Ziemia z popiołów III : Rozdział 05 - Adam, Ewa i dziecko

Ziemia z popiołów III : Rozdział 05 - Adam, Ewa i dzieckoSiedziała w łazience, na zimnej podłodze. Łzy leciały jej strumieniem, starała się nie zwracać uwagi na ból, który promieniował z nadgarstka prawej ręki. Poczuła, jak opuszczają ją siły, wypuściła nóż. Oczy zaszły jej mgłą, ból zaczął ustępować przyjemnemu ciepłu.
   - Coś się kończy, dziadku...
   *
   Jego dłoń krążyła po jej brzuchu, kierowała się coraz wyżej, w stronę piersi. Wpierw usłyszał, jak cicho pojękuje, aby następnie usłyszeć przerażony krzyk Kopy.
   - Uciekać! Uciekać z hotelu!
   Natychmiast poderwał głowę, zauważając za oknem dziwnie jasną łunę. Nie zdążył wstać, a usłyszał huk, po którym nastąpił drugi, któremu towarzyszyło zatrzęsienie całego hotelu. Zauważył, jak Ewelina spada na podłogę, pomógł więc jej wstać, podeszli do okna.
   - Boże... - nastolatka zakryła usta dłońmi, gdy zauważyła, co się dzieje.
   - Ubieraj się, leć po ciotkę! - nakazał. - Wszyscy mają uciekać z hotelu! Biegiem!
   Dziewczyna wybiegła z jego pokoju, on w tym czasie narzucił koszulkę, oraz bluzę. Spod łóżka wyjął plecak, oraz strzelbę, którą przed kilkoma godzinami dał mu Przemek. Wybiegał właśnie z pokoju, gdy zauważył nadlatującą pięść, która trafiła go prosto w twarz. Odleciał do tyłu, wypuszczając wszystko, co trzymał w rękach, złapał się za nos. Spojrzał w kierunku drzwi, zauważając człowieka, który wszedł do jego pokoju.
   Człowiek ten trzymał w ręku czekan.
   - Cześć - rzucił, zamykając drzwi, oraz przekręcając klucz.
   - Kowal? - nie dowierzał Robert.
   - Pamiętasz, jak się nazywam? - spytał, unosząc czekan do góry.
   - Stój, człowieku! - krzyknął Robert, rozglądając się za strzelbą, która wyleciała mu z rąk, nie mógł jej jednak nigdzie dostrzec.
   - I co teraz zrobisz? - spytał Kowal, szczerząc kły. - Tylko ja i ty. My. A naokoło śmierć. Który przed nią ucieknie? Który da radę? Chodź, sprawdźmy.
   *
   - Ciocia! - krzyknęła, wpadając do pokoju.
   - Co się dzieje!? - odkrzyknęła Monika, która właśnie biegła w stronę drzwi.
   - Musimy uciekać jak najdalej od hotelu!
   Biegiem rzuciły się w stronę schodów, które zaczynały się już palić. Z przerażeniem odkryły, że w korytarz wbiła się płonąca cysterna, która blokowała drogę zarówno do kuchni, jak i do salonu.
   - Co się dzieje!? - usłyszały za sobą Alicję. - Gdzie Pati!? Nie ma jej w pokoju!
   - Nie wiemy! - odkrzyknęła jej Monika, wskazując na płonący pojazd. - Cysterna...
   Nie dokończyła, przerwała jej eksplozja.  
   *
   Przemek zerwał się na równe nogi, gdy tylko usłyszał huk uderzenia, po którym nastąpił drugi. Wyleciał ze swojego namiotu, stanął jak wryty, gdy zauważył płonącą cysternę wbitą w hotel. Niewiele myśląc, wyciągnął ze środka plecak, po czym zwinął sam namiot, który mieścił się idealnie do naszykowanej wcześniej torby. Tak spakowany ruszył pędem w stronę ogrodzenia, po drogiej stronie bramy. Przerzucił na drugą stronę torbę, potem plecak, na końcu wiatrówkę i już miał skakać, gdy usłyszał płacz, któremu towarzyszyło szczekanie. Odwrócił się, spojrzał w stronę okna w kuchni, które zabite było deskami.
   W szparach zauważył małe palce.
   - Do kurwy nędzy! - ryknął, rzucając się w stronę hotelu.
   Złapał za jedną z desek, pociągnął z całej siły, zapierając się nogami o ścianę. Po chwili gwoździe ustąpiły. Wyrwał tak cztery deski, nim był w stanie wyciągnąć dziewczynkę z pomieszczenia.
   - Nie drzyj mordy! - nakazał, biorąc ją na ręce i rzucając się w stronę ogrodzenia.
   - Hyugi! - krzyknęła przez łzy. - Dziadek!
   - Mówiłem, żebyś nie darła mordy!
   Posadził ją na ogrodzeniu, po czym sam je przeskoczył. Wziął ją pod pachami, postawił na ziemi. Widział, że sama nie da rady iść, zaklął więc ponownie. Zarzucił plecak na plecy, torbę przez ramię. Ją wziął na jedną rękę, wiatrówkę natomiast złapał w drugą, po czym zaczął biec w głąb lasu, gdy usłyszał huk eksplozji. Obrócił się, jednak nic nie zauważył.
   - Naboje - mruknął pod nosem. - Cała zbrojownia eksplodowała.
   Nie czekając ani chwili dłużej, ruszył dalej, zostawiając płonący hotel daleko za sobą.
   *
   Eksplozja odrzuciła je daleko w tył, rzucając na pobliską ścianę. Gdy tylko oprzytomniały, zauważyły, że schody były całkiem zniszczone, do tego stawały w coraz większych płomieniach.
   - Trzeba uciekać, zanim cysterna wybuchnie! - nakazała Monika, łapiąc Ewelinę za rękę. - Już, za mną!
   - Nie mogę! - odkrzyknęła jej Alicja. - Muszę znaleźć Pati!
   - Była w pokoju!?
   - Nie!
   - Może była na zewnątrz! Szybko, nie ma czasu!
   Kobieta ruszyła, ciągnąc za sobą zarówno Ewelinę, jak i Alicję. Przy drzwiach musiała je puścić, inaczej nie zmieściłyby się w nich. Gdy tylko odeszła na kilkanaście metrów od hotelu, gdzie dym nie wdzieraj się jej w oczy i gardło, odwróciła się, zauważając Alicję, która biegała po całym terenie, nawołując Pati.
   - Ewelina, musimy uciekać! - krzyknęła, rozglądając się naokoło.
   Jednak nastolatki nie było przy niej.
   *
   Podskoczyła, łapiąc się ostatniego, naderwanego już schodka. Podciągnęła się na wysokość ramion, gdy poczuła, jak deska się obrywa. W ułamku sekundy puściła schodek, wyciągając ręce dalej, łapiąc się kolejnego. Bujnęła się dwa razy, dzięki czemu zarzuciła nogę na stopień. Weszła na górę, kaszląc od gryzącego dymu.
   - Robert! - krzyknęła, rzucając się w stronę pokoju blondyna.
   Złapała za klamkę, jednak drzwi były zamknięte. Kopnęła je raz, potem drugi, lecz to nic nie dawało, drzwi ani drgnęły pod jej ciosami.
   - Robert! - krzyknęła ponownie, waląc pięściami w sam środek drzwi.
   *
   Złapał gitarę do ręki, wyjrzał za okno. Do dachu miał prawie półtora metra, jednak musiał tam sięgnąć, gdyż już stąd widział drabinę, którą chciał zejść na dół. Pierwszą rzucił gitarę, która wylądowała bezpiecznie. Potem sam wszedł na parapet, złapał się belki, do której dosięgał rękoma. Podszedł na sam skraj parapetu, wyciągnął nogę najdalej, jak mógł. Gdy wydawało mu się, że noga trzyma się już stabilnie, naniósł na nią ciężar ciała, drugą nogą odbijając się od parapetu.
   W tym momencie poczuł, jak noga, na której opierał ciężar całego ciała się poślizgnęła.
   Wyciągnął ręce do przodu, w ostatniej chwili złapał się jednej z dachówek. Czuł pod palcami, jak dachówka powoli, nieubłaganie unosi się jedną stroną do góry. Ile tylko miał sił w rękach, podciągnął się, jedną ręką sięgnął jak najdalej, łapiąc się coraz to dalszych dachówek, aż w końcu udało mu się podciągnąć nogi na dach. Nie miał czasu na leżenie i odpoczynek, z czego aż nazbyt dobrze zdawał sobie sprawę.
   Na czworaka zaczął przemieszczać się w stronę gitary. Złapał ją, po czym skręcił w kierunku drabiny. Udało mu się do niej dojść, postawił nogę na szczeblu, zaczął schodzić w dół. Żar stawał się nie do wytrzymania, czuł, jak parzy sobie ręce, jednak siłą woli powstrzymywał się przed puszczeniem drabiny. Gdy był zaledwie półtora metra nad ziemią, płomień sięgnął jego dłoni, na co krzyknął z bólu. Jak w zwolnionym tempie widział, jak spada, coraz niżej, jak drabina oddala się od niego. Wyciągnął nogi, aby to na nie upaść, jednak niefortunnie cała siła upadku skierowała się na prawą nogę, tę, którą miał kiedyś przestrzeloną. Poczuł impuls bólu, przechodzący przez całe jego ciało, upadł na plecy, czując i słysząc, jak gitara pęka pod jego ciężarem. Złapał się za bolące udo, zaczął krzyczeć. Ból był nie do zniesienia, czuł to samo, co w chwili, gdy pocisk przewiercił mu się przez tkanki.
   Usłyszał czyjś krzyk, nie wiedział jednak, kto krzyczy, ani co dokładnie. Otworzył oczy, rozejrzał się dookoła, zauważając Kopę biegnącego w jego stronę. Afrykanin krzyczał coś do niego, wskazywał na dach budynku. Stasiek spojrzał w stronę, w którą wskazywał, zauważając, jak kawałek dachu obrywa się, lecąc wprost na niego.
   *
   - Uciekaj! - ryknął na nią Andrzej, wyrywając się jej. - Nie dasz rady mnie unieść! Uciekaj!
   - Nie zostawię cię! - odpowiedziała mu kobieta przez łzy.
   Ogień powoli wdzierał się i do tego pomieszczenia, po podłodze zaczęły krążyć czarne opary. Nie trzeba było dużo czasu, gdy przez szparę pod drzwiami zaczęły przedzierać się języki płomieni.
   - Uciekamy razem! - krzyknęła, próbując po raz kolejny wziąć go pod ramię.
   - Kurwa mać! - ryknął z całej siły. - Uciekaj! Ratuj siebie i dziecko!
   Cała zapłakana, zrozumiała, że sama nie da rady. Czując coraz większą temperaturę, pocałowała go, po czym rzuciła w stronę drzwi, które natychmiast otworzyła.
   W tym momencie odleciała w tył, gdyż podmuch płomieni wdarł się do środka. Przeleciała blisko półtora metra, waląc głową w poręcz łóżka, lądując na podłodze.
   - Kinga!
   Wykorzystując ręce, zsunął się z łóżka, doczołgał do niej. Potrząsnął nią kilka razy, jednak ta nie reagowała.
   - Kinga!
   Objął ją, osłonił własnym ciałem, czując, że płomienie są coraz bliżej.
   - Kinga!
   Do końca osłaniał ją przed ogniem.
   *
   W ostatniej chwili odsunął głowę, unikając ciosu czekanem. Wykorzystując, że Kowal był tak blisko niego, kopnął go w brzuch, odrzucając na metr od siebie.
   - Co ty do cholery robisz!? - spytał blondyn, wstając. - Musimy stąd uciekać, ta cysterna za chwilę wybuchnie!
   - Nie odejdę stąd, dopóki nie zobaczę, jak zdychasz! - odkrzyknął Kowal. - To przez ciebie ona mnie nie chciała! Ale teraz już jest inaczej! Teraz jest ze mną! Muszę się tylko ciebie pozbyć, raz, na zawsze!
   - O czym ty gadasz!? Kowal, opamiętaj się! Wyjdźmy razem z tego hotelu! Jak już będziemy bezpieczni, wtedy...
   - Nikt nie jest bezpieczny!
   Kowal zamachnął się ponownie, rzucając na blondyna. Ten uniknął ciosu w ostatniej chwili, odskakując na bok.
   - Dopóki żyjesz, nikt nie jest bezpieczny! Ty wszystko mieszasz! Gdzie się nie pojawisz, tam są same problemy!
   Robert poczuł palce, zaciskające mu się na krtani. Przewrócił się, czując, jak Kowal przygniata go własnym ciałem. Nie był w stanie zaczerpnąć powietrza, czuł, jak oczy wychodzą mu na wierzch.
   - Dlatego musisz zdechnąć! Żebym miał pewność, że już na zawsze będzie ze mną! Żebym miał pewność, że nawet o tobie nie pomyśli!
   Robert spróbował się wyrwać, lecz bezskutecznie. Kątem oka zauważył strzelbę leżącą pod łóżkiem, lecz nie był w stanie jej dosięgnąć. Czując, jak opuszczają go siły, spróbował jeszcze złapać Kowala za twarz. Widział, jak oczy zachodzą mu mgłą, czuł, jak życie zaczyna z niego uchodzić.
   - Robert! - usłyszał jej głos, któremu towarzyszyły uderzenia o drzwi.
   *
   - Pati! Pati! Gdzie jesteś!? Pati!
   Monika widziała, jak Alicja biega dookoła hotelu, nawołując dziewczynkę, nie miała jednak czasu na uganianie się za nią, musiała w pierwszej kolejności znaleźć Ewelinę. Podbiegła w stronę recepcji, lecz ogień był już zbyt duży, żeby dała radę wrócić do budynku.
   - Ewelina! - wydarła się, wiedząc, że to nie ma już sensu.
   Doszło do niej, że jeżeli Ewelina ma przeżyć, musi znaleźć inną drogę ucieczki, zrozumiała, że ona już nic nie wskóra.
   - Stasiek! - usłyszała głos Kopananga.
   Odruchowo spojrzała w tamtym kierunku, zauważając, jak na leżącego na ziemi staruszka spadają płonące belki. Zasłoniła usta dłońmi, po czym rzuciła się w jego kierunku. Do Staśka dobiegła w tym samym czasie, co Afrykanin.
   - Pomóż mi to podnieść! - krzyknął Kopa.
   - Jak!? To całe się pali!
   Monika spojrzała na stertę belek, stwierdzając, że tylko jedna z nich trafiła staruszka, spadając wprost na jego stopę. Zauważyła, jak Afrykanin zdejmuje bluzę, urywa z niej rękawy, którymi obwiązuje sobie dłonie. W takich prowizorycznych rękawiczkach przewalił na bok dwie płonące belki, które zagradzały drogę do Staśka. Następnie wspólnie złapali go za ręce, wyciągając kilkanaście metrów od hotelu. Kobieta z miejsca przystawiła ucho do jego klatki piersiowej, stwierdzając że Stasiek oddycha.
   - Stracił przytomność! - poinformowała Kopę.
   - Musimy go stąd zabrać! Jak najdalej!
   - Nie mogę! Muszę wracać po Ewelinę!
   - Jak? Cały hotel już płonie, cysterna za chwilę wybuchnie! Musimy stąd uciekać, jak najdalej! Nie możemy tu zostać, bo zginiemy! Musi sobie radzić sama!
   Monika widziała, jak Afrykanin bierze Staśka na ręce, jak ucieka z nim w stronę bramy, oglądając się co i rusz, sprawdzając, czy ruszyła za nim. Ostatni raz spojrzała na hotel, mając nadzieję, że jeszcze ją zobaczy, w tej chwili dach hotelu zarwał się, zapadając do środka. Aż podskoczyła, pisnęła ze strachu, padła na kolana, łapiąc się za włosy.
   - Ewelina! - jej głos się załamał, gdy zdała sobie sprawę, że jeżeli nastolatka była w hotelu, to tego już nie przeżyła.
   - Monika! - usłyszała ponaglający głos Afrykanina.
   Jednak ona nie wstawała. Klęczała, płacząc, patrząc, jak ogień trawi hotel. Krzyczała jej imię, mając nadzieję, że gdzieś ją ujrzy, lecz nic takiego nie miało miejsca, nastolatki nadal nie było widać. Poczuła, jak ktoś łapie ją za rękę, jak ciągnie za sobą. Gdy dotarło do niej, co się dzieje, zauważyła że Kopa zarzucił sobie staruszka na ramię, drugą ręką ciągnąc ją, jak najdalej od hotelu.
   *
   - Pati! - nawoływała nadal, lecz bez skutku.
   Wbiegła na tył hotelu, rozglądając się, czy nigdzie nie ma dziewczynki. Nie było.
   Czując, że jest blisko załamania, przebiegła jeszcze raz na przód budynku, gdy zauważyła Hyugiego, który przebiegł tuż przy ogrodzeniu, kierując  się w głąb lasu.
   - Hyugi! - krzyknęła, rzucając się za owczarkiem.
Nie miała czasu biec do bramy, po prostu przeskoczyła przez ogrodzenie, po czym skierowała się w tą samą stronę, co Hyugi. Biegła, nie zważając na gałęzie, które znaczyły czerwone ślady na jej twarzy, na rozcięcia, na krew, która zaczęła spływać w kierunku podbródka, skąd skapywała na ziemię. Nie zauważyła drzewa, w które walnęła bokiem, przewracając się. Wstała, złapała się za bolące ramię, po czym ruszyła ponownie.
   - Pati!
   *
   Poczuł się, jakby trafił go piorun. Spojrzał zszokowany na drzwi, sądząc z początku, że się przesłyszał.
   - Robert!
   Tak, to był jej głos. To ona stała po drugiej stronie drzwi, to ona wołała Roberta. Puścił szyję blondyna, wolnym krokiem ruszył w kierunku drzwi. Przekręcił kluczył, nacisnął klamkę.
   - Robert!
   Drzwi ustąpiły, do środka wleciała ona. Stanęła jak wryta, wpatrując mu się w oczy. Stali w ciszy, patrząc na siebie nawzajem.
   - Skąd się tu wzięłaś? - spytał.
   Z tej odległości zauważył, że nie ma na twarzy ani jednego siniaka. Jak to? Przecież jeszcze przed kilkoma godzinami miała ich pełno. Przecież to Robert ją bił, to przez niego była cała poobijana. Czemu nie ma siniaków?
   - Dlaczego? - wyciągnął rękę w jej kierunku.
   Miała na niego czekać w piwnicy. Czemu nie czeka? Czemu przybiegła za nim? I czemu wołała Roberta, a nie jego? Przecież to jego wybrała, Robert się dla niej nie liczy. Wtedy, nad grobem Bogdana, sama go prosiła, aby z nią został. Czemu go o to prosiła, skoro teraz przybiegła do Roberta?
   - Skąd? - poczuł dreszcz przerażenia, który przebiegł jej ciało, gdy jego dłoń dotknęła jej włosów.
   Czemu się boi? Przecież wie doskonale, że jego dotyk jest pełen miłości do niej. Że jego dotyk jej nie skrzywdzi. A mimo to się boi, drży, gdy on jej dotyka. Widział przecież strach, czy wręcz przerażenie w jej oczach, widział w nich lęk przed nim.
   - Czemu się mnie boisz? - spytał, czując łzy, spływające po polikach. - Nie chcę ci zrobić krzywdy... Nie rozumiesz tego?
   Widział, jak jej wzrok spogląda na jakiś obiekt tuż za nim. Obrócił głowę, zauważając blondyna, który wyciągał strzelbę spod łóżka. Widział wściekłość w jego oczach, gdy unosił broń, ewidentnie mając zamiar wycelować mu w głowę.
   W ułamku sekundy ryknął, niczym wściekłe zwierze, rzucając się na Roberta, mając tylko jeden zamiar.
   Zabić.
   Wyciągnął ręce w jego stronę, złapał lufę strzelby, pchnął blondyna ciężarem swojego ciała, tak, że obaj padli na ścianę, która stała w ogniu. Ryknął z bólu, czując, jak ogień trawi skórę w odsłoniętych miejscach, widział ten sam ból w oczach blondyna. Nie czekając ani chwili, uderzył go głową w nos, wyrwał strzelbę z jego rąk.
   Teraz to on miał przewagę.
   *
   Gdy tylko odsunął się od hotelu na dobre pięćset metrów, odstawił dziewczynkę pod jednym z drzew, kładąc obok niej plecak i torbę.
   - Zostań tu! - nakazał jej.
   Ta nic nie odpowiedziała, padła na ziemię, kryjąc twarzyczkę pod swoimi ramionami.
   - Zostań tu i się nie ruszaj! - napomniał ją łysy. - Idę ich poszukać, ale masz się stąd nie ruszać! Za chwilę po ciebie wrócę!
   Obrócił się na pięcie, po czym ruszył biegiem w drogę powrotną. Był już zmęczony, do tego złapała go kolka, nie biegł więc szybko, lecz na tyle, na ile pozwalały mu siły. Po przemierzeniu około połowy dystansu, zauważył przed sobą jakiś ruch, wyjął więc z kieszeni latarkę, którą poświecił w tamtym miejscu, stwierdzając, że w jego stronę biegła Alicja.
   - Pati! - wrzasnęła kobieta, mrużąc oczy, pod światłem latarki.
   - To ja - odpowiedział jej. - Stój tu, nie ruszaj się, zaraz cię do niej zaprowadzę.
   - Gdzie ona jest!? - blondynka złapała go za ramiona, potrząsając nimi.
   Przemek przyjrzał się jej oczom, z miejsca stwierdzając, że kobieta jest załamana nerwowo, prawdopodobnie była święcie przekonana, że dziewczynka nie żyje.
   - Żyje, jest cała, zabrałem ją z hotelu - wytłumaczył łysy. - Postój tu, biegnę zobaczyć, czy któreś z nich jeszcze żyje, zaraz cię do niej zabiorę!
   - Zabierz mnie teraz!
   - Muszę wpierw do nich wrócić, zobaczyć, czy ktokolwiek z nich nadal żyje!
   - Zabierz mnie do Pati!
   - Kurwa mać, kobieto, uspokój się!
   Przemek zrzucił jej ręce ze swoich ramion i miał właśnie ruszać dalej w kierunku hotelu, gdy w pierwszej kolejności ujrzał oślepiający błysk, by już po chwili usłyszeć huk gigantycznej eksplozji.
   *
   - Coś się kończy - powiedział, unosząc strzelbę.
   Wycelował wprost w jego głowę. Widział przerażenie w jego oczach, którym napawał się przez kilka sekund. W chwili, gdy kątem oka zauważył, jak płomienie wdzierają się do pomieszczenia przez wypalone dziury w suficie, doszedł do wniosku, że powinien zakończyć to jak najszybciej, gdyż musiał jeszcze przecież uciec jak najdalej od tego miejsca, nim wybuchnie cysterna.
   Położył palec na spuście, wyszczerzył zęby, pełen satysfakcji, że jego zemsta dobiega właśnie ku końcowi. Wziął wdech gorącego powietrza, wiedząc, że za sekundę wystrzeli.
   W tym momencie poczuł, jak ktoś rzucił mu się na plecy. Zauważył kruczoczarne włosy, które zafalowały mu przed twarzą, natychmiast domyślając się, co się stało.
   - Ewelina! - ryknął. - Muszę go zabić! Mówiłem ci to przecież! Nie będzie cię już więcej krzywdził!
   Robiąc krok do tyłu potknął się, przewracając na plecy, przygniatając nastolatkę. Wstał, przerażony, zauważając krew lecącą z jej nosa.
   - Ewelina! Przepraszam! Nie chciałem!
   Złapał ją za ramiona, zaczął nimi potrząsać. Poczuł, jak ktoś wyrywa mu strzelbę z rąk, obrócił się. Jedyne co widział, to lufę, przystawioną to jego nosa.
   - Coś się kończy - usłyszał wściekły głos blondyna, po czym zauważył błysk.
   *
   Mieszanka krwi, kości czaszki, oraz mózgu rozchlapała się po całym pokoju. Robert natychmiast odrzucił strzelbę, łapiąc nieprzytomną Ewelinę na ręce. Chciał uciekać, lecz stwierdził, że nie ma żadnej drogi, gdyż nie wyskoczyłby przecież z nią przez okno, a za drzwiami ogień był zbyt duży. Zrozpaczony, domyślając się, co to oznacza, usłyszał trzask, po czym poczuł, jak coś uderza go w głowę.
   Przytomność stracił tylko na sekundę, gdyż odzyskał ją, jeszcze nim uderzył o ziemię. Wiedziony instynktem przekręcił się tak, aby osłonić własnym ciałem nastolatkę, ledwie sekundę później poczuł, jak coś ciężkiego i gorącego uderza go w plecy. Po sekundzie poczuł, jak traci grunt pod stopami, jak zaczyna spadać. W ułamku sekundy domyślił się, że to dach musiał się zarwać, natomiast siła z jaką uderzył w podłogę była na tyle duża, że zarwała i ją, wprost na parter. Nie zdążył się przekręcić, więc to Ewelina pierwsza uderzyła plecami o rozżarzoną podłogę, on natomiast upadł na nią. Natychmiast wstał, czując, jak od temperatury wyrastają mu piekące bąble. Bez chwili zastanowienia złapał Ewelinę, po czym ruszył w kierunku, gdzie widział dziurę w ścianie. Zdał sobie sprawę, że znajduje się w kuchni, natomiast dziura była wybitym oknem, które zabili deskami, które ktoś najwyraźniej powyrywał. Przekroczył przez okno, wyciągając ją, krzycząc z bólu, gdyż przy każdym poruszeniu się czuł piekący ból w każdym z poparzonych miejsc. Wiedział, że w takim stanie nie da rady przeskoczyć ogrodzenia, poprawił więc nastolatkę na rękach, po czym zaczął biec w stronę bramy. Gdy tylko ją minął, skręcił w lewo, pamiętając doskonale, że to tam znajduje się największe skupisko krzaków i drzew.
   Wbiegł między nie w ostatniej chwili, gdyż już po kilku sekundach usłyszał niewyobrażalny huk, poczuł falę gorąca, która brutalnie w niego uderzyła, odrzucając w tył, wprost na pobliskie drzewo.
   *
   Wpierw ujrzeli  błysk, po dwóch sekundach dotarł do nich huk, natomiast po kolejnych dwóch fala gorącego powietrza, wciąż na tyle silna, że aż zachwiali się na nogach. Musiał trzymać kobietę z całych sił, gdyż wyrywała mu się, chcąc wracać do hotelu, w poszukiwaniu Eweliny. Ledwo dawał radę ją utrzymać.
   - Puść mnie! - ryknęła na niego, drapiąc go paznokciami po twarzy.
   Zaskoczony tym, zwolnił uchwyt, co kobieta wykorzystała natychmiast, rzucając się w stronę miejsca, gdzie nie tak dawno jeszcze stało ich bezpieczne schronienie.
   *
   Gdy odzyskał przytomność, od razu stwierdził, że coś jest nie tak...
   Nie mógł oddychać!
   Poczuł przypływ adrenaliny, zerwał się z miejsca, zauważając, że wszystko naokoło stoi w płomieniach, natychmiast rozumiejąc, że w dołku, w którym się znajduje, nie ma ani odrobiny tlenu. Wstał na trzęsące się nogi, dwa metry od siebie odnalazł Ewelinę. Podszedł do niej, wziął ją na ręce, po czym ruszył, jak najszybszym tempem, jak najdalej od epicentrum pożaru. Z początku musiał unikać płonących drzew, jednak z czasem udało mu się oddalić od ognia na tyle, że postanowił się zatrzymać. Położył nastolatkę na ziemi, przyłożył palec do jej ust, oczekując, czy poczuje jej oddech.
   Nie poczuł.
   Czując narastającą rozpacz, rozpoczął reanimację. Nie znał się na tym ani trochę, więc improwizował.
   Dziesięć naciśnięć, po czym trzy wdechy.
   Dziesięć naciśnięć, trzy wdechy.
   Dziesięć naciśnięć...
   Trzy wdechy...
   Dziesięć naciśnięć...
   - Ewelina! - ryknął przez łzy. - Wstawaj!
   Trzy wdechy...
   - Ewelina!
   *
   - Ja pierdole - skomentował Przemek, widząc unoszącą się do góry chmurę płomieni.
   Po chwili dotarł do niego huk eksplozji, po którym nadszedł nadal silny podmuch. Syknął, gdy poczuł, jak gorące drobinki niesione falą uderzeniową wbijają się w jego ciało.
   - Nie ma po co wracać - poinformował blondynkę, która wstawała z ziemi.
   Wściekły, walnął pięścią o drzewo, rozcinając skórę na palcach dłoni.
   Ruszył w kierunku, gdzie zostawił dziewczynkę, oraz swoje rzeczy. Widział, jak Alicja patrzy oszołomionym wzrokiem w widoczne stąd płomienie, rozchodzące się po drzewach, lecz gdy tylko zauważyła, że łysy się oddala, natychmiast ruszyła za nim. Szli w ciszy, nie odzywając się wcale. Mijali drzewa, kilka razy omal nie przewrócili się o ledwo widoczne gałęzie, leżące na ziemi. Gdy Przemek odnalazł swoje rzeczy, zauważył, że nie wszystko jest tam, gdzie zostawił.
   - Kurwa! - ryknął, aż Alicja podskoczyła. - Mówiłem smarkaczowi, że ma tu zostać!
   *
   Stała przy drzewie, przy którym odstawił ja Przemek, nie ruszała się z miejsca. Wytarła łzy, patrzyła w dal, widząc łunę. Kątem oka zauważyła ruch między drzewami. To był Hyugi, który przebiegł około pięćdziesięciu metrów obok niej, pędząc w kierunku wyjścia z lasu.
   - Hyugi! - krzyknęła, rzucając się za nim w pogoń.
   Owczarek wcale nie reagował na jej krzyki, biegł dalej, piszcząc, podkulając ogon. Goniła go najszybciej, jak mogła, lecz już po chwili zniknął jej z pola widzenia. Nie zrezygnowała, biegła dalej, kierując się tam, gdzie sądziła, że pobiegł owczarek. Mijała coraz to kolejne drzewa, coraz to kolejne krzaki, aż w końcu zauważyła przed sobą jakiś przebłysk. Zmęczona, czując, jak bolą ją zarówno nogi, jak i brzuch, zmusiła się na ten ostatni wysiłek, dobiegła do końca linii drzew, wybiegając na otwarty teren. Gdy tylko światło latarki trafiło ją w oczy, natychmiast je zmrużyła, przewracając się na ziemię.
   - Ej, co się stało? Co tam znalazłaś? - usłyszała głos mężczyzny.
   - Jakąś dziewczynkę - tym razem odezwała się dziewczyna.
   - Samą?
   - Chyba tak. Nikogo innego nie widzę. Wybiegła z tego lasu, pewnie uciekała przed tym wybuchem.
   Poczuła, jak ktoś okrywa ją kocem, jak podnosi na ręce.
   - Jest w szoku, chyba nic do niej nie dociera - ponownie usłyszała głos dziewczyny.
   - Tu się nie zatrzymamy - postanowił mężczyzna. - Musimy stąd odejść, bo ten pożar za chwilę dojdzie i do nas. Wracamy się do tamtego miejsca, gdzie odpoczywaliśmy, tam rozpalę ognisko. Dasz radę ją nieść?
   - Nic się nie martw - poinformowała go dziewczyna. - Lekka jest. Tylko, Kuba, pośpieszmy się. Ona cała się trzęsie.
   - Owińmy ją jeszcze jednym kocem - podrzucił mężczyzna w wieku trzydziestu paru lat, o średniej długości blond włosach.
   *
   Słyszała, jak ją woła, nie zwracała jednak na to uwagi. Biegła w kierunku płonących drzew, kierując się jak najbliżej pogorzeliska, które pozostało po hotelu. Gdy dobiegła tak blisko, na ile pozwalała jej temperatura bijąca z pożogi, odrętwiała zupełnie.
   Hotelu nie było.
   Nie licząc rozkruszonych fundamentów, wszędzie dało się zobaczyć tylko i wyłącznie ogień, trawiący wszystko, gdzie tylko się znalazł. Stała bez ruchu, nie wiedząc, co począć, gdy poczuła silne ramiona, które ją złapały.
   - Monika, musimy uciekać! - krzyknął Kopanang. - Ale już! Pożar za chwilę się rozejdzie! Nie mamy czasu!
   - A co z Eweliną!? - ryknęła mu w twarz. - Nie rozumiesz!? Muszę ją znaleźć! Inaczej nigdzie nie idę!
   Palcem wskazał jej to, co pozostało po hotelu. Nie odezwał się ani słowem, nie musiał, zrozumiała przesłanie. Poczuła, jak ostatki sił, które jeszcze w sobie miała, opuszczają ją, jak ulatują wraz z nadzieją, że jeszcze ją zobaczy. Padła na kolana, mając nadzieję, że się popłacze, jednak i na to nie miała siły. Poczuła na ramionach jego dłonie, które podniosły ją na nogi. Poczuła na swojej dłoni jego dłoń, gdy pociągnął ją za sobą, jak najdalej od ognia. Gdy doszli do miejsca, gdy Stasiek leżał nadal nieprzytomny, musiał ją puścić, aby wziąć staruszka na ręce. Mimowolnie szła za nim, wpatrując się w jego plecy, nie odwracając się w kierunku płomieni. Szła, zbyt słaba, zbyt oszołomiona, by zacząć rozpaczać, by dotarło do niej, co właściwie się stało.
   Po prostu szła za nim. I tylko tyle. Nic więcej, tylko szła.
   Krok za krokiem.
   *
   Do końca nocy pożar strawił praktycznie cały las, pozostawiając za sobą pożogę i śmierć. Ludzie, którzy widzieli wybuch, zastanawiali się, co też mogło takiego się zdarzyć pośrodku lasu, co takiego mogło tam wybuchnąć i to z taką siłą. Z początku zbierali się ludzie, którzy chcieli tam iść i to sprawdzić, lecz gdy tylko zauważyli, że ogień pożera coraz to większe połacie terenu, zrezygnowali z tego pomysłu, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że cokolwiek tam było, teraz nie znajdę już kompletnie nic.
   Poza śmiercią.
   *
   Kopnął kawałek spalonej deski. Przechadzali się po zgliszczach budynku, szukając czegokolwiek przydatnego, jednak wyglądało na to, że nic takiego tu nie znajdą. Nieoczekiwanie po chwili podbiegł do niego gruby mężczyzna, z blizną na pół twarzy.
   - Trupy - wydyszał, gdy tylko się zatrzymał. - Tam, trzy trupy. Wyciągnęliśmy je. Wszyscy są zwęgleni. I... Powinieneś to zobaczyć.
   Behemot ruszył za towarzyszem, uważając, gdzie stawia kroki. Podeszli do ogrodzenia, przy którym leżały trzy zwęglone ciała, obok których leżała strzelba.
   - To Więchula - zauważył mężczyzna z rudymi włosami.
   - Tak. Ten facet ma przestrzeloną głowę, ta strzelba leżała przy nim, więc podejrzewam, że to nią dostał. A ta dwójka... Oni nadal się obejmują.
   Behemot wyciągnął z kieszeni scyzoryk sprężynowy, wyjął ostrze. Dźgnął ciało kobiety, zastanawiając się nad czymś.
   - Ona była w ciąży - zauważył. - Ma duży, nabrzmiały brzuch. Dzieciak ugotował się w środku. Ten był pewnie ojcem dzieciaka. Kawał chłopa z niego był.
   - Mamy wykopać im grób? - spytał jeden z jego ludzi. - Tam już są dwa groby...
   - Jaki grób? - spytał Behemot. - Nic nie będziecie kopać, na motory i jedziemy stąd. Ciekaw jestem, czy ci tutaj, to nasze małe szczurki, które zabiły Więchula i jego ludzi. Ale teraz tego już nie sprawdzimy. Ten z rozwaloną głową i ci... Adam, Ewa i dziecko... Oblejcie ich benzyną i podpalcie. Z prochu powstali i w proch niechaj się obrócą.

   Wiecie, że kolejny rozdział dopiero za 2 tygodnie? xD
   P.S. Nastąpiła mała korekta planów. Z początku chciałem, żeby to ten rozdział miał 6000 słów, ale po przemyśleniu sprawy doszedłem do wniosku, że jednak dochowam tradycji i to rozdział 10 będzie ponadprogramowy :D

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5637 słów i 30667 znaków.

1 komentarz

 
  • xptoja

    I takie rozdziały lubię : D informacji pod nim już nie ; )

  • Kuri

    @xptoja Miło mi to czytać ;)

  • xptoja

    @Kuri że nie lubię przerw? W sumie jest to jakiś argument : P

  • Kuri

    @xptoja Że takie rozdziały lubisz ;) Teraz umieszczę w piątek kolejną "połówkę", cały rozdział dopiero za 2 tygodnie