Ostatni dzień roku – Sylwester.

Dzień był raczej jesienny niż zimowy. Od rana z przerwami padał deszcz. Tego dnia Radosław Kalita wstał po dziesiątej, wstał wyspany. Na szczęście się wyspał, bowiem czekała go zabawa sylwestrowa w KOS-ie czyli w Klubie Otwartych Serc.  Klub mieścił się w wysokim biurowcu. On sam nie bardzo lubi tańce, hulanki, ale przynajmniej spotka się z kilkoma znajomymi. Do wieczora dzień przebiegał normalnie. Zjadł śniadanie potem obiad. Pooglądał to i owo w telewizji. No i wreszcie przyszedł wieczór. Po godzinie 18-tej przyszła do niego Dorota. Dorota pracowała kiedyś jako pielęgniarka. Od kilku lat jest zatrudniona jako pracownik biurowy firmie swojej córki Katarzyny. Firma „Miam, Miam – Miami dla Was” prowadzi restauracje i catering. W szkolnych czasach córki, miała z nią kłopoty. Kasia albo „młoda” jak ją nazywano w domu, a w szkole „wizytator”, bo często nie było jej w szkole, nie chciała się uczyć. Wagarowała. Dorota martwiła się co wyrośnie z „młodej”. Ostatecznie ukończyła technikum gastronomiczne. Zrobiła nawet maturę i zaczęła pracować jako kelnerka w miejskiej restauracji. Potem wyjechała do trójmiasta i... zniknęła na dwa lata. Po dwóch latach przysłała swojej matce zaproszenie na... swój ślub. Dorota była zszokowana i zdenerwowana. Myślała, że jej przyszły zięć to jakiś gach. Gdy przyjechała na ślub okazało się, że robi właśnie doktorat na Politechnice, a potem wyjeżdżają do Kanady, gdzie Karol dostał stypendium na jednym z uniwersytetów.  Piękny był to Ślub, udzielało go dwóch księży, w tym jej starszy brat Wojtek. Zabrakło jedynie siostry Patrycji, która jeszcze nie mogła wybaczyć jej kilka rodzinnych spraw. Wybaczyła po powrocie Kasi. Z Kanady przyjechała z córeczką Agnieszką. Teraz babcia Dorota bawi swą wnuczkę, ale dziś ma wolne i też idzie do KOS-u na zabawę sylwestrową.
- Gotowy ? - zapytała od drzwi.
- Prawie – odpowiedział Radek.
- Prawie robi różnice.
- Oj robi.
- Jadłeś coś ?
- No jadłem, śniadanie, obiad. Co ty taka troskliwa?
- To źle?
- Nie, no dobrze. Dziękuje.  
- Za półgodziny przyjedzie Patrycja i nas podwiezie pod sam biurowiec.  
- Jak ty dziś pięknie wyglądasz w tej niebieskiej garsonce i z tymi czerwonymi koralami.
- Dziękuję.
Chciała coś jeszcze powiedzieć, że tak późno, dopiero teraz, ale na tyle poznała Radka,  że wiedziała; komplementy to nie jest jego mocna strona. I tak ostatecznie się wysilił.  
*
KOS siedzibę miał w biurowcu na trzecim piętrze. Mieścił się w dwóch salach; większej i mniejszej. Większa wystrojona była w baloniki, kolorowe dekoracje wiszące napisy „Happy New York” czy Szczęśliwego Nowego Roku.   W mniejszej był stół przy którym zasiedli uczestnicy zabawy. Pokrótce każdy się przedstawił czasami opowiedział co przeżył w mijającym roku, a najczęściej to dotyczyło ostatnich tygodni. Po jakimś czasie, każdy miał opowiedzieć ciekawą nietypową historię swojego życia.
Zaczął Wojtek.  
- Pamiętam jak byłem mały to mój brat był kierownikiem cmentarza.
- Co za wspaniała funkcja! – przerwał inny uczestnik zabawy.
Niezrażony Wojtek opowiadał dalej.  
- Starszy brat Waldek zabierał mnie czasami na cmentarz. Tam na cmentarzu, chodziłem między grobami i... obliczałem ile kto z przeżył z tych co umarli. I tak się uczyłem matematyki...  
- Fajnie opowiadasz. I co nauczyłeś się ? – zapytał kolejny uczestnik zabawy.
- No, tak. Na podstawowym poziomie. Tak, do piątej klasy byłem najlepszy w klasie. No i pewnego razu... pewnego dnia... No było to na pewno na początku letnich wakacji. Poszliśmy z bratem rano, a słońce już grzało. Otwieramy kostnice, a tam otwarta trumna niby normalka. W  kostnicy trumna, nic takiego, lecz w trumnie ktoś się poruszył. To mi stanęły włosy na głowie. No... w duchy to ja nie wierzyłem, ale coś się rusza...widzę to na własne oczy. Chwile potem wstał. To był jeden z grabarzy zwany „goryl”. „Goryl” się upił i bał się wrócić do domu bo miał żonę jędze, która nie lubiła jak się uchlał.  Więc się położył i... zasnął w trumnie.
- Ciekawa historia, można byłoby zrobić jakiś horrorek. Może byłby z tego jakiś filmik. A przepraszam, pani to nie kojarzę.
Ostatnie zdanie „wózkowicz” skierował do kobiety siedzącej obok.
- Dorota jestem, rzadko tu bywam. Teraz przyszłam z Radkiem Kalitą. Poznaliśmy się kiedyś Na spacerze w lasku „Torbelka”. Często tam chodzę z wnuczkami, no i sentymentu. - Tam niedaleko się uczyłam.
- Gdzie?
- W liceum medycznym. Mam wiele wspomnień.
- Zapewne, to trudna, ale i szlachetna praca. Wie pani...
- Dorota jestem – przerwała.
- Michał. Jak się siedzi na wózku to życie innych wydaje się ciekawsze.  
- E, na pewno coś ciekawego porabiasz. Pochwal się.
- Chodzę na zajęcia do teatru integracyjnego.  
- No, proszę... i to ma być nic! Przyjdę wkrótce na przedstawienie...
- Zapraszam. Zapraszam też na próby, może byś coś zagrała z nami.
- O nie! Dziękuje, ja mam tremę. Pamiętam jak raz wystąpiłam z wierszykiem podczas „czepkowania”.
- Co to jest to Czepkowanie? - zapytał z zainteresowaniem.
„Czepkowanie”. Uroczystość zawodowa, organizowana jako oznaka pierwszego stopnia wtajemniczenia do zawodu pielęgniarskiego, na której uczennice szkół pielęgniarskich otrzymywały białe czepki pielęgniarskie bez paska. Potem były kolejne paski. Na szczęście nie na dupę, tylko na czepek. Na tej akademii mówiłam wierszyk. I pamiętam, że się bardzo stresowałam. Może będę coś pisała.
- Pamiętniki może - trącił.
- Może – zaśmiała się – Jak się starsza babcia zesrała, bo coś zjadła., a ja musiałam ją oczyścić. Ile było smrodu.. o fuj... O przepraszam nie wiedziałam, że coś chcesz zjeść .
- No tak to trzeba odłożyć. Nie, nie no dobra. Nie jestem aż tak bardzo wrażliwy.
Michał nie wiedział jak się zachować.
- Przepraszam – powiedziała Dorota.
- Nie ma za co. Może zatańczymy.
- Chętnie. Jeszcze nie tańczyłam z kimś na wózku.  
W czasie tańca, Dorota uzmysłowiła sobie jak wiele się zmieniło od czasów kiedy w niebiesko-białym fartuszku uczyła się pielęgniarstwa i z basenami czy z kaczkami biegała po szpitalnych salach by obsłużyć pacjentów. Wówczas chorzy kojarzyli się z głównie z szpitalem. A  dziś tańczy, tu z osobą na wózku. Przypomniała sobie jak z pewnym młodym pacjentem, któremu amputowano obie ręce, kończyny górne jak mówi się fachowo w języku medycznym, szła korytarzem. Tak... chodziła z nim by odzyskał równowagę. W pewnym momencie zapaliła się lampka nad drzwiami sali numer 9. Ktoś dał sygnał, że chce kaczkę lub basen, no i wówczas zapomniała o pacjencie. Zapomniała na chwilę, że go trzyma, No i szesnastolatek osuną się na podłogę. Na szczęście stał tam wózek inwalidzki. Posadziła go szybko i po wejściu na salę zapytała;
- Kaczkę czy basen ?  
- Słucham ? – zapytał Michał.
- Nie, nic. Tak głośno myślę. Przepraszam.
Dorocie czasami myśli wymykały się ustami.
Tymczasem do  Radka podeszła osiemnastolatka była wolontariuszką w KOSie.  
- Co tam słychać panie Radku? - zapytała
- Dobrze, a co u Ciebie? Maturka w tym roku – jakby sam sobie odpowiedział.
- No, nie. Za jakieś trzy godziny...
- Co za trzy godziny? Nie rozumiem.
- No, za trzy godziny będzie nowy rok i wówczas maturka, ale w tym roku jeszcze nie.    
- Ach, ta twoja dokładność. Nigdy się do tego nie przyzwyczaję.
Zaśmiała się.
- A jak tam w szkole? Dokuczają ci jeszcze?
- Po feriach będę chodziła do innej klasy – odpowiedziała wymijająco.
- Nigdy nie zrozumiem dlaczego.... tak Cię nie... Taka fajna z ciebie dziewucha.  Zatańczysz starym prykiem.
- Zatańczę z starszym panem – odpowiedziała z uśmiechem.  
Tymczasem Dorota podeszła do pary młodych.  On w czarnym garniturze siedział na wózku inwalidzkim, Ona w niebieskiej sukience stała przy nim.
- Państwo - małżeństwo ? – zapytała nieśmiało.
- Tak. Od dziesięciu lat, niestety zaraz po ślubie mąż uległ wypadkowi. No, ale cóż tak już przyszło żyć.
- Tak, to w życiu bywa – powiedziała Dorota – tydzień temu rozmawiałam z młodą kobietą, która była kiedyś bardzo pogodną dziewczyną, Rozrywkową. Kiedyś była pielęgniarką miała styczność z chorymi. Potem założyłam rodzinę, wychowałam dzieci. Teraz mam więcej czasu. Od niedawna obracam się trochę w towarzystwie niepełnosprawnych i tak sobie myślę o ludzki nieszczęściach. Czy lepiej stracić zdrowie, czy już cale życie być niepełnosprawnym.
- Tak, to różnie może być. To ciekawy temat, ale nie na sylwestra.
- O. tak, przepraszam. Dziś bawmy się. Może zatańczymy – Dorota zwróciła się do mężczyzny.
- Nie. Dziękuję.
- Trudno.
- Czemu nie. Zatańcz Pawełku.
- Nie, nie  mam ochoty.
- Trudno nie szkodzi.
Dorota porozmawiała jeszcze z żoną Pawła. Okazało się, że Monika przez rok też uczyła się pielęgniarstwa, ale zrezygnowała na rzecz odzieżówki. Los poniekąd sprawił, że została żoną – pielęgniarką, „amatorką”.
Wielka szkoda – pomyślała Dorota.  
I tak do północy część osób tańczyła, część rozmawiała przy winie i przekąskach wspominając mijający rok lub całe lata swojego życia. Gdy zbliżała się północ tance ustały, gwar ucichł, zaczęło się odliczanie ;  
- 10... 9... 8.. 7... aż wreszcie 3... 2... 1...              
- Jest ! Nowy Rok ! - ktoś krzyknął.
- Szczęśliwego nowego roku ! - wykrzyknęła Dorota
- Niech się spełni co najlepsze – powiedział Radek.
- A ty ? Co byś chciał by się spełniło?
- Żebyśmy byli razem... no żebyśmy byli zdrowi i...
- Razem – uśmiechnęła się Dorota – Niech będzie przyjaźń dwóch star... w średnim wieku ludzi.
Radek był zadowolony, że poznał w tym roku Dorotę to chyba najlepsze co go spotkało. Tańczyli i rozmawiali jeszcze ze sobą.  
Tymczasem młoda wolontariuszka Mariola składając życzenia studentowi matematyki poczuła nagle zauroczenie. Postali tak chwile na korytarzu, aż wpadli na pomysł by zamknąć się choć na chwilę w WC, najlepiej na innym  piętrze.
- Jakaś ty piękna.
- Każdy tak mówi – odpowiedziała.
- Mogę ciebie pocałować?
Zapytał i nie czekając na odpowiedź zrobił to. Nie opierała się. Więc powtórzył.    
- Masz kogoś?
- Teraz mnie oto pytasz.
- Masz czy nie? - zapytał niecierpliwie.
- Nie, teraz nie. Już nie - odpowiedziała Mariola.
- No to masz.  
Powiedział i pocałował po raz kolejny, a następnie próbował odpiąć jej guziczki białej koszuli.
- Taki z ciebie szybki Bill ?
- Tak. Bilewicz jestem. Bartek Bilewicz – odpowiedział.
Zaśmiała się głośno. On dalej namiętnie ją całował. Po chwili zaczęła się opierać.
- Przestań, już. Nie za szybko? - zapytała retorycznie - Musimy już wrócić. Wystarczy.
Przestał. Złapał za klamkę.
- Zaczęło się – powiedział spokojnie.
- Nie – powiedziała mniej spokojnie -Nie wygłupiaj się.  
- Na prawdę.
- Nie wygłupiaj się – powtórzyła – musimy z stąd wyjść. Przecież nie będziemy wołać o pomoc. Obciach taki obciach.
Martwiła się Mariola. Po kwadransie udało się wyjść. Wrócili na zabawę, gdzie tańczyli do drugiej.  
Kwadrans po drugiej Radek stwierdził, że pora zamówić taksówkę.  
- Przyjedzie po nas, moja córka Kasia – powiedziała Dorota.
- A co ona się nie bawi ? - zdziwił się Radek.
- Bawi, ale nigdy nie pije. Taki charakter.  
W pół do trzeciej, Radek i Dorota wyszli przed budynek za chwilę miała  podjechać Kasia. Oddychali świeżym morowym powietrzem. Po chwili Dorota zapaliła papierosa.
- Witam pana, panie Radku. Jak tam zabawa, udała się?
- Tak, bardzo w towarzystwie pani mamy, jak najbardziej.
- A ty matka znowu palisz.
- Ten jeden. Pierwszy....
- Pierwszy.... w tym roku – ironizowała Kasia.
- A żebyś wiedziała. Cholero... - mimo wypowiadanych słów, ton wypowiedzi był ironiczny, i w humorze - Nie paliłam od osiemnastej zero pięć.  
- To proszę wsiadajcie. Wszystko dobre co się szybko kończy, ale tylko dziś. Przed wami cały rok.  
Dorota chciała powiedzieć „nie pozwalaj sobie”, lecz tylko się uśmiechnęła. Była zadowolona z udanego sylwestra. Teraz myślała już tylko o łóżku i spokojnej nocy. Czego życzyła wszystkim.

Dobranoc. KONIEC

Przemysław Plitta

przemastt24

opublikował opowiadanie w kategorii obyczajowe i inne, użył 2210 słów i 12502 znaków, zaktualizował 14 wrz o 10:08.

Dodaj komentarz