Ostatni z planety Carammi cz 29

Wojsko Armidosa do zamku wracało. Wiedzieli, że z dwoma armiami wygrać nie mogą. Jeden z dowódców wpadł na pomysł iście desperacki.  
- Do Rehera pojadę z prośbą o pomoc. Skoro wojny zaprzestał, może nadal pokojowe zamiary posiada.
- Po tym jak Armidos z jego ludźmi postąpił?
- Sam pojadę - rzekł generał Morgeris. - Wyznam prawdę, że czynu króla nie pochwalałem.
  W odległości dnia drogi końmi, wojsko Armidosa zmierzało. Zawiadomieni dowódcy wszystkie siły mobilizowali.
- Tak, to była zła decyzja. Nie powinno o zmarłych się źle mówić, ale nie rozumiem co zmieniło naszego króla. Panował mądrze i roztropnie, a na koniec taka zmiana! A co będzie jeżeli Reher źle z tobą postąpi?
- Nie mam wyboru. Dobro ludu i ziemi mnie do tego zmusza. Co ze mną uczyni, mało ważne.  
- Skoro tak, jedź generale. Dla dobra sprawy czyń co postanowiłeś.
  Głową skinął dostojnie i na rumaku galopując kurz za sobą zostawił. Nie minęło pół straży, a wojsko już szykowało się do szybkiego powrotu.  
Zwiadowcy Rehera donieśli mu, że samotny jeździec bierzy ku nim. Władca Arpaganni właśnie do odwrotu się zbierał, ale gdy wiadomość usłyszał, zaniepokojony kazał wysłać po przybysza, zwiadowców.
Po czasie małym do obozu jeźdźcowi wjechać pozwolono.  
- Panie – odezwał się jeden z rycerzy, kłaniając się nisko. - Przybył generał, co u Armidosa na zamku prawą ręką jest.
- Każ go wpuścić, ciekawym co go do nas sprowadza? - machnął ręką władca, mając mętlik w głowie.
  Od czasu powrotu Ochir - Saran więcej jej czasu poświęcał, niż samej wojnie. Zamierzał wrócić, rodzicom wiekowym do nóg paść i o przebaczenie prosić. Stał się innym człowiekiem. Uosobieniem dobroci. Jego główni dowódcy go nie poznawali. Dzięki temu córka wodza stepów lżej swoją krzywdę przeżywała. On dla niej tyle czułości miał, że nie dawał jej sercu łkać. Mimo to w środku nadal ranę czuła, a ta długo jeszcze zagoić się nie miała. Myślał o niej ciągle, a gdy się zjawiła u jego boku, z trudem próbował na nowo o sprawach królestwa stanowić.
  Reher na zdobnym krześle zasiadł, obok niego jego wybranka stanęła, a na jej licu uśmiechu próżno było poszukiwać.
- Czemu miła nie usiądziesz? Nie wypada wszak, aby niewiasta wygody nie zaznała.
- Jeżeli chcesz, przy twoich stopach jak pies warować będę. Znasz moje pochodzenie, ale i me serce poznałeś, które gotowe dla ciebie wszystko uczynić, abyś był rad.
- Nie przystoi to, nie ważne moje pochodzenie, usiądź proszę ukochana. Serce moje zmieniłaś i całe zło w nim wypaliłaś. Gdyby nie to, że moi generałowie patrzą, padł bym przed tobą jak marny sługa twój, bo więcej znaczysz ode mnie, masz wielkie serce.
- Och, ukochany. Jesteś jak miód na moją gorycz. Gdyby nie ty, nie wiem czy bym się żywa ostała.
- Moja najmilsza – szepnął, przytulając księżniczkę ze stepów, nie bacząc na etykietę, ani na wzrok swych ludzi oddanych. Czując jej ciepło zapomniał na chwilę, jak ważną rozmowę ma przeprowadzić. Ocknął się i do świadomości na nowo musiał powrócić. Zasiadł ponownie na siedzisku zdobionym i koronę poprawił.
  Generała przyprowadzono z należytymi mu honorami. Ku zaskoczeniu Rehera, starszy mąż na kolana upadł przed władcą Arpaganni. Skinieniem dłoni powstać mu nakazał.
- Królu. Wdzięczność ma dozgonna, żeś mnie przyjąć zechciał. O pomoc prosić przybyłem.
- Mów co cię sprowadza, jaki wieści przynosisz?
- Assual podstępnie króla naszego zabił. Ponad tysiąc wojowników jego zamek oblega. A tam tylko setka osób, w tym połowa to służba, która walczyć nie zdoła. Wiem co uczynił Armidos z twoimi posłami. Byłem przeciwny i jako żołnierz takiego czynu wytłumaczyć nie mogę. To zhańbiło nas wszystkich. Dzięki ci, że wojny i inwazji zaniechałeś. Nasza armia dałaby radę napastnikom, co zamek oblegają. Jednak dostałem wiadomość, że cała siła Hojji naciera, a zamiary ich nie pokojowe wszak.  
- Chcesz bym życie ludzi moich nadstawiał dla twoich? Dlaczego mam ich chcieć poświęcić? Jak wierzyć mam, że podstęp to nie jest ze strony waszej?
- Panie, Armidosa nie ma, a lud nasz nie winien jego błędów. Nie wiem czego chcą, ale domyślać się można, bo po zęby uzbrojeni. A jeżeli nas chcą najechać, a potem ciebie gdy nasz zamek upadnie? Skoro im opór postawimy, może zaniechają niecnych zamiarów.
- Czy Assual z nimi? - zapytała Ochir – Saran, podnosząc się z krzesła.
- Tego nie wiem, pani. Twój ojciec z zamku tajnym wyjściem się wydostał i słuch o nim zaginął.
   Dziewczyna na Rehera spojrzała. Nic mówić nie musiała. On wyczuł jej intencje i głowa skinął na znak zgody.
- Cała armia Termidei i Arpaganni zatrzymać ich nie zdoła. Ale ja mogę. Wiem, że wielu z moich ludzi nie dało wiary w słowa ojca mego. Jeśli trzeba, pojadę do nich sama. Życie oddam jeśli trzeba, ale wciąż nadzieję mam w sercu, że usłuchają.
- Pani, to ryzykowna decyzja, młoda jesteś, nikt twej zguby nie chce.
- Odpowiedzialna jestem za zło co się szerzy, ktoś musi to przerwać. Czuję w głębi, że mój ojciec nie na tej ziemi się teraz znajduje. Niepojęte to dla rozumu, ale ufam że tak jest i mocno w to wierzę.  
Reher pytająco na nią spojrzał, ale zanim spytał księżniczka na powrót przemówiła.
- Panie, wszystko ci objawię, lecz teraz podejmij decyzję wobec prośby generała. Odwagę jego i szczere serce doceń.
- O tak, miła moja. Już podjąłem. Jedziemy niezwłocznie na pomoc Termidei. Ufam tylko, że smoki nam w tym nie przeszkodzą.  
- Dzięki ci szlachetny Reherze. Lud Termidei nigdy ci tego nie zapomni - rzekł generał wzruszony.  
  Stary generał chciał objąć stopy olbrzyma, ale ten na to nie zezwolił.
- Nie czyń tego. Gdyby twój król w połowie mądrością i dobrocią dorównywał tobie, żadnej wojny by nie było. I ja w przeszłości zła wiele uczyniłem. Jeżeli lud Termidei ma komuś coś zawdzięczać to nie mnie, tylko tej oto wojowniczce. Ona to cud uczyniła, zjawiając się u mego boku.
  Słowa władcy Arpaganni kolejną czarę balsamu na ranne serce Ochir - Saran wylały. Czuła ciepło  w głosie jego, choć i zdecydowanie godne głowy państwa. Nie żałowała ani chwili spędzonej z nim, wciąż dziękując za jego ochronę i miłość.  
W pół straży potem dwadzieścia tysięcy rycerzy Rehera zaczęło jechać, by ziemię Termidei ratować.

Uneg przekonał swojego dowódcę i wraz z następną grupa czterech tuzinów wojowników, na osadę zamierzał napaść. Nawet jadła odmówił, bo kilkanaście zwierząt upolowali. Na razie głód wojsku nie dokuczał, bo mieli swoje zapasy suszonego i wędzonego mięsa. Cała potęga Hojji wolno szła. Napotkane wioski grabili, ale nie całkowicie, bo brali pod uwagę, że mogą wrócić. Ponieważ mieli ze sobą kobiety, dzieci i cały dobytek, nie wyniszczali bardzo ziemi, na którą weszli. W głębi serc wojowników leżało jedno pytanie. Gdzie jest ich pan i co się stało z ich ulubienicą, Ochir - Saran. Bo tak naprawdę nikt nie wierzył, że słowa ich pana są prawdziwe. To jedno sprawiło, że duch całego narodu się załamał i pozostawał niejako w zawieszeniu.  

Pięć tuzinów uzbrojonych w łuki i szable nagle do osady drwali wpadło. Pierwsza linia wraz z końmi na ziemie padła, bo obrońcy liny podciągnęli. Jednak wojownicy szybko się pozbierali. Zaskoczeni zostali natychmiastową obroną. Część ludzi stepu walczyła na pierwszej linii, dwa tuziny objechały po bokach i wdarło się z obu stron do wioski.  
Reher przewodził jednej grupie obrońców, Armaher drugiej, a Gertych trzeciej. Mimo, że drwale walczyli dzielnie ponosili straty. Szybkie uderzenia szabli, zbierało krwawe żniwo. Z uwagi na krótkie odległości, wojownicy Assuala nie mogli używać łuków.  
  Uneg nie spodziewał się takiej obrony. Ponieważ trzech olbrzymich rycerzy walczyło dzielnie, po jakimś czasie straty po obu stronach prawie się wyrównały.  
Renthin został ugodzony strzałą, która trafiła w lewe ramię. Spodziewał się takiego ataku i założył stalowe osłony na tors. Znajdował się kilka chałup od własnego domostwa. Dowódca agresorów zrozumiał, że nie odniesie łatwego zwycięstwa. Wobec tego dał sygnał by uderzono na kilka bocznych chałup. Wobec takiej sytuacji Gertych został z grupą obrońców i walczyli z tuzinem wojowników stepu. Dwa inne tuziny uderzyły na trzy domostwa. Ranny kowal struchlał. Przypomniał sobie, że tam ukrywa się jego małżonka oraz dwie córki i królowa Deerhe.  
Gertych był daleko i nie mógł zostawić swojego oddziału, ale rozumiał zagrożenie. Renthin nie patrząc na nikogo, pobiegł w stronę domu.  
Drwale nie poddawali się, gromiąc napastników, niczym drzewa siekierami w borze. Teraz powoli szala zwycięstwa zaczęła się przechylać na ich stronę. Ranny kowal wpadł do swojego domu razem z Armaherem, który w mig dołączył do niego po drodze.
- Ratuj Deerhe! - krzyknął do blondyna, ile miał sił w płucach.
Nie musiał mu tego mówić, w końcu rosły wojownik Ulli życie jej ofiarował. Rana mu tylko nieco doskwierała. Jego prosty miecz ciął na prawo i lewo, nie szczędząc ostrza. Dwa razy jasnowłosy wojownik uratował mu życie, a w najlepszym wypadku uchronił go od śmiertelnej rany. Renthin nie myślał o tym, ale zrozumiał od razu, że obrońca Deerhe jest znakomitym rycerzem.  
  Pozostało tylko sześciu wojowników Hojji. W izbie znajdowały się dwie córki Renthina, Amina i Deerhe. Nie mogły ukrywać strachu, który przepełniał ich serce, na widok rozgrywającej się bitwy. Chrzęst metalu wypełniał pomieszczenie, a okrzyki dzikich ludzi stepu niosły się aż na zewnątrz. Być może wojownicy Assuala mieli honor, ale nie wszyscy. Ci co zostali w środku wiedzieli, że nie ujdą z życiem, a nie chcieli oddać swojego darmo.  
  Po chwili miecz Renthina i Armahera pozbawił życia pięciu skośnookich mężów. Jednak został ostatni, najbardziej zawzięty i nieprzewidywalny. Jego szabla już została wymierzona, zbliżając się ku sercu królowej Termidei. Działo się to tak szybko, że Renthin pomimo swej tężyzny fizycznej i zręczności, czuł się jakby czas zwolnił. Widział śmiercionośny koniec ostrza, ale nie mógł nic zrobić Struchlał w sercu i duszy, bo pojął, że ani on, ani poruszający się z kocią zręcznością Armaher, nie zdołają uratować królowej. Obaj mężczyźni, kochający Deerhe, wiedzieli że za chwilę straci życie. Nagle na linii prostego pchnięcia szabli, znalazła się niczym anioł zstępujący z nieba, Amina. Krzyknęła przeraźliwie, czując okropny ból. Jednak jej dusza tego nie odczuła, zdawała się odpływać powoli. Padła bezwładnie, blednąc na oczach przerażonych obserwatorów. Miecze Armahera i Renthina przecięły ciało napastnika, ale losu Aminy odmienić już nie mogły. Natychmiast nad jej ciałem znalazł się jej mąż, Armaher oraz królowa Termidei.  
- Amino! Dlaczego? - szepnął Renthin nie mając siły walczyć dalej.
- Teraz jest … już twoja. Bądź … dobrym królem. Odchodzę ...
Renthin trzymał żonę za zimną dłoń i patrzył jej w oczy z uczuciem i smutkiem.
- Jakże mogę cię zatrzymać … nie zasłużyłaś na … - mówił łamiącym się głosem.
- Pocałuj mnie … ostatni raz, zawsze ci skąpiłam ... tego - szepnęła słabo, ledwo pozostając przy świadomości.
  Uśmiechnęła się, kiedy usta męża dotknęły jej ust, delikatnie jak to dawniej czynił, gdy spotykali się potajemnie pod gruszą. Ręka jeszcze próbowała go przytrzymać, lecz nagle zwolniła uścisk, poddając się. Jej oczy zgasły.  
  Nie miał siły na łzy, nie krzyczał przez chwilę, nie mogąc zrozumieć czy to sen czy jawa. Wybaczyła mu tak wiele, jeszcze na koniec swej podróży, uśmiechem go obdarzyła. Wtedy przylgnął do niej, chwytając ją kurczowo przyciągnął do siebie...  
  Odgłosy walki cichły powoli. Wszyscy napastnicy zginęli. Dwudziestu drwali straciło życie. Udało się uratować białogłowy. Tylko Amina swe życie poświęciła, miłość miała do końca, nie nienawiść. Nad jej ciałem płakały córki, Renthin i Deerhe. Gdy się trochę uspokoiła, spojrzała na ciało biednej kobietę.
- To ja powinnam nie żyć – szepnęła z goryczą w głosie, czując się winna.  
- Zrobiła to dla ciebie, pani - szepnęła Megina, przecierając łzy lejące się wciąż z jej ufnych oczu.
  Do izby wpadł Gertych. Umazany krwią, częściowo swoją, lecz więcej, wojowników stepu.  
Po jakimś czasie do izby wszedł również młody drwal, ten któremu Talina była bliska sercu. Oni także hołd oddali dzielnej żonie kowala. Przekazali z ulgą, że rodzicom Orberisa nic się nie stało.  
  
Wiele matek i córek płakało tego popołudnia. Deerhe i Renthin długo siedzieli w izbie. Renthin z głową żony na udach. Deerhe obok, gładziła jej włosy, roniąc krople ze swych oczu. W atmosferze smutku i cierpienia wszyscy zastanawiali się, czy nie nastąpi drugi atak. Ale na szczęście nikt nie nadjechał. Armaher miał rację co do ludzi Hojji.

Następnego dnia wojska Termidei dotarły do zamku. Rozpoczęła się rzeź. Do wieczora z tysiąca wojowników zdołała się uratować mniej niż pięć tuzinów. Wbrew honorowi, poddali się i tym uratowali swe życie. Rycerze Termidei utworzyli tak ciasny krąg, żeby mysz się nie przecisnęła.  
Wojsko nie mogło cieszyć się zbyt długo z tymczasowego zwycięstwa. Musieli jechać na wschód, na spotkanie całej potęgi Hojji.

  W osadzie chowano zmarłych. Na cmentarzu zaraz za domostwami, oddano ostatnią część poległym. Proste trumny, mokre od łez, powoli składano w wykopanych dołach. Jeno Amina dostała osobne miejsce, jak na bohaterkę przystało. Renthin ogromny głaz przytargał, zaznaczając  to miejsce i otaczając czcią. Nagle dostrzeżono grupę nadjeżdżającego obcego wojska. Ludzie w panikę wpadli, obawiając się powtórki z poprzedniej rzezi wioski. Obserwowano w pogotowiu i gotowości przybyłych. Gdy zorientowali się kto zaś ku nim bierzy, odetchnęli nieco.  
Ochir - Saran i generał Morgeris w otoczeni wojowników rychło dołączyli do opłakujących zmarłych bliskich. Księżniczka stepów nad grobem Aminy załkała, przypominając sobie o swej zmarłej matce. Jednak prędko łzy przetarła, na widok nadjeżdżającego Rehera.  
  Król Arpaganni niedawno dotarł do zamku. Zostawił część żołnierzy, by palili zabitych wojowników Hojji i kopali groby dla nie tak wielu poległych rycerzy Termidei, gdyż zginęło ich mniej niż dwustu. Gdy tylko dowiedział się gdzie jest osada i niezwłocznie się tam udał.  

Renthin dostrzegł brata. Zmienili się obaj od ostatniego spotkania, a minęło przeszło dwadzieścia lat. Reher stał z dala i czekał spokojnie, aż obrządek pochówku dojdzie końca. Kiedy Renthin w końcu wrócił z reszta mieszkańców do osady, brat jego zbliżył się do nich.  
Deerhe stała obok Renthina, Ochir - Saran obok Rehera.
- Bracie - rzekł król Arpaganni.
  Kowal patrzył na niego bez słowa. Wówczas król nie ważąc na drwali, swoich żołnierzy, padł na kolana przed rzemieślnikiem.
- Nie wiem czy mi wybaczysz, bo wielem ci zła wyrządził. Jednak proszę abyś mnie wysłuchał.
  Drwal położył dłoń na jego głowie i rzekł.
- Nie mów nic, wiem wszystko. Wstań bracie. Wybaczam ci.
  Pomógł mu powstać. W ciszy na siebie spojrzeli, a po chwili wpadli sobie w ramiona. Jak za czasów dziecięcych, gdy ze sobą przebywali, zrozumieli że pora odłożyć broń.  
Deerhe spojrzała na córkę pana stepów.
- Tyś go odmieniła!
- Nie, królowo. To tylko miłość uczyniła.  
  Słysząc te słowa, królowa Termidei wpadła w ramiona młodej dziewczyny. Zrozumiała wszystko.
- Wybacz mi, że patrzyłam na ciebie złym okiem, kiedy jadłaś i kiedy pokazywałaś swój kunszt walki - rzekła królowa.
- Droga Deerhe, tamtej Ochir - Saran już nie ma.  
- Nie rozumiem - wyszeptała.
  Ale ciemnowłosa dziewczyna nic nie odrzekła, tylko mocniej wtuliła się w ramiona dostojnej królowej. Wybaczenie dało ukojenie, którego tak bardzo potrzebowali, zwłaszcza po stracie. Tej nocy łzy wciąż towarzyszyły mieszkańcom osady, ale dzięki przybyłym, patrzyli z nadzieją w przyszłość.  
  
                                                 *
Orberis delikatnie chwycił za dłoń Carriass. Pierwszy raz czuła się jakby miała brata, przyjaciela, pokrewną duszę. Jednak Errangeę w sercu kochała, a on czuł to samo do Kaungi.  
  Chłopak z trwogą patrzył na przebieg walki smoków. Kaunga robiła uniki i starała się nie atakować agresora. Natomiast czarny smok walczył, jakby miał przed sobą stado smoków, a nie nieco mniejszą od siebie samicę. Jedno w czym pozostał prawy, to to że nie używał ognia.  
- Jeszcze masz szanse - ryknął - odejdź i zostaw Carriass dla mnie, a daruję ci życie.
- Wiesz, że nie możesz wygrać z czymś, co masz w sobie.
Jego czarne łuski połyskiwały złowieszczo, zbyt dumny się stał. Smok odkrył się na chwilę i zrozumiał to za późno. Paszcza ostrych jak brzytwy zębów, kłapnęła przy jego szyi. Dopiero po chwili pojął, że mogła mu rozciąć szyję, a nawet odciąć głowę. Czarny wylądował na murawie w znacznej odległości od dwójki jeźdźców. Kaunga podniosła się prostując łapy. Erragea zaatakował. Jeźdźcy z zapartym tchem obserwowali starcie.  
Orberis wreszcie zrozumiał, że jego smoczyca walczyła, ale nie chciała wygrać. Wręcz przeciwnie. I tego zupełnie nie rozumiał.
- Czemu ona nie walczy, by zwyciężyć? - odparł ze łzami.
- Wiem czemu, a ty tego nie rozumiesz?
- Chce zginąć?
Carriass pokiwała głową, spoglądając na przerażonego towarzysza.  
- Ona ma miłość. Miłość nie musi walczyć, bo już dawno wygrała. Cokolwiek uczyni Errangea jest przesądzone.
- Znów Ssairrac przez ciebie przemawia? Puść mnie, nie mogę na to pozwolić, aby on ją skrzywdził!  
  Wyrwał się i zaczął biec przed siebie, nie zważając, że może zginąć. Szamoczące się olbrzymy, trzepotały skrzydłami, aż unosił się kurz z podłoża. Czarny smok atakował zajadle, podczas gdy  
Kaunga wciąż tylko robiła uniki. A kiedy miała okazję skaleczyć go zębami czy pazurami, nie robiła tego.  
- Walcz! Zrób coś! - krzyczał Orberis, ale jego głos zagłuszały odgłosy walki.
Erragea złapał Kaungę szczęką za bok i odrzucił na kilka yardów. Smoczyca dyszała ciężko i podniosła się z trudem. Z boku ciekła jej krew.  
Orberis przywarł do niej, czując bicie jej serca.
Erragea zbliżał się powoli, wiedząc że mu nie ucieknie.  
- Odejdź stąd. Nie mogę cię zabić, choćbym chciał. To już nie potrwa długo. Zaraz ją wykończę.  
  Ale młodzieniec zastąpił mu drogę.  
- Będziesz musiał mnie zabić najpierw! - zawołał, czując gorycz w sercu.
Smok parsknął, jakby starania drwala nie robiły na nim żadnego wrażenia.
- Nie koniecznie, marny pyle. - odparł dumnie smok, i uderzył go łapą.
  Orberis poczuł ból łamanych się kości. Ale nie stracił przytomności. Siła uderzenia odrzuciła go, ale nie spadł na ziemię. Kaunga jakimś nadzwyczajnym wygięciem ciała zdołała go chwycić w swoje pazury, ale zrobiła to tak delikatnie, że poczuł jakby matka tuliła go. Spojrzała na niego i poczuł, że ból ustąpił. Znajdował się jakby w kokonie złotego światła.  
  Carriass czuła, że Kaunga go uleczyła. Jednak przez to że tak go uchwyciła, odkryła swój słaby punkt, brzuch. To był błąd, gdyż dolna jej część nie była chroniona przez kolce i twarde jak stal łuski. Erragea to wykorzystał i uderzył łapą. Rozerwał jej trzewia. Krew buchnęła fontanną. Orberis poczuł, że jej uścisk słabnie. Zeskoczył na ziemię. Patrzyła na niego swoimi majestatycznymi oczami.
- Agnuak! - krzyknął
- Kochanie - szepnęła tylko.
  Jej oczy gasły i po chwili zaszły mgłą. Młodzieniec tulił jej pysk, gładził i całował. Spodziewał się, że odeszła, ale nie mógł tego dopuścić do swej świadomości. Carriass spojrzała nieobecnym wzrokiem na Errangeę, spodziewał się, że mu pogratuluje. Razem z nim zacznie się cieszyć z pozbycia się smoczycy, ale ona nie podzielała jego radości. Księżniczka zaczęła iść przed siebie, ale nie w stronę czarnego smoka, tylko ku Orberisowi i Kaundze. Dotknęła potężnego ciała, przejeżdżając palcami po zielonych łuskach, które pobłyskiwały jeszcze pod załamaniem światła. Widząc łzy drwala i ona łkać poczęła, przypominając sobie co jej smoczyca nie raz mówiła.
Erragea stał nieruchomo, jakby czas się dla niego na chwilę zatrzymał. Zamiast chwały dostał odrzucenie i zimne spojrzenie księżniczki Termidei. Zabił, a mógł inaczej postąpić. Pogubił się. Ryknął głośno, aż echo poniosło się po okolicy.  
- Carriass! Teraz masz prawo mnie znienawidzić! Nie tego pragnąłem.
Ona wstała i spojrzała na niego ze łzami, a widoku tego nie mógł znieść.
- Nie słuchałeś mnie, gdy mówiłam że nie przestanę cię kochać. Nie mam żalu do ciebie, bo to nie ty sprawiłeś, że ona odeszła. Coś tobą kierowało, ale to nie była miłość.
- Kochasz mnie, takiego potwora?
- Wejrzyj w swe serce, bo wiem że tam mieszka ktoś, kogo zło nie dosięgło. Kaunga to wiedziała, cały czas miała to w sercu, tylko twoje zatrute zostało, a mnie chciałeś w podobną ciemność pogrążyć.  
- Manipulowałem tobą. Chciałem byś stała się jak ja. Ale mi się nie udało.
- Nie wiesz czemu?
Errangea zbliżył się do księżniczki, której postać odbijała się w jego ogromnych oczach.  
- Zabiłem dobro. Czuję pustkę, zimno mi. Nie! Tak nie może być!
  Odwrócił łeb i uniósł do góry. Ryknął przeraźliwie. Raz drugi trzeci. Strzelał pióropuszem błękitnego ognia w powietrze. Nawet Orberis odczuł, że smok cierpi. Ale nie mógł nic zrobić. Wtem potwór przestał ryczeć i zionąć ogniem. W skupieniu tych dwoje na niego patrzyło, zastanawiając się, co zrobi. Odezwał się po chwili.
- Chociaż ty Orberisie powiedz, że mnie nienawidzisz. Zabiłem twoją umiłowaną. Powiedz to! Wykrzycz, jak bardzo mną gardzisz! No dalej!
  Orberis spojrzał na niego przez łzy.
- Nie mam nienawiści. Agnuak zmieniła moje serce. Mam w nim tylko miłość. Nie mogę cię przekląć. Wybaczam ci.  
Tego czarny nie mógł zdzierżyć. Karmił się nienawiścią, strachem, złem, a teraz nie otrzymywał tego. Poczuł w środku dziwne ciepło, na chwilę oczy zamknął i wizja mu się ukazała. Kaunga żywa przed nim się unosiła i jasność od niej biła taka, że nie mógł na nią patrzeć. Głos jej słodki usłyszał, aż zadrżał cały.
- Errangeo, nie musisz iść tą drogą. Wejdź ku dobru, ku miłości, jak nasza matka, która nas na świat powiła. W tobie nadzieja, żyjesz, możesz zdziałać wiele, tylko zrozum. Czujesz to?
- Kaungo … wszystko stracone.
- Nie, ty miłość masz w sobie, każdy ma, a teraz daj jej zakwitnąć w swym sercu, jak kwiatu na wiosnę. Ja deszcz ożywczy na niego ześlę, w tobie dobro mieszka.
  Mrowienie go ogarnęło i ocknął się zszokowany. Jego oczy nowego blasku dostały, a pysk przyjął pierwszy raz łagodny wyraz.  
- Ona wygrała. Teraz rozumiem. Wybaczcie mi. Mogę zrobić tylko jedno. Żegnaj Ssairacc - powiedział cicho.
Z jego pazurów wystrzeliły złote promienie. Delikatna i ciepła siła odsunęła dziewczynę i młodzieńca od ciała martwej Kaungi. Patrzyli z bliska co się dzieje. Teraz z jego pyska i z całej postaci zaczęła emanować bursztynowa poświata. Nie widzieli dobrze ogromnego ciała Kaungi, bo topiła się w złotym blasku. Nagle wszystko zgasło. Orberis dostrzegł, że rana na brzuchu jest zasklepiona, jakby nigdy nie istniała. Erragea stał, ale widać było, że jest bardzo zmęczony. Jego oczy teraz miały blado błękitną barwę. Zawsze lśniąca czerń zmatowiała.  
- Kochany, co ci? - szepnęła Carriass.
- Zrobiłem to co mogłem. Życie za życie oddałem. Tylko to mi pozostało.  
Księżniczka nie mogła pojąć jak to uczynił, ale oddać go nie zamierzała.  
- Nie możesz umrzeć. Kocham cię! Jak mam oddychać bez ciebie?
- Będziesz żyła, bo jesteś wyjątkowa, a ja nie jestem ci potrzebny.
- Co też prawisz? Nie odchodź!
- Kocham cię. Całą mą duszą, nie dla rozkoszy, nie dla ciała, zrozumiałem to.
Zaczął słabnąć, pysk mu opadał bezwładnie.  
Kaunga otworzyła oczy. Powoli stanęła na nogi. Widząc słabego czarnego smoka, zbliżyła się do niego.  
- Wybacz mi przyjaciółko - szepnął słabo i opadł z sił.  
  Oddychał płytko.
- Agunak zrób coś! - zawołała Carriass rozpaczliwie.
- Żyję dzięki niemu, swej mocy użyłam, aby uleczyć Orberisa. Oddałabym za niego życie, gdyby to było możliwe, jednak teraz jestem bezsilna. Zablokował moją moc.
Kaunga podeszła blisko niego i dotknęła go pyskiem.
- Wiesz, że mieliśmy wspólną matkę, jam siostra twa Errangeo, dlatego twych zalotów przyjąć nie mogłam.
- I ja to wiem teraz. Żegnaj siostro.
  Z największa trudnością i wysiłkiem odwrócił łeb w kierunku Carriass.
- Żegnaj ukochana. Pamiętaj, że zawsze będę cię ...
  Nie dokończył. Jego oczy zgasły i ostatni wydech o zapachu konwalii wyszedł z jego otwartego pyska. Umarł.

270 czyt.
100%41
1Aurofantasja

opublikował opowiadanie w kategorii fantasy i miłosne, użył 4647 słów i 25493 znaków.

1 komentarz

 
  • emeryt

    emeryt · 8 czerwca · 202091556

    Wspaniały pełen miłości odcinek. Tam gdzie życie, tam i śmierć.
    lecz w waszym wydaniu to coś wspaniałego. Moje najserdeczniejsze podziękowania i życzenia dużo zdrowia i szczęścia.