więc bądź delikatny. Mógłbyś po ogonie, ale obawiam się, że wówczas byłbyś się pokaleczył o wystające kości na grzbiecie.  
— Pyszczek? Dobre sobie — zakpiłam.
     Kaunga puściła mimo uszu moją docinkę i jakby nigdy nic, odezwała się do drwala.
— Zaraz za głową znajdziesz dobre miejsce. Tam moja skóra jest miękka i powinieneś znaleźć coś do trzymania. Mam tam drugą parę rogów. Na razie się ich trzymaj, potem powinieneś się nauczyć inaczej.  
Poczułam, że zachowałam się przed chwilą zupełnie nie jak na damę przystało. Musiałam to wyznać i naprawić.
— Kaungo, przepraszam za moje słowa. Jestem chyba rozdrażniona przed przypadłością kobiecą.
— Rozumiem. Obiecałyście sobie z Maginą uczciwie o Orberisa walczyć, lecz ona tu, w tej wodzie, wszystkie obiednice złamała. Mnie nie musisz nic przyrzekać. Nie wiem czemu moje serce Orberisa wybrało. Ciało mam smoka i z Errageą bym być wolała. Rób co uważasz, a ja będę czynić co muszę i pragnę. A sama wiesz, że mi o przypadłościach bajasz...
     Odkryła, że zmyślam, mimo to poczułam dziwne ciepło w piersi. A więc może uda mi się serce Orberisa nakłonić ku mojemu! Skoro Maginy ciała nie chciał i mnie by pewnie odrzucił. Och, Orbe! Tylko przez to, żeś taki, miłować cię więcej będę.  
Obserwowałam drwala jak delikatnie po pysku smoka wchodzi. Minął wielkie rogi, uszy i zasiadł za głową Kaungi.
— Jestem gotów — powiedział.
     Poczułam pragnienie by i do mnie chociaż słowo rzekł, zanim poleci w pierwszy lot. Spojrzałam na niego z wielką miłością, lecz z powodu odległości dostrzec tego nie mógł.
— Carriass, nie lekaj się. Przy koniach usiadź, a i raźniej ci będzie, miła.
     Znowu ciepło na sercu poczułam, słysząc te słowa. Miła, rzekł? Mój Orbe! Jak tylko do osady wrócimy, dam mu usta gorące, piersi jędrne i intymność, jako żywo... I mój będzie... O ile zechce...
     Kaunga skrzydła rozpostarła. Ogromna była. Jak ona do góry się wzniesie? I kiedy o tym pomyślałam, wzniosła się bez żadnego wiatru. Jak dym z komina albo iskra z ogniska. Kiedy nad drzewami zawisła, dopiero wówczas skrzydłami machać zaczęła. Po chwili wiatr powstał ogromny, tak że ledwo na nogach się utrzymałam. Konie tylko lekko zarżały, w istocie Kaunga na nich działać musiała.  

                                            Orberis

Poczułem się dziwnie kiedy Kaunga swoje ogromne ciało bez żadnego wysiłku do góry uniosła. Widziałem z wysokości i Carriass i konie nasze. Wtem poświata zgasła i tylko lekko w koło mnie nadal świeciła.
— Cóż się to stało, Kaungo? Do góry się wzniosłaś!
— Tak mogę. Jak? Nie wiem. Gdzie lecieć mamy? Dobrze ci?
— Wygodnie. Małych rogów się uchwyciłem...
— To wiem, bo czuję dotyk twoich dłoni. Pytam czy ci dobrze...
    Poczułem naturę pytania i nie wiedziałem co odrzec.
— Dobrze mi. Ile razy głos twój słyszę, ciepło w sercu czuję. Nie rozumiem...  
— Nie próbuj. Jak i gdzie mam lecieć?  
— Ja mam ci mówić? — zapytałem.  
— Jesteś moim jeźdźem. Ciebię słuchać będę.  
— Teraz czuję się bezpiecznie, ale jak zakręcać będziemy albo...
— Jak obroty w powietru robić będę? Nie wiem skąd to wiem, ale spaść ze mnie nie możesz, wiem to z pewnością. Nie chcę byś się czegokolwiek obawiał, dlatego mówię ci to już teraz. Kiedy poczujesz mnie, będziesz wiedział. Ufasz mi?
     Poczułem się dziwnie. Ufałem Renthinowi, Carriass, ale to było coś innego. Głębszego. Nie pojętego.  
— Czy mogę się puścić i nie trzymać rogów?
— Jeżeli mi ufasz...
— Ufam.  
    Puściłem rogi i dłonie na jej ciepłym ciele wsparłem. Siedziałem tylko wtulony w jej szyję i w tył głowy.  
— Leć prosto w mrok, potem zrób kilka zakrętów, a potem obróć ciało grzbietem do ziemi. Czy również nie spadnę?
— Możesz mi wierzyć — szepnęła, tak tkliwie, aż poczułem dziwne prądy w krzyżu.
     Zaczęliśmy lecieć. Przyspieszała. Całkiem ciemno nie było, bo światło miesiąca na niebie bezchmurnym świeciło. Dotknąłem jej szyi lecz nie aby się trzymać. Skręciła w tym kierunku. Dotknąłem z drugiej, posłusznie skręciła w drugą. Potem dziwną moc w sobie poczułem. Jakby mój umysł jej był, a jej moim.
W dół, pomyśłałem. Natychmiast w dół poszybowała.  
W górę, pomyślałem. Podobnie bezbłędnie zareagowała. Obawiałem się chwilkę, ale powziąłem decyzję. Stanąłem na nogach. Wiatr powinien mnie zdmuchnąć, ale nie czułem jego szybkości.
Grzbietem w dół, pomyślałem.  
Kaunga skrzydła zwinęła i po chwili głową w dół szybowałem. Jakaś tajemnicza siła mnie pewnie trzymała.
Ufasz mi, mój drogi. Poczułem to nie w głowie, lecz bardziej w sercu samym.  
— Zakręć młynka — szepnąłem.  
Zrobiła to natychmiast. I co dziwne, żadnych zawrotów głowy nie czułem.  
— Możemy wracać, Orbe. Mój jeźdźcu. Teraz Carriass wezmę. Mamy sobie do pogadania. Takie babskie sprawy. Nie zrozumiałbyś...  
— Bądź dla niej łagodna, proszę!
— Przecież jestem, prawda? Wprawdzie chciałam za jej słowa szydercze, paszczę otworzyć i zęby pokazać, ale wiem, że z czystej zazdrości to robiła. Kocha cię, to czuję. I tobie obojętna nie jest. Ale ufam, że teraz związek się z nami zawiązał i za daleko jej amorów posunąć nie pozwolisz.  
Nie chciałemo tym ani myśleć, ani mówić, dlatego temat rozmowy zmieniłem.
— Kaungo, stare skrypty czytaliśmy. Czy tak w dawniejszych czasech było, jak teraz z tobąi ze mną?
— Powiesz mi o tym później. Muszę polecieć z Carriass, a potem do Erragea lecieć musimy.
— Zaraz?  
— Tak. Jeszcze tej nocy.
— Toć ojciec jej osiwieje, a serce Deerhe ze zgryzoty płakać będzie.
— Nie martw się. Wróci dzień później. Mocna dziewczyna. Pewnie taka być musi, bo Erragea to niezbyt miły smok.
— Nie zrobi jej krzywdy, prawda?
— Orberisie, sama Carriass ci opowie. Jeździec jest jako serce smoka. Pewnie się dziewczyna zmieni nieco, a może i bardzo. Ja zaś w swoim duchu mam nadzieję inną. Że dobre serce królewny Carriass, czarnego olbrzyma, zmienić zdoła.
— Ty jesteś ogromna. On większy?
— Znacznie. Jak bardzo, nie wiem. Wracajmy już, dobrze?
— Tak, Kaungo.  
Nie miałem pojęcia jak daleko jesteśmy od wodospadu. Lecieliśmy w jej znanym kierunku. W końcu zawisła machając skrzydłami nad wodospadem, a potem, identycznie jak wzlecieliśmy, łagodnie osiadła bez ruchu skrzydeł. Zszedłem po jej pysku. Zatrzymałem się i pogładziłem ją czule zaraz za nozdrzami. Podbiegłem do Carriass. Kaunga znowu świeciła na seledynowo.
— Martwiłam się, Orbe — szepnęła złotowłosa.  
— Teraz twoja kolej, Carriass. Nie musiałem do Kaungi nic mówić. Czuła moje myśli, a ja jej. To jest wszystko nie do pojęcia. Nie chcę ci więcej opowiadać, sama zobaczysz.
     Carriass patrzyła na mnie z miłością, ale i coś jeszcze dostrzegłem. Już to widziałem raz w oczach Meginy, kiedy do mnie, nagim ciałem przywarła. Ale córka Armidosa aż topiła mnie swoim wzrokiem.
— Orbe!  
— Carriass, czuję cię. Pozwól sercu walczyć. Cóż z tego, że ciało mi oddasz jeśli w sercu cię miłować nie będę! Myślisz, że nie chciałbym twoje piersi całować, czy intymności dotykać? Czym bym był wówczas lepszy od Rehera? A i ty potem, jakbyś się czuła, myślałaś o tym? Kaunga sama rzekła, że podłóg ciała, Erragea pragnie. Ale ona nie jest zwierzęciem. Ja czuję, że ona nam równa, albo i wyższa. Zapytaj ją kiedy będziesz latać. Może ci o tym powie.  

                                               Carriass

Musnęłam tylko usta jego, chociaż całe moje ciało płonęło.  
A jeszcze zeszłego wieczoru Deerhe strofować chciałam. Cóż mi to? Zupełnie jak Megina postępowałam. Gdyby nie to, że smok obok przebywał w swojej cielesnej postaci, całe ciało pięknemu drwalowi bym ofiarowała.  
Ale kiedy do Kaungi doszłam, zupełnie do przytomności zmysłów wróciłam.
— Ostrożnie stąpaj, nos mam wrażliwy.
     Zupełnie nie rozumiałam co zrobiłam. Delikatnie pogładziłam jej pysk zaraz za otworami nosa i delikatnie pocałowałam. A kiedy to uczyniłam, ciepło w sercu poczułam. Kim była Kaunga?
— Dziękuję. Orberis ci nie powiedział. Jeżeli mi zaufasz, wcale trzymać się nie musisz. Nie wiem co skrypty pisały o smokach. Może inna jestem niż one. Jeżeli we mnie ufność położysz, twoje myśli będę czuła. Pozwalam ci latać na mnie, bo wiem, że Orberisa miłujesz. Czy z Errageą tak będzie, tego nie wiem. Kiedy go dotkniesz, wszystko wiedzieć będziesz o nim. Jesteś rozumna i serce masz wielkie. To ci powiem. Wiem, że Orberisa pragniesz. Jeżeli cię pokocha w sercu, bądź z nim i ciało mu oddaj. Jednak jeśli nie, nie czyń tego...
— Kaungo, nie wiesz co czuję i co z moim ciałem się dzieje...
— Tak sądzisz? A co, jeżeli ci powiem, że wiem? Wiem o tym lepiej i dokładniej niż Orberis. Skąd i jak to rozumiem i odczuwam, tego ci nie powiem. Ale wiem. Jeżeli możesz się powstrzymać, spróbuj. Jeżeli nie zdołasz, uczyń. Co Orberis zrobi, nie wiem.
     Usiadłam za jej głową i uchwyciłam się małych rogów. Sądziłam, że odczuję pododobnie, przecież już kilka razy rogi krowy gładziłam, jednak coś innego odebrałam.  
Poczułam ją. Dobroć o mocy nie do określenia. Radość i mądrość. Ale odczułam coś jeszcze i to mną wstrząsnęło.
— Ty nie powiedziałaś mi wszystkiego, ale ja czuję. Gdybym ciało Orberisowi oddała... powiedz.
— Dobrze czujesz. Ludzka broń uczynić mi nic nie zdoła. Zabić mnie mogą tylko dwie rzeczy. Eragea i ty. Kiedy byś mu ciało oddała bez miłości w sercu, wtedy...  
    Poczułam jak mi łzy z oczu płyną.
— Mam miłość do niego i pragnę go w ciele.
— Może i tak jest. Przemyśl to w sercu swoim. Czy nie postępujesz podobnie jak Megina? Chciała mu ciało oddać, bo czuła, że jego serce ku tobie się skłania. Czyż nie jest to z twojej strony zazdrość bardziej niż miłość prawdziwa?
— Zaiste, masz pewnie rację. Ale coż mi po tym, kiedy pragnienia ciała pokonać nie mogę.  
— Dobrze, Carriass. Zrobisz jak zdołasz. Nie walcz z tym. Teraz jednak zaufaj mi, bo latać cię nauczyć muszę. Tylko zapytać cię pragnę. Czemu mnie pogładziłaś po pysku i pocałowałaś? Nawet Orberis tak nie uczynił.
— Nie wiem. Odczułam coś nieodgadnionego. Miłość i wiedzę. Dobroć i ciepło.
— Taka jestem, ale przecież zabijać będę. Ale tylko kiedy będę musiała. Poczuj mnie całkiem. Może na twoje pragnienie chęci cielesnego zbliżenia z Orberisem, to zaradzi.  
— Co mam czynić? Powiedz.
— Poczuj mnie, to wszystko.
     Wtuliłam się w jej szyję. A miększa była niż najmiększa tkanina. Im bardziej ją tuliłam tym większa roskosz mnie otaczała. W końcu poczułam jak pragnienie złączenia z Orberisem przeistacza się w uczucie czystej miłości. Pocałowałam jej miękką szyję i szepnęłam.
— Leć.
    Wstałam na nogi. Czułam jak się wzniosła. A potem zaczęła poryszać skrzydłami coraz szybciej i szybciej. Leciałam, a mimo to oporu wiatru nie czułam.  
Potem skręcała w lewo w prawo i kręciła się jak młynek. Leciała prosto w kierunku czarnego nieba to znowu pikowała w dół szybciej niż spadający kamień. A wszytko to czyniła, bo ja tak pragnęłam.
— Tak, właśnie tak — szepnęła rozkosznie.
    Wiedziałam co teraz nastąpi. Ryknęła tak strasznie, że byłam pewna, że jej głos słyszano i w zamku i osadzie. Lecz ja tylko cichy pomruk odczułam. A potem z jej pyska błysnął język ognia o oślepiajacym błękitnym blasku, na sto yardów daleko.
— Wracamy, bo Orbe się wystraszył. Dobrze mi. I tobie lepiej, prawda?
— Tak, Kaungo. Dobrze mi się z tobą lata.  
— Zabieramy Orberisa i lecimy do Erragea. Już czas.
— Teraz? A co z matką, co z ojcem?
— Wrócę szybko i Orbe im powie. Jeżeli chcesz być jeźdźcem czarnego smoka powinnaś zapomnieć o strachu. To ty musisz być jego panią. Bo jeżeli on będzie twoim panem, to ten świat nie utrzyma się długo.
— Nie przerażaj mnie, Kaungo.
— Sama zobaczysz. Reher przy nim to miły króliczek przy głodnym wilku w zimie. Ale pamiętaj. Masz odwagę, serce gorące i miłość. Lecz on będzie chciał ci to zamienić w strach, kamień lodu i nienawiść.  
     Kaunga wylądowała. Zbiegłam delikatnie po pysku smoka i wpadłam w ramiona pięknego drwala.  
— Co to było? — zapytał przerażony — piorun gruchnął?
— Nie, to Kaunga. Chyba lubiła ze mna latać. Wsiadaj. Eragea czeka. Będzie się musiał zmierzyć z królewną Termidei. A może nie, z królewną. Tylko z kobietą.
    Stanęłam na lekko rozstawionych nogach i podparłam pięści na biodrach. Kaunga przekręciła głowę w naszym kierunku i powiedziała miło.
— Dobra dziewczynka. Daj mu popalić. Tylko pamiętaj co posiadasz w sobie i nie zgub tego... To chytry lis.
     Orberis usiadł, a ja za nim. Wtuliłam się w jego plecy i splotłam dłonie na jego umięśninym torsie.
— Do czarnych gór — szepnął Orberis.
    Czułam się błogo.  
Może zdobędę twoje serce, pomyśłałam. Lecz po chwili odczułam Kaungę. I ona szepnęła prosto do serca mego.
Może...

Na wschodzie czarne niebo zaczęło rozświetlać się, przechodząc w coraz to jaśniejsze odcienie błękitu. Kaunga wzlatywała coraz wyżej i wyżej. Leciała szybciej i szybciej. Jeszcze nigdy nie czułam się tak szczęśliwa. Tylko nie wiedziałam dlaczego. Czy dlatego że tuliłam Orberisa, czy z powodu tego, że moje uda dotykały stwora o nieskończnej miłości i dobroci.

1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3656 słów i 19927 znaków, zaktualizował 31 mar 2019.

3 komentarze

 
  • Almach99

    Mala literowka w slowie poruszac.  
    Hmmm, czysta milosc i dobroc kontra czyste zlo. Czy czyste serce ksiezniczki pokona mrok w swoim sercu i czarnego smoka?

  • 1Aurofantasja

    @Almach99 Ten Erragea nie jest taki zły...

  • emeryt

    @Aurofantasja, tylko jedno słowo: wspaniale! Dziękuję za kolejny odcinek, życząc owocnej współpracy. Oczywiście ku zadowoleniu obecnych i przyszłych czytelników.

  • 1Aurofantasja

    @emeryt Dziękuję w swoim imieniu, może Aurora coś jeszcze dorzuci  :)

  • AnonimS

    Ten smok lagodny jak owieczka.  Ciekaw jestem jak to się potoczy. Zestaw na tak. Pozdrawiam

  • 1Aurofantasja

    @AnonimS Jest dobra dla dobrych.  :P Dziękujemy.