Ostatnia warta

Siedziała na piaszczystym wzgórzu i obserwowała, co dzieje się na brzegu morza. A działo się wiele. Plażą szło olbrzymie stado roślinożerców. Brązowawe cielska przetaczały się szeroką kolumną po jasnoszarym piasku, zalewając niemal cały widnokrąg. Murmi patrzyła na ten pochód zafascynowana. Podwinęła ogon i usadowiła się wygodniej. Wyciągnęła wyżej szyję, aby lepiej widzieć. Każde z tych zwierząt było dziesiątki razy większe od niej. Najbliższe szły kilkaset kroków od jej posterunku, ale i tak wydawały się kolosami. Stado szło ku wysokiemu słońcu. Na początku pory suchej wędrowało w tamtym kierunku, aby wraz z nastaniem pory deszczowej wracać. Ten widok fascynował swą monotonnością. I tak było od zawsze.

     - Znowu będzie głodno… Zjedzą wszystko – pomyślała.

     Murmi przez chwilę próbowała policzyć ile zwierząt idzie w jednym szeregu, ale było to zadanie przekraczające jej możliwości. Miała za zadanie pilnowanie, by ktoś niepożądany nie zbliżył się do wioski. Grupa do której należała, osiedliła się na tym terenie kilka pokoleń temu. Miejsce było bardzo dobre. Osada składała się z kilkudziesięciu skleconych z paprociowych liści chat, chroniących przed zimnem mieszkańców i gniazda. Do lasu oraz do ujścia rzeki było blisko, a i na plaży można było czasem znaleźć coś do jedzenia. Stada roślinożerców przechodziły dostatecznie daleko by nie stanowić zagrożenia dla współplemieńców. Co prawda w czasie przemarszu zjadały wszystko, ale jej grupa nauczyła się już zbierać pożywienie na zapas. Zawsze było tego niewiele, pozwalało jednak przeżyć. Tyle, że od kilku lat wraz z wędrującymi stadami pojawiało się coraz więcej drapieżników. Najgorsze były te nowe, ponoć dawniej ich nie widywano. Były małe w stosunku do roślinożerców, ale większe od największych z plemienia Murmi. Polowały w stadach i były niezwykle niebezpieczne.      

     Atakowały z zaskoczenia i zabijały wszystko, co się ruszało. Nie próbowały się porozumieć, mimo iż były nico podobne do jej rasy. Gdy się je widziało, trzeba było uciekać. Jej zadanie polegało na ostrzeganiu pozostałych o niebezpieczeństwach. Mocniej chwyciła gruby kij służący do wszczynania alarmu. Gdy tylko ich zobaczy, zacznie walić w przyniesiony tu, pusty, spróchniały pień sagowca. Wówczas wszyscy usłyszą, przeniosą jaja z chat do wgrzebanych na tą okoliczność jam i je zakopią. A potem uciekną. Murmi była młoda, nie miała jeszcze własnych młodych, była też zbyt słaba, by znosić pokarm lub chodzić na polowania. Dlatego też siedziała i pilnowała. To było bardzo odpowiedzialne zajęcie. Od tego czy wypatrzy zagrożenie zależy życie całej osady. Podwinęła mocniej ogon i usiadła tak by wszystko jeszcze lepiej widzieć. Zobaczyła inne zwierzę w stadzie. Podniosła wyżej głowę, ale okazało się, że to tylko pancerno-rogaty. Widywała ich już wcześniej, też jadły rośliny mimo iż wyglądały przerażająco. Wędrowały razem z gigantami i nie stanowiły zagrożenia.

     Znowu zaczęła rozmyślać. Źle się działo. Wszystko się zmieniało. W wiosce opowiadali, że kiedyś drapieżniki nie były tak groźne. W lasach było więcej smacznych sagowców i miłorzębów. Pora sucha trwała krócej, a stada roślinożerców nie były tak wielkie. Teraz coraz więcej jej współplemieńców ginęło z rąk nowych drapieżników, a i z coraz mniejszej ilości jaj udawało się odchować młode. Nawet te, które się wylęgły były często chore i odchodziły. To dlatego, że do osady nie przychodzili już obcy. Przynajmniej tak twierdzili Starsi. Za jej życia, do osady nie przyszedł nikt nowy, oni też nikogo nie spotkali. Gdy była bardzo mała słyszała o drugiej osadzie. Wystarczyło iść kilka mroków w stronę bez słońca. Ale ktoś się tam wybrał i znalazł tylko resztki chat, rozkopane nory i dużo krwi. Nic więcej. Od tamtego czasu byli tylko oni. A opowiadano jeszcze o innych osadach, z którymi dawniej wymieniano różne rzeczy. Tych osad nie było już od bardzo dawna.

     W pobliskich paprociach coś zaszeleściło. Odwróciła się spłoszona w tamtą stronę, jednocześnie mocniej chwytając kij. W gąszczu najpierw pojawiła się jedna, potem druga głowa. To bracia, Bume i Humbe. Wracali wraz z innymi z polowania. Za nimi szło jeszcze czterech samców coś ciągnąc.

     - Dużo, jedzenie! – Krzyknął Bume.

     - Złapać? – Zapytała.

     - Nie. Wziąć. Niepopsute. Może, jeszcze wrócić, po więcej.

     Wlekli za sobą oderwany, okrwawiony udziec roślinożercy. Co prawda, jego właściciel musiał być niezbyt wielkim przedstawicielem swego gatunku, ale i tak było to bardzo dużo jedzenia. Mięso było świeże, ociekało jeszcze krwią. Nie było też stratowane jak truchła zwierząt, które znaczyły szlak stada.

     Grupka myśliwych ciągnęła zdobycz u podnóża jej posterunku, zmierzając do wioski. Patrzyła przez chwilę za nimi. Młody samiec, Amname, odwzajemnił spojrzenie i patrzył nico dłużej niż wymagało tego pozdrowienie. Jeszcze dwie, trzy pory suche i będzie miała własne młode… Może…

     Popatrzyła ponownie na żywą rzekę toczącą się leniwie po plaży. Daleko, w kierunku słońca, cześć roślinożerców odłączyła się od stada, aby ogołocić cypel zieleni, który zbyt głęboko wdarł się na piaszczyste wydmy.

     - Wszystko zjeść. Głodne.

     Sięgnęła po soczysty pęd, których kilka przyniosło, jakiś czas temu, jedno z najmłodszych w stadzie. Żuła go powoli ciesząc się, że zapewne dziś o zmroku będzie mogła zjeść mięso. Trzeba tylko pilnować.

     W paprociach nic nie zaszeleściło. Nie zdążyła nawet raz uderzyć kijem w pień. Ból był przeraźliwy. Potwornie ostre zęby zagłębiły się w jej barku, jednym uderzeniem odcinając łapę, z której wypadł bezużyteczny już kij. Oderwana kończyna potoczyła się w dół wzgórza do błotnistej sadzawki zabarwiając ją na czerwono. Bolało, bardzo bolało. Drugi cios zadały potężne szpony wypruwając jej wnętrzności. Wszystko, co jeszcze widziała przesłaniała gęstniejąca, czerwona mgła. Usłyszała jeszcze krzyki współplemieńców, którzy ciągnęli zdobycz. Nie było w nich jednak radości, tylko przerażenie. Ostatnia już leniwa myśl… Nie upilnowała. Zawiodła. To było ważne zadanie.

     Murmi umarła nie wiedząc, że nie zawiniła; gdy zginęła, jej osada już nie istniała. Drapieżniki przyszły z innej strony. Nawet gdyby uderzyła w prowizoryczny bęben, nikt w osadzie nie usłyszałby alarmu. Rozgrywającą się rzeź obserwowały z przerażeniem, tylko dwie pary oczu. Młoda Amsimi i jej brat. Jamę do której się skryli, przykryły liście zawalonej chaty i ciało opiekunki rozszarpywane właśnie przez napastników. Starały się wcisnąć jak najgłębiej w zimną norę, byleby tyko nie zostały zauważone.

     Minęło wiele pór, setki, tysiące a potem miliony. Zniknęły stada roślinożerców, przerażające drapieżniki, a nawet plaża. Zmienił się cały świat. Zniknęło też wzgórze, na którym Murmi spędziła kilka ostatnich godzin swego życia, teraz jest tu wielki kanion. Na jego zboczu, na małej półce, dwóch ludzi oglądało kilka skamieniałych kości, które oszczędził bezlitosny czas.

     - To chyba któryś z grupy Hipsylofodonów?
     - Tak, ale tylko przednia kończyna.
     - Jak myślisz, co to jest?
     - Nie wiem, zbyt mało tych kości. Może Oryktodrom?
     - Zobaczymy. Zabezpieczmy to.

Janko

opublikował opowiadanie w kategorii science fiction, użył 1427 słów i 7583 znaków, zaktualizował 14 maj 2017. Tagi: #fantastyka #dramat #dinozaury

3 komentarze

 
  • Jacek

    Dobre, wciągające, że krótkie.

  • Malolata1

    Zgadzam sie z Panią niżej :)

  • Jul

    Ciekawe, nawet bardzo. Liczę na kontynuację, to pierwsze opowiadanie z tego gatunku , które mi się podoba. Brawo.