Ziemia z popiołów II: Rozdział 07 – Następnym razem pukaj

Ziemia z popiołów II: Rozdział 07 – Następnym razem pukajSiedział na skraju łóżka, wpatrzony, tępym wzrokiem, w okno. Widział czubki drzew i ptaki latające między nimi. Nie wiedział co to za ptaki, były one jednak czarne jak smoła, kontrastowały się więc mocno na tle ośnieżonych drzew. Nagle dwa ptaki odleciały od stada, szarżując na siebie nawzajem. Zderzyły się z taką siłą, że zaroiło się wokół nich od piór. Siedział, patrząc zafascynowany. Dwa czarne ptaki, pośrodku obłoku z ich własnych piór, walczyły, starając się jednocześnie utrzymać w powietrzu. Patrzył, jak zahipnotyzowany, obracając granat w ręku.
   *
   - I po co mi to? - spytał Robert, odbierając pistolet od Przemka.
   - Dowiesz się, jak już ocalisz dzięki niemu życie. Umiesz strzelać?
   - Nie. Jakoś nigdy nie miałem takiej potrzeby.
   - Powiem Kopie, żeby ci pokazał co i jak. Gadałeś z Konradem?
   - Tak - odparł Robert, wzdychając ciężko. - Powiedziałem mu, że nie zgadzam się na to. Przemek, nie ma mowy. Nie pcham się do rządzenia i niech tak zostanie. Oswój się z tym, że nic nie zdziałasz.  
   - Już zdziałałem - odparł łysy. - Wybacz, ale słuch mam już dobry. Konrad ewidentnie powiedział, że nie zamierza dalej rządzić. Jak wrócicie, oddaje władzę. Komu? Kto się podejmie? Wolisz, żeby Kowal rządził? On nie przepuści okazji.
   - Konrad nie zrezygnuje. Powiedział mi, że jeśli ja go nie zastąpię, to będzie rządził nadal. Dlatego mówię ci, nic nie zdziałasz.
   Przemek wykrzywił twarz w nieciekawym grymasie. Coś tu układało się nie po jego myśli i ewidentnie mu się to nie podobało. Podszedł do okna, zza którego wyciągnął butelkę piwa. Robert był ciekaw, kiedy Przemek przyniósł je do hotelu.
   - Słuchaj - zaczął łysy. - Dobra, usiądźmy do tego na spokojnie. Nie chcesz rządzić? To nie. Bądź twarzą, takim pozorantem. Rozumiesz? To dobrze. Ja będę podejmował decyzje i ci je przekazywał, może być?
   - Mam być twoją marionetką? - spytał Robert, unosząc brwi do góry.
   - Tarczą - odparł Przemek. - Lepiej brzmi. Schludniej. Chodzi mi o to, żebyś stał przede mną. Myślisz, że ci ludzie nie sprzeciwiliby się, gdyby Konrad oddał mi władzę? Chcę dla tej grupy jak najlepiej. Uwierz. Ta grupa daje bezpieczeństwo także mi. Dlatego nie chcę, żeby coś się jej stało. Ja i ty to jedyni myślący ludzie tutaj. Musimy objąć władzę. Ty formalnie, ja nieformalnie. Zrozum to, człowieku.
   Robert słuchał go, przekręcając pistolet w dłoniach. Był cięższy niż się tego po nim spodziewał. W końcu spojrzał na Przemka.
   - Wiem o co ci chodzi. Przejrzałem cię już wtedy, gdy proponowałeś mi to, jak szliśmy po Monikę. Doceniam to, że nam pomogłeś. Naprawdę. Gdyby nie ty, tamten gość zabiłby mnie, zgwałciłby Ewelinę, po czym i ją by zabił. Jestem twoim dłużnikiem. Ale ten dług nie jest na tyle wielki, żebym zostawał twoją maskotką, którą będziesz pokazywał ludziom. Koniec, kropka.
   *
   Konrad siedział w pokoju konferencyjnym, mając nadzieję, że nikt go tam nie znajdzie. Podstawił krzesło pod samą ścianę, dzięki czemu mógł oprzeć się wygodnie. Zamknął oczy, położył ręce na kolanach. Przez jego umysł przewinęła się burza myśli, nie wiedział, za która ma się wziąć na sam początek. Wróć, wiedział, przecież była tylko jedna osoba na tym świecie, o której myślał w pierwszej kolejności.
     Pati.
     Skrzywdził ją, wiedział o tym. Podświadomie zepchnął ją na margines, przestał się nią zajmować. Gdy teraz o tym pomyślał, poczuł do siebie odrazę. Jak on, ojciec, mógł tak postąpić z własnym dzieckiem? Zakochał się w Alicji, ale przecież to dla Pati żył. To dla niej nie poddał się tamtego dnia, gdy wygrzebał ciało żony spod gruzów. Gdyby nie myśl o córce, zostałby przy żonie, zniszczony, zdruzgotany, czekając na śmierć. Jednak Pati pomogła mu wstać, pociągnęła go za rękę, zrobiła to, co on, jako ojciec, powinien zrobić. Późniejsze wydarzenia przeleciały przez jego umysł w chwilę. Spotkał Staśka i Alicję, potem Roberta, natrafili na hotel. Widział ciało Maćka zawieszone na żyrandolu, pamiętał smak ust Alicji, gdy pocałował ją pierwszy raz, pamiętał umierającego człowieka, którego trzymał za ramię, twarz żołnierza, który postrzelił go, gdy bronili hotelu, strach, gdy czekał, czy Kopa znajdzie Alicję i Pati. Niepokój, gdy Robert, Przemek i Ewelina nie wracali, rozpacz, gdy zobaczył Andrzeja, nienaturalnie wygiętego, leżącego w śniegu przy samochodzie. Bezsilność gdy Pati uciekała na górę, zapłakana, samotna w swoim własnym świecie. Wtedy, gdy biegł za nią, gdy mijał stopnie, starając się ją dogonić, nie myślał o niczym innym, tylko o niej. Poświęciłby wszystko, hotel, wszystkich tych ludzi, Alicję, wszystko, oby tylko jej nie stracić.
   - Dość - mruknął pod nosem, gdy zastanowił się nad tym.
   Odda władzę. Niezależnie od tego, czy Robert będzie chciał go zastąpić, czy nie. Ostatecznie odda ją Przemkowi. Gdy tylko wrócą, on zrezygnuje, ogłosi to publicznie. Teraz potrzebuje czasu, żeby poukładać wszystko we własnym życiu. Wstał, podszedł do okna. Biało-szary, monotonny krajobraz nie działał na niego uspokajająco, drażnił go, budził w nim gniew. Wszędzie było tak samo, pusto. Zupełnie, jakby świat już nie żył. Walnął pięścią w ścianę, zaklął pod nosem. Miał już tego wszystkiego po prostu dość.
   *
   Szukał go od kilkunastu minut, jednak nie mógł go znaleźć. Przeszukał całe piętro hotelu, niemal cały parter, wyjrzał nawet na dwór, jednak nie widział go. Walnął się w głowę, kiedy dotarło do niego, gdzie mógł się schować. Ruszył szybkim krokiem, minął recepcję, wszedł bez pukania do pomieszczenia.
   - Czego? - spytał Konrad, który stał przy oknie, opierając się o ścianę.
   - Coś nie tak się umawialiśmy - odpowiedział mu Przemek, podchodząc do niego.
   - Daruj sobie. I tak zrezygnuję. Przed chwilą tak postanowiłem. Jak wrócimy, powiem, że nie chcę dłużej rządzić. Zrobimy głosowanie, ale ja nie będę na liście kandydatów.
   - A jak Robert też się nie zgłosi?
   - Nie wiem. Ja chcę odpocząć.
   - Kurwa mać! - ryknął Przemek. - Chcecie, żeby to wszystko się posypało?
   - Przestań, mam cię już dość. Wszystkiego mam dość. Pogadamy, jak już wrócimy. Zostaw mnie teraz samego. Muszę jeszcze trochę pomyśleć.
   - Nie idzie ci to najlepiej, póki co.
   Konrad nie odpowiedział ani słowem, po prostu wskazał palcem na drzwi. Ruch jego ręki był powolny, jednak nie pozostawiał miejsca na słowo sprzeciwu. Przemek zaklął, splunął na podłogę i wyszedł.
   *
   Mróz szczypał go po nosie, powodując, że co chwilę kichał. Było mu wyjątkowo zimno, oddałby więc wszystko, oby tylko zejść z warty. Może jestem chory?, spytał się w myślach. Kto wie? Wiek już nie ten, choroby będą mnie brać kiedy tylko będą chciały. Przymknął oczy, wziął głęboki wdech. Poczuł, jak jego płuca zalewa zimne, arktyczne wręcz powietrze. W tym momencie po plecach przeszły mu ciarki, kichnął ponownie. Tak, teraz był pewien, że już niedługo na coś zachoruje.
   - Idę z herbatą - usłyszał z dołu.
   Uśmiechnął się na myśl o parującym płynie, było to to, czego mu brakowało.
   - Powinieneś odpoczywać, jutro wychodzicie - upomniał go Stasiek.
   - Herbatę mogę ci przynieść - odparł na to Robert, siadając obok staruszka.
   Blondyn nalał pełen kubek parującego płynu, który podał Staśkowi. Ten upił go trochę, jednak nie za dużo, gdyż parzył go w usta i język.
   - Co tam? - spytał staruszek.
   - Powiedział o tym Konradowi. Udało mu się go namówić, żeby oddał mi władzę, ale ja wybiłem mu te myśli z głowy.
   - Dwulicowy drań z tego Przemka.
   - Daj spokój. Tylko miesza w grupie. Rozumiem go, jaki ma w tym zamiar, ale... On się bawi ludźmi. Ja jestem jego marionetką, którą chce ustawić tak, jak będzie mu najlepiej. I myśli, że ludzie tego nie widzą, że są za głupi. Albo on jest na tyle głupi, że sam nie potrafi zauważyć, jak traktuje innych, sam już nie wiem.
   - On nie jest głupi - zaprzeczył Stasiek. - Chamski, ale nie głupi.
   Posiedzieli chwilę w ciszy, kiedy Stasiek złapał za drabinę.
   - Spójrz - powiedział, odsuwając ją od dachu na odległość ręki. - Nie przeważy się sama. Nie ma szans. Wiesz, co mam na myśli?
   - Bez ingerencji trzeciej osoby się nie przewróci. A już na pewno nie w tamtą stronę.
   - Zrobił to. Nie wiem, dlaczego. Nie złapaliśmy go na gorącym uczynku, więc nie mamy dowodów. Ale jak już Andrzej się obudzi... Nie wiem, co z nim zrobicie, ale ja nie będę chciał brać w tym udziału. Wiem, że zrobił źle, bardzo źle, ale ja nie jestem sędzią. Osądzicie i ukarzecie go po swojemu.
   - Ukarze go Konrad. On tu rządzi, takie rzeczy leżą w gestii dowódcy. Dlatego ja nie chcę rządzić. Niby jest nas tu kilka osób, ale to nadal za duża odpowiedzialność.
   - Rozumiem cię w pełni. Nie wiem, jak to jest brać czyjeś życie na własne barki. Decydować o nim. I nie chcę wiedzieć. Też nie zgodziłbym się na coś takiego.
   - Dobrze, że się rozumiemy.
   - Zbierasz front? - spytał Stasiek po chwili. - Jak wrócicie, Przemek będzie się upominał o to, co ustalił z Konradem. Dojdzie do ostrej wymiany zdań. Po to przyszedłeś, prawda? Szukasz sojuszników.
   - Tak - odpowiedział blondyn bez skrępowania. - Konrad już jest po mojej stronie. Kopa poprze Przemka, więc mamy jeden do jednego. Przyszedłem do ciebie, bo liczę na to, że jak już wrócimy, będę miał nad nim przewagę.
   - Za Konradem pójdzie Alicja. Ewelina, a za nią Monika też cię poprą. Mój głos też masz. Więc już masz chyba wystarczającą przewagę.
   - Dzięki, Stasiek. Na kogo, jak na kogo, ale na ciebie zawsze można liczyć.
   *
   Był akurat w trakcie golenia, gdy usłyszał, że ktoś otwiera drzwi do jego pokoju. Odłożył brzytwę na bok, wyszedł z łazienki. W drzwiach zauważył Ewelinę, która rozglądała się na lewo i prawo.
   - Do kurwy nędzy, ktoś cię tu prosił? - spytał.
   Aż podskoczyła, najwyraźniej się przestraszyła, spojrzała w jego stronę.
   - Przepraszam, myślałam, że Robert tu jest.
   - Nie ma. Poza tym nie właź , kurwa, do tego pokoju.
   Dziewczyna zmieszała się, obróciła i już miała wychodzić, ale jednak zatrzymała się. Wyglądała, jakby walczyła z jakimiś myślami i najwyraźniej przygrywała tę batalię.
   - Jeżeli to był on... Co mu zrobicie? - spytała.
   Przemek miał zamiar wyrzucić ją z pokoju, jednak zatrzymał się w ostatniej chwili. Zastanowiły go jej słowa.
   - Jak już dowiemy się, że to on, zabijemy go. Przynajmniej ja to zrobię.
   - To był on. Czuję to.
   - A ja to wiem. Wydedukowałem to.
   - Wiem jak to brzmi... Ale lubię cię. Jeżeli go zabijesz, a Konrad będzie chciał cię za to ukarać, stanę w twojej obronie.
   Przemek przyznał, że go zamurowało. Nie wiedział, co odpowiedzieć.
   - To ty pomogłeś nam uratować moją ciocię. Narażałeś życie. Tak naprawdę, to, że kulejesz, to tylko moja wina.
   - Moja i Roberta - zaprzeczył łysy. - Byliśmy wtedy zbyt mało ostrożni. Nie powinniśmy byli dawać się złapać.
   - Ale ostatecznie to wszystko moja wina. To przeze mnie. Namówiłam Roberta, żeby szedł ze mną i żebyśmy nikogo więcej nie zabierali. Uratowałeś nam życie, potem poświęciłeś się, żeby nam pomóc.
   - Miałem w tym swój cel - zapewnił. - Nie zrobiłem tego bezinteresownie.
   - Nawet jeśli, to dziękuję ci.  
   Przemek przetarł oczy, westchnął. Po chwili jego wzrok powrócił na Ewelinę. Przyznał sam przed sobą, że czego by nie zrobił, nigdy jej nie rozgryzie.
   - Dziewczyno - powiedział, wyprowadzając ją z pokoju - powinni do ciebie dodawać dekoder w zestawie, bo nadajesz na jakiś dziwnych falach.
   Wypchnął ją na korytarz i zamknął drzwi, dodając jeszcze:
   - Nie wchodź tu więcej. A jak już, to następnym razem pukaj.
   *
   Do kolacji usiadł jako ostatni. Przyzwyczaił się już, że przy tym stole nie siedzą całą grupą, jednak dziś było tu wyjątkowo mało osób. Kinga nadal siedziała z Andrzejem, Konrad poszedł na wartę, Przemek siedział u siebie w pokoju, Kowal natomiast nie pokazywał się od rana, najprawdopodobniej zaszył się u siebie.
   - Smacznego - rzucił do wszystkich, nakładając sobie ryżu z sosem.
   Jadł, rozglądając się po zebranych. Znowu. To robiło się takie schematyczne. Ewelina i Monika znów rozmawiały ze sobą, Alicja od czasu do czasu dołączała do nich. Stasiek rozmawiał z każdym po kolei, najwięcej czasu poświęcając jednak Kopie. Pati siedziała sama, oddalona od reszty, rzucając co chwilę trochę jedzenia pod stół, gdzie, czego Robert był pewien, siedział Hyugi. Nie jesteśmy grupą, pomyślał. Brak w nas jedności.
   *
   Do plecaka włożył butelkę z wodą, trochę jedzenia, oraz zapasowe buty. To, oraz pistolet, który dał mu Przemek, na spokojnie wystarczyło. Położył się na łóżku, zamknął oczy. Nie był senny, chciał jednak zasnąć jak najszybciej, aby czas przed wyjściem minął mu jak najszybciej. Stresował się, dawno nie byli na zewnątrz, nie wiedział, czego się spodziewać. Ilu ludzi spotkają? Czy ktokolwiek dożył do tego momentu? Czy w ogóle znajdą jakieś zapasy? Ile niebezpieczeństw czeka ich po drodze?
   Czy wszyscy wrócą z tej wyprawy?
   Z rozmyślań wyrwały go trzy puknięcia w drzwi do jego pokoju.
   - Proszę.
   Do pokoju weszła Ewelina.
   - Mówiłeś, żeby pukać, więc zapukałam.
   Robert usiadł na skraju łóżka.
   - Jasne. Co się stało?
   - Szukałam cię dziś, ale nie mogłam znaleźć.
   - Siedziałem ze Staśkiem na dachu, dopóki Konrad nie przyszedł.
   - O tym nie pomyślałam - przyznała, siadając naprzeciwko niego, na jedynym krześle, jakie miał w pokoju. - Chciałam spytać... Kowal...
   - Nie zaczynaj nawet o nim tematu - zirytował się Robert. - Andrzej się przebudzi, to będzie wszystko jasne. Po co o tym rozmawiać, skoro nadal nic nie wiadomo?
   Ewelina wyglądała na trochę zbitą z tropu, nie spodziewała się takiej reakcji blondyna.
   - Przepraszam...
   - Nie przepraszaj. Po prostu nie przychodź do mnie z takimi rzeczami. Ja i tak nic do tego nie mam. Niech Konrad się tym zajmuje, nie ja.
   Nastolatka posiedziała jeszcze chwilę ze spuszczoną głową, po czym wstała i skierowała się w stronę drzwi.
   - Do zobaczenia - rzuciła, nim wyszła z pokoju.
   *
   - Nie wchodzę w to - uprzedził Kopa.
   - Masz wybór? - spytał Przemek. - Jak nic nie zrobimy, to będzie tylko gorzej. Jak wyjdziecie, przeniosę całą broń do siebie, nikt nie zauważy, bo i tak nikt tam nie zagląda. Jak wrócicie, a Konrad naprawdę zrobi to cholerne głosowanie, zobaczymy, jak to się ułoży. Jeżeli nie po naszej myśli...
   - Twojej myśli.
   - Naszej myśli. Wtedy nie będziemy mieli wyboru.
   - Po co to? Przecież i tak nikt nie wybierze Kowala, a nikt inny nie zaszkodzi grupie.
   - Zaszkodzi. Jeżeli Robert nie weźmie udziału w głosowaniu, zmuszę go do tego. Jeżeli to nic nie da... Odejdę z hotelu.
   *
   Słońce wstawało powoli, nieśpiesznie, a do tego i tak było co chwilę zakrywane przez wielkie połacie ciemnych chmur. Robert nie spał przez większą część nocy, zaliczył jedynie kilka krótkich drzemek, z których wyrywało go poczucie niepokoju. Śniło mu się coś bardzo złego, był tego pewien, jednak nie pamiętał co dokładnie.
   Pamiętał jedynie ciemność.
   Przekręcił się na bok, żeby lepiej widzieć, co dzieje się za oknem. Widział chmury sunące po niebie z wyjątkowo dużą prędkością, czarne jak smoła ptaki, które przelatywały na horyzoncie, czubki drzew pokryte brudnym śniegiem. Wiedział, że za jakieś pół godziny będzie musiał wyjść na zewnątrz, na mróz, w kierunku niebezpieczeństwa. Bał  się tego, nie miał co ukrywać, jednak z drugiej strony wiedział, że musi to zrobić. Ktoś musiał narazić się tym razem.
   - Padło na mnie - mruknął pod nosem.
   Przekręcił się na drugi bok, aby nie patrzeć więcej za okno. Chciał przez te pół godziny widzieć ściany bezpiecznego budynku. Ściany, które były brudne, popękane, które dawały jedynie poczucie jeszcze większej bezradności.  
   W tym momencie uświadomił sobie, że w tym świecie nie ma bezpiecznych miejsc. Nawet tu, w hotelu, muszą liczyć się z tym, że w każdej chwili ich szczęście się skończy. Kiedyś ktoś znajdzie hotel, ktoś zapuści się w ten las. Przyprowadzi innych. A nawet, jeśli nie, to hotel i tak się rozpadnie. To, że teraz wyglądał względnie dobrze, było zasługą tylko i wyłącznie tych wszystkich drzew, które przyjęły na siebie impakt uderzenia. Jednak fali uderzeniowej nie da się zatrzymać całkiem, przecież część tej siły uderzyła i w budynek. Jaka część? Czy wystarczająca do tego, żeby hotel zapadł się w ciągu roku? W jakim on tak naprawdę jest stanie? Czy ktokolwiek to sprawdził? Czy ktokolwiek o tym pomyślał? Przecież mieszkają w tym miejscu, w tym budynku, daje on im pozorne poczucie bezpieczeństwa, więc czemu nie dbają o niego?
   Wstał z łóżka. Miał na sobie te same ubrania w których zamierzał udać się po zapasy, musiał założyć jedynie kurtkę i buty. Podszedł do ściany, przetarł po niej dłonią. Nie był budowlańcem, nie znał się na tym, ale zdrowy rozsądek podpowiadał mu, że hotel jest w jeszcze gorszym stanie, niż na to wygląda.
   Po plecach przebiegł mu zimny dreszcz, gdy tylko pomyślał o tym, że budynek, który daje im schronienie, sam w sobie jest dla nich niebezpieczeństwem.
   *
   Ubierał się jak najciszej, oby tylko nie obudzić Pati. Leżący obok niej owczarek przyglądał mu się z zaciekawieniem, badając każdy jego ruch. Założył na siebie trzy swetry, jeden na drugi, na to natomiast jeszcze jedną bluzę. Na dworze nadal był siarczysty mróz, który przenikał do kości, choć zdawało mu się, że jest o dobre kilka stopni cieplej niż jeszcze miesiąc temu. Może idzie ocieplenie? Może doczekają wiosny? Mimo wszystko na jego twarzy zagościł lekki uśmiech, gdy zdał sobie sprawę z tego, że za kolejny miesiąc być może temperatury będą już na plusie.
   Z poprawionym humorem wyszedł na korytarz. Owczarek przebiegł mu między nogami, jakby zainteresowany tym, dokąd Konrad wychodzi.
   - Wracaj do Pati - nakazał barczysty, wskazując pacem na otwarte drzwi.
   - Niech idzie z nami - poprosił Robert, wychodząc z pokoju. - Wylata się. Ciągle siedzi tylko w hotelu, to niech chociaż trochę wyjdzie na zewnątrz.
   Konrad kiwnął głową, po czym zamknął drzwi powoli, aby ich skrzypnięcie nie obudziło dziewczynki.
   - Reszta wstała? - spytał mężczyzna.
   - Nie mam pojęcia -przyznał blondyn. - Dopiero co wyszedłem z pokoju. Zeszli na dół, gdzie spotkali już Kopę i Monikę. Ubrali się, położyli plecaki przy wyjściu, pozostało im jedynie czekać na Kowala.
   - Może pójdę po niego? - zaproponował Kopa.
   W tym momencie Kowal pojawił się na schodach. Przeprosił za spóźnienie, po czym szybko się ubrał. Wszyscy założyli plecaki, wzięli ostatni wdech względnie ciepłego powietrza w hotelu, po czym wyszli na dwór. Gdy wychodzili za bramę, usłyszeli jeszcze, Przemka, który siedział na dachu
   - Powodzenia. Przyda wam się.
   *
   - Chyba jest cieplej niż było jeszcze dwa tygodnie temu - zauważyła Monika.
   - Może idzie ocieplenie? - spytał Kopa. - Przecież zima nie może trwać bez przerwy.
   - Przecież wiecie, że do tej pory nie było takich zim - wtrącił Konrad. - Odkąd pamiętam, nie było takiej zimy.  Z reguły był miesiąc mrozów i tyle. A teraz? Mróz trzydzieści stopni, śnieg po pas, sami widzicie. To nie wina Kolizji, ta zima zaczęła się przecież wcześniej. Mam nadzieję, że to zwykła anomalia, że kolejna zima będzie dużo łagodniejsza.
   - Ilu ludzi zginęło przez samą zimę - spytał Kowal, wpatrzony w śnieg. - Kolizja swoją drogą. Morderstwa swoją drogą. Ale ilu zabiła zima? Ilu zamarzło na kość, modląc się, aby obudzić się kolejnego ranka? Ilu kładło się spać, nie zdając sobie nawet sprawy, że więcej nie otworzą powiek?
   Zapadła między nimi długa cisza. Nikt nie potrafił odpowiedzieć na to pytani, nikt nawet nie chciał się nad tym zastanowić. Jedynie Konrad złapał się na tym, że wspomniał tamtego mężczyznę, który prosił go o to, by znalazł jego rodzinę, by nie pozwolił im umrzeć z głodu, czy mrozu. Nie znalazł ich, jego żona i dziecko już nie żyją, wiedział o tym bardzo dobrze. Nie zrobił tego, o co prosił go ten mężczyzna.
   Jakby się nad tym dłużej zastanowić, to Konrad ich zabił. Wiedział, gdzie są, czego im brakuje, jednak nic nie zrobił, aby im pomóc. Zapomniał o nich, zajął się sobą i swoimi problemami. Postąpił egoistycznie, przez co skazał ludzi na straszną śmierć.
   Miał ich krew na rękach.
   *
   Gdy tylko się przebudziła, od razu spojrzała na Andrzeja. Nic się nie zmieniło. Leżał w tej samej pozycji, z zamkniętymi oczyma, a dłoń, za którą go trzymała, nadal była zimna. Przetarła ostatki łez, które nadal spoczywały na jej policzkach, pocałowała go w czoło. Siedziała przy nim, głaskała go po głowie, modliła się, żeby się przebudził. Jednak on nadal spał, nadal nie dawał oznak życia.
   - Można? - spytała Alicja, pukając dwa razy w drzwi.
   - Jasne - odpowiedziała jej Kinga.
   - Potrzebujesz czegoś? Jesteś głodna?
   - Nie.
   - Kinga, musisz jeść. Ile ostatnio zjadłaś?
   - Nieważne. Jak mam jeść, kiedy on tu leży? Nie wiadomo, czy z tego wyjdzie, czy się obudzi... Nadal żyje, ale ile będzie? Jeżeli nie obudzi się przez kilka najbliższych dni... Przecież nie mamy kroplówek, wiem, co to oznacza. On nie może leżeć tak przez wieczność. A nawet... Jeśli się obudzi... On... Widziałaś jego kręgosłup. Tego nie da się cofnąć, czy wyleczyć. On będzie kaleką do końca życia. Już nigdy nie wstanie na nogi. Nie wiem, czy będzie czuł ręce, przecież to kręgosłup, na nim wszystko się opiera.
   - Nie zadręczaj się na przód, dobrze? Jak wstanie, wtedy się przekonamy. Nie myśl teraz o tym tylko w ciemnych barwach.
   - W jakich mam na to patrzeć? Mój mąż, ojciec naszego dziecka, leży tu, nieprzytomny, nie wiemy, czy się obudzi. Jeśli nie, umrze. Jeśli tak, będzie kaleką. On chciał zbudować nam dom, chciał się nami zająć. Teraz nic nie zrobi. To on będzie wymagał opieki, będę musiała się nim zająć i zrobię to, nie zostawię go, nie ma takiej możliwości. Oczywiście, pod warunkiem, że przeżyje.
   *
   Robert obserwował owczarka, który biegał i wąchał wszystko po kolei. Zachowywał się, jakby nigdy wcześniej w życiu nie był na dworze, jakby to wszystko było dla niego nowe i obce. Co chwilę znaczył teren, po czym biegł dalej, brudząc nos w śniegu i popiele.
   - Taki z tego pożytek, że się wylata - zagadał Kopa.
   - Chociaż tyle - odpowiedział mu blondyn.
   Odsunęli się od reszty na pewną odległość, aby móc porozmawiać.
   - Przemek mówił ci, co planuje? - spytał Afrykanin.
   - Nie. Co znowu wymyślił?
   - Jak Konrad nie zrezygnuje, chce wszystkich zastraszyć. Bronią.
   Robert poczuł, jak się w nim gotuje. Do tej pory miał o Przemku mieszane zdanie, ale przynajmniej wydawało mu się, że jest on rozsądnym człowiekiem. Jednak nie jest.
   - Co mu znowu odpierdoliło?
   - Nie wiem. Chciał mnie w to wciągnąć, ale powiedziałem mu, że ja się na to nie piszę. Chyba jest pod murem. Wie, że jeżeli teraz nic nie zdziała, nie będzie już miał żadnych wpływów na to, co dzieje się w grupie. Jeżeli Konrad zostanie liderem... Na pewno nie będzie słuchał się Przemka. Dlatego chce tak na siłę wrzucić ciebie na stanowisko Konrada.
   - Wiem o tym, już mi to ktoś tłumaczył. Popapraniec. Zaczyna być niebezpieczny.  
   - Wątpię, żeby zrobił coś głupiego, ale trzeba go obserwować.
   - Dlaczego mi to mówisz? Powiedz to Konradowi.
   - Nie, bo Konrad może za ostro zareagować. Wiem, że ty zastanowisz się nad całą sytuacją, dlatego przyszedłem z tym do ciebie.
   - Ok, dzięki, Kopa. Pomyślę. Chociaż... Nie wiem. Przemek za bardzo miesza w hotelu, nic nie można zrobić na spokojnie, bo on zawsze przyjdzie i coś zepsuje. Jak dziecko.
   - To dziecko pozwala sobie na bardzo dużo.
   - Zbyt dużo.
   *
   - Wbrew pozorom, Ewelina jest silniejsza, niż się zdaje - kontynuowała Monika. - Potrafi szybko ocenić sytuację i zareagować. Teraz nie zostało mi nic innego, jak chociaż próbować ją wychować. Straciła rodziców, siostry... Zostałam jej tylko ja. Będę przy niej, już na zawsze. Będę o nią dbać, opiekować się nią. Muszę. Muszę przejąć obowiązki siostry.
   - Wiem, jak ciężko jest wychowywać dziecko w takich warunkach.
   - Ty masz gorzej niż ja. Ewelina ma szesnaście lat, twoja córka to mała dziewczynka. Musisz ją wychować niemal od podstaw. Nadać jej jakiś kodeks moralny, jakieś wartości. Bo to, co wiedziała wcześniej teraz już się nie liczy. Trzeba wychowywać dzieci tak, żeby potrafiły sobie poradzić w tym nowym świecie.
   - Musimy zmienić nasz kodeks moralny?
   - Musimy. Inni ludzie zmienią i wykorzystają to przeciwko nam. Musimy się dopasować. Stać się jak oni. Tylko tak damy sobie radę.
   - Według mnie musimy po prostu zostać sobą. Ludźmi. A bycie człowiekiem ja wiążę z kodeksem moralnym, którego nauczyli mnie moi rodzice.
   - Piękna idea, prawda? Świat się kończy, ale mimo to zostajemy ludźmi. Niestety, to tak nie działa. Ja już, powoli, staram się dopasować Ewelinę do tego świata, ale ja już dużo nie zmienię, ona ma swoje lata, swój rozum. Jeżeli ona sama się nie dopasuje, ja nie zrobię tego za nią.
   - Kto powiedział, że musimy się dopasowywać? - spytał Konrad. - Wybacz, że tak reaguję, ale nie zgadzam się z tobą całkowicie.
   - A z ewolucją się zgadzasz? Nic na to nie poradzimy. Gatunki zawsze musiały się dostosować, inaczej wymierały. Chcesz bronić córki? Chcesz dla niej jak najlepiej?
   - Oczywiście.
   - Jak spotkamy kogoś, kto będzie miał wielki zapas żywności, a nie będzie chciał się z nami podzielić, co zrobisz?
   - Podzieli się. Powiem mu, w jakiej jesteśmy sytuacji...
   - Nie musimy go zabijać. Możemy po prostu przepędzić. Weźmiemy tyle ile udźwigniemy, resztę mu zostawimy. Takie jest moje zdanie. To jest dostosowanie. Oni nie będą patrzeć, że masz córkę. Ograbią nas ze wszystkiego, wyrzucą na mróz bez niczego. Będą patrzeć jak zamarzamy i będą się z tego śmiać.
   Konrad zamknął oczy. Ten opis tak pasował przecież do niego samego... Zostawił na śmierć rodzinę tamtego mężczyzny...
   - Zamarzniesz ty i twoja córka. Dlatego, że chcesz pozostać człowiekiem.
   - Musimy walczyć - wtrącił się milczący do tej pory Kowal. - Dziś musimy walczyć o wszystko. Na śmierć i życie.
   *
   Stasiek robił właśnie herbaty w termosie dla Przemka, gdy do kuchni weszła Ewelina. Przywitała się, po czym skierowała w stronę szafki, w której trzymali napoje.
   - Co, masz już dość herbaty? - spytał staruszek.
   - Tak, czasem muszę napić się czegoś gazowanego - odpowiedziała nastolatka, otwierając puszkę z napojem. - Idziesz na wartę?
   - Nie, robię herbatę dla Przemka. Nie prosił mnie o to, ale ja jestem dobrym człowiekiem, więc i tak mu zrobię.
   - Aha...
   - No, wiem. Ale ja już taki jestem. Wiem, że on tam marznie, więc chcę mu pomóc jak tylko mogę. A mogę właśnie tak, że zrobię mu ciepłej herbaty. Kto wie, może kiedyś, jak ja będę marznął, on zrobi herbaty mi? To, że ktoś nas nie lubi, nie musi od razu oznaczać, że my też mamy go nie lubić. Wiem, że nawet w Biblii jest napisane "oko za oko, ząb za ząb", ale ja nigdy nie byłem zbyt religijny... Zresztą, jeżeli jakiś bóg istnieje, nieważne który, na pewno nic takiego nie powiedział. To ludzie dopisali z czasem, bo ludzie tacy są. Chcą krzywdy innych ludzi, oby tylko im było lepiej. Nie potrafią się dzielić. Nie potrafią być ludzcy dla drugiego człowieka. Nie potrafią nie robić krzywdy.
   *
   Otworzył oczy, nadal czując ból z tyłu głowy. Jednak go dorwali, nie dał rady im uciec. Rozejrzał się po okolicy, chcąc zobaczyć, czy nie ma ich przy nim. W tym momencie poczuł, jak coś twardego uderza go w żebra, jak niszczy tkanki, jak łamie kości. Chciał krzyknąć z bólu, jednak uniemożliwiał mu to knebel na ustach.
   - Chciałeś uciec? - usłyszał.
   Tak, chciał. Miał tego dość, nie chciał się więcej do tego zmuszać. Nie potrafił tak.
   - Można wiedzieć, po co?
   Po co? Chciał ostrzec innych. Chciał wszystkich o tym poinformować. Każdego, kogo spotkałby po drodze. Opowiedziałby o tym wszystkim, czego był tu świadkiem, uchroniłby dzięki temu niejedno ludzkie życie.
   - Co, nie smakowało ci?
   Nie. Raz się zmusił i spróbował. Niemal zwrócił to, co zjadł, jednak jakoś utrzymał to w żołądku. Nie chciał tego powtarzać.
   - Ty nic nie rozumiesz. Takie czasy. Tak trzeba.
   Nic nie trzeba. To wasze chore wymysły i nic poza tym.
   - Cóż - mężczyzna przyłożył mu nóż go gardła. - Życz nam smacznego.

   *

   Ja tam życzę im smacznego :D
   Cóż, oficjalnie uznaję, że motto na najbliższe trzy rozdziały będzie zaczerpnięte z dzisiejszych rozważań Roberta. Wiecie, o jakie słowa mi chodzi?

   Czy wszyscy wrócą?

   Po angielsku brzmi lepiej:
   Did they all will back?

   A Wy jak myślicie? Wrócą?

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5387 słów i 29650 znaków.

2 komentarze

 
  • Gabi14

    Powtórzenia na samym początku rozdziału????? Co ty sobie wyobrażasz!!??? Zjadasz literki albo ogonki - zależy xd hmm... ktoś zostanie porwany, ale ta część była nudniejsza, tak trochę... mało akcji :D

  • Kuri

    @Gabi14 Gomenasai, Gabi-san, ale to nadal są nie zredagowane rozdziały xD Zredaguję je jeszcze raz - jak będzie mi się chciało xD Ten rozdział to cisza przed burzą kolejnych rozdziałów :P

  • AnonimowyAnonim

    Ktoś pewnie umrze lub zostanie porwany.  :cool:

  • Kuri

    @AnonimowyAnonim Logiczne rozumowanie :D