Ostatni z planety Carammi cz 11

W izbie cisza zapanowała, jakby prostą wypowiedzią księżniczka w zadumę kowala wprawiła. O swe dzieci się troszczył, ale Megina jego największą radością była. Gdyby na miejscu Carriass się znalazła, co by uczynił na miejscu Armidosa. Krew w jej żyłach królewska płynęła, ale o tym nie wiedziała, dzięki temu w spokoju żyć mogła.  
- Nie kłopocz się, księżniczko – odrzekł przerywając ciszę – Nie damy cię skrzywdzić nikomu, a tym bardziej memu bratu.
- Poczciwy z ciebie człek, Renthinie. - powiedziała niewiasta o włosach jak dojrzałe zboże.
Odezwać się chciał jeszcze, ale Amina do pomieszczenia wbiegła zafrasowana.  
- Do osady dwoje jeźdźców zmierza, a jeśli to inni zbóje?
- Uspokój się, daj spojrzeć, należycie ich przywitam. - rzekł kowal, mijając żonę wystraszoną.
Z oddali od strony lasu w istocie pędziło dwoje konnych. Mężczyzna za grabie chwycił, które nieopodal leżały i czekał w napięciu. Gdy zbliżyli się bardziej, ujrzał królową we własnej osobie, razem z dowódcą straży. Narzędzie, co za broń służyć miało, odrzucił i począł do ziemi się kłaniać. Rycerz na przedzie pierwszy z konia zsiadł, po czym pomógł Deerhe z gracją z wierzchowca zejść.  
- Co tu się wydarzyło, mów, ale żywo! - ryknął Kaharis, widząc pobojowisko.
   Kiedy mówił reszta z obstawy królowej wjechała, a jeden z nich Obłoka za uzdę wiódł. Zostali nieco w tyle, bo królowa na swojej klaczy galopem jechała, tak do córki spieszno jej było, mało co Kaharis nadążyć zdołał.
- Mości rycerzu, zbrojni nas najechali. Jadła chcieli i napitku, ludzie poczciwi im dali co chcieli, ale na nasze niewiasty baczenie mieli, zaczepiać nie omieszkali, amorów im się zachciało. W bójkę się wdali, zginęło kilku wieśniaków, którzy honoru swoich kobiet strzec chcieli.
- Nie tylko oni jak mniemam śmierć ponieśli, widzę truchło żołnierza z armii Apaganni. Cóżeście uczynili!
- Panie, nie mnie patrzeć na krzywdę nadobnych kobiet, a i na śmierć sąsiadów i druhów. Stać miałem i nic nie robić, kiedy posoka się polała z niewinnego ciała?
Deerhe na widok kajającego się kowala, żal poczuła. Wiedziała, że silny, niedźwiedzia mógłby powalić. Skoro to uczynił, widać wyboru mu nie dali, rycerze króla Arpaganni.
- Wstań, Renthinie. Wierzę ci, twe serce prawe. Nie po to tu przybyłam, aby na okropności patrzeć. Czy córka moja w tej osadzie przebywa? Odpowiadaj.
Podniósł wzrok i zachwycił się licem królowej, która w sukni przystosowanej do konnej jazdy, uroku nie straciła, wręcz przeciwnie.  
- Księżniczka jest u nas, zaraz … - dokończyć nie zdążył, gdyż córka królowej zza chaty się wyłoniła.
Na widok matki nie wiedziała co czynić ma, czy wpaść jej w ramiona, czy uciekać zafrasowana.  
- Carriass, dziecko moje! - zawołała dostojna matka, ręce przed siebie wyciągając.
- Król cię wysłał? - spytała niepewnie.
- Nie, jako matka tu przybyłam, martwiłam się o ciebie, słońce moje.
- Ale ojciec wie o tym, skoro z dowódcą straży i ludźmi cię wysłał – dodała nieufnie, widząc Kaharisa i resztę uzbrojonych po zęby, rycerzy.
- To dla bezpieczeństwa, podejdź, niech cię uściskam.
Carriass podbiegła do matki, wpadła w jej ramiona, aż łzy z oczu się jej polały. Kobieta po jasnych włosach gładzić ją poczęła, aby uspokoiła się nieco.  
- Wracaj do zamku, dziecko. Nie uciekaj więcej.
Księżniczka odsunęła się od Deerhe, jakby ktoś ją ogniem ze świecy poparzył.  
- Nie wrócę! Reher tam stacjonuje, siłą mnie wziąć zechce, okrutnik! Moja noga tam więcej nie postanie, dopóki król Arpaganni przez mego ojca oddalony nie zostanie!
- Kocham cię córeczko, niech tak będzie – rzekła, odwracając się do rycerza ze straży – Kaharisie, zostaję z księżniczką, przekaż królowi, aby bezwzględnie Rehera oddalić kazał, powiedz, że takie ma Carriass życzenie. Jeżeli jedynego dziecka stracić nie chce, niech to dla niej uczyni.
- Ależ pani, to oznacza wojnę – przeraził się dowódca.
- Wojna i tak wybuchnie, skoro Reher swych ludzi na zwiad wysyła, panoszą się po naszym królestwie, niczym po własnych ziemiach – wtrąciła się Carriass, patrząc na mężczyznę poważnym wzrokiem.
- Rację ma moja latorośl, czyń co powiedziałam – rzekła stanowczo królowa.
- Tak jest, jaśnie pani. Wedle życzenia twego. Czy ludzi mam zostawić z tobą, pani?
- Bezpieczna ja jestem. Drwale królową bronić będą, a na razie i przed kim nie mają. Z obstawą wrócę, chyba że pan mój sam ze zbrojnymi po nas przybędzie...
  Kaharis wysłuchał słów wszystkich, na konia wskoczył i po chwili razem z szóstką w ciemnym borze zniknęli, tylko tętent kopyt się za nimi niósł echem. Renthin wyszedł na przód, aby klacz, razem z Ołokiem do stajni odprowadzić. Zarżała nerwowo, ale kowal szybko uspokoił zwierzę. Obłok spokojnie stąpał, czuł bowiem, że tam Berri przebywa.
- Pani, czy zaszczycisz nas swą obecnością w naszym skromnym domostwie?
- Z przyjemnością, przenocuję u was, jeśli mnie przyjmiecie pod swój dach – odparła kobieta, uśmiechając się.
- Królowo, choćbym w stajni nocować miał, ty posłanie dostaniesz, tak samo twa córka.
  Księżniczka obserwowała swą matkę, ta wydawała się szczęśliwa, kiedy w jej pobliżu kowal przebywał. Nawet przy królu tak często się nie śmiała, ukazując zadbane zęby.  
Na ścieżce mijali ślady krwi, na widok których królowa wzrok odwróciła.  
- Co się stało z ofiarami, Renthinie?
- Moi ludzie za wioską ich pozbierali, pożegnać ich z czcią trzeba... Obawiam się wojny, pani. Ona tylko śmierć niesie, ale brat mój zuchwały, nie przejmuje się losem maluczkich.
- Ktoś musi go powstrzymać – rzekła idąc obok kowala blisko.
- Ten kto mieczem wojuje, może od niego zginąć – wtrąciła się Carriass.
Gdy dotarli na miejsce, Megina wraz z Aminą przywitały z honorami królową, o włosach jak dojrzałe zboże. Dostały pożywną kolację oraz posłano im w jednej z izb, gdzie córki Renthina sypiały. Carriass co jakiś czas obserwowała matkę, która przy kowalu zachowywała się inaczej, jakby o mężu zapominała. Niby przypadkiem jego rękę musnęła, to nachyliła się w jego stronę. Nawet kiedy piła lub jadła, ukradkiem na niego spoglądała. Pomyślała, że na szczęście Armidos tego nie widzi, ale nie zamierzała tego tolerować. Następnego dnia pomówi z matką, tak postanowiła.  

Słońce zachodziło, kiedy Kahraris do zamku zajechał. Po brukowanej nawierzchni kopyta konia dudniły. Rycerze na jego widok salutować poczęli, ale on ich minął z poważną miną, jakby posłańcem zniszczenia stał się. Szybko zdał sobie sprawę, że Reher jeszcze z zamku nie wyjechał, choć miał to uczynić niebawem. Jednak teraz to z Armidosem rozmówić się musiał. Żelazne buty stukały po posadzce, kiedy zbliżał się pod komnatę króla.  
- Władca odpoczywa, do snu się szykuje – zagrzmiał głos strażnika.
- Mam wieści od królowej i księżniczki, każ przekazać, że to czekać nie może.
Młody rycerz z trwogą do komnaty wkroczył, po czym wrócił.
- Wejdźcie, dowódco, król zezwala.
Mężczyzna po brodzie się pogładził, pewnym siebie krokiem przekraczając próg.  
- Kaharisie, gdzie małżonka moja?
- Znalazła księżniczkę, obie są bezpieczne w wiosce drwali, królu.
- Na niebiosa, szczęście to, ale czemuż z tobą nie przybyły?
- Księżniczka Carriass przekazać kazała, że jej stopa zamkowych murów nie przekroczy, póki Rehera do Arpaganni odprawić nie każesz.
- Co?!
- Panie, ja tylko rozkazy wykonuję.
Armidos spochmurniał na twarzy, zastanawiać się zaczął, co czynić ma. Córki i żony stracić nie chciał, a do Rehera dystans miał. Chodził tam i z powrotem po komnacie, nagle zatrzymał się. Decyzję podjął w myśli, której żałować nie zamierzał.  
- Zawołać Rehera! Natychmiast! - rozkazał.
Dowódca ukłonił się, wychodząc z pomieszczenia. Po niecierpliwym oczekiwaniu, usłyszał kroki, zbliżające się z każdą chwilą. Zakukano we wrota.
- Wejść.
- Panie, przybył król Arpaganni i dowódca straży.
- Wpuścić.
Reher z poważnym wyrazem twarzy, wkroczył do komnaty, a za nim Kaharis.  
- Doszły mnie słuchy, że ludzie moi śmierć ponieśli z rąk twych poddanych! - ryknął władca Arpaganni marszcząc brwi.
- Jakże to? Od kogo takie wieści? - zdziwił się Armidos.
- Panie, to ja mu oznajmiłem, nie zdążyłem ci panie przekazać, że w owej wiosce walka się wywiązała.
- W wiosce drwali, to niepojęte! - oburzył się władca, rzucając gromy na dowódcę.
- Za przybycie w pokoju taką zapłatę dajecie?! Miałem cię królu za sprawiedliwego, ale się pomyliłem! - uniósł się Reher, gotując się ze złości.
- A co twoi ludzie, królu Arpaganni, robili wśród chłopów? Czy zezwoliłem na wysyłanie zbrojnych do prostych poddanych?
- Musieli się tam przypadkiem znaleźć, to twoi poddani ich napadli.
- Przypadkiem? Twierdzisz, że nie masz kontroli nad własną armią?
- Mam, jednakowoż …
- Czemu język ci się począł plątać, zadałem proste pytanie. Co twoi ludzie robili na moich ziemiach?
Zapanowała niezręczna cisza, a napięcie wręcz wisiało w powietrzu.  
- Tak myślałem! Domyślam się co knujesz, ty nie chcesz mej córki za żonę!... Szpiegujesz! Przejrzałem twoje nędzne zamiary!
Wtem Reher chciał już dobyć miecza, kiedy czujny dowódca straży go uprzedził. Króla Armidosa strzec za cenę życia przysięgał. Miecz do gardła króla Arpaganni przyłożył, czekając w pogotowiu na rozkazy.  
- Każ mu odłożyć broń, albo pożałujesz ty i cała twoja rodzina oraz poddani – dodał przez zęby, czując zimną stał na szyi.  
- Już żałuję, że kiedykolwiek ci zaufałem. Chciałeś mnie zabić, gdyby nie mój dowódca, pewnie dopiąłbyś swego.
- Niech cię szlag, Armidosie.  
Nagle drzwi lekko drgnęły, Reher korzystając z okazji i zamieszania, odepchnął Kaharisa, rzucając go o ścianę.  
- Pożałujesz tego, królu!
- Łapać go! - wydał rozkaz król Termideii do swych ludzi.
Z trwogą czekał na rozwój wypadków, groźby Rehera dźwięczały w jego głowie, niczym dzwony na wieży. Zrozumiał z jakiego pokroju człowiekiem na do czynienia, skoro nie zawahał się dobyć broni.  
Wreszcie przybył dowódca, dysząc i ciężko łapiąc powietrze w płuca.  
- Panie, schwytaliśmy agresora. Co dziwne nie bronił się wcale, chociaż może, bo dziesięciu go otoczyło...
- Doskonale.
- Co mamy z nim zrobić, panie? Wszak to wciąż potężny władca sąsiedniego królestwa.
- Wiem, Kaharisie, konsekwencje swych czynów i słów przyjmuję. Wojna nas czeka, ale nie mam wyjścia. Każ swym żołnierzom eskortować Rehera i jego ludzi poza granice naszego królestwa, aby krew się po drodze nie polała. Jak z tym się uporacie, natychmiast pędź do córki mej i małżonki, aby im wieści przekazać. Zabierz spory oddział, aby bezpiecznie dotarły do zamku, zrozumiano?
- Tak jest, panie, wedle twego rozkazu – rzekł pokornie dowódca i kłaniając się z szacunkiem, opuścił komnatę.
  Królowi zrobiło się w momencie słabo, ale pochwycił się drewnianego stołu. Reher trudnym sąsiadem był, ale jako wróg, nie jawił się na honorowego przeciwnika. Armidos obawiał się teraz, że mógł mieć szpiegów rozsianych po swoim królestwie, a o których istnieniu, wcześniej nie zdawał sobie sprawy. Pokoju pragnąc, do wojny doprowadził, chociaż sądził, że Reher od początku tego pragnął. Armidos ze zwojej strony, życia najbliższych nie zamierzał poświęcać, nawet za tak wysoką cenę.  
Ściemniać się poczęło, więc wyszedł na zewnątrz, wołając służki, aby świece pozapalały. Wiedział, że tej nocy nie zmruży oka, a myśli kotłujące się w jego głowie, zdawały się nie do zniesienia.  
                                                                  
                                                                 *
W wiosce drwali wszyscy szykowali się do snu. Carriass usłyszała z sąsiedniej izby postękiwania, jakby ktoś cierpiał. Przekroczyła próg, widząc Meginę pochyloną nad poranionym mężczyzną. Dziewka nadobna, sukno w wodzie moczyła i rany mu przemywała, z taką delikatnością, jak tylko ona potrafiła. Dowódca zwiadu, żebra miał złamane. Gdyby nie silna budowa ciała, martwym padłby niechybnie, zaraz po uderzeniu.
- Spokojnie, już kończę, Gertychu.
- Umieram, siły mnie opuszczają.
- To gorączka, wytrzymaj, wydobrzejesz, miodu łyknij – rzekła Megina, nalewając trunku do glinianego naczynia.
Mężczyzna po chwili się uspokoił. Megina chciała wyjść z izby, kiedy wpadła na Carriass.  
- Księżniczko, do snu się nie szykujesz?
- To człek Rehera?
- Tak, pani, oberwał srogo od mego ojca, ale żyw.
- Król Arpaganni nie daruje zniewagi. Wiem, że serce masz do pomocy, ale nie wiadomo co uczyni czy powie ten rycerz.
- Nie frasuj się tym, księżniczko, wystarczy że kowal spojrzy tylko na niego …
- Nie wątpię, Megino, ale martwię się o ciebie.
- Doprawdy, pani? Myślisz, że prosta chłopka myśleć nie potrafi? Wiem czemu Orberis zaręczyny zerwał, ty też to wiesz, tylko przyznać się nie chcesz. Mylę się?
- Urazę do mnie chowasz, myślałam, że wszystko zostało wyjaśnione.
- Pani, nie zamierzam pod prąd płynąć, niczym ryba na tarło. Nie ukrywam, Orberis zacny drwal, silny, atrakcyjny, ale jeśli mnie w sercu nie nosi, jakże mam z tym walczyć? Jednak ty pani, ślepą udajesz, bo on za tobą by w ogień skoczył, tak mu w głowie zawróciłaś.
- Zazdrość przez ciebie przemawia, wybaczam ci te słowa, bo dobrą dziewczyną jesteś, ale Orberis nie dla mnie, wiem to.
- Wybacz, księżniczko, muszę matce pomóc posłania układać.
Carriass patrzyła na córkę kowala z trwogą, żal się jej zrobiło, ale przecież Megina racji nie miała. Carriass czuła, że ktoś inny przeznaczony jest dla drwala. Do snu szykować się poczęła, znalazła matkę, rozmawiającą z Renthinem i serce jej zamarło. Kaszlnęła delikatnie, aby zwrócić na siebie uwagę.  
- Matko, spać czas.
- Wiem, słońce moje – Deerhe puściła dłoń kowala, lekko na twarzy się rumieniąc.
  Gdy skończyły ablucje i położyły się na posłaniu, które przyszykowano im na drewnianej podłodze, przytuliła się do Deerhe i próbowała zasnąć. W końcu sen ją zmorzył, po czasie czuwania...
Przyśnił się jej wodospad, po ziemi mgiełka się snuła. Nagle usłyszała głos, który należał do Kaungi. Wołała Orberisa, jakby jej lubym był, delikatnie, czule. Nigdzie jednak dzielnego męża nie widziała, tylko pustkę. Wtem ujrzała czarny cień, w księżycowym świetle. Coś nad nią przelatywało, ale to nie była Kaunga, tylko jakiś inny smok. Zbliżał się do niej coraz bardziej, kiedy chciała go zobaczyć, przebudziła się zlana potem. Wszyscy pogrążeni we śnie, pogwizdywali, czy chrapali. Podniosła się, czując przenikliwy ból głowy. Wyszła na zewnątrz, patrząc w rozgwieżdżone niebo. Wtem usłyszała czyjeś kroki pośród nocy. Gdy postać się zbliżyła do niej, rozpoznała w niej Orberisa.  
- Księżniczko, nie śpisz? Jakże to?
- A ty, Orbe? Czemu snujesz się po wsi?
- Kaunga mnie wzywa, czuję to.
- Śniła mi się, czyżby chciała nam coś przekazać, drwalu?
- Tak czuję, udaj się ze mną nad wodospad pani. Ona jest już gotowa, muszę się z nią spotkać, ciebie to także dotyczy.
- Dobrze, ale jak nas kto napadnie po drodze, czy mnie obronisz, Orbe?
- Pani – uklęknął nagle – Moje życie mniej ważne niż twoje, nie obawiaj się i nie lękaj. Jestem z tobą.
Po głowie ręką mu musnęła, przyjemny prąd jej ciało przeszedł. Przytulić się do niego chciała, ale zaniechała.  
- Wstań proszę. Ruszajmy, bo i mnie zmrużyć oka nie sposób.
  Podążyli do stajni, gdzie przy żłobie siana pełnym, Barri stała, a na ich widok, zarżała radośnie. Obłok, stał obok niej, niby strażnik, a trochę dalej, Ashis.      



1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 2946 słów i 16060 znaków, zaktualizował 28 mar 2019.

4 komentarze

 
  • AnonimS

    Opowieść się Wam rozkręca. Akcja plynie wartko a postacie są coraz bardziej wyraziste. Zastanawia mbie troska Meginy o dowódcę wrogów :P . Pozdrawiam

  • AuRoRa

    @AnonimS rozkręca się, jeszcze nie jedno zaskoczy, a za błędy przepraszamy :) Postaramy się poprawić

  • AnonimS

    Obłok spokojnie stąpał, czył bowiem, że tam Berri przebywa.  CzUł..literówka

  • AnonimS

    Drwale królową bronić będą, a na razie i przed kim nie mają....wg nnie Drwale królowEJ bronić będą

  • emeryt

    @1Aurofantasja, dziękuję za kolejny, wspaniały odcinek. Przesyłam serdeczne pozdrowienia i czekam na kolejne odcinki.

  • AuRoRa

    @emeryt dziękujemy za odwiedziny :)