Ostatni z planety Carammi cz 2

Po chwili wskoczyłem do wody. Podpłynąłem blisko spadającej wody. Jednak nadal jakaś część w środku, buntowała się. A może jednak to pułapka? Może zginę?  
  Czasami drwale ginęli. Kilka razy drzewo zwaliło się w całkiem inną stronę niż sądzono. Rzadziej ktoś umierał na gorączkę. Czasami dzik rozszarpał, albo niedźwiedź. Najrzadziej wilki.  
Te nie podchodziły blisko. Bały się ognia, a może bardziej respektowały nasz teren? Tak ja to rozumiałem, a Renthin kiwał tylko głową, kiedy mu o tym powiedziałem pewnego dnia, co znaczyć mogło zarówno tak jak i nie.  
Starałem się rozluźnić, ale nie szło to zbyt łatwo. I kiedy ostatecznie miałem jednak zrezygnować poczułem, że muszę. I to teraz! Nabrałem powietrza. Rzuciłem okiem na Barri. Zanurzyłem się. Płynąłem tak jak poprzednio. Odczułem podobny nacisk w uszach. Dostrzegłem ogromne podwodne wrota. Pozwoliłem prądowi nieść się w głąb nieznanego. Pracowałem rękami i nogami, by to stało się szybciej. Już wiedziałem, że nie zdołam wrócić. Zobaczyłem matkę, ojca, Meginę, Renthina i na końcu Barri. Zaczęło brakować mi powietrza. Ostania myśl przeszła przez moje jestestwo: Jednak zrobiłem wielki błąd, nie mogę zawrócić ...
   Zobaczyłem światło. Zielonkawą poświatę. Kilka ostatnich ruchów. Wynurzyłem głowę. Jednak nie umarłem! Każdy wdech wydawał się droższy niż wszystkie skarby świata. Ogromna pieczara świeciła zielonkawym blaskiem. Widziałem światło dnia przez szczelinę w sklepieniu! Dopiero teraz zacząłem odczuwać ten sam zew, tylko dużo mocniejszy. Zobaczyłem podziemny strumień. Rozdzielał się na kilka węższych odnóg. Próbowałem odgadnąć co dawało tę zielonkawą poświatę. Ale nie bardzo mogłem znaleźć źródła. Czyżby samo wnętrze pieczary, świeciło? Nie mogłem tego pojąć, a jednak zachwycałem się tym widokiem.  

                                        Carriass

Pędziłam na Obłoku. Czułam pośladki i uda. W końcu od końskiego grzbietu oddzielał mnie jedynie cienki materiał jedwabnych porteczek. Odwróciłam się odruchowo. Daleko dostrzegłam grupę jezdnych. Na szczęście Obłok dobiegał do pierwszych drzew. Musiałam podjąć decyzję. Przecież mnie złapią! Czy naprawdę chciałam oddać cnotę pierwszemu lepszemu drwalowi? I tylko by zrobić na złość Reherowi? Dowiedziałam się nieco o tym typie. Siłacz nad siłacze. Ponoć wcale nie brzydki, wręcz przystojny. Mądry, a sława jego męskości doszła do mnie, zanim wiedziałam, że to on ma być moim przyszłym mężem. I to wszystko mogłam przyjąć, ale kilka spraw sprawiało, że wolałabym go nie poznać.  
  Miał silną armię. Władca Arpaganni, piastował również funkcję marszałka. Miał podobno jedną cechę, której nie mogłam zaakceptować. Był bezwzględny. Rzadko kiedy zmieniał wyroki. Na szczęście władał ponoć sprawiedliwie. Jego rodzice zrzekli się korony na jego korzyść, podobno nie dał im wyboru.  
    Jakie miałam teraz szanse ucieczki? Żadne. Czy mogłam zabawić się z drwalem? Teoretycznie tak. Tylko nie byłam dziewką karczemną. Poza tym zdawałam sobie sprawę, jaki los czekałby takiego śmiałka. I w związku z tym, czy jakiś by się zdecydował? Za chwilę rozkoszy stracić głowę? No cóż, pokazałam innym tylko to co we mnie siedzi. Chyba powinnam wrócić, ale skoro już dojechałam tak daleko...  
  Obłok nieco zwolnił, nie dlatego, że stracił siły. Raczej z powodu warunków i drogi. Drzewa pozwalały na kłus, ale już nie na galop. Wiedziałam, że przede mną znajduje się osiedle drwali. Zamieszkiwała tu blisko setka ludzi, a to dawało kilkanaście rodzin. Naraziłbym ich na dodatkowe kłopoty, czego nie chciałam. Skierowałam konia w prawo. Tam znajdował się wodospad Umgar, tajemniczy, zjawiskowy. Woda spadała z góry, ale nikt nie wiedział gdzie wypływała.  
  Czy strażnicy domyślali się, że pojechałam właśnie tam? Pewnie nie. Pojadą najpierw do drwali. To dawało mi jeszcze trochę wolności. Czy czułam się źle w zamku? Nie. Miałam to co chciałam, zajmowałam się tym co lubiłam. Malowałam, haftowałam, trochę uczyłam się szermierki, strzelałam z łuku, co przerażało matkę, pełną dostojności i kobiecego wdzięku. W niej pokładałam ostatnią nadzieję. W końcu była moją rodzicielką, a ojciec nie był tyranem. Nie bałam się porozmawiać o tym. Od początku nie podobała mi się myśl, by mnie oddali Reherowi. To bardziej matka obawiała się reakcji męża, niż ja ojca. W końcu dowiem się, czy mnie naprawdę kochają!  
  Usłyszałam szum spadającej wody. Słońce musiało już dotykać linii drzew. Za pół straży zacznie robić się ciemno. Och! Zamiast spać spokojnie w łożu, będę drżeć ze strachu przed wilkami.  
  Zatrzymałam konia. Ktoś tu był, chociaż nikogo nie dostrzegłam. Ale skubiący trawę koń, sam tu nie przyjechał, chociaż właściwie mógł, bo nie był osiodłany. Zeskoczyłam na ziemię. Obłok podszedł do drugiego konia. Po chwili zrozumiałam jego dziwne zachowanie. To była klacz i to chyba tuż przed okresem rui. Zarżała przyjaźnie do Obłoka. Podszedł do niej. Zaczęli dotykać się łbami. To jednak jeszcze nie było to, ale widać, że się polubiły. Dostrzegłam coś białego na krzaku. Bluza jaką nosili drwale. A więc się nie pomyliłam. Tylko gdzie się ukrył jeździec? Cóż, dotarłam chyba do końca mojej drogi i pozostało mi tylko czekać.

                                           Orberis.

Dobrze. Dotarłem tu i co dalej? Prąd wody nie pozwoli mi z pewnością wypłynąć z powrotem. Czyli nie utopiłem się, ale zostanę tu na zawsze. W moim racjonalnym umyśle powstało rozwiązanie.  Ktoś wpłynie z liną i mnie, a w tym wypadku nas, ktoś inny wyciągnie. Tylko... Można powiedzieć, że ja odkryłem to wejście przypadkowo. Jaką mam szansę, by ktoś inny na to wpadł? Wzywanie pomocy nic nie da. Szum wody, wszystko zagłuszy. Pozostała tylko jedna droga ratunku. Pójść za którąś odnogą podwodnego strumienia. Rzuciłem okiem na pieczarę. Nie wyglądało to korzystnie. Wszystkie trzy odnogi dochodziły do wąskich szczelin. Poszedłem w kierunku jednej. Po dziesięciu yardach musiałem zejść na kolana, po kolejnych pięciu... koniec drogi. Sprawdziłem kolejne dwie odnogi, z podobnym rezultatem. Wtedy przypomniałem sobie szczelinę. Szybko ją dostrzegłem. Od wewnątrz, dojście do okna w skale nie stanowiło tak wielkiego problemu. Dotarłem tam po małej chwili. Niestety mogłem wsunąć tam tylko ramię. Dziura miała yard wysokości i pół stopy szerokości. Gdyby nawet ktoś podpłynął do skały, mógłby zobaczyć moją dłoń, przy łucie szczęścia. Skała była gruba na yard. Miałem czystą wodę, więc nie groziła mi śmierć z pragnienia, ale z głodu. Po trzech tygodniach. Może góra po miesiącu. A może nie! Dostrzegłem rybę. Od biedy będę mógł je jeść na surowo. Doigrałem się! Odkryłem tajemnicę i za to będę skazany na odosobnienie i powolną śmierć.  
  Usiadłem na porośniętej mchem skale. Skoro mam umrzeć, chociaż nie tak zaraz, to przynajmniej chciałbym dowiedzieć się dlaczego pieczara świeci. Spojrzałem w górę. Delikatna zielonkawa poświata zdawała się emanować zewsząd. Tylko, że realnie nie miała źródła, i to było najdziwniejsze. Podobnie jak ten nieznany głos. I dlaczego kobiecy?
  Pogodziłem się nadzwyczaj szybko z myślą, że ta pieczara stanie się moją mogiłą. I wówczas uchwyciłem się tej jedynej, nieracjonalnej szansy. W końcu ktoś do mnie mówił. I nie był to raczej Bóg. Więc kto? I dlaczego? Nie wierzyłem w czary, zaklęcia i inne bzdury. Chociaż otaczało nas wiele niewyjaśnionych zjawisk.  
- Hej – zawołałem zrezygnowany.
  Nic. Zresztą zgodnie z oczekiwaniem.  
- Przybyłem jak chciałaś. Ukrywasz się gdzieś?
  Oczywiście moje słowa pozostały bez odpowiedzi.  
- Po co mnie wzywałaś? Wiem, że to ty. Zawsze czułem to. Odezwij się, do diabła!
  Odczekałem, ale bez rezultatu. No tak, to że tu jestem, to rezultat jakiś omamów. Co je spowodowało? Moja ciekawość? Ale kiedy w końcu miałem zrezygnować, znów ogarnęło mnie to samo dziwne uczucie.  
Postanowiłem spróbować z innej strony.
- Miej sumienie. Przekonałaś mnie, żebym przybył tu, do tej jaskini. Chyba nie po to, żebym zginął.  
  Nic.
- Odezwij się do cholery!
   Znowu cisza. Miałem ochotę eksplodować, wybuchnąć niekontrolowanym gniewem. Ale co mi to da? Nie przebiję skał, nie wyjdę na zewnątrz.
- To ja, Orberis. Jestem tu, czy mnie słyszysz?! - wrzasnąłem.
   Niestety, nadal trwała przeklęta cisza. Usiadłem i ukryłem twarz w dłoniach.  
- Gdzie jesteś? - zapytałem całkiem cicho.
  Kolejny raz nie uzyskałem odpowiedzi.
To wszystko nie miało najmniejszego sensu. Będą mnie szukać. Renthin będzie wyrywał sobie włosy z brody, a Megina może zapłakać. Moja matka i mój ojciec również. Moi dwaj bracia i siostra, także. Cokolwiek mnie tu przywiodło, musiało nie mieć sumienia, pomyślałem w duchu.  
- Tu jestem, Orberisie – wreszcie usłyszałem, ten sam kobiecy głos, cichy i stonowany.
Starałem się zapamiętać skąd dobiegał. Całe moje ciało wytężyło wszystkie zmysły. Niestety miałem wrażenie, że słyszałem głos ze wszystkich stron, podobnie jak to zielonkawe światło.
- Gdzie jesteś? - zapytałem ponownie.  
  Niestety czekałem nadaremno, ale musiałem się tego uchwycić. Skoro odpowiedziała, czyli jest tutaj. Tylko gdzie? Musiałem ją znaleźć. Tylko nie wiedziałem czego lub kogo szukam! Jakaś część mnie mówiła mi, że to coś istnieje i jest widzialne, albo w ostateczności stanie się widzialne, kiedy będę w odpowiednim miejscu. Musiałem udowodnić sobie, że nie postradałem zmysłów. Zacząłem szukać. Stopa po stopie. Pieczara była wielka, a czasu miałem aż nadto. Nie musiałem się obawiać ciemności, bo coś mi mówiło, że w nocy będzie tak samo jasno.  
  Nie wiem ile czasu szukałem. Wreszcie rzuciłem okiem na otwór w skale. Jeszcze był dzień, chociaż odniosłem wrażenie, że już niedługo zapadnie zmierzch. Powróciłem wzrokiem na podłoże i zatrzymałem się. Powoli odwróciłem głowę i spojrzałem na otwór w skale. Jak mogłem tego wcześniej nie dostrzec. Rozcięcie znajdowało się w środku okręgu. To było oko, ale nie ludzkie, jakby gadzie lub kocie. Na przedłużeniu wąskiego dziennego światła, leżał dziwny owalny kamień. Podszedłem bliżej i oniemiałem. Na mchu leżało jajo, wielkości głowy dorosłej osoby. Jednak nie było to jajo żadnego znanego mi stworzenia. Patrzyłem chwilę i w końcu powoli się nad nim nachyliłem. Wyglądało jakby zrobiono je z kamienia. Poorane jakimiś wzorami, ośmielony dotknąłem jego powierzchni.  
   Poraził mnie seledynowy blask. Przeszyło mnie ciepło, dobroć i wiedza, tak, ogromna wiedza. Przez ułamek chwili wiedziałem wszystko, niestety coś zakłóciło ten stan. Chłód wody. Znajdowałem się w środku jeziorka, kilkanaście yardów pod powierzchnią. I kończyło mi się powietrze. A czułem jak prąd mnie wciąga do środka. Zacząłem rozpaczliwie poruszać rękami i nogami by znaleźć się jak najdalej od podwodnego wejścia do jaskini. Straciłem przytomność, ogarnęła mnie ciemność.  

                                           Carriass

Zobaczyłam postać wypływającą z wody. Był to mężczyzna, ale nie kwapił się wypłynąć. W ułamku chwili podjęłam decyzję. Skoczyłam bez zastanowienia. Umiałam pływać. Skąd? Nie miałam pojęcia. Poza tym nie zastanawiałam się nawet, czy nie rozbiję się o dno. No, ale skoro ciało wypłynęło to musiało być tam głęboko. Złapałam go pod brodę i zaczęłam płynąć do brzegu. Niestety z miejsca, z którego skoczyłam, nie miałam szans sama wyjść, a co dopiero z ciałem. Rozejrzałam się szybko. Podpłynęłam do właściwego miejsca, poczułam twarde dno. Tak mi się zdawało, że jest kamienne, bo na nogach miałam skórzane sandały. Po chwili wyciągnęłam pół nagą postać z wody. Stałam bezradnie nad pięknym ciałem młodzieńca. Potrząsnęłam nim kilkakrotnie. Dalej nie reagował. I znowu z nieznanego źródła wiedziałam co muszę zrobić. Położyłam go na plecy. Palcami zatkałam nos i otworzyłam mu usta. Nie zastanawiałam się ani chwili. Położyłam otwarte wargi na jego, już lekko zsiniałych i zimnych. Wtłoczyłam powietrze. Potem drugi raz i trzeci. Przy kolejnej porcji szarpnął się i zaczął kasłać. Z jego ust wyleciała woda.  
- Dzięki Bogu - szepnęłam.
  Młody mężczyzna spojrzał na mnie pół przytomnie, jakby obudził się ze snu.
- Co robisz?
  Uśmiechnęłam się serdecznie.
- Mówi się, dziękuję. A właściwie, dziękuję wasza książęca mość, drwalu.
  Popatrzył na mnie już bardziej przytomnie.
- Wyciągnęłaś mnie z wody.... wasza książęca mość?
- Tak. Topiłeś się. Masz śliczną klacz. Wygląda, że Obłok ją polubił.
- Obłok?
- Tak, mój ogier ma na imię Obłok. Jest śliczny, prawda?
  Chłopak rzucił okiem.  
- W istocie. Ale moja Barri też jest piękna – rzekł przekornie.  
- Nie przeczę - odrzekłam
- Czy mogę poznać imię, wybawicielki z odmętów? - odezwał się odważniej.
- Księżniczka Carriass, córka Armidosa IV i królowej Deerhe - wyciągnęłam dłoń.
- Jestem Orberis, syn Harnolgisa. Drwal - próbował wstać.
- Leż. Nie wiem skąd umiem pływać ani skąd wiedziałam co robić, by cię przywrócić do życia. Nie nazwałabym tego pocałunkiem, ale dotknęłam twoich ust moimi. Nie radzę się tym chwalić, Orberisie.
  Wstałam. Czułam, że wciąż na mnie patrzy, aż przechodziły mnie ciarki.  
- Czemu się gapisz drwalu? - zapytałam nieco sztucznie podnosząc głos.
- Bo...
- Mów, bo... każę cię wychłostać!
- Nie śmiem, pani!
- Mów, rozkazuję!
- Twój królewski ubiór niewiele zasłania.
  Teraz zrozumiałam. Byłam tylko w cienkiej bluzce i portkach z jedwabiu. Moje policzki zaróżowiły się, niczym płatki kwiatów.  
- Zakazuję ci patrzeć - powiedziałam ostro.
- Wybacz, pani. - odezwał się zmieszany - Moja bluza już wyschła. Załóż ją, proszę. Nie wiele to pomoże, ale przynajmniej nie zmarzniesz. Jesteś pani bardzo piękna, o ile mogę pochwalić twoją urodę. Przypominasz matkę, to znaczy kolor twoich włosów odziedziczyłaś po niej.  
  Spojrzałam na niego lekko zła.
- Mówi się, królowa Deerhe, drwalu. To że cię uratowałam, nie zabezpieczy cię przed batami.
  Spojrzałam na niego łagodniej.
- Rozumiem, że nie jesteś jeszcze zupełnie sobą.  
- Nie wiem jak mam cię pani tytułować, aby cię nie urazić.  
- Mów mi Carriass, przynajmniej do czasu jak nie znajdą nas moi słudzy.
- Pani! A co właściwie robisz sama w lesie?
  Popatrzyłam na niego uważnie. Wyglądał na porządnego człowieka. Poczułam, że mogę mu wyznać prawdę.
- Uciekłam. Tak jak stałam. Jestem czasem impulsywna. Król i królowa mają mnie oddać za żonę Reherowi, a on jest starszy od mojego ojca.
- Reherowi? Królowi Arpaganni? Renthin mówił, że to siłacz.
- A kim jest Renthin, jeżeli można wiedzieć?
- Kowal z lasu. Ścinamy razem drzewa dla ojca waszej wysokości. Barri jest jego klaczą. - wskazał na zwierzę - Bardzo go lubię, mam właśnie...
- Co masz właśnie?
- Nic takiego, pani.
- Czuję, że coś ukrywasz. Mów szybko!
- Ale to jeszcze nic oficjalnego.
  Poczułam coś. Przybliżyłam twarz do jego.
- Mów mi i to zaraz. Jestem księżniczką, rozumiesz?
- Tak, pani. Wszystko rozumiem.
   Widziałam, że się z czymś męczy.
- Miałeś mówić mi Carriass. O co chodzi?
- Naprawdę o nic. Po niedzieli mam poprosić Renthina o rękę Meginy, jego córki.
Pomyślałam, że jego szczerość jest bezgraniczna. Uratowałam go przed niechybną śmiercią, a on śmie mówić mi o innej niewieście.  
- To gratuluję. Mam nadzieję, że się kochacie i będziecie mieli dużo dzieci - dodałam z przekąsem, bo cóż mogłam mu życzyć, nie znając go.  
- Nie jestem pewny, pani, ... to jest jej wysokość, księżniczko Carriass. - poprawił się, pewnie obawiając się mojej reakcji.  
  Spojrzałam na niego ostrzej.
- Czego nie jesteś pewny, Orberisie?
- Czy ją kocham. Jest bardzo ładna, czuję do niej sympatię, ale czy to płomienne uczucie?
- A ona, czy darzy cię miłością?
- Nie będę waszej wysokości niepokoił. Niepotrzebnie zacząłem o niej mówić.  
   Wstał i okrył mnie swoją bluzą, musiał wyczuć, że ogarnia mnie chłód.
- Rozpalę ogień, za chwile zacznie się ściemniać.  
- Dobrze, właściwie trochę mi zimno.
  Oddalił się i zaczął czegoś szukać.
- Co z tym ogniem, drwalu? - zapytałam zniecierpliwiona, wyobrażając sobie skaczące płomienie.
- Musze znaleźć krzemienie, powinny gdzieś tu być. - odparł skoncentrowany na szukaniu - Możesz pani pozbierać trochę chrustu?  
   W pierwszej chwili chciałam na niego nakrzyczeć. Co on sobie myśli?  Jestem księżniczką i mam zbierać chrust? Jednak ziąb zaczął mi dokuczać, więc zamiast stać bezczynnie, zajęłam się podnoszeniem gałązek. Orberis znalazł kamienie i po chwili zaczął się tlić mały ogień. Sam też nazbierał drobnych patyków. Przyciągnął sporą gałąź, której z pewnością bym nie dała rady udźwignąć i zaczął ją łamać na mniejsze kawałki. Prawdziwy drwal, pomyślałam. Po chwili buchnął zdrowy ogień.  
- Widzisz skórę? Przynieś mi ją - poprosiłam.  
  Po chwili zdjął z Obłoku prowizoryczne siodło, przynosząc mi skórę baranka.  
- Co myślisz, lepiej się okryć, czy zdjąć wszystko i osuszyć?
  Spojrzał nieco wystraszony.
- Pani, ta tkanina się spali. Lepiej posiedź blisko ognia. Nie możemy tu długo przebywać.
- Dlaczegóż to?
- Wilki.  
- Boisz się wilków? - spytałam zaniepokojona, że grozi nam niebezpieczeństwo.  
- Nie widziałem z bliska. Jest lato, mają dość jedzenia. Co innego w zimie. Szkoda by było takiego powabnego ciałka, na pastwę drapieżników.  
  Zanim się zdążył zorientować, oberwał w twarz.
- Jak śmiesz! Możesz się tak odzywać do swojej Meginy, nie do mnie!
  Upadł na kolana i dotknął głową ziemi.
- Wybacz pani. Jestem prostym drwalem. Jesteś piękna, to chciałem rzec.
- Wybaczam. Mogłeś tak właśnie powiedzieć.  
  Siedział cicho.
- Nie gniewam się. Rozumiem - powiedziałam miło.
  Spojrzał na mnie z wyrzutem.
- Pani? Nikt cię nie szuka?
- Chciałabym. Niestety zaraz tu będą. Pewnie pojechali najpierw do waszej osady.  
- To wracajmy. Jesteś pewnie głodna i jest ci zimno.
- Już się ogrzałam. Głodna trochę jestem, to prawda.  

1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 3379 słów i 18624 znaków.

5 komentarzy

 
  • Duygu

    Księżniczka ma charakterek... Czuję, że jeszcze nas zaskoczy. Całe opowiadanie trzyma w napięciu i czuję, że będzie się działo. Łapka  :przytul:

  • 1Aurofantasja

    @Duygu Tak, mam nadzieję, że polubisz. Dziękujemy za odwiedziny i miły komentarz.

  • Margerita

    łapka w górę jego zachowanie z tym wskakiwaniem do wody było bardzo lekkomyślne wręcz głupie

  • emeryt

    @Aurofantasja, (ale długa nazwa) to prawdziwy wstęp do ckliwej opowieści, lecz znając wasze opowiadania, to  mam nadzieję że się nie zawiodę  i akcja rozwinie się w wielu kierunkach. Serdecznie pozdrawiam was drodzy Autorzy i czekam na kolejne odcinki.

  • 1Aurofantasja

    @emeryt Dziekujemy :) Postaramy się nie zawieśc pokładanych nadziei.

  • Almach99

    Co sie tak naprawde stalo z Orberisem. Dotarl do podwodnej jaskini czy tez utonal (prawie) w jeziorku?

  • AlexAthame

    @Almach99 Przecież dotarł.  :P

  • Almach99

    @AlexAthame tja, a pozniej zgaslo swiatlo I dobre duszki wypchnely go z jaskini do wody

  • AnonimS

    Arystokratka i chłopak z gminy.  Czyżby szykował się mezalians?

  • AlexAthame

    @AnonimS Pożyjemy,  zobaczymy jak mówią Rosjanie.  :)