Ziemia z popiołów II: Rozdział 03 – Akt oskarżenia

Ziemia z popiołów II: Rozdział 03 – Akt oskarżenia- Ciesz się, Kopa - rzucił dowódca oddziału. - To twoja pierwsza akcja. Jak się czujesz? Ja na pierwszej misji cieszyłem się jak cholera. Spełniły się moje marzenia. Zawsze chciałem być w policji, a dostałem się do najlepszego oddziału policyjnego, jaki kiedykolwiek powstał. Będąc w PP masz praktycznie nieograniczoną władzę, rozumiesz to? Robisz co chcesz! Oddział wzorowali na amerykańskiej policji. Możesz dać komuś kulkę w łeb, po czym napisać w raporcie, że gość wzbudzał twoje zaniepokojenie i tyle wystarczy. Nic ci za to nie zrobią. Poza tym mamy immunitet. Możesz jechać dwieście w terenie zabudowanym i też ci nic nie zrobią. Pokazujesz odznakę i to ty ochrzaniasz ich, nie oni ciebie. To, co dla nich jest sufitem, dla nas jest podłogą. Ech, Kopa, Kopa. Jeszcze nie wiesz, jakie szczęście cię spotkało. Niedługo się dowiesz. Uwierz mi. Widzisz tę kartkę? To akt oskarżenia osoby, którą dziś zamkniemy. Kobieta jest rysowniczką. Narysowała karykatury kilku wpływowych ludzi, które zostały umieszczone w paru gazetach. Redakcji gazet nie zamkniemy, przecież mamy wolność słowa. Ale ją możemy. Za znieważenie osób publicznych, tak tu napisali. Dobra, zbieraj się. Dziś jest twój dzień. Widzę cię za dziesięć minut na dole.
   *
   Wbiegła na schody. Widziała człowieka nachylonego nad Robertem. Mężczyzna był wysoki i chudy. Uniosła do góry prowizoryczną włócznię, zrobioną przez Przemka, celowała w plecy. Była już na ostatnim schodku, gdy mężczyzna obrócił się i uderzył ją pięścią w twarz. Poleciała do tyłu, wylądowała plecami na podłodze. Siła uderzenia była tak duża, że całe powietrze uleciało jej z płuc.  
   - Oj, chudzinko, nie zabiłem cię? Przecież silniejszy wiatr mógłby cię połamać - usłyszała mężczyznę. - Jeszcze was tam więcej gdzieś się czai? Jak tak, to mogą już wyjść.
   Mężczyzna milczał, obserwował wijącą się z bólu nastolatkę, trzymającą się za twarz. Zaczął powoli schodzić ze schodów, krok za krokiem, stopień za stopniem. Patrzył na dziewczynę, całą uwagę skupiając na rozmyślaniu, po co te dzieciaki tu przyszły. Doszedł do wniosku, że najprościej będzie po prostu spytać.
   - Po kiego żeście tu przyleźli? Chyba wiedzieliście, że tu jesteśmy i że nie oddamy ani tego miejsca, ani jedzenia. Więc? Na co się tu pchaliście?
   Ewelina nadal leżała na ziemi, płakała z bólu. Twarz miała zalaną krwią, domyśliła się, że ma złamany nos. Nie była przyzwyczajona do takiego bólu.
   - Nie chcesz mówić, to nie - mężczyzna złapał ją za włosy, uniósł do góry. - Za chwilę pogadamy inaczej. Jeszcze bardziej cię zaboli.
   *
   - Mamy nowicjusza! - obwieścił radośnie dowódca oddziału. - Miejmy nadzieję, że spodoba mu się ta robota. Z góry zaznaczam, że nie życzę sobie żadnych rasistowskich komentarzy, funkcjonariusze Policji Porządkowej powinni umieć zachowywać się w cywilizowany sposób. Na wszelki przypadek przypomnę, że każdy funkcjonariusz, niezależnie od koloru skóry, wyznania, czy orientacji seksualnej ma te same przywileje, co reszta. Za chwilę tu do nas zejdzie, uprzedzę więc was, że przyjechał do nas z Afryki. Nazywa się... Czekajcie, gdzieś tu mam kartkę. Kopanang Mbongane. Możecie mówić do niego, w skrócie, Kopa. Bardzo dobrze mówi po naszemu, praktycznie bez akcentu. Przed nim pierwsza akcja, damy więc mu się wykazać. Łapiemy babę, do której jedziemy, on zakuwa ją w kajdany, jedziemy do Strefy, i czekamy, aż on ją tam zaprowadzi. Musi mieć wrażenia po pierwszym zatrzymaniu, no nie? Na koniec odwozimy go na posterunek i robimy małą imprezkę. W zeszłym tygodniu zamknęliśmy faceta, który pędził bimber, pamiętacie? Gdzie ten bimber?
   - Zaliczyliśmy go jako dowód do prowadzenia sprawy, panie kapitanie.
   - Świetnie, czyli nadal leży nietknięty. Jak tylko wrócimy, od razu po niego lecimy. Ktoś kupi jeszcze jakieś chrupki i piwo, potem oddam to w premii. Jakieś pytania?
   - Ja mam jedno, panie kapitanie. Czemu jedzie nas ośmiu, na dwa samochody, do zatrzymania jednej kobiety? Pozwolę sobie zauważyć, że ze dwóch może zostać i już szykować wszystko na powrót reszty.
   - Kowalski, czemu ty się zawsze musisz mądrzyć? Nie zostawię nikogo, bo zanim wrócimy, to dla tych, którzy zostaną będzie już dawno po imprezie. Pamiętajcie, jak pracujemy, to wszyscy, a jak pijemy, to też wszyscy. Mam nadzieję, że nie ma więcej pytań? I świetnie. O! Akurat idzie. Drodzy panowie, oto wasz nowy kolega. Kopanang Mbongane.
   *
   Widziała ich. Najpierw Grochu przyniósł jakiegoś chłopaka, żylastego i łysego. Zaniósł go do jednego z wolnych pokojów. Widziała przez szparę między drzwiami a futryną, jak zawiązuje mu ręce i nogi, po czym schodzi na dół. Następnie wniósł drugiego chłopaka. Ten był blondynem. Gdy wchodził z nim do pomieszczenia, z pokojów powychodziły inne dziewczyny. Monika nienawidziła ich i gardziła nimi, gdyż same, z własnej woli, postanowiły tu zostać, zdane na łaskę tych zwyrodnialców. Pytały się, co się stało, kim są ci, których wnosi do pokoju. Jednak Grochu nie odpowiedział im ani słowem, po prostu ryknął na nie, nawyzywał od dziwek i kazał im wracać do siebie, po czym związał blondynowi ręce i nogi, ponownie schodząc na dół. Tym razem przyprowadził Naziego, podtrzymując go, żeby nie upadł, oraz młodą dziewczyną, którą prowadził, trzymając ją za włosy. Dziewczyna była rozczochrana, włosy zakrywały jej twarz, więc Monika nie widziała jak tamta wygląda. Gdy tylko Grochu ją tam wprowadził, po czym zamknął drzwi, Monika, korzystając z tego, że drzwi do jej pokoju były tylko uchylone, wyszła na korytarz. To była idealna okazja do ucieczki. Chciała zbiec ze schodów, wybiec na zewnątrz, uciekać jak najdalej, lecz coś ją trzymało. Coś nie pozwalało jej tak po prostu uciec, zostawić tych biednych ludzi, którzy wpadli im w łapy. Nie wierząc w to, co robi, podeszła do drzwi, za którymi skryła się dwójka z jej oprawców.
   *
   Gdy tylko weszli, popchnął ją z całej siły. Uderzyła w ścianę, osunęła się na podłogę. Spojrzał na całą trójkę, po czym na rannego Naziego, który usiadł na krześle. Był blady, spocony, musiał stracić dużo krwi.
   - Ja się czujesz?
   - Źle.
   - Uciskaj mocniej. Nie mam pojęcia, co można z tym zrobić.
   - Ja wiem - syknął Nazi, łapiąc nóż blondyna. - Zaraz ich rozpruję! Skurwysyny zabiły...
   - Czekaj - uspokoił go Grochu. - Najpierw musimy się dowiedzieć po co przyleźli. A jak jest ich więcej? Lepiej się tego od nich dowiedzieć.
   - Przecież ona nam powie. Ich możemy rozpruć.
   - Usiądź. Nie możesz chodzić w takim stanie, musisz siedzieć i odpoczywać.
   Nazi splunął, odłożył nóż.
   - Po co tu przyszliście? - spytał, patrząc na nastolatkę.
   - Po moją ciocię - odpowiedziała mu Ewelina, nadal zakrywając złamany nos.
   *
   Weszli we czterech do samochodu. Usiadł z tyłu, po lewej stronie. Był poddenerwowany, tak naprawdę nie miał zielonego pojęcia, co go czeka. Czy kogoś zabiją? Pobiją? Co będą musieli zrobić?
   - Chcesz? - spytał Kowalski, podsuwając mu miętową gumę do żucia.
   - Dzięki - odpowiedział, biorąc jeden listek.
   Ruszyli. Za nimi jechał kolejny samochód, w którym siedziało kolejnych czterech ludzi. Tak jeździło PP, w bandach, żeby zawsze można było liczyć na przewagę liczebną. Oficjalne przepisy mówiły, że nie mogą jeździć w grupach mniejszych niż czterech ludzi. Wiedział, co było przyczyną napisania akurat takich przepisów, mówili mu o tym na wykładach. Zwykli, szarzy obywatele nienawidzili PP, uznawali ich za grupę ludzi, których trzeba zniszczyć. Dlatego funkcjonariusze zawsze chodzili w kominiarkach, a w ich papierach były podane fałszywe zawody, żeby nikt nie dowiedział się, kto pracuje w PP. Gdy tylko zdarzyło się komuś, że wygadał, gdzie tak naprawdę pracuje, zazwyczaj znajdowano go kilka dni później w rzece. Dlatego też chodzili w grupach, gdyż na pojedynczych funkcjonariuszy łatwo było napaść. Musieli zachować wszelkie środki ostrożności, nieważne, jak irracjonalne by się one nie wydawały. Mimo tego, że mieli immunitet, każdy błąd mógł ich kosztować życie.
   - O czym tak rozmyślasz? - spytał dowódca.
   - Ogólnie.
   - Co, denerwujesz się?
   - Jak cholera.
   - Haha! Nie ma co się denerwować. Ochłoń, chłopie. Jesteśmy z tobą. Teraz słuchaj. Wchodzimy wszyscy, ja wyczytuję akt oskarżenia, muszę, jestem dowódcą, a ty zakuwasz ją w kajdany i wyprowadzasz do tego samochodu. Siada między wami, z tyłu, odwozimy ją do Strefy. To twoja pierwsza akcja, więc zaprowadzisz ją tam i zostawisz. Rozumiemy się?
   - Rozumiemy. Wiem, co mam robić, mówili mi, że każdy na pierwszej misji musi odwieźć skazanego.
   - Taka tradycja. Po wszystkim wracamy do kwatery, gdzie czeka cię niespodzianka. No już, rozchmurz się - dowódca poklepał go po ramieniu. - Teraz będzie tylko lepiej.
   *
   Serce jej zamarło. Znała ten głos. Minęło tyle lat, ale jej głos poznałaby wszędzie. Ewelina. Szuka jej. Przyszła tu po nią. Niewiele myśląc, wróciła do pomieszczenia gdzie ją przetrzymywali. Znalazła tam butelkę, którą stłukła, dzięki czemu uzyskała ostrą broń. Wytarła pot z twarzy, wiedziała, że teraz wszystko zależy od niej.
   *
   Ocknął się natychmiast, gdy tylko poczuł wodę na twarzy. Rozejrzał się i natychmiast zauważył w jak beznadziejnej sytuacji się znajdują. On i Przemek, też ocucony, byli związani, Ewelina siedziała przy nich, natomiast dwóch mężczyzn, jeden trzymający nóż, który dostał od Staśka, drugi pistolet Przemka, patrzyli prosto na nich.
   - Było przyłazić? - spytał jeden z nich, ten wyższy. - Który cię postrzelił?
   - Ten - drugi mężczyzna wskazał na Przemka.
   Ten wysoki natychmiast złapał łysego, podniósł. Przeszedł z nim może metr, po czym rzucił go na podłogę.
   - Lewa, czy prawa? - spytał, stając jedną nogą na plecach Przemka.
   - Tylko spróbuj, skurwysynu - ostrzegł łysy.
   - Lewa - odpowiedział ten postrzelony.
   Rozległ się odgłos wystrzału, ryk pełen bólu, krew trysnęła do góry. Robert i Ewelina patrzyli, przerażeni, jak ich kompan wije się z bólu, w czasie, gdy z lewego uda tryskała mu posoka.
   - A ty - mężczyzna z pistoletem wskazał na blondyna - zabiłeś Matiego. Zrzuciłeś go ze schodów. Spotka cię odpowiednia kara.
   Mężczyzna zerwał szmatę z okna, złapał Roberta, wepchnął go w otwór. Blondyn krzyczał, klął, słyszał krzyki Eweliny. Wszystko działo się jak w zwolnionym tempie, to, co widział było rozmyte, wydawało się snem. Po chwili jednak dotarło do niego, że to nie sen. Mężczyzna naprawdę wepchnął go przez okno, w którym ledwo co się mieścił, po czym wypchnął.
   Robert spadał z drugiego piętra.
   *
   - I on powiedział, że jest niewinny - dowódca kontynuował swój monolog. - Ja mu na to, że mam to w sumie w dupie, po prostu mam rozkaz. On mi, że Bóg mu świadkiem, że go tam nie było. Ja mu znów, że huj mnie to, tu mam papier, że mam go zamknąć. Wtedy zaczął na mnie wrzeszczeć, że jestem nienormalny, że go tam nie było, że nie wie o co chodzi. Wrzeszczał chyba ze dwie minuty bez zaczerpnięcia powietrza! Wtedy, nagle, dał mi w mordę. Mi! I zaczął spierdalać. Chłopaki pomogli mi wstać, Kowalski był wtedy ze mną, złapał skurwysyna. Przyprowadził go, postawił przede mną. Wiesz, co robił? Modlił się! Czaisz to? Nie błagał mnie o przebaczenie, nie przepraszał, nie szczał w gacie, ale modlił się! Ja mu dałem w mordę, wypluł kilka zębów, obiłem go jak prosię, nie będzie mi tu gnojek podskakiwał. Tylko dostał parę razy, od razu się uspokoił i nie kozaczył. Potem odwiozłem go do Strefy i zaprowadziłem. Na bramce stał znajomy, spytał, co mu się stało. Powiedziałem, że potknął się i walnął twarzą w krawężnik. A tamten zaczął się drzeć, że to ja mu dałem w mordę. I wiesz, co na to znajomy? Ten na bramce? Dał mu z liścia i powiedział, nie ciebie, huju, pytałem, to się nie mądrzyj! Czaisz? Tak mu powiedział! Facet poryczał się tam! Normalnie skamlał jak bity pies! Jakbyś go wtedy zobaczył, to poszczałbyś się ze śmiechu! Ci przy bramce to tam popadali, trzymali się za brzuchy. Takich kabaretów, to nawet w telewizji nie ma! Teściowi opowiadałem, on też był w PP, teraz na emeryturze, wciągnął mnie tu, to też był ubaw. Bo na jednej misji go postrzelili. Przebili tam jakieś coś w jelicie chyba, kiedyś mi tłumaczył, ale nie pamiętam i od tamtej pory zwieracze mu czasem nie trzymają, to chodzi w pieluchach. Jak usłyszał, to ryczał chyba pół godziny ze śmiechu. Tak narobił w tym czasie w te gacie, że mu aż nogawką pociekło! Czaisz? Do końca dnia nic nie mogłem zjeść! Eh, to były czasy... Zobaczysz, Kopa, ty za kilka ładnych lat też usiądziesz kiedyś i będziesz opowiadał, co robiłeś na akcjach. Nie wiesz nawet ile śmiechu przy tym. A! Drugim razem, to było jakieś dwa lata po tym, jak się dostałem, łapaliśmy jakiegoś... chyba Holendra. Zresztą, huj teraz wie, to było tyle lat temu. Chriss Dolgon? Jakoś tak się nazywał. Dostał trzy lata za jakieś memy o politykach, mieliśmy go tylko złapać. Kwiatki wtedy wiózł, cały samochód tego miał. Zajechaliśmy mu drogę, pamiętasz, Kowalski? Kowalskiego wtedy nawyzywał po angielsku, a ten mu wysadził z łokcia w ryj! Stracił przytomność, zbieraliśmy go chyba z dobry kwadrans...
   *
   Przemek nie wierzył w to, co widział. Tamten po prostu wyrzucił Roberta za okno.
   - Teraz ty, gnoju - powiedział, przekręcając łysego na plecy. - Naziego postrzeliłeś w kolano, to ci oddałem. Ale Grabie strzeliłeś w klatę. Za to też ci oddam.
   Przemek zamknął oczy. Nie chciał tego widzieć, miał nadzieję, że nic nie poczuje. Nadzieja nadzieją, przeszło mu przez myśl, strzał w klatę nie zabija na miejscu, będzie bolało jak cholera.
   *
   Otworzyła drzwi, wbiegła do środka, cięła na oślep. Gdy tylko oprzytomniała na tyle, żeby się rozejrzeć, zobaczyła, że prawa ręka Grocha jest rozcięta aż do kości. Mężczyzna darł się z bólu, starając się drugą ręką zatamować krwotok. Nagle ktoś, kto leżał pod stopą mężczyzny obrócił się, złapał go za nogę i przewrócił. Niemal w locie złapał pistolet, który Grochu wypuścił z dłoni, obrócił się i wystrzelił w Naziego, który rzucił się na niego z nożem. Bezwładne ciało opadło, przygniatając nogę łysego, który ryknął z bólu. Monika rozejrzała się ponownie po pomieszczeniu, jej wzrok skierował się w sam róg pomieszczenia. Zauważyła tam młodą dziewczynę, skuloną, płaczącą. Poznała ją.
   - Ewelina... - westchnęła, nie czując nic innego, poza ulgą.
   *
   Kopa nie słuchał. Dowódca opowiadał nadal, Kowalski i kierowca słuchali go, śmiejąc się czasem, czy rzucając własne uwagi. Ale on miał dość. Czy ci ludzie naprawdę to robili? Znęcali się nad innymi ludźmi, po czym zamykali w Czarnych Strefach? On też miał to robić? Teraz? To miało dać mu utrzymanie, żeby tylko miał co jeść?
   - Jesteśmy - powiedział Kowalski, rzucając mu kominiarkę.
   Założyli je, po czym wyszli z samochodu. Dowódca dał znać i ruszyli. Wyważyli drzwi, weszli do środka. Minęli korytarz, znaleźli ją w kuchni. Nie stawiała oporu, jakby doskonale wiedziała, że ten dzień nadejdzie. Kopa podszedł, zakuł ją w kajdanki, wyprowadził w stronę samochodów. Na chodnikach zbierali się gapie, wyciągnęli więc broń, aby nikomu nie przyszło do głowy ratowanie kobiety. Kowalski otworzył drzwi, do których Kopa ją skierował. Usiadła na środku, schowała głowę między nogi, wydawało się, że zaczęła płakać. Dowódca odczytał akt oskarżenia, po czym spytał, czy kobieta przyznaje się do winy. Ta nie odpowiedziała, teraz już nie ukrywała płaczu.
   - Uznajmy to za przyznanie się - rzucił Kowalski.
   - Też mi się tak zdaje - odpowiedział dowódca. - Jeszcze nikt nigdy nie powiedział, że nie zgadza się z aktem oskarżenia.
   *
   Spadał. Ten człowiek wyrzucił go za okno. Odruchowo chciał złapać się dziury po oknie, która była piętro niżej, jednak miał związane ręce. Leciał dalej na dół, adrenalina skoczyła do maksymalnego poziomu. Widział wszystko jak w zwolnionym tempie, obrazy układały się w rozmytym ciągu wydarzeń. Nagle przestał spadać, wleciał w zaspę śnieżną... i tyle. Śnieg zamortyzował całą siłę uderzenia, jedynie potłukł sobie trochę prawą rękę, która pierwsza miała kontakt z podłożem. Przeżył. Gdy tylko adrenalina opadła do znośnego poziomu, usiadł i wziął się za rozwiązywanie sznura, który krępował mu nogi. Po minucie rozwiązał węzeł, wstał, ruszył, aby okrążyć budynek. Przedarł się przez zaspy, wbiegł do środka. Wykorzystał leżące kawałki szkła, aby rozciąć sznur wokół dłoni, kalecząc przy tym nadgarstki. Gdy tylko oswobodził się całkowicie, rzucił się biegiem w stronę schodów, gdzie wpadł na zbiegającą na dół Ewelinę. Nie widzieli się, więc doszło do zderzenia, każde odleciało na pół metra w stronę z której przybiegło.
   - Robert! - krzyknęła nastolatka, rzucając mu się na szyję. - Żyjesz!
   - Dużo śniegu tam, na dole - odpowiedział jej, odsuwając od siebie. - Gdzie Przemek?
   - Żyje. Na górze. Ciocia zajmuje się jego nogą.
   - Twoja ciocia?
   - Tak - Ewelina ukazała naprawdę szczęśliwy uśmiech. - Ona żyje. Znaleźliśmy ją.
   *
   Siedzieli w ciszy. Kobieta, która siedziała między nimi, przestała już płakać, lecz nadal nie podnosiła głowy. Cała podróż odbyła się dość monotonnie, urozmaicona była tylko podskokami samochodu, gdy wjechali w większą dziurę w drodze. Mijali właśnie jakiś las, przez który szła jedna droga, odbijająca od głównej trasy.
   - Tam - dowódca wskazał na las - w środku jest fajny hotel. Zielony Przylądek. Byłem tam z żoną zaraz po ślubie, przez tydzień nie wychodziliśmy z łóżka. Oj, działo się wtedy, działo. Jak znajdziesz sobie jakąś panienkę, to zabierz ją tam, będzie wniebowzięta. Wszędzie zielono, miła obsługa, dobre jedzenie. I tania wódka.  
   - Wątpię, żebym miał okazję tam jechać - odpowiedział Kopa, czując się nieswojo, kiedy prowadził najzwyklejszą rozmowę przy osobie, którą wiózł do Czarnej Strefy. - Tutejsze kobiety niespecjalnie się za mną oglądają.
   - Weź przestań. Wyłapiesz jakąś, prędzej, czy później. Kowalski? Ty masz siostrę, no nie? Zapoznaj ich ze sobą.
   - Mówicie do siebie po nazwiskach przy więźniach? - spytał Kopa, nim zdążył ugryźć się w język.
   - Kowalski, to najpopularniejsze nazwisko w tym kraju, możesz śmiało tak do mnie mówić przy każdym. Siostry ci nie przedstawię, po pierwsze jest dziesięć lat młodsza od ciebie, po drugie ma chłopaka. Ale matka kapitana jest wolna.
   - E, Kowalski, uważaj sobie - powiedział dowódca, po czym wybuchnął śmiechem. - Nie słuchaj Kowalskiego, to kretyn jakich mało. A co do hotelu, to naprawdę, fajne miejsce. Nawet jak będziesz miał urlop, to polecam. Będziesz mógł na tydzień wpaść.
   - Zapamiętam. Wpadnę tam kiedyś.
   *
   Rozpalili ognisko na korytarzu, zaraz przy wyjściu z budynku. Monika skończyła opatrunek na nodze Przemka w chwili, gdy do Warowni wrócił Robert, niosąc torbę Eweliny, który schowali na zewnątrz. Rozsiedli się przy ogniu, okryli kocami.
   - Spakowałam tu trochę jedzenia od nich - Ewelina, wtulona w ciotkę, wskazała na torbę, która stała pod ścianą. - Starczy nam na powrót.
   - Ze trzy dni - Przemek uprzedził pytanie, które zastygło na ustach Moniki. - Mam nadzieję. Nie wiem, jak dam radę iść z tą nogą. Ale myślę, że za trzy dni będziemy na miejscu. Dziś zostajemy tu. Wyruszamy jutro rano.
   Znów zapadła chwila ciszy. Po jakimś czasie Monika przytuliła mocniej Ewelinę, obie uroniły po kilka łez.
   - Dziękuję wam - powiedziała kobieta. - Naprawdę. Ja nigdy... Nie wiecie, jak wiele dla mnie... Dla nas zrobiliście. Dziękuję.
   *
   - Nie dziękuj, podwózka była wliczona w koszta - zażartował dowódca, gdy tylko dojechali do Strefy. - No, stary, wiesz, co robić. Powodzenia.
   Kopa wyszedł z samochodu, poczekał, aż kobieta wyjdzie za nim. Nogi i ręce mu się trzęsły, chciał mieć to jak najszybciej za sobą. Złapał ją, zgodnie z przepisami, za prawy nadgarstek, po czym ruszył w kierunku muru. Podszedł do najbliższej bramy, pilnowanej przez kilku strażników. Już po chwili jeden z nich, z wielkim brzuchem, wyszedł z kanciapy i podszedł do niego.
   - Zmarnuje się tam - powiedział, przyglądając się kobiecie. - Daj papier.
   Kopa podał mu akt oskarżenia, na który tamten naniósł pieczątkę.
   - Otworzyć bramę!
   - Za bramą czysto!
   - Otwieram!
   Masywne, żelazne wrota otworzyły się, więc ruszył, popychając kobietę. Przeszli na drugą stronę muru, odeszli na kilkanaście metrów. Kopa spojrzał na akt oskarżenia, musiał go teraz przeczytać. Znał procedury. Spojrzał ponownie na kobietę. Nie potrafił tak. Zasłonięty, bezpieczny, upokarzał ją. Dawał widoczny znak, że ona jest nikim. Zdjął kominiarkę, ukazał jej swoją twarz. Patrzyła na niego długo, badała jego twarz, jakby starała się ją zapamiętać. Tak, pomyślał Kopa, teraz jesteśmy kwita. Ja niszczę ci życie, powinnaś wiedzieć chociaż to, jak wyglądam. Spojrzał ponownie na akt oskarżenia, przeczytał go, na sam koniec dodając formułkę, którą wbili mu w pamięć w akademii. Teraz, tutaj, doszedł do wniosku, że ta formułka jest jednym, wielkim żartem.
   *
   Wraz z nastaniem ranka wyruszyli. Minęli mur otaczający Czarną Strefę najszybciej, jak się dało, uciekali przed nią. A dokładniej uciekała ona. Nie oglądała się za siebie, nie chciała więcej widzieć tego miejsca, nawet z oddali. Co jakiś czas robili sobie przerwę, żeby Przemek mógł odpocząć. Podczas całej podróży Robert go podtrzymywał, ale i tak męczył się, a do tego co jakiś czas krwotok się ponawiał, zatrzymywali się wtedy na dłużej. Gdy przechodzili obok sterty ciał, która przykryta była śniegiem, Monika aż zaniemówiła. Owszem, widziała w Czarnej Strefie wiele okropieństw, ale jeszcze nigdy nie widziała tylu martwych ludzi na raz.
   - Przyzwyczajaj się - uprzedził Przemek. - To dopiero początek. Jest ich o wiele, wiele więcej.
   Obozowali około dwóch kilometrów dalej, skryci w przewróconym busie. Rozpalili ognisko, ustalili warty. Ostatecznie z wart i tak nic nie wyszło, każdy był wyczerpany, ustalili więc, że co ma być, to będzie, po czym wszyscy położyli się spać.
   *
   - Brawo, Kopa! - pochwalił dowódca. - Twój pierwszy więzień odsiaduje wyrok! No już, nie smuć się, gdyby umiała się dostosować, była przyzwoitą obywatelką, to by do tego nie doszło. Sama jest sobie winna. Mamy dla ciebie niespodziankę z chłopakami. Chlałeś kiedyś bimber? To napijesz się pierwszy raz w życiu. Wracamy na komendę, zamykamy się od środka i balujemy. Trzeba się odstresować, nie? W ogóle, to powinienem cię ochrzanić za kominiarkę, czemu ją zdjąłeś? Zdejmujemy je tylko w samochodach, tu mamy zaciemnione szyby, nie widać nas. Kowalski, wyjdziesz po jakieś przekąski, dobra? Coś na zagrychę, do tego kilka paczek jakiś chipsów, czy chrupek. I trochę piwa. Weź paragony, oddam ci wszystko w premii, pod koniec miesiąca. No, Kopa, bawiłeś się kiedyś tak, jak my tutaj? Bimberek, wódeczka, zagrycha, muzyka... może jakieś panienki? Co ty na to? Chłopaki pewnie zamówią, może my też się skusimy?
   - Mam jeszcze numer do tamtych blondynek, co wtedy dzwoniliśmy - wtrącił Kowalski.
   - Masz? Dzwoń po nie. Będzie się działo.
   *
   Siedzieli w busie niemal do południa, gdyż Przemek spał w najlepsze, a oni nie chcieli go budzić. Oczywiście, gdy tylko obudził się, od razu dostało im się za to.
   - Nie jesteś w najlepszym stanie, powinieneś chociaż się wyspać - odpowiedział mu Robert.
   - Im szybciej dojdziemy do hotelu, tym lepiej się wyśpię. Będę spał dwa dni bez ruszania się z łóżka. Ale musimy tam dojść jak najszybciej, mam już dość tego mrozu. Wy nie? Zbierać się, nie będę tracił więcej czasu.
   - Nic nie zjesz? - spytała Ewelina.
   - Zjem. W hotelu. W ciepłym hotelu. Zaraz po prysznicu, ogoleniu się - Przemek przetarł głowę i brodę, na których zarost był już dość dobrze widoczny - i doprowadzeniu się do ogólnego porządku.
   Chwilę później byli już w dalszej drodze. Od samego początku Monika była bardziej rozmowna niż przez ostatnie dwa dni. Najwidoczniej oswoiła się już z tym, że uciekła ze Strefy, oraz, że odnalazła ją Ewelina. Pytała o hotel, o ludzi, którzy w nim przebywali. Na część pytań odpowiadał jej Robert, jednak na znaczną większość nastolatka. Przemek nie odpowiedział na żadne.
   Po całym dniu marszu, przerywanym krótkimi postojami, podczas których odpoczywali, rozpalili ogień za jedną ze ścianek pozostałych po jakimś budynku. Było po prawdzie jeszcze dość wcześnie, jednak nadeszła mała śnieżyca, więc nawet Przemek przyznał, że powinni się schować. Zjedli pierwszy posiłek od rana, ustalili warty i postanowili, że tym razem będą się ich trzymać.
   - Biorę ostatnią - uprzedził łysy, okrywając się kocem. - Bez obaw, ja was pobudzę.
   *
   - Kac? - spytał Kowalski, dosiadając się na krzesło obok.
   Siedzieli na stołówce, w czasie przerwy obiadowej. Wczorajsza impreza obfitowała w taką ilość alkoholu, że z ich oddziału tylko on i Kowalski byli w stanie przyjść tego dnia do pracy.
   - Nie. Mało wypiłem. A ty?
   - Ja nie mam kaca. Nigdy. Ile bym nie wypił, na drugi dzień normalnie się budzę. Taka tam przypadłość.
   Kopa skubał kurczaka, spoglądając co chwilę na kompana. Chciał mu zadać kilka pytań, nie wiedział jednak, jak się za to zabrać. W końcu przełamał się.
   - Kapitan... Tak zawsze? Wiesz, ma żonę, a wczoraj...
   - Haha! Daj spokój, Kopa. U nas to normalne. To były tylko dziwki, to nie jest zdrada. Może u ciebie są inne zwyczaje, szczerze, to pojęcia nie mam, ale u nas... wiesz, luźne mamy obyczaje.
   - Rozumiem... A... Wczoraj. Ta kobieta...
   - Zostaw ją w spokoju. Siedzi. I? Nie zmienisz tego. Zasłużyła, inaczej by nie siedziała. Koniec, końców, spójrz na to z tej perspektywy, że zamknąłeś ją, a niedługo dostaniesz wypłatę. Będziesz miał za co żyć. Chciałbyś siedzieć pod mostem?
   - Nie.
   - Więc musisz zarabiać. Trzymaj się roboty, do której się dostałeś, bo nie wiadomo, czy drugą znajdziesz. Poza tym, tu będziesz miał boskie warunki. Lekka praca, dobre towarzystwo. Dobra kasa, do tego zawsze można coś uwędzić na boku, jak wczoraj ten bimber. I jak będziesz się starał, to dostaniesz premię. Ja potrafię wyciągnąć z premii prawie drugie tyle, ile mam wypłaty. Wkręć się w to, a bardzo dobrze na tym wyjdziesz. Słyszysz? Ej! Kopa!
   - Słyszę.
   - Co ty taki dziwny? Wyrzuty sumienia?
   - Nie... Znaczy... Też. Myślę.
   - O czym? O tamtej?
   - Tak. Po co ta formułka na koniec? Po przeczytaniu aktu oskarżenia?
   - Tradycja - Kowalski wzruszył ramionami. - Nie mam pojęcia. Zawsze ją mówię.
   - Też wczoraj powiedziałem.
   - I jak?
   - Tak, jak myślałem.
   *
   Tak, jak obiecał, pobudził ich z samego rana, jeszcze nim słońce wstało. Siedzieli przy ognisku, wybudzając się powoli, czekając na pierwsze promienie słońca. Następnie zebrali wszystko, co mieli, co mieściło się do jednej, czarnej torby z dużym, białym napisem "ochrona", po czym ponownie podjęli marsz. Przemek pośpieszał ich, ewidentnie chciał dojść do hotelu do wieczora. Ponaglanie tempa jak zwykle skończyło się źle, znów poleciała mu krew z uda, zatrzymali się więc na dłuższy postój. Po pół godzinie ruszyli, zatrzymując się dopiero nieopodal ruin obozu, do którego Robert i Ewelina zostali porwani. Miejsce nie przypominało już tego, jak wyglądało kilka dni temu. Wszystko było zasypane śniegiem, nie było widać ciał. Gdy tylko Robert to zauważył, ciarki przeszły mu po plecach. Ile osób już podeptałem? Na ile jeszcze nadepnę? Ilu ich tam, pod śniegiem, nadal leży? Przecież w końcu śnieg stopnieje, a te wszystkie ciała zostaną. Będą się rozkładać, gnić, śmierdzieć. I tak dopóki nie rozłożą się całkowicie.
   - Dojdziemy - wysapał Przemek.
   - Nie musimy koniecznie dzisiaj - odpowiedział mu Robert.
   - Musimy. Cholera mnie bierze, jak pomyślę, że jeszcze jedną noc miałbym spędzić na zewnątrz.
   Namowy nic nie dały, Przemek poszedł dalej, więc Robert pomógł mu, podtrzymując go, żeby nie upadł. Słońce zmierzało właśnie za horyzont, gdy weszli do lasu, pośrodku którego znajdował się hotel. Gdy minęli pewne, charakterystycznie wykrzywione drzewo, było już niemal kompletnie ciemno. Mimo to, gdy stanęli przed hotelem, zamarli. Wszystkie okna na parterze były wybite, zasłonięte szmatami, w nikłym świetle księżyca widzieli dziury po nabojach, które zdobiły ściany, na miejscu bramy stał ciemnozielony samochód, zastawiający przejście. Odetchnęli z ulgą, gdy zauważyli, jak z dachu schodzi Andrzej, który otworzył im furtkę.
   - Jutro mieliśmy iść was szukać - powiedział.
   - Co tu się stało? - Robert jako pierwszy zadał pytanie.
   - Opowiedzą wam w salonie. Siedzą tam wszyscy, ustalają, kto ma jutro iść was szukać.
   Skierowali się w stronę wejście do hotelu, Andrzej natomiast wrócił na dach. Weszli do środka, potem do salonu. Widzieli szczęście na twarzach tych, którzy na nich czekali. Konrad uścisnął Roberta, mówiąc, że wiedział, że w końcu wrócą. Przemek od razu spytał, co się stało, że hotel wygląda jak ruina, na co Konrad zaczął im wszystko, po kolei, opowiadać.
   Tylko dwie osoby nie słuchały ani jednego słowa, które wypowiedział. On i ona, patrzyli sobie w oczy. Rozpoznali się od razu, gdy tylko na siebie spojrzeli.
   *
   - ...Podstawą do wydania takiego wyroku są niezaprzeczalne dowody, zebrane, oraz przebadane, wskazujące, iż z premedytacją oskarżony dopuścił się znieważenia osób publicznych, poprzez wykonanie karykatur, mających na celu ośmieszenie wyżej wskazanych osób. Wyrok nie podlega odwołaniu. Moniko Roździeń, od siebie mogę dodać tylko jedno. Proszę, wybacz mi.
   *
   Widziała go. A on widział ją. W jego oczach czaił się strach, natomiast w jej odpowiedź na słowa, które wypowiedział jej przed laty.
   Nie wybaczę. Nigdy.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5492 słów i 30898 znaków.

2 komentarze

 
  • Gabi14

    No w końcu Przemek!

  • Kuri

    @Gabi14 Aż tak się za nim stęskniłaś? :P

  • xptoja

    Czytam, ale cierpię na brak czasu i weny co do komentarzy, ale wszystko ładnie się rozwija : )

  • Kuri

    @xptoja Ja cierpię ostatnio na brak weny przy pisaniu xD Ale spokojnie, rozdziały będą na czas :P

  • xptoja

    @Kuri nie widać : P Ale czytanie przynajmniej mi idzie regularnie, także czekam do piątku

  • Kuri

    @xptoja Ja widzę. Mam już tylko 1 rozdział napisany do przodu. Przy publikacji 1 rozdziału miałem chyba 7 do przodu xD