Ziemia z popiołów I: Rozdział 2 - Hotel "Zielony Przylądek"

Ziemia z popiołów I: Rozdział 2 - Hotel "Zielony Przylądek"Ziewnął potężnie i głośno, aż łzy napłynęły mu do kącików oczu. Przeciągnął się, rozprostowując wszystkie mięśnie i trzaskając kośćmi. Poprawił rękawiczki, potem czapkę, a na koniec kurtkę. Robił wszystko, aby tylko mijał mu czas. Warty odbywane na dachu budynku były sześciogodzinne, on natomiast przesiedział dopiero cztery, co oznaczało, że czekają go jeszcze dwie godziny udręki. Sto dwadzieścia minut na mrozie, w pozycji siedzącej, wystawiony na podmuchy wiatru. Był przeciwny wartom, gdyż nie widział w nich sensu, został jednak przegłosowany, tak więc nie miał wyboru. Musiał siedzieć tu i marznął przez sześć godzin dziennie. Już miał zamiar rozwiązać sznurówki i zawiązać je ponownie, gdy kątem oka dostrzegł jakiś ruch. Instynktownie przywarł do dachu, złapał wiatrówkę, leżącą nieopodal, i wytężył wzrok. I zauważył. Z początku widział tylko jak coś jasnego mija mu między konarami, lecz po chwili gość wynurzył się spomiędzy drzew. Już stąd widział, że to dziewczyna. Była drobnej budowy, kruczoczarne włosy, wydobywające się spod wełnianej czapki, opadały do połowy pleców, a z jej kurtki w kolorze karmelu sypał się biały puch. Już miał zamiar coś krzyknąć, dać dziewczynie jakiś sygnał, oznajmić swoją obecność, jednak gdy tylko tamta podeszła do ogrodzenia, natychmiast osunęła się i utonęła w śnieżnej zaspie. Jego reakcja była natychmiastowa.
   - Ludzie! – ryknął, schodząc z drabiny. – Ludzie, pobudka! Maciek! Wszyscy na zewnątrz! Szybko!
   Zeskoczył z kilku ostatnich szczebli, odrzucił wiatrówkę na bok i pędem udał się w stronę bramy. Miał kluczyk, otworzył więc furtkę i wypadł biegiem w stronę gdzie leżała dziewczyna. Po drodze skaleczył policzek, zahaczając najwyraźniej o jakąś gałąź, jednak już po chwili znalazł się przy niej. Wziął ją na ręce, a jego wzrok powędrował na jej twarz.
   Miała około piętnastu lat, była więc o jakieś pięć lat młodsza od niego. Twarz miała drobną, zresztą ogólnie była drobnej budowy, podbródek zaokrąglony, nos mały, wokół którego czaiło się kilka piegów, oraz wąskie usta. Poza tym była blada, wyziębiona i ledwo oddychała.
   - Kowal!? – usłyszał ze strony hotelu. – Co jest!?
   Oderwał wzrok od dziewczyny i spojrzał na mężczyznę, który biegł w jego stronę. Był wysoki i chudy, włosy miał krótkie, czarne, a na oczach spoczywały mu okulary. Był o jakieś dziesięć lat starszy od Kowala, choć wyglądał wyjątkowo młodo jak na swój wiek, gdyż sprawiał wrażenie dwudziestodwulatka. Mężczyzna owinięty był w szlafrok.
   - Maciek! Tutaj! – krzyknął Kowal, przedzierając się przez zaspy w stronę bramy i dziękując bogu za to, że dziewczyna jest taka lekka. – Szybko!
   - Co się stało? – spytał Maciek, gdy tylko podbiegł do otwartej furtki, przy której po chwili znalazł się i Kowal. – Kto to jest?
   - Nie mam pojęcia. Podeszła do ogrodzenia i chyba zemdlała. Jest lodowata.
   Ruszyli biegiem w stronę hotelu i już po chwili weszli do środka. W samym wejściu spotkali kolejną dwójkę ludzi; wysokiego mężczyzną w samych slipach, oraz niższą od niego kobietę w szlafroku. Mężczyzna był pokaźnej budowy, ewidentnie musiał uczęszczać na siłownię, miał średniej długości, czarne włosy, oraz kilkudniowy zarost. Kobieta natomiast miała lekką, choć zauważalną nadwagę, oraz długie, kasztanowe włosy, których końcówki naturalnie się jej zawijały. Oboje byli w podobnym wieku, około trzydziestki, ich fryzury były natomiast rozczochrane.
   - Co się stało? – spytał mężczyzna w slipach.
   - Jakaś dziewczyna zemdlała przy ogrodzeniu – rzucił Maciek, wbiegając na schody prowadzące na górę. – Kowal, zanieś ją na kanapę w salonie, Kinga, przebierz ją w suche ubrania, Andrzej, dorzuć do kominka, tylko dużo. Biegiem! Nie wiem w jakim jest stanie!
   Każdy wziął się za to, co rozkazał Maciek. Kinga poleciała na górę i wróciła już po chwili z suchymi ubraniami, Andrzej rozpalił w kominku i podrzucał teraz coraz większe gałęzie, oraz kilka większych kawałków drewna, Kowal natomiast położył dziewczynę na kanapie, którą przysunął jak najbliżej kominka. Teraz, gdy płomienie oświetlały jej twarz, przyjrzał się jej ponownie. Włosy opadały jej na czoło, odgarnął je więc delikatnie, muskając jej skórę na czole. Wtedy mruknęła coś niezrozumiale, marszcząc przy tym czoło i przekręcając głowę na lewą stronę.
   - Maciek! – krzyknął Kowal, podkładając jej poduszkę pod głowę. – Szybciej! Ona chyba się budzi!
   Nim Maciek pojawił się w salonie z torbą z lekami w ręku, Kinga zdążyła już przebrać dziewczynę w suche ubrania i nałożyć jej mokry okład na czoło, gdyż tamta zaczęła się pocić.
   - Bardzo dobrze – pochwalił Maciek. – Trzeba zbić jej temperaturę. Zróbcie mi miejsce, najlepiej niech zostanie tylko jedna osoba do podkładania do kominka.
   Kowal dał znać pozostałej dwójce, że on może zostać. Kinga i Andrzej kiwnęli głowami, po czym udali się do swojej sypialni. Maciek długo siedział przy dziewczynie, mierząc jej temperaturę i nasłuchując uderzeń serca, po czym wziął strzykawkę, nabrał do niej jakieś cieczy i wstrzyknął ją dziewczynie w ramię.
   - Siedź przy niej – zwrócił się do Kowala. – Wołaj mnie jak się obudzi, ja lecę do Przemka. I naklej sobie plaster na to rozcięcie na poliku, jest w torbie.
   Po chwili został sam z dziewczyną w salonie. Nie mruczała już nic pod nosem, sprawiała wrażenie jakby spała. Oddech miała jednolity, jej pierś wznosiła się powoli i powoli opadała.
   - Całe szczęście, że stałem na tej cholernej warcie – mruknął sam do siebie Kowal, siadając na skraju kanapy i obserwując dziewczynę.
   *
   Maciek wbiegł na górę, po czym szybkim krokiem udał się do pokoju 1408. Numery wszystkich pokojów w tym hotelu zaczynały się od 14, co było o tyle dziwne, że nie miało żadnego racjonalnego wytłumaczenia. Maciek stanął przed drzwiami, po czym zapukał kilkukrotnie. Już nauczył się, że do tego pokoju nie wchodzi się bez pukania.
   - Wiedziałem – usłyszał ochrypły głos, gdy ktoś otwierał drzwi od środka. – Jak tylko coś się dzieje, to od razu do mnie.
   Przemek wyszedł na korytarz. Nie był wysoki, raczej przeciętnego wzrostu, żylasty, lecz umięśniony. Ciężko było określić jego wiek, Maciek dawał mu około dwudziestu pięciu lat. Ścierał właśnie resztki czegoś szarego z głowy, przez co Maciek domyślił się, że Przemek dopiero co skończył golić sobie głowę, a do golenia używał on wyłącznie szarego mydła. Ubrany był w białą koszulkę i krótkie spodenki.
   - Kogo on tu niósł? – spytał, wiercąc Maćka swymi brązowymi oczyma.
   - Jakąś dziewczynę, zemdlała przy ogrodzeniu. Ma gorączkę, jest osłabiona i wyziębiona. Co jej podać?
   - Kto tu jest lekarzem, że pytasz mnie o takie rzeczy? – odpowiedział mu pytaniem Przemek.
   - Nie byłem lekarzem, tylko pielęgniarzem – sprostował Maciek. – Przez tydzień. Nie mam dużej wiedzy.
   Przemek westchnął, po czym wszedł do swojego pokoju. Na korytarz wrócił po chwili, dając Maćkowi plastikowe pudełeczko, w którym była jakaś ususzona i pokruszona roślina.
   - Nie znam się na lekach, tylko trochę na ziołach. To mięta, zaparz jej ze dwa kubki. Mięta wzmacnia. Jak będzie miała katar zamocz w tym jakąś szmatkę i przyłóż na chwilę do nosa.
   - Dzięki – mruknął Maciek, odbierając pudełko.
   - Tylko resztę przynieś. Mi też się przyda.
   *
   Gdy Maciek wrócił do salonu, zastał Kowala siedzącego przy dziewczynie. Wsypał cztery łyżeczki mięty do metalowego kubka, zalał wodą i postawił go na ruszcie w kominku, który zamontowali, aby mieć gdzie gotować posiłki.
   - Mówiła coś jeszcze? – spytał Maciek, który mógł już odsapnąć.
   - Nie – odpowiedział Kowal. – Wtedy coś mruknęła, poza tym nic.
   - Słyszałeś co mówiła?
   - Nie… Znaczy… Wydaje mi się, że powiedziała "ciociu”, ale nie jestem pewien. Wiesz, mruknęła tylko, mogłem niedosłyszeć.
   - Rozumiem. Byłeś w nerwach, wszyscy hałasowali, mogłeś niedosłyszeć. Ja już nic więcej nie zrobię, mogę tylko przy niej posiedzieć.
   - Wracać na wartę? – spytał Kowal, wiedząc, że było to pytanie retoryczne.
   - Ktoś musi tam być, a ty nie odbębniłeś swoich godzin. Idź, jak wrócisz to Andrzej cię zastąpi. Ja do tej pory tu z nią posiedzę.
   - No dobra – westchnął Kowal, po czym wstał i zanim udał się w stronę recepcji i drzwi wyjściowych, spojrzał ponownie na dziewczynę, chcąc przyjrzeć się jej jak najdokładniej.
   Teraz, kiedy Kinga przebrała ją w suche ubrania, zdał sobie sprawę, że wcale nie jest tak drobna jak z początku sądził, widocznie ubrania miała cieńsze niż na to wyglądały. Choć nie zmienia to faktu, że i tak była, jak na swój wiek, drobnej budowy. Uda miała takie, jak on łydki, duże wcięcie w talii sprawiało tylko jedno wrażenie – niedożywienia, piersi miała drobne, szpiczaste niczym małe piramidki, policzki były lekko zapadnięte. Nie przypatrywał się długo, odwrócił się w końcu na pięcie i wrócił kontynuować wartę.
   *
   Gdy tylko wrócili do swojego pokoju, natychmiast wylądowali w łóżku. Kochali się jeszcze przez niecałe dwadzieścia minut, po czym położyli się obok siebie, a on objął ją ramieniem. Leżeli jakiś czas w ciszy, patrząc w sufit, czasem na żyrandol. W końcu Kinga odezwała się pierwsza.
   - Ciekawe, co z nią będzie… Wyglądała na wyziębioną.
   - Spokojnie – Andrzej mówił już z zamkniętymi oczyma. – Maciek się nią zajmie, to wróci do zdrowia.
   - Coś bardzo wierzysz w tego Maćka.
   - A mam powód, żeby nie wierzyć? Jako pierwszy znalazł hotel i nie miał sprzeciwów, kiedy chcieliśmy żeby nas wpuścił. Potem jeszcze zajął się moim stłuczonym ramieniem. Wie co robi, nie przeszkadzajmy mu.
   - Może i wie co robi, ale ta dziewczyna naprawdę była na wykończeniu. Jak ją przebierałam, zwróciłam uwagę na to, że ledwo oddychała.
   - Maciek ją z tego wyciągnie – głos Andrzeja sugerował, że ten już zasypia.
   - Miejmy nadzieję. Jest młoda, byłoby szkoda, gdyby z tego nie wyszła.
   - Jak jest młoda, to ma silny organizm. Nie przejmuj się nią.
   - Może masz rację? Ale ja nie potrafię tak po prostu się nie przejmować. Zaraz zaczynam się nad czymś zastanawiać, myśleć, co ja mogłabym zrobić, i ogólnie za dużo o wszystkim myśleć. Ty tak nie masz?
   Cisza. Nie odpowiedział ani słowem, zaczął za to cicho pochrapywać. Kinga spojrzała na niego, szturchnęła go lekko łokciem, lecz nie doczekała się reakcji.
   - Jesteś beznadziejny – westchnęła, po czym obróciła się i ułożyła do snu.
   *
   - Mam! – usłyszeli głos Staśka. Głos był pełen triumfu, przez co zbiegli się do niego niemal natychmiast. – Haha! Mam!
   Pierwszy podbiegł Robert, który o nic nie pytał, widział bowiem co takiego miał Stasiek. Kolejny nadbiegł Konrad z Patrycją, na koniec natomiast Alicja i owczarek niemiecki.
   - Co jest? – spytał Konrad, gdy tylko się zatrzymał.
   Po chwili nikt nie potrzebował odpowiedzi. Wystarczył widok przewróconego samochodu dostawczego, czy też tego, co wiózł. Kartony pełne paczkowanej żywności.
   - Jesteś wielki – podsumował Konrad, a Stasiek wypiął dumnie pierś.
   Nie minęła godzina, a każdy nałożył sobie porcję gotowanego ryżu, który zaleli gęstym, gorącym sosem. Nawet owczarkowi coś się dostało, gdyż w samochodzie znaleźli kilka toreb suchej karmy dla psów. Z początku jedli w ciszy, gdyż każdy chciał najzwyczajniej w świecie zapełnić żołądek, lecz z czasem coraz więcej rozmawiali ze sobą. Rozmowy były lekkie, towarzyskie, gawędzili o niczym.
   - Moglibyśmy znaleźć salon fryzjerski – westchnął Stasiek, przeciągając po włosach palcami. – Trochę ścięliby mi włosy. I trochę umyli – to dodał, kiedy z jego głowy poleciał biały puch.
   Wszyscy wybuchli śmiechem, a kiedy nikt nie widział, Stasiek wyrzucił resztę popiołu trzymanego w ręce na ziemię. Po chwili każdy nakładał sobie na talerz drugą porcję, co jeszcze bardziej poprawiło nastroje. Rozmawiali i śmieli się do późnego wieczora. Wreszcie, kiedy było już porządnie po dwudziestej pierwszej, Patrycja usnęła, wtulona w Konrada.
   - Podziwiam ją – mruknął cicho Stasiek, wskazując ruchem głowy na dziewczynkę. – Ja w jej wieku już dawno bym się popłakał.
   - Tak – przyznał Konrad. – Jest silna. Jestem z niej dumny. Na początku… No wiecie, chwilę po Kolizji, odkopałem ją spod sterty gruzu. Siedzieliśmy w piwnicy dwa metry od siebie, a i tak musiałem się do niej dokopywać. Żyła, była cała, nawet zadrapania nie miała. Za to jej matka… Osłoniła ją własnym ciałem – Barczysty przetarł łzy rękawem, po czym powrócił do głaskania dziewczynki po głowie. – Pochowałem ją, a potem usiadłem nad grobem i płakałem. Nie wiem ile czasu tam siedziałem, ale zdążyło się już ściemnić. I siedziałbym dalej, nie miałem ochoty odchodzić, gdyby nie ona. Pomogła mi się pozbierać, ciągnęła za rękaw, krzyczała na mnie, dopóki nie wstałem. Z początku to ona mnie prowadziła, ja szedłem za nią. Jestem z niej naprawdę dumny. Jest silna, ma to po matce. Ona też byłaby z niej dumna. Jestem tego pewien.
   - Przykro mi z powodu żony – Robert przerwał ciszę, jaka nastała po wypowiedzi Konrada. – U mnie rodzice zostawili mi kartkę, że muszą się wyszaleć przed śmiercią. Znalazłem ją rano, jak się obudziłem. Było to jakiś miesiąc przed Kolizją. Miałem jeszcze wujka, ale wyjechał do Indian, tych w północnej Ameryce. Zawsze się nimi fascynował. Ze znajomymi w ogóle się nie dogadałem. Mówili mi, że robią jakieś grupy, zbierają innych znajomych i wyjeżdżają, ale jakoś nie potrafiłem się z nimi porozumieć, mieli plany, których ja bym dobrymi nie nazwał. Zostałem więc sam, czekałem na koniec. Nie sądziłem, że przeżyję. Czasem miałem nawet nadzieję, że zabije mnie kawałek gruzu sypiący mi się na głowę. Szybko i bezboleśnie. Zostałem w domu, nie schowałem się do piwnicy, żeby zwiększyć szansę na własną śmierć. Plan nie wypalił, jak widać przeżyłem.
   - Mój mąż się zastrzelił – i Alicja włączyła się do rozmowy. – Dzień przed Kolizją. Zostawił mnie samą – Kobieta zaczęła szlochać, nikt jednak nic nie mówił. Czekali. W końcu wyciągnęła z kieszeni chustę, którą przetarła łzy, a następnie wysmarkała się głośno. – Przepraszam, nie mogłam już dłużej… Nadal po nim płaczę, choć uważałam go za kretyna i żałowałam, że za niego wyszłam. Nic nie potrafił sam zrobić. Zmieniał pracę co miesiąc, bo nigdzie nie chcieli go dłużej trzymać. Ja nas utrzymywałam, czasem nie płacili mu za te przepracowane dni, tłumaczyli się tym, że był niewydajny i przyszedł na nich żerować. Miałam z nim prawdziwą udrękę, ale jak teraz o tym pomyślę… Kochałam go. Naprawdę. Wiem jaki był, ile się za niego nacierpiałam, ile namęczyłam, żeby nas utrzymać… ale kochałam go.
   - Ech, to teraz moja kolej – odezwał się po chwili Stasiek. – No, wiele tego nie będzie. Jeżeli ktokolwiek z mojej rodziny przeżył, to o tym nawet nie wiem. Pochodzę ze Śląska, ale mieszkałem tam tylko do osiemnastych urodzin. Potem uciekłem z domu, normalnie, przez okno, mając tylko plecak i gitarę w ręku. Jeździłem po Polsce, marząc o tym, że kiedyś zostanę gwiazdą, bo przecież tylu dawnych wielkich piosenkarzy uciekało z domu i uczyli się grać na ulicy. Do pewnego czasu dobrze mi szło, w Poznaniu wyłapał mnie gość w podeszłym wieku, jak się potem okazało miał kiedyś zespół, z którym grał po różnych klubach. Zespół rozpadł mu się jeszcze jak był młody, a teraz chciał go reaktywować, jednak brakowało im drugiej gitary. Pojeździłem z nimi, daliśmy kilka występów, nie mogłem narzekać. Potem… Podobno miał kiedyś problemy z alkoholem. Ten gitarzysta. Tylko poczuł wiatr w skrzydłach, znowu sięgnął po butelkę. Pewnego razu upił się jeszcze przed występem. Powiedziałem mu, że musimy odwołać wszystko, że w tym stanie nie może grać, a tym bardziej śpiewać. A on mnie uderzył. Krzyczał na mnie, że ja dopiero się uczę, że prawdziwy wokalista wygląda i zachowuje się tak jak on, że dawne gwiazdy robiły to samo… znowu uciekłem. Nie wiem, czy ten występ im się udał, tak czy inaczej mnie już tam nie było. Szybko znalazłem sobie nowe zajęcie, szukali ludzi do kabaretu, a że żołądek miałem pusty, natychmiast się zgłosiłem. Jeździłem jako kabareciarz dobre sześć lat, często grałem na gitarze podczas skeczy. No, ale nie mogłem tak ciągle, brakowało mi tam wolności. Wiecie, ciągle coś ustalaliśmy, wyjazdy planowaliśmy na pół roku do przodu. To nie było coś, o czym marzyłem wychodząc za okno z własnego pokoju. Krótko grałem z kilkoma podobnymi do mnie w Lublinie, ale pokłóciliśmy się o kobietę i grupa się rozpadła. Wtedy przyjechałem do Warszawy. Zamieszkałem w pustostanie z grupką dzieciaków, mieli po dwadzieścia lat, a ja podchodziłem wtedy pod czterdziestkę. Nazywali mnie "dziadek”. Było fajnie, przeżyłem tam sporo czasu, dobre dziesięć lat. Ech, ale znowu kobieta… Założyciel tamtej komuny miał dziewczynę, dwanaście lat młodszą ode mnie, która szukała wrażeń. Była hipiską, a wiecie, oni rzadko kiedy pamiętają o przysiędze małżeńskiej. Wylądowałem z nią w łóżku, tamten nas przyłapał, a mnie wyrzucił. Nie mam mu za złe, sam też dawałem jej jednoznaczne sygnały. Potem wyjechałem na rok do trójmiasta, ale nie dałbym rady tam wyżyć, ciągle siedziałem na zmywaku, nie szło się z tego utrzymać. Wróciłem do Warszawy, znowu zacząłem grać. Żyłem z tego, co rzucili mi ludzie, wynajmowałem pokoik. Żyłem tak do Kolizji. Dalej już wiecie, w końcu od tamtej pory trzymamy się razem.
   - Widzę, że na nudę nie narzekałeś w życiu – jako pierwszy skomentował Konrad, nie mogąc wyjść z podziwu. – O podobnym życiu marzył kiedyś niejeden dorastający dzieciak. Nawet mi takie myśli przechodziły przez głowę jak byłem nastolatkiem.
   - Nic dziwnego – uśmiechnął się Stasiek. – Takie życie ma w sobie coś, co pociąga. Było ciężko, nie raz kładłem się spać z pustym żołądkiem, parę razu spałem po przystankach i dworcach. Ale nie żałuję w życiu niczego.
   - A gdzie twoja gitara? – spytała Alicja. – Nie zabrałeś jej?
   - Rozwaliła się – uśmiech znikł z twarzy staruszka. – Nie wiem od czego, ale jak ją odkopałem była w drzazgach. Szkoda mi jej, dostałem ją od taty na szesnaste urodziny i ciągle na niej grałem. Dbałem o nią bardziej niż o siebie samego.
   Rozmowa urwała się. Nikt się nie odzywał, każdy dojadał powoli swoją porcję ryżu. Robertowi przeszło przez myśl, że zapewne każdy rozmyśla teraz o przedmiocie, który, jak gitara Staśka, był dla niego ważniejszy nawet od własnego dobra. Robert nie miał takiego przedmiotu. Wychował się w bogatszej rodzinie, zazwyczaj miał to, czego chciał, a jeśli coś mu się psuło, dostawał coś w zamian. Nie miał nigdy tylko jednego; zwierzaka. Namawiał rodziców, żeby kupili mu chociaż chomika, choć najbardziej zależało mu na psiaku. Zastąpiłby mu przyjaciela, przyłożył okład na ranę bolącą tym bardziej, im mniej widział rodziców. A widywał ich rzadko, byli bowiem zajęci pracą i to jej poświęcali się najbardziej. Ojciec potrafił pracować nawet szesnaście godzin dziennie, matka pracowała dziesięć, po czym zamykała się w sypialni i spędzała resztę dnia przed komputerem, dokańczając to, czego nie dokończyła w pracy. I tak dzień w dzień. Praca, praca, praca. Miejsca dla Roberta już nie starczyło, zszedł on więc na drugi plan.
   Już szykował rękaw, do wytarcia łez, które powoli napływały mu do oczu, kiedy poczuł jak owczarek kładzie głowę na jego kolanie. Położył się i patrzył Robertowi w oczy. Jego wzrok nic nie zdradzał, był pusty.
   - Jak zabierzemy tą żywność? – Alicja odezwała się pierwsza, wybijając każdego z rozmyślań. – Nie damy rady wszystkiego zabrać.
   Konrad popatrzył chwilę na przewrócony samochód i górę jedzenia, którą wiózł, po czym wyciągnął z torby trzy puste, wielkie plecaki.
   - Wy – skierował się do Alicji i Staśka – spakujecie nasze rzeczy do swoich toreb. Postarajcie się zmieścić w dwóch. Ja i Robert spakujemy jedzenie do tych plecaków. Mają sto dwadzieścia litrów, dużo pomieszczą. Weźmiemy po jednym, a resztę będziemy musieli tu zakopać, na wypadek jakbyśmy byli znowu w tej okolicy.
   - Prawdopodobnie nie będziemy – zauważył Stasiek. – I ta żywność się po prostu zmarnuje.
   - A jak będziemy? – spytał Konrad. – Musimy mieć jakieś zabezpieczenie. Zakopiemy resztę i zaznaczymy jakoś to miejsce.
   Nikt już nie kwestionował decyzji Konrada, choć Staśkowi ewidentnie nie podobał się pomysł z chowaniem jedzenia przed innymi. Dojedli ryż do końca, po czym położyli się spać.
   *
   Konrad pobudził ich jeszcze przed świtem. Chciał zakopać żywność po ciemku, aby mieć pewność, że nikt tego nie przyuważy. Zapakowali wszystkie trzy plecaki, po czym wzięli w ręce saperki i zaczęli kopać. Zajęło im to dobrą godzinę, gdyż ziemia była porządnie zmarznięta, a zanim się do niej dokopało trzeba było przedzierać się przez warstwę gruzu. W tym czasie Alicja i Stasiek przepakowali rzeczy Roberta i Konrada do swoich toreb, a Patrycja przebudziła się i zaczęła jeść śniadanie. Wykopawszy sporą dziurę w ziemi, wsadzili do niej pełen plecak, i kilka pełnych kartonów jedzenia, zakryli wszystko arkuszem blachy i zakopali ponownie. Na polecenie Konrada nasypali jeszcze na wierzch kilka łopat śniegu, po czym wszyscy zjedli szybki posiłek, zapakowali się i wyruszyli dalej.
   *
   - Piesku, aport! – Patrycja rzuciła kolejny patyk.
   Jednak owczarek nie zareagował. Stał w miejscu, obserwując patyk, dopóki ten nie upadł, po czym wrócił do swojego zajęcia – wąchania wszystkiego naokoło.
   - Pati, on jest za młody – Konrad pouczył córkę. – Nie będzie aportował, bo jeszcze nie umie.
   - Właściwie, to nie wiemy co on umie, a czego nie – zauważył Stasiek, po czym podrapał się po głowie i zastanowił się nad czymś. – A jak on, tak właściwie, się wabi?
   Cisza świadczyła tylko o tym, że nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie.
   - Chyba nikt się nad tym nie zastanawiał – Stasiek stwierdził rzecz oczywistą. – Jakieś propozycje? Tylko nie "Puszek”, jeśli można, co drugi pies się tak wabi.
   Cisza panowała nadal, nikt nie potrafił wymyślić imienia dla owczarka. Pati, co prawda, miała już coś powiedzieć, ale kiedy Stasiek zastrzegł, żeby nie nazywać go "Puszek”, natychmiast zamknęła usta i umilkła, jak reszta. Staruszek popatrzył po wszystkich jeszcze przez jakąś minutę, po czym westchnął.
   - Jak mieszkałem w tym pustostanie w Warszawie, zanim założyciel mnie stamtąd wyrzucił, poznałem wielu ludzi – zaczął Stasiek, a każdy spojrzał na niego. – Był tam taki jeden… nie pamiętam jak on się naprawdę nazywał, ale nie był do końca normalny. Fascynował się Japonią do tego stopnia, że przedstawiał się każdemu jako "Hyugi”, wiecie, wymyślił sobie Japońskie imię. Śmieliśmy się z niego, ale nie z powodu imienia, tylko dlatego, że miał takie rysy twarzy, że jego twarz wyglądała dosłownie jak pysk psa. Kiedyś sobie tak pomyślałem, że jeśli kiedykolwiek miałbym mieć psa, nazwę go właśnie Hyugi. Co wy na to?
   - Imię dobre, jak każde inne – zaczął Robert. – Nie mam obiekcji.
   - Takie niecodzienne, ale może być – zauważyła Alicja.
   - Pati, może być? – spytał Konrad.
   Dziewczynka popatrzyła na owczarka, biegającego od punktu do punktu i węszącego gdzie się da. Wreszcie wzięła do ręki kolejny patyk i rzuciła go przed siebie.
   - Hyugi, aport!
   Owczarek nie zareagował.
   *
   Noc zastała ich w malutkiej mieścinie, w której nie widzieli żywej duszy. Pięć domów na krzyż, stojących wzdłuż jednej, asfaltowej drogi, otoczonych lasem. Skierowali się do jednego z tych domów, tego wyglądającego najlepiej i rozbili tam obóz. Drewna mieli pod dostatkiem, gdyż ten, kto tu mieszkał, musiał wyjątkowo lubić stare, drewniane meble. Nie minęło dwadzieścia minut, a ognisko się paliło, posłania były naszykowane, Alicja natomiast zajęła się gotowaniem czegoś na kolację.
   Robert układał sobie właśnie koce, kiedy zawołał go Konrad. We dwóch wyszli na dwór pod pretekstem nazbieranie drewna z połamanych drzew, a kiedy tylko oddalili się na kilkanaście metrów od zrujnowanego domu, Konrad zaczął rozmowę.
   - Dobre miejsce, nie sądzisz? Sporej wielkości polanka, otoczona przez las. Moglibyśmy oczyścić to miejsce z tych ruin i zbudować tu jakiś porządny dom. Potem, na wiosnę, zasiać warzywa, zboże... może złapalibyśmy jakieś kury, czy inne zwierzęta i zaczęli je hodować… Powiedz coś. Doradź mi.
   - Co miałbym doradzić? – spytał Robert. – To twoja decyzja co poczniemy. Ty tu rządzisz, jak powiesz, tak zrobimy.  
   - Naprawdę już nie wiem co robić – przyznał barczysty. - Gdzie byśmy nie poszli, nie czeka nas tam nic lepszego niż tutaj. Może być tylko gorzej. A tu moglibyśmy zacząć zakładać powoli jakąś osadę, czy coś w tym stylu. Co ty na to?
   - Uważam to za dobry pomysł, ale nadal nie wiem, dlaczego to mnie pytasz o radę. Powinieneś spytać o to wszystkich, możemy wrócić i to przegłosować.
   - Tak, powiem o tym wszystkim, ale… Zrozum, uważam cię za wartościowego człowieka, godnego zaufania, mądrego, przydatnego. Dlatego najpierw pytam cię o twoje zdanie. Chciałbym wiedzieć co o tym sądzisz, o moim pomyśle.
   Robert rozejrzał się po polanie, po stojących na miej domach, po drodze przecinającej wieś, zaczynającej się głęboko w lesie, a kończącej się po drugiej stronie, daleko, między drzewami. Polana była mniej więcej w kształcie koła o promieniu niecałych pięciuset metrów
   - Pomysł sam w sobie dobry, choć wiesz o tym, że długoterminowy?
   - Oczywiście, że wiem! – prychnął barczysty. – To będzie plan wieloletni, przecież nie zrobimy wszystkiego w rok, czy dwa! Byłem swego czasu budowlańcem, wiem ile czasu się zejdzie przy budowie domu bez pustaków, cementu i całej reszty. Ale musimy spróbować.
   - Musimy – przyznał blondyn. – Musimy obrać jakiś cel i się go trzymać, nie możemy żyć bez punktu zaczepienia.
   - Widzę, że się rozumiemy – Konrad wyszczerzył zęby. – Bardzo dobrze, wracajmy do nich i podzielmy się z nimi tym pomysłem.
   Nazbierali po kilka grubszych gałęzi i wrócili do obozu. Kolacja była już gotowa, zjedli więc, gawędząc miło przy okazji i wychwalając Staśka, że znalazł on tamtego dostawczaka. Po wieczerzy, kiedy każdy szykował się już do snu, Robert, w celu przypomnienia barczystemu, że ten miał coś oznajmić, szturchnął Konrada łokciem.
   - Wiem – mruknął mu Konrad, po czym wstał i zabrał głos. – Mam do was pewną sprawę. Widzieliście gdzie się znajdujemy, rozejrzeliście się już i zauważyliście jak wygląda ta wieś. Doszliśmy z Robertem do wniosku, że moglibyśmy tu zostać i założyć stały obóz. Co wy na to?
   - Miałem nadzieję, że to powiesz – przyznał Stasiek. – Widziałem jak wygląda ta okolica i pomysł, żeby tu zamieszkać jest dobry. Nikt nas nie będzie widział, ani niepokoił, będziemy mogli żyć tu w spokoju.
   - Dlaczego tu, a nie gdzie indziej? – spytała Alicja, unosząc jedną brew.
   - Tu będzie najlepsze do tego miejsce – zaczął tłumaczyć Robert. – Otoczona lasem polanka, gdzie można hodować rośliny, a nawet zwierzęta. Rozbierzemy te domy i będziemy mieli budulec na nowe.
   - A nie sądzicie, że nadal jesteśmy zbyt blisko Warszawy? – kobieta spojrzała na Konrada. – Będzie się tu kręciło dużo ludzi. Nie, żebym była niegościnna, ale jedzenia, łącznie z tamtym zakopanym, wystarczy dla nas na jakieś półtora, do dwóch miesięcy. Przy dodatkowych pięciu ludziach, a tylu nas tu znajdzie na pewno, żywności zostanie nam na jakieś dwa tygodnie. Ludzi przecież nie będziemy wyrzucać, albo ich przyjmiemy, albo rozgadają w okolicy, że mamy duże zapasy i na nas napadną. Przemyślcie to jeszcze raz.
   Robert był pod wrażeniem. Sam nie potrafił wydedukować przez godzinę tego, co ta kobieta w dwie minuty. Spojrzał na Konrada, a kiedy napotkał jego wzrok, kiwnął głową.
   - Ona ma rację. Jeśli przyjdą tu ludzie, będziemy mieli do wyboru tylko przyjąć ich, lub wyrzucić, mając nadzieję, że nie wrócą tu po tygodniu ze znajomymi. A jeśli przyjdzie tu za dużo ludzi, wtedy szybko skończą nam się zapasy.
   - Ech… - westchnął Konrad. – To komplikuje sprawę…
   - Czyli nie zamieszkamy tutaj? – spytała Patrycja, leżąc już w śpiworze, przy którym leżał też Hyugi.
   - Raczej nie – Konrad podrapał się za uchem, następnie po brodzie, aby na koniec jego ręka wylądowała na czubku głowy. – Skąd pewność, że będą tu przychodzili ludzie? Robert?
   - Idziemy na wschód od Warszawy – przypomniał blondyn. – Większość ludzi pójdzie na wschód.
   Konrad zaklął, po czym usiadł i zastanowił się chwilę.
   - Jutro o tym porozmawiamy, dziś jestem już zmęczony – oznajmił wreszcie. – Może jutro uda nam się coś wymyślić.
   - Może w końcu szczęście się do nas uśmiechnie – dodał Stasiek, okrywając się kocem.
   *
   Przebudziła się, gdyż natura dała jej o sobie znać. Wiedziała, że nie wytrzyma do rana, wyślizgnęła się więc ze śpiwora, starając się być jak najciszej, aby nikogo nie pobudzić. Założyła buty, kurtkę i szybko wyszła z domku, chowając się za powalonym drzewem. Odgarnęła śnieg do samej ziemi, tak jak nauczyła ją Alicja i w tym miejscu załatwiła szybko potrzebę fizjologiczną. Już miała wracać do obozu, gdy jej wzrok przykuł błysk, dochodzący z oddali. Rozejrzała się na boki, po czym ruszyła w kierunku przedmiotu odbijającego blask księżyca. Okazało się, że była to metalowa tabliczka, przybita do powalonego drąga. Patrycja przetarła śnieg z tabliczki i przeczytała widniejący na niej napis, znajdujący się obok prostej strzałki.
   Hotel "Zielony Przylądek”, 4 KM.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5473 słów i 30991 znaków, zaktualizował 24 gru 2015.

4 komentarze

 
  • iza0199

    Nie ma o co się przyczepić, oprócz ilości powtórzeń przy zakopywaniu zapasów :lol2:

  • Kuri

    @iza0199 Ups xD Obiecuję, że w przyszłości zredaguję ;)

  • Gabi14

    Jeżeli spodoba mi się jakieś opowiadanie, zawsze pozostawię po sobie ślad w postaci komentarza :)

  • Kuri

    @Gabi14 To się chwali ;) P.S. Właśnie skończyłem pisać rozdział nr. 9, więc jak na razie możesz być spokojna, do 9 rozdziału będę zamieszczał kolejne części w regularnych odstępach ;)

  • Kuri

    Dzięki i jednocześnie gratulacje, jesteś pierwszą osobą, która skomentowała moje wypociny :D Póki co rozdziały ukazują się co tydzień, zobaczymy, czy będzie tak do końca xD A "zboże" już poprawiam, dzięki za wskazanie błędu ;P

  • Gabi14

    Muszę ci szczerze powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Świetnie wykreowany świat i bohaterowie. Całość niezwykle ciekawa i długa co jest kolejnym dużym plusem. Jeden błąd wyłapałam, otóż "zboże" przez "ż". Ale tak to jest wszystko świetnie i czekam z niecierpliwością na kolejną część :)