Poznaj siebie

Tekst, który brał udział w ogólnopolskim konkursie literackim na opowiadanie sf ;)



Poślizgnął się i przejechał kilka centymetrów po mokrej nawierzchni wydrążonego wiele lat temu tunelu, zanim zdołał zachować równowagę i nie wyrżnąć głową o nierówność terenu.
Westchnął, starając się uspokoić rozszalałe serce i oparł się plecami o najbliższą skałę, dłońmi przecierając zroszoną potem twarz.
W tunelu nieczynnej kopalni pomimo przejmującego chłodu panował również nieprzyjemny zaduch. Chciał jak najszybciej zakończyć tę eksplorację, a tymczasem złośliwe zrządzenie losu sprawiło, że poszukiwanych przez niego minerałów i kamieni szlachetnych nie było w miejscu, które miał zaznaczone na mapie. A to znaczyło, że stan ocalałych na Ziemi pierwiastków może być o wiele niższy, niż początkowo zakładano. Dlatego też zapuścił się dalej, niż pierwotnie planował.
Po chwili, gdy już całkowicie się uspokoił, ruszył dalej, przyświecając sobie mocną latarką. Nigdzie jednak nie dostrzegał tak pożądanych odblasków, które mogłyby wskazywać na obecność kamieni szlachetnych. Według informacji, które otrzymał, ta meksykańska kopalnia została zamknięta w latach siedemdziesiątych dwudziestego pierwszego wieku, czyli ponad pięćdziesiąt lat temu, ale wiedział też, że nie została wyeksploatowana do końca. Czyli musiało tu coś zostać. Tylko ile, gdzie i przede wszystkim co dokładnie?...
Teraz jednak posuwał się o wiele ostrożniej i wolniej, pomny tego, co stało się kilka minut wcześniej.
Po przebyciu kilkuset metrów, gdy już niemal całkowicie stracił nadzieję na znalezienie tu czegokolwiek, a jego frustracja i zmęczenie osiągnęły niebezpiecznie wysoki poziom, zauważył nagle majaczące w oddali światło, które zdecydowanie nie pochodziło z refleksów jego latarki. Było ponadto na tyle słabe, że nie przypominało sztucznego oświetlenia, które przecież po takim czasie od opuszczenia kopalni nie miało żadnego prawa, by nadal działać. Zmrużył oczy, chcąc dojrzeć w ciemności źródło niezwykłego blasku, lecz znajdował się na to zbyt daleko. Obrócił się nawet, jakby w nadziei, że gdzieś za sobą dostrzeże coś, co być może pomogłoby mu odkryć tajemnicę tego zjawiska, lecz w mrocznym, przyprawiającym o dreszcze korytarzu kopalni wciąż był sam. Zdezorientowany spojrzał nawet na mapę wyświetloną na swoim niewielkim tablecie, ale według informacji, którymi dysponował, w tej odległości nie było nawet chodnika. Tunel powinien się już skończyć, ale jak na złość ciągnął się dalej, czego on, specjalista do szacowania zasobów mineralnych drugiego stopnia, Peter Harilson, nie mógł zrozumieć.  
Zaintrygowany i zirytowany brakiem wiedzy na temat tego, co znajdowało się przed nim, ruszył w tamtym kierunku zdecydowanie żwawszym krokiem, niż jeszcze chwilę temu. Był zdeterminowany i zamierzał za wszelką cenę dowiedzieć się, co też dawało ten niezwykły poblask.
W końcu doszedł do rzeczonego miejsca. Tunel wydrążony przez płynącą wodę, otwierał się na niewielką, owalną jaskinię, jeśli tak w ogóle można było nazwać to miejsce. Rozejrzał się zszokowany, głodnymi oczyma chłonąc zapierający dech w piersiach, tak nieoczekiwany widok. Okazało się bowiem, że powstały w wyniku erozji tunel zapadł się, otwierając po bokach i odkrywając swe najwspanialsze piękno - ściany niemal w całości pokryte kamieniami szlachetnymi! Więc jednak nie wszystko było stracone, wciąż była nadzieja! Obrócił się radośnie, rozpromienionym wzrokiem chłonąc ogrom znaleziska, kiedy nagle stanął, można by rzec, przestraszony. Nie dalej, niż metr od niego, na wysokości jego głowy unosiła się w powietrzu plama białego światła. To ona rozjaśniała pomieszczenie. Przełknął ślinę, wpatrując się w ów dziwny twór szeroko otwartymi oczami.  
- "Witaj" - usłyszał w myślach mechaniczny głos. Podskoczył, rozglądając się niepewnie wokół. Pomyślał, że najpewniej wariuje... - "Nie obawiaj się mnie, Peterze... Nie jestem tu, by uczynić ci krzywdę."
- G-gdzie? - wyjąkał, zaczynając się trząść ze strachu. - J-jak?
- "Przed tobą. Ta biała plama światła. Możesz nazywać mnie Jaźnią, tak będzie lepiej." - usłyszał ponownie. Skrzywił się lekko, gdy nieco chrapliwy dźwięk nienaturalnego głosu zaświdrował mu w myślach.
- Czym jesteś?
- "Dowiesz się, ale później. Teraz jednak cieszę się, że wreszcie tu przyszedłeś. Czekam na ciebie już bardzo długo."
- Dlaczego słyszę cię w swoich myślach? - zapytał głośno, piskliwie, starając się opanować drżenie głosu i szczękanie zębami.
- "Wszystkiego dowiesz się później. Zaufaj mi, a pokażę ci rzeczy, o których istnieniu nie miałeś do tej pory pojęcia."
Chwilę później krzyknął zaskoczony, gdy tuż przed jego nosem rozbłysło oślepiające światło i nastała ciemność. Zamrugał zaskoczony, ale zdał sobie sprawę, że nie widzi. Oczy piekły go niemiłosiernie. A potem nagle stracił grunt pod nogami. W jednej chwili stał na zimnej kamiennej podłodze jaskini, a w drugiej unosił się w niebycie. Chciał krzyknąć, zrobić cokolwiek, lecz dotarło do niego, że nie może. Tak jakby nagle przestał istnieć, jakby pochłonęła go najgłębsza czerń kosmosu. I kiedy był o włos od załamania się, zaczął niespodziewanie dostrzegać kontury otaczającego go świata. Zwilżył językiem spierzchnięte wargi i niecierpliwie przestąpił z nogi na nogę, zapadając się nieco w grząskim podłożu. Zdumiony spojrzał w dół, dostrzegając w mdłym świetle, że nie stoi już na stabilnej acz ciut rozmiękłej ziemi tunelu, lecz w wielkiej połaci piachu. A skoro to dostrzegł, zrozumiał natychmiast, że widzi. Obrócił się niepewnie, przeczesując wzrokiem otoczenie. Wszędzie był piach. Pustynia? Przecież do najbliższej miał kilkanaście kilometrów, jak więc znalazł się tutaj w tak krótkim czasie? Teleportacja? Nie potrafił tego wyjaśnić, przecież tego typu rzeczy wchodziły dopiero w fazę testów... A potem do niego dotarło, że jest zdecydowanie zbyt ciemno. Spojrzał w niebo. Słońce widniało na nim o wiele dalej, niż dotychczas i było jakby... bledsze.  
Zrobił niepewny krok, nie wiedząc, czy może poruszać się dalej, a kiedy nabrał pewności, że nie zapadnie się w głąb pustyni, klęknął, zaczynając sprawdzać podstawowe odczyty na swoim tablecie. Pierwsze, co natychmiast zauważył, był brak zasięgu internetowego, ale skoro znajdował się obecnie na pustyni, nie było w tym właściwie nic zaskakującego. To się często zdarzało. A właściwie zawsze. Natomiast zaskoczył go jego kompas przymocowany na pasku jak zegarek. Zauważył, że igła odchyliła się o całe piętnaście stopni względem wyznaczonego kierunku północnego, po czym powróciła na właściwe miejsce. Dalsze oględziny umocniły go w przekonaniu, że stało się tu coś niekorzystnego. Igła wychylała się z częstotliwością co minutę, za każdym razem dokładnie o piętnaście stopni. A to znaczyło, że pole magnetyczne nie było tutaj stabilne. Skład tlenu był zbliżony do ziemskiego, jednak pomiary intensywności światła gwiazdy mocno różniły się od ziemskiego słońca.
Na jego twarzy odmalowało się zdumienie, gdy najbardziej stała wartość, jaką jest grawitacja, była inna, niż ta, którą zna.
- Jestem na innej planecie! - pomyślał natychmiast, zastanawiając się usilnie, jak się na niej znalazł i przede wszystkim, jak powróci. Nie widział nigdzie w pobliżu żadnych miast czy osad, ani przede wszystkim samej Jaźni, za sprawą której znalazł się w nieznanym sobie świecie... Westchnął ciężko, wstając z klęczek i przetarł dłońmi zmęczoną twarz.  Gdzie iść? Nie wiedział przecież, w którym kierunku znajduje się jakaś osada. O ile oczywiście jakaś istniała. Mógł przecież znaleźć się na jeszcze całkowicie niezbadanej planecie, bez żadnych osad ludzkich. Tylko dlaczego? Dlaczego Jaźń wysłała go właśnie tutaj? Jaki miała w tym cel? Nie mógł jej nawet o nic zapytać, bo nigdzie w pobliżu jej nie było...  Okręcił się na pięcie i ruszył w stronę słońca, które najwyraźniej powoli chyliło się ku zachodowi.

Nie wiedział, jak długo wędrował, nie napotykając nikogo ani niczego, ale mięśnie nóg paliły go już coraz mocniej, zmęczone brodzeniem w zdradliwych piaskach pustyni. Był wykończony i oddałby wszystko za odrobinę wody i skrawek cienia. Słońce, choć zdecydowanie słabsze, niż to znane mu z życia na Ziemi, tutaj również dawało się we znaki. Upadł na kolana, łapiąc spazmatyczne hausty powietrza. Ogarniała go rozpacz, której nawet nie próbował powstrzymywać i coraz bardziej przyzwyczajał się do myśli, że umrze z dala od wszystkiego, co zna i kocha. I kiedy miał wrażenie, że wszystko jest już stracone, usłyszał szuranie piachu pod stopami i nagle jakiś cień przysłonił mu światło. Otworzył zamknięte dotąd, załzawione oczy i spojrzał w górę. Stała nad nim humanoidalna postać, lecz nie wyglądała całkiem jak człowiek. Rysy twarzy były ostrzejsze, jakby wręcz wyciosane w kamieniu czy wycięte skalpelem, oczy nieco większe, nos bardziej płaski, a ręce stanowczo zbyt długie, ale z całą pewnością przyglądała mu się z ciekawością i troską. Nosiła ciemne, acz zapewne funkcjonalne ubranie, składające się ze spodni i bluzy zapinanej na wiele klamer oraz ciężkie buty, których rozmiar mógł sugerować nienaturalnie dużą stopę.
- Gdzie jestem? - zapytał Peter, w nadziei, że dowie się prawdy, lecz nieznana mu postać po prostu się na niego patrzyła. Nie wykonała żadnego ruchu, nie wydała dźwięku, po prostu wlepiała w niego swe wyraziste oczy, jakby miała zamiar przewiercić go spojrzeniem na wylot i zacząć czytać w jego duszy. - Kim jesteś? - zapytał, wstając, a przybysz cofnął się o krok, choć nie zdradzał oznak strachu. - Umiesz mówić?
Owszem, umiał, umiało... Otworzyło usta i wypowiedziało najpewniej jakieś słowa, a przynajmniej wydało dość gardłowe dźwięki, ale Peter nie był w stanie nic z nich zrozumieć.  
- Mówisz, świetnie... - westchnął. - Nic nie rozumiem - zamachał niespokojnie rękami, kręcąc głową. Istota zamilkła i widząc, że nieznajomy jest zmęczony, wyciągnęła z kieszeni niewielką tubkę, po czym podała ją Peterowi. - A to co? - zaczął oglądać "podarunek" uważnie, bowiem materiał z jakiego go wykonano, nie przypominał żadnego znanego na Ziemi. - Co mam z tym zrobić? - spojrzał na nieznajomego i dostrzegł jak ten pokazuje mu, by pił. Sceptycznie spojrzał ponownie na tubkę i złamał zakrętkę, po czym pociągnął z niej niewielki łyk. Czymkolwiek to było, nie miało smaku, lecz niemal natychmiast ugasiło jego pragnienie, jednocześnie przywracając mu jasność myślenia. - Dziękuję - powiedział, uśmiechając się nawet nieznacznie, po czym klapnął sobie ciężko na ziemi, a tubylec usiadł obok niego. Przez chwilę trwała między nimi cisza, poza tym i tak nie potrafili się porozumieć, kiedy nagle w głowie Petera zaświtał pewien pomysł. Pochylił się, dłonią przyklepując piasek, by stworzył równą warstwę i zaczął na niej pisać. Kątem oka zauważył, jak istota również się pochyla. Po chwili delikatnie odsunęła jego dłoń znad zapisków i sama je dokończyła. Peter spojrzał na nią ciut zszokowany i uradowany jednocześnie. Najgłupszy pomysł świata, by napisać równanie matematyczne, okazał się jednocześnie najlepszy. Ten ktoś również znał matematykę, język uniwersalny dla całego wszechświata, więc był istotą rozumną! Po chwili nawet sama się uśmiechnęła, wyciągając do niej swą drobną dłoń. Gdy jej nie dotknął, wykonała ruch, który bezbłędnie odczytał: Chodź ze mną.
Wstał, otrzepując spodnie z piachu i ruszył za istotą, która poprowadziła go na obrzeża pustyni. Jeszcze dwukrotnie sięgał po schowaną w kieszeni tubkę nieznanego mu napoju, który za każdym razem dodawał mu sił, a nawet i dobrego humoru.
Kiedy zaczęło zmierzchać, zauważył majaczące na horyzoncie kontury jakichś budynków. Samoistnie przyspieszył kroku, lecz kiedy dotarło do niego, że są to ruiny, po prostu puścił się tam biegiem. Ze dwa razy nieomal zarył nosem w piach, który stopniowo zaczął przechodzić w bardziej kamieniste podłoże, lecz nie zatrzymał się. Ciekawość była zbyt silna. Dopiero kiedy dotarł na granicę pierwszych zabudowań, silna dłoń jego towarzysza osadziła go stanowczo w miejscu. Zdenerwowany odwrócił się w jego stronę, chcąc wytłumaczyć mu, że musi tam wejść i wszystko obejrzeć, lecz istota pokręciła stanowczo głową z dość smutnym wyrazem twarzy. Wskazała nawet piasek pod nogami Petera, kiwając potakująco, lecz kiedy wskazała palcem na ruiny, zaprzeczyła gwałtownie. Zrozumiał, że nie może tam wejść i tym bardziej zapragnął znaleźć się w środku. Pokazał jednak, że rozumie ostrzeżenie i ruszył wokół ruin, przyglądając się im z rosnącą fascynacją. Nagle jednak przystanął zdumiony, widząc wyrzeźbione w murze ogromne znaki. Niezwykle podobne do egipskich hieroglifów, na punkcie których miał w młodości niebywałego hopla. Szereg obrazów przedstawiał wydobycie surowców. Ogromnych pokładów. Im dalej spoglądał, tym wyraźniej widział, co się wydarzyło: Mieszkańcy wyeksploatowali planetę z jej naturalnych zasobów.  
Po chwili poczuł na swoim ramieniu ciepłą dłoń towarzysza i posłusznie ruszył z nim w dalszą drogę, lecz tym razem jego myśli zaprzątnięte były zadawaniem sobie pytań o wydarzenia, które doprowadziły do wyjałowienia ziemi. Był tak zaprzątnięty rozmyślaniem, że nie od razu zauważył, iż zbliżyli się do ogromnego miasta otoczonego wysokim murem. Rozdziawił usta ze zdumienia, widząc lśniącą iglicę wystrzeliwującą wysoko w niebo.  
Chwilę później wszedł do niewielkiego, choć czystego domu, gdzie istota pokazała mu, że ma czekać. Usiadł więc w fotelu i rozejrzał się zdumiony. Technologia, która go otaczała, zdecydowanie przekraczała tę znaną mu z dwudziestego drugiego wieku. I oszałamiała, więc pomimo ogromnej chęci, by przyjrzeć się wszystkiemu z bliska i nad wyraz dokładnie, pozostał na swym miejscu.
Kilka minut później, o ile oczywiście w tym miejscu czas mierzony był i określany w ten sam sposób, jego mimowolny kompan, a obecnie gospodarz, powrócił do swego domostwa, prowadząc ze sobą jeszcze jedną osobą. Peter niemal natychmiast rozpoznał w niej ziemską kobietę. Gdy na niego spojrzała, jej oczy zrobiły się o wiele większe, a oddech przyspieszył. Wpatrzona niemo w jego twarz, ruszyła w jego stronę, nie zważając na tego, którą ją tu przyprowadził i stanęła o kilka milimetrów od Petera. Uniosła dłoń, nieco niepewnie dotykając jego policzka, a kiedy dotarło do niej, że nie jest on żadną zjawą, lecz jak najbardziej żywym człowiekiem z krwi i kości, z nieco niestosownym piskiem rzuciła mu się na szyję, łkając głośno. Zaskoczony jej reakcją i impetem, cofnął się nieco, ze wszystkich sił starając się zachować równowagę i poklepał nieznajomą po ramieniu.
- Już dobrze? - zapytał cicho, na co kobieta drgnęła gwałtownie i puściła go równie szybko, co przytuliła.
- Anglik? - zapytała z nadzieją w głosie. Jej oczy lśniły blaskiem podniecenia.
- Amerykanin - sprostował. - Mogę wiedzieć, kim jesteś, a przede wszystkim jak się tu znalazłem i gdzie właściwie jestem? Z naszym gospodarzem nie idzie się porozumieć, poza wzorami matematycznymi, a za ich pomocą niestety nie jestem w stanie przekazać swoich myśli.
- Jesteś pierwszą osobą, którą spotykam od pięciu lat mojego życia tutaj - powiedziała, wciąż uśmiechając się szeroko. - Mam na imię Martha i to prawdziwy cud, że się tu znalazłeś.
- Nie cud, tylko jakieś nieoczekiwane i niewytłumaczalne zjawisko przeniosło mnie na tę inną planetę — odparł nieco zirytowany. - Chciałbym się stąd wydostać... A na imię mi Peter.
- Tak, ja również chciałabym dokładnie wiedzieć, gdzie się znalazłam. To zdecydowanie nie jest mój świat...
- A jak ty się tu znalazłaś? - zapytał sceptycznie. - Ta... Jaźń każdego tu tak przesyła?
- Czy każdego, to nie wiem, mnie na pewno, aczkolwiek nie przedstawiła się jako Jaźń. W tej chwili nawet nie pamiętam, kim była właściwie...
- Skąd jesteś?
- Ze środkowej Anglii. Jestem paleontologiem. W czasie pewnych wykopalisk w Afryce odkryłam dziwną studnię, której woda przemówiła do mnie i przeniosła mnie tutaj. Od tamtej pory żyję wśród mieszkańców tej nieznanej mi planety.
- Zastanawiam się, dlaczego oboje się tu znaleźliśmy... - mruknął, wyglądając przez okno. - Czy ktoś miał w tym jakiś cel?
- Nie wiem. Po sprowadzeniu mnie tu ów byt nigdy więcej się nie pokazał. Może to jakiś rodzaj kary? Choć nie wiem za co...
Już chciał jej odpowiedzieć, gdy nagle poza budynkiem, w którym się znajdowali, rozbłysło oślepiająco białe światło i oboje poczuli brak gruntu pod nogami. Petera ogarnął strach, a Martha krzyknęła przerażona. Najwyraźniej została tu przeniesiona w inny sposób niż on.
Gdy uderzyli stopami w podłoże i zaczęli ponownie widzieć, zorientowali się, że znajdują się między ruinami budynków. Ten świat wyglądał na zupełnie inny. Wszędzie panoszyła się natura. Stare, opuszczone budynki porośnięte bluszczem i zagarnięte przez drzewa wyrastające spomiędzy nich, przypominały wyszczerbione zęby. Panowała również przejmująca, niemal złowroga cisza. Nie widać było żadnego życia.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytała szeptem, rozglądając się zdezorientowana. - I co właściwie się stało?
- Chyba znów zostaliśmy przeniesieni... Kolejna planeta — westchnął. - Wejdźmy do środka, być może znajdziemy coś, co pozwoli nam odkryć, gdzie w ogóle się znajdujemy...
Kiwnęła mu głową i przeszli przez roztrzaskane drzwi najbliższego budynku. W środku panował półmrok, a powietrze było zatęchłe. Znaleźli się w czymś, co prawdopodobnie było kiedyś muzeum lub czymś podobnym. Stare zdjęcia i gazety wystrzępione i pożółkłe przez nieubłagany czas, już niemal zatarte, przedstawiały zapomniane, nieznane im wydarzenia. Na podłodze walało się szkło, które kiedyś chroniło cenne zabytki, teraz potężnie nadgryzione zębem czasu.
- Gdzie my jesteśmy? - zapytał, starając się odczytać jakąś starą gazetę, skrytą za pobrudzoną szybą.
- To ty! - wykrzyknęła z głębi pomieszczenia. Odwrócił się do niej zaskoczony i podbiegł do niej. Zatrzymał się zaskoczony, widząc swoje własne zdjęcie i artykuł traktujący o nim. Ale gdy go przeczytał, jedynie fakty z dzieciństwa pokrywały się z tym, co faktycznie przeżył. Cała reszta różniła się tak diametralnie, że aż rozdziawił usta ze zdumienia. - Nie wiedziałam, że jesteś aż tak znany...
- Bo nie jestem — odchrząknął. - Nigdy nie byłem. To, co jest tutaj opisane, to nie moje życie...
- Więc czyje? I co to za miejsce? Co to za planeta?
- Nie wiem — przyznał cicho. I wtedy oboje usłyszeli delikatne kroki w korytarzu. Obrócili się w tamtym kierunku, niepewni, co powinni dalej zrobić. Po chwili ich oczom ukazała się świetlista postać.
- Ty! - syknął Peter, nieznanym sposobem orientując się, że to Jaźń.
- Owszem, ja...
- Gdzie jesteśmy? - zapytała Martha. - To przyszłość?
- Przyszłość? Nie... Wy nadal nie rozumiecie? Obydwie planety, które widzieliście, to Ziemia.
- To niemożliwe! - zaprzeczył Peter, cofając się o krok.
- A dlaczego? Przecież was tam przeniosłem...
- Istnieje tylko jedna Ziemia!
- W waszej rzeczywistości owszem. Ale ja właśnie pokazałem wam inne...
- Inne rzeczywistości? Jak? - Martha wyglądała na mocno zdumioną.
- Przeniosłem was. Dzięki podróżom między-wymiarowym...
- Kim jesteś? I jak to możliwe?! - wykrzyknął Peter.
- Możliwości te zostały z łatwością odkryte właśnie w tej rzeczywistości, w której się znajdujecie. Przez tego człowieka — istota wskazała na zdjęcie Petera.
- Ja to wymyśliłem? - zapytał głucho. Zaschło mu w gardle i czuł się tak, jakby właśnie dostał obuchem w łeb.
- Nie. I tak...
- Zdaje się, że nic nie rozumiem. Dlaczego nas tu przeniosłeś? - odezwała się Martha.
- By pokazać wam, co może się stać, gdy eksploatacja planety posuwa się za daleko. Musicie zrobić wszystko, by powstrzymać ten postęp u siebie, inaczej świat nie przetrwa. Tak samo, jak nie przetrwał mój...
- Kim jesteś? - Peter zrobił niewielki krok w stronę świetlistej postaci. Wyczuł, że ta się uśmiecha. Po chwili patrzył już na siebie samego, tyle że starszego. Jakby u kresu swoich lat.

elenawest

opublikowała opowiadanie w kategorii science fiction, użyła 3714 słów i 21256 znaków.

Dodaj komentarz