Ziemia z popiołów II : Rozdział 08 – Ostrzeżenie

Ziemia z popiołów II : Rozdział 08 – Ostrzeżenie- Dzięki - rzucił Przemek, odbierając od Staśka termos z herbatą. - Jesteś jedyną osobą, po której spodziewałbym się, że zrobi mi herbaty.
   - Daj spokój. Miałem inne zajęcie? Nie.
   - Czyli zrobiłeś mi tę herbatę z nudów? Nabijam się. Co z Andrzejem?
   - Nie wiem, nie byłem tam... Ale nie obudził się, inaczej byśmy się tego dowiedzieli.
   - Jak się obudzi, a ja będę tu, na dachu, natychmiast macie mnie poinformować. To bardzo ważne i bardzo pilne.
   - Jasne. Przecież i tak, jak zejdziesz z dachu...
   - Od razu. Nie jak zejdę. Jasna cholera... Pomyślałem o tym dłużej... Jeżeli dobrze kalkuluję, to wysłałem jedynego człowieka, który jest za mną na spacerek z mordercą. Z reguły z takich spacerków wraca tylko jedna osoba.
   *
   Wyszli na polanę, minęli cysternę, przeszli dalej, drogą, aż do wyjścia z lasu. Od jakiegoś czasu szli w ciszy, przerywanej tylko w momencie, gdy Robert wołał Hyugiego, który nie wracał już od jakiegoś czasu. Jednak, gdy tylko wyszli spomiędzy drzew na otwartą przestrzeń, owczarek wyskoczył, nie wiadomo skąd, po czym pognał dalej, aby wąchać wszystko, co napotkał.
   - Dawno się tak nie wylatał - zaczął Konrad. - Z reguły nie wychodził za ogrodzenie.
   - Teraz się wybiega i wymarznie, to więcej nie będzie wychodził z hotelu - zapewnił Robert. - Będzie siedział pod kołdrą i się grzał.
   Z czasem doszli na przedmieścia, które jednak szybko minęli, gdyż doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że nic tu nie znajdą. Postanowili iść dalej, za kierunkowskaz biorąc nadal stojący szkielet wysokiego budynku. Gdy podeszli na kilometr od niego, Kowal rozpoznał, że to ruiny centrum handlowego.
   - Co najmniej z sześć pięter stoi nadal - ocenił Konrad.
   - Powiedzmy, że stoi - sprostował Robert. - Spójrz tam, wszystko trzyma się właściwie na jednej ścianie.
   - Żywności tam nie będzie - wtrącił Kopa.
   - Nie chodzi o to - mruknął barczysty, mrużąc oczy. - Tam może być wiele innych przydatnych rzeczy. Ubrania termoaktywne, narzędzia... pamiętajcie, że na wiosnę musimy coś zasiać. Kopa, Kowal, pójdziecie tam. My pójdziemy dalej. Jak napełnicie plecaki, wracajcie do hotelu, nie czekajcie na nas. Jak nie napełnicie, poszukajcie żywności. Tak, czy inaczej, nikt nie wraca, dopóki plecaki nie będą pełne, jasne? Jak już wyszliśmy z hotelu, postarajmy się coś do niego przynieść.
   - Tylko uważajcie tam na siebie - dodała Monika. - Jakby coś zwróciło waszą uwagę, coś wam podpowiedziało, żeby uciekać stamtąd, uciekajcie.
   - Spokojnie - uspokoił Kopa. - Planujemy wrócić stamtąd cali.
   *
   - Hyugi! - krzyknęła, wybiegając na korytarz. - Hyugi!
   Zbiegła ze schodów, na bosaka wybiegła na zewnątrz. Zimny, silny wiatr sprawił, że przewróciła się w zaspę śnieżną, z której z trudem się wyczołgała. Trzęsąc się z zimna, wróciła do hotelu.
   - Boże, Pati! - krzyknęła Alicja, gdy tylko zobaczyła dziewczynkę. - Co ci się stało?
   - Gdzie Hyugi?
   - Poszedł chyba z nimi. Nie wychodź więcej na dwór na bosaka! I w koszulce!
   Alicja zdjęła z siebie bluzę, którą narzuciła na Pati. Zaprowadziła ją do pokoju, gdzie nakazała jej się ubrać.
   - Słuchaj. Wiem, że nie jestem twoją mamą, ale też chcę o ciebie dbać. Ubierz się, inaczej się rozchorujesz. Chyba nie chcesz się rozchorować?
   - Nie chcę.
   - Widzisz. Więc ubieraj się, szybko.
   - Kiedy wrócą? Tata i Hyugi?
   - Nie wiem. Albo dziś, albo jutro. Ale sama dokładnie nie wiem.
   - Kopa obiecał mi, że będzie pilnował taty.
   - Wszyscy będą pilnować siebie nawzajem. Ubieraj się, ja muszę zanieść Kindze coś do jedzenia. Na dole jest Stasiek, zrobi ci coś na śniadanie.
   *
   - Czego dokładnie mamy szukać? - Kowal przerwał ciszę, która zapadła.
   - Nie wiem. Zrozumiałem, że narzędzi. Wiesz, co będzie potrzebne do obsiania pola?
   - Najpierw trzeba je przekopać. Potem chyba zagrabić, żeby trawę wygrabić z ziemi. A potem to już chyba siać. Nie wiem, nie znam się na tym.  
   - Tak jak ja... Dobra, to zbierzmy wszystko, co uznamy za potrzebne. Jakieś szpadle, możemy wziąć po dwa, grabie...
   - Zauważyłeś? - przerwał mu Kowal.
   - Co?
   - Do tej pory minęliśmy tylko dwie grupki ludzi, łącznie, nie wiem, dwanaście osób? Gdzie reszta? Co się stało z tymi wszystkimi ludźmi?
   - Nie udawaj, że nie wiesz - poprosił Kopa. - Zima nie jest łagodna.
   - Ale, żeby wszyscy? Tak mało przeżyło? Dwunastu ludzi na kilka godzin i to wszyscy, których napotykamy?
   - Nie wiem. Może siedzą gdzieś, pochowani w ruinach? Jest zimno. Oby wiosna przyszła jak najszybciej. Inaczej nie będziemy spotykać nawet dwunastu ludzi na kilka godzin.
   - Przecież ktoś musi żyć. Nie możemy być jedyni. Gdzieś musieli zebrać się ludzie, gdzieś muszą starać się wrócić do normalnego życia.
   - Może dlatego ich nie widzimy? Bo siedzą u siebie i starają się wrócić do tego normalnego życia? Choć i tak jestem zdania, że po prostu większość z tych, co przeżyli Kolizję, zamarzła. Gdyby nie hotel, my też byśmy zamarzli. Nie ma się co oszukiwać, taka prawda. Hotel uratował nam życie.
   - Co to za życie? Siedzimy zamknięci w czterech ścianach, nie widzimy nikogo poza nami. Jedynym, co tak naprawdę dzieje się w hotelu, to te ciągłe dyskusje i grzebanie Przemka.
   - Wolałbyś, żebyśmy nie mieli hotelu?
   - Wolałbym, żeby do Kolizji nie doszło.
   *
   - Możemy iść na południe, tam jeszcze nie byliśmy - zauważył Robert.
   - Możemy iść gdziekolwiek - odparł barczysty. - I tak będziemy musieli się nieźle nagłowić, żeby zapełnić plecaki. Nie wiem, czy jutro wrócimy do hotelu.
   - Mam nadzieję, że wrócimy - wtrąciła Monika, która poprawiała plecak. - Jest zimno jak cholera. W nocy się nieźle wymarzniemy.
   - Przeżyjemy - mruknął Robert pod nosem.
   - To na pewno - odpowiedział Konrad. - Co sądzicie o sklepach? Jest w nich jeszcze coś do szukania?
   - Nie. Ja bym szukała tylko w domach. Nigdzie indziej już nic nie znajdziemy. Przecież każdy szukał po sklepach i magazynach, już dawno nic w nich nie ma.
   - Czyli szukamy po domach - zadecydował barczysty. - Szukamy dotąd, aż znajdziemy. Ile czasu by to nam miało nie zająć.
   *
   Budynek był kompletnie zniszczony, ponury, sprawiał wrażenie, jak gdyby za chwilę miał się zapaść do samych fundamentów. Przy każdym silniejszym podmuchu wiatru po okolicy rozchodził się pisk, świadczący o tym, że żelazny szkielet konstrukcji ledwo się trzyma. Cały efekt potęgowały szare, ciężkie chmury, które zakryły jakiś czas temu całe niebo.
   - Jak z horroru - zauważył Kopa, przyglądając się konstrukcji.
   - Ma w sobie urok - odpowiedział Kowal. - Na swój sposób.
   - Nie mam pojęcia, gdzie ty tu widzisz jakiś urok.
   Niewiele czekając, weszli do środka. Tym, co od razu rzuciło się w oczy, był opłakany stan budynku, który ewidentnie wskazywał na to, że konstrukcja niedługo się rozsypie. Rozeszli się w obie strony, rozglądając się za czymś, co mogliby ze sobą wziąć. Tym, co ich miło zaskoczyło, był fakt, że w środku znaleźli trochę żywności, najwidoczniej ludzie bali się tu wchodzić, myśląc, że budynek zawali się na nich.
   Uwagę Kowala przykuł szyld, na którym nadal widoczny był napis "Sport dla aktywnych". Minął szyld, przekroczył próg. Sklep z artykułami sportowymi był praktycznie nieruszony, wszystko zdawało się leżeć, mniej więcej, na swoim miejscu. Przeszedł się powoli między regałami, przyglądając się zawartości półek i szafek. Na samym końcu pomieszczenia, praktycznie w rogu, znalazł, jak informowała tabliczka, "dział dla himalaistów". Wsadził do plecaka linę, wiedząc, że lina zawsze się przyda, po czym miał skierować się w drogę powrotną, gdy jego wzrok spoczął na czekanie. Nowy czekan, leżący sam jeden, na półce. Zdawał się leżeć i czekać na niego. Wziął go do ręki, stwierdzając, że jest dużo lżejszy niż wygląda, jednak, mimo tego, nadal zdawał się być dobrej jakości. Machnął nim dwa razy, sprawdzając, czy dobrze leży w dłoni. Dobra broń, pomyślał, może kiedyś ocali mi życie?
   Schował czekan za pasek od spodni, po czym ruszył do wyjścia ze sklepu.
   *
   Przebudził się, przetarł oczy, wstał. Gdy Stasiek zastąpił go na warcie poczuł zmęczenie, musiał się więc przespać. Po pozycji ledwo widocznego słońca stwierdził, że musiał spać co najmniej dwie godziny.
   - Starość mnie łapie? - spytał sam siebie.
   Wyszedł z pokoju, przeciągnął się. Z jednej strony żałował, że nie poszedł z nimi, przydałoby mu się trochę ruchu, z drugiej jednak strony, trochę się rozleniwił i niespecjalnie chciało mu się wychodzić na dwór. Na drugi raz idę, nie zostaję w tym hotelu, pomyślał. Teraz jeszcze trochę mogę poleniuchować, dam sobie fory.
   Ruszył na dół, gdyż trochę zgłodniał. W spiżarni przejrzał na szybko ich zapasy jedzenia, dochodząc do wniosku, że są kilka razy mniejsze, niż powinny być. Naszykował sobie skromne śniadanie, które zjadł powoli, nieśpiesznie, w salonie, siedząc na fotelu. Przez myśl przeszło mu, że powinien podłożyć do pieca, machnął na to jednak ręką, dochodząc do wniosku, że pewnie i tak Alicja się tym zajęła. Siedział i już prawie zasnął ponownie, gdy obudziła go Ewelina.
   - Zmęczony?
   - Chętnie bym się przespał, gdyby nikt mi nie przeszkadzał.
   Miał zamknięte oczy, lecz usłyszał, jak nastolatka siada na drugim fotelu, naprzeciwko niego. Wiedział doskonale, że ona coś od niego chce, nie miał jednak pojęcia o co jej chodzi dokładnie. Nie potrafił jej rozgryźć, w sumie, nawet nie starał się tego zrobić. Trzeba na nią uważać, pomyślał. To manipulantka. Roberta owinęła w swoje sieci, mnie się jej nie uda, ale i tam muszę uważać, jak z nią rozmawiam. Muszę poprowadzić rozmowę po swojemu.
   - Nie dasz mi zasnąć? Odpocząć w spokoju i ciszy?  
   - Przemyślałam wszystko.
   - Co zrobiłaś?
   - Przemyślałam.
   - Nie załapałaś mojego żartu. Co niby przemyślałaś?
   - Kowal... On jest niebezpieczny dla hotelu. Dla nas wszystkich.
   - Fanfary! Właśnie wręczam ci order za wyjątkowo analityczne myślenie.
   - Zabij go.
   Aż otworzył oczy ze zdziwienia. Spojrzał na nią, jednak patrzyła na niego wyjątkowo poważnym wzrokiem. Naprawdę go o to prosiła.
   - Jak wrócą, zabij go. Ty chyba umiesz robić takie rzeczy. Przytrafi mu się coś złego, jakiś wypadek... Wiesz bardzo dobrze, co mam na myśli.
   Ona go o to naprawdę prosiła? Chciała, żeby sprzątnął Kowala? Aż tak myślała o grupie, czy raczej... Przemek uśmiechnął się pod nosem. Jednak to drugie.
   - Aż tak się boisz o Roberta? Że Kowal mu coś zrobi? Jesteś gotowa poświęcić życie Kowala? Przychodzisz do mnie z taką prośbą... Naprawdę musisz stać pod murem. Ok, a skąd myśl, że to zrobię? Może nie zabijam ludzi ot tak?
   - Robert jest ci potrzebny, chcesz, żeby zajął miejsce Konrada. Tak, czy inaczej, musisz dbać o jego bezpieczeństwo. Dlatego proszę, zabij go. Kowal... On... Nie jest zdrowy psychicznie. Wiesz o tym.
   - Wiem.
   - Wszystko mówi jasno, że...
   - Aż tak zależy ci na Robercie? Skazujesz drugiego człowieka na śmierć... dla niego?
   - Przecież...
   - Żadnego "przecież". Zależy ci na nim.
   - Tak - odparła nastolatka, zmieszana. - Zależy.
   Na twarzy Przemka pojawił się szeroki uśmiech. Wiedział już, jak rozegrać to po swojemu, żeby ugrać jak najwięcej. Nie zamierzał marnować takiej sytuacji.
   - Zabiję go - zgodził się. - Nic w tym trudnego. Wypadki chodzą po ludziach. Ale mam swój warunek. Weźmiesz się za Roberta najszybciej, jak będzie się dało. Jesteś niezłą manipulantką, uda ci się to. Zaczniesz wywierać na niego wpływ. Gość jest inteligentny, nadaje się do rządzenia, ale nie chce się za to wziąć. Ty go do tego namówisz. Ma przejąć władzę dobrowolnie, jasne? Nie interesuje mnie, co będziesz musiała zrobić, żeby go do tego namówić, róbcie sobie co chcecie, ale ma się zgodzić. No i, oczywiście, jak już zacznie rządzić, mam być jego nieformalną prawą ręką. Ty już, mam nadzieję, się o to postarasz.
   - Mam go namówić, żeby jednak zastąpił Konrada i żeby się ciebie słuchał?
   - Dokładnie o to mi chodzi.
   - A jak mi się nie uda? Co wtedy?
   - Przyciśniesz go tam, gdzie będzie trzeba, to się uda. Jak już mówiłem, masz zrobić wszystko, żeby to się udało. Wszystko.
   Siedzieli, patrząc sobie w oczy. Ewelina widocznie myślała nad propozycją Przemka, jednak jej rozważania nie trwały zbyt długo.
   - Zgadzam się. Tylko najpierw zajmij się Kowalem.
   - Dobrze robi się z tobą interesy.
   *
   Stasiek zmieniał właśnie okład na głowie Andrzeja. Kinga, która nadal siedziała przy nim, akurat złapała drzemkę. Staruszek nawilżył szmatkę, wycisnął nadmiar wody, zwinął ją i położył na czole mężczyzny. Ile on tak pociągnie, bez picia i jedzenia? Ile dni będzie jeszcze spał, nim jego oddech ustanie? Obracał się właśnie, aby odnieść miskę z wodą, gdy poczuł silny uścisk na ręce. Przestraszony, spojrzał na Andrzeja. Mężczyzna nie spał, patrzył mu w oczy. W tym wzroku widział ból i cierpienie, ale też chęć przekazania czegoś. Andrzej chciał mu coś powiedzieć.
   *
   Gdy tylko się dowiedział, wpadł do pokoju jak głupi. Odsunął Staśka, oraz płaczącą Kingę, która tuliła się do męża.
   - On? -spytał.
   Andrzej, który nadal miał problemy z mówieniem, chrząknął kilka razy, po czym udało mu się sklecić ledwie słyszalne zdanie.
   - Kowal... To on... Mnie... Zepchnął...
   *
   - Szóste piętro, wyżej nie pójdziemy - skomentował Kowal.
   - I tak bym nie szedł. Tu się wszystko sypie. Dziesięć minut i wracamy, nie chcę, żeby te ruiny mnie przygniotły.
   - Rozdzielmy się, szybciej nam pójdzie.
   Kopa kiwnął głową, odbijając w lewą stronę. W tym momencie, tuż przed nim, zarwała się część sufitu, która opadła na podłogę z hukiem, wznosząc naokoło chmurę kurzu i popiołu. Afrykanin upadł, zbladł z przerażenia.
   - Wracamy - nakazał, wstając. - Nie chcę tu ginąć.
   - Ani ja - odpowiedział Kowal, pomagając mu wstać.
   Weszli z powrotem na schody i skierowali się w dół. Byli na półpiętrze, gdy poczuli, jak silny wiatr porusza budynkiem.
   - Szybciej - ponaglił Kopa.
   Nie zdążyli przejść dwóch stopni, gdy z krótkofalówki, którą Afrykanin miał w kieszeni, rozległ się głos Przemka.
   - Kopa! Zabij skurwysyna! Andrzej się obudził! To Kowal go zepchnął!
   Obaj zatrzymali się w miejscu. Patrzyli przed siebie, czując, jak ciężkie krople potu spływają im po twarzach. Powili, niepewnie zaczęli przekręcać głowami.
   Ich wzrok się skrzyżował.
   Nie odzywali się ani słowem, patrzyli na siebie przez długą chwilę. Żaden z nich nawet się nie poruszył.
   - Ja... -zaczął Kopa, jednak szybko musiał przerwać wypowiedź.
   Kowal, nie wiadomo skąd, wyciągnął czekan, którym zamachnął się na Afrykanina. Kopa, odruchowo, zasłonił się ręką. Gdyby nie fakt, że miał na sobie sweter, dwie bluzy i kurtkę, czekan przebiłby mu ramię. Kowal, nie czekając ani chwili, uderzył czekanem ponownie, po czym obrócił się i uciekł na górę.
   - Stój! -krzyknął Afrykanin, ruszając za nim.
   Gdy tylko wbiegł na górę, od razu uniknął kawałka gruzu, który nadlatywał w jego stronę.
   - Kowal, przestań, nie chcę ci zrobić krzywdy!
   - Wal się! Nie wracam do hotelu!
   Afrykanin spojrzał w miejsce z którego dochodził głos. Kowal schował się za kwadratowym filarem.
   - Wracamy obaj. Wiesz, że nie mogę cię zostawić...
   *
   Wiem, pomyślał Kowal. Nie możesz, bo wiem, gdzie jest hotel. Dlatego musisz mnie zabić. Nie ma mowy, ja nie dam się zabić.
   Złapał kolejny kawałek gruzu, który cisnął w miejsce, gdzie spodziewał się Kopy. Nie trafił.
   - Przestań już rzucać tymi kamieniami! Wyjdź stamtąd! Wrócimy razem do hotelu!
   - Mówiłem ci, wal się! Nie wracam z tobą! Nawet, jak ty mnie nie zabijesz, zrobi to Przemek! Nie udawaj, że tego nie wiesz!
   - Osądzi cię grupa, nie sam Przemek! Wyjdź! Daję ci tylko jedno ostrzeżenie! Mam broń, jeżeli mnie zaatakujesz, będę strzelał!
   Tak, jak się spodziewał. Kopa miał broń, Robert na pewno też. To oni decydowali o wszystkim, on był w hotelu nikim.
   Nikim.
   Przecież uratował jej życie. Od początku dbał o hotel, o jego mieszkańców. Poświęcił cały dzień, żeby przytransportować tam kosz pełen ubrań. Poświęcał się...
   A oni to wszystko zepsuli.
   Robert i Przemek. To przez nich Kowal był nikim. Musiał się na nich zemścić. Musiał ich zabić. Wróci do hotelu i ich zabije. Tak zrobi. Nie ma dla nich przebaczenia. Oni nie zasłużyli na to, żeby żyć.
   Wyciągnął granat z kieszeni, spojrzał na niego.
   Ucieknie. Da radę. Musi przebiec dziesięć metrów, wskoczyć za ladę, rzucając granat w stronę Kopy. Zabije go tym. Da radę. To jest do zrobienia. Musi się go pozbyć, jeżeli chce kontynuować swoją zemstę.
   Musi go zabić.
   *
   - Kowal, wyjdź stamtąd! - krzyknął Kopa. - Ostrzegam cię! Nie rób nic głupiego!
   Robił krok za krokiem, był coraz bliżej filaru, za którym ukrywał się Kowal. Miał już niecałe dziesięć metrów, gdy Kowal wyskoczył zza kolumny, rzucając się w stronę lady, stojącej nieopodal.
   Tu przemówiło szkolenie. Nie myśląc, zdając się na intuicję, wycelował i wystrzelił. Kula trafiła idealnie tam, gdzie celował, krew rozbryzgała się po okolicy. Kowal złapał się za udo, przewrócił, upuszczając przedmiot, który trzymał w ręku. Kopa zrobił dwa kroki w jego kierunku, gdy zdał sobie sprawę z tego, co to był za przedmiot.
   Granat.
   Wyciągnięta zawleczka leżała obok.
   Poczuł skok adrenaliny, pot oblał go całego. Całe dotychczasowe życie stanęło mu przed oczyma, a przez umysł przeszła tylko jedna myśl.
   Już po mnie.
   *
   - Kopa, jesteś tam? - spytał po raz setny. - Kopa, odezwij się.
   - Mam nadzieję, że nic mu nie jest... -mruknęła Alicja. - Boże...
   - Dlaczego on to zrobił? - spytała Kinga.
   - Chciał, żeby zabił Roberta - odpowiedział Andrzej, który odzyskiwał głos. - Miałem przecież iść z Robertem, chciał, żebym go tak zabił, żeby wyglądało to na wypadek.
   Przemek spojrzał ukradkiem na Ewelinę. Wypadek. Ona zgłosiła się do niego z identyczną prośbą.
   - Mówił mi, że Robert zagraża grupie. I Przemek też.
   - Mnie też miałeś zabić? - zaciekawił się łysy.
   - Nie. Tylko Roberta. Ale to nie z powodu grupy - Andrzej spojrzał na nastolatkę. - Ewelina? Ty wiesz, o co chodzi.  
   - Wiem... To z mojej winy...
   - Gówno prawda - odparł Przemek. - Zepchnęłaś Andrzeja z tego dachu? Nie. Ten idiota zrobił to, bo nie potrafił zaakceptować faktu, że go nie chcesz. Jebany psychol, ciekawe ilu ludzi by zabił, gdybyśmy się o tym nie dowiedzieli. Mnie i Roberta sprzątnąłby na pewno, kogo jeszcze? Stasiek, chciałbyś, żeby poderżnął ci gardło? Alicja? Kinga? Albo, chcielibyście, żeby zabił tę smarkulę? Takich jak on trzeba likwidować. Bez mruknięcia okiem.
   - Nie jestem zwolennikiem kary śmierci - wtrącił się Stasiek.
   - Czytałeś Biblię?
   - Tak.
   - Więc wiesz, co jest tam napisane. Oko za oko, ząb za ząb. Chciał zabić Andrzeja. Wiedział, że ma żonę i że spodziewa się dziecka. Mimo tego chciał go zabić. Jeżeli... Kopa nie da rady, jeżeli wróci tu Kowal, obiecuję wam, że ja się nim zajmę raz, a dobrze.
   *
   Wybuch odrzucił go na pobliską ścianę. Siła uderzenia była wystarczająca, aby na kilka chwil stracił przytomność. Gdy tylko się ocknął, poczuł drżenie. Mimo stanu w jakim się znajdował, doskonale zdawał sobie sprawę z tego, skąd to drżenie się wzięło. Budynek i tak ledwo się trzymał, wybuch granatu tylko rozpoczął to, co i tak było nieuniknione. Wstał najszybciej jak tylko mógł, oparł się o ścianę i skierował w stronę schodów na dół. Było to zadanie o tyle trudne, że chwilowo ogłuchł od eksplozji, wszystko go bolało, a błędnik nie powrócił jeszcze do stanu używalności. Gdy tylko podszedł do schodów, zdał sobie sprawę z tego, że nie da rady z nich zejść w takim stanie. Niewiele myśląc, oklapł przed nimi, po czym stoczył się.  
   Muszę jak najszybciej znaleźć się na dole. Ten budynek za chwilę cały się zawali. Kolejne schody... Nie mam wyjścia. Cholera, moje żebro! Szybciej. W lewo, tam jest zejście. Schody. Dam radę? Spróbuję. Stopień. Dwa. Trzy. Czte... Kurwa! Moja noga! Nie, dość. Nie dam rady schodzić ze schodów, muszę się po nich turlać. Które to piętro? Czwarte? Trzecie? Schody. Tym razem chyba nic nie złamałem. Znowu... Cholera! Sypie się! Nie zdążę!
   *
   Siedział na dachu., trzymając w pogotowiu karabin. Wiedział, że do ewentualnego powrotu jednego z nich nadal jest jeszcze kilka ładnych godzin, jednak postanowił, że będzie tu siedział do jutrzejszego ranka, tak na wszelki wypadek.
   - Kopa?
   Nadal cisza. Krótkofalówka trzeszczała tylko, co nie było optymistycznym akcentem.
   - Robert! Kopa! Kurwa! Ktokolwiek!
   Nie spodziewał się, że kogoś usłyszy i też nikt mu nie odpowiedział. Dał im zepsute krótkofalówki? Niemożliwe, przecież przetestował je osobiście, działały. Baterie? Nie, ładował je. Więc? Zasięg? Najpewniej to o to chodziło. Czy Kopa go usłyszał? Jeśli tak, to co się tam stało? Dlaczego milczał?
   *
   Budynek się sypał. Całe płaty dachu opadały na dół, miażdżąc wszystko po drodze, niszcząc coraz to niższe kondygnacje. Schody zapadały się, sypały się na sam dół, uniemożliwiając wyjście z budynku, który stał się teraz śmiercionośną pułapką.
   A on był w środku tej pułapki.
   Uciekał nadal, staczał się ze schodów. Czuł, jak coraz większe kawałki gruzu uderzają w niego, pod niektórymi uderzeniami aż padał na kolana, a przed oczyma widział ciemność, jednak uciekał nadal, nie poddawał się. Sturlał się z ostatnich schodów, wrzasnął, kiedy poczuł łamiące się żebro. Widział, jak pęka sufit, jak zaczyna się sypać na dół. W ostatniej chwili przeturlał się w lewo, gdyby nie to, kawał sufitu zmiażdżyłby mu czaszkę. Ostatkiem sił wstał, pokuśtykał w stronę wyjścia z budynku. Był już tak blisko, gdy kolejny kawał gruzu uderzył go w ramię, powalając na ziemię.
   On jednak walczył.
   Korzystając z prawej ręki, którą mógł ruszać, zaczął się czołgać. Walczył o każdy centymetr, który dzielił go od wyjścia. Ten ostatni metr pochłonął niewyobrażalne ilości energii, jednak choć tyle mu się udało, opuścił walący się budynek. Nie był jednak na tyle głupi, aby na tym poprzestawać. Czołgał się dalej, by tylko odczołgać się jak najdalej od zagrożenia. Walczył dalej, o każdy centymetr. Czuł, że za chwilę zemdleje, że opuszczają go resztki sił, które napłynęły wraz z adrenaliną.
   Z tylnej kieszeni wyciągnął krótkofalówkę, która, o dziwo, zachowała się w całości. Nacisnął przycisk, przystawił ją do ust.
   - Przemek - wyszeptał. - Jak wyjdziesz z lasu, zawalony budynek. Widać go na pewno, czarna plama pośrodku śniegu. Jestem... Po lewej mam jakiś duży samochód. Nie wiem ile wytrzymam. Przemek...
   *
   Wpadł do hotelu, od razu rzucił się do pomieszczenia, gdzie trzymali broń. Złapał pistolet, dodatkowy magazynek i skierował się biegiem w stronę drzwi wyjściowych.
   - Przemek! Co się stało? - krzyknęła Alicja, którą odepchnął, gdyż stała mu na drodze.
   - Nie wiem! Idę po Kopę!
   *
   Dziękował wszystkim bogom, jakich znała ludzkość, że mimo tego, że jakiś czas temu miał przestrzelone udo mógł biec. Wybiegł z lasu, rozejrzał się po okolicy. Kopa mówił o zawalonym budynku. Gdzie? W którą stronę poszli? Spojrzał na śnieg. Całe szczęście, był tylko jeden duży trop, wskazujący na to, że szła tędy grupa ludzi. Pobiegł tym tropem, trzymając się za brzuch, gdyż złapała go kolka. Dyszał ciężko, czuł, jak krople potu leją się po nim strumieniem, jednak nie zwalniał. Postanowił na chwilę skręcił, aby wejść na ciężarówkę, która stała nieopodal. Gdy tylko się na niej znalazł, rozejrzał się, szukając zawalonego budynku, o którym mówił Kopa. Znalazł. Może dwa kilometry od niego widział czarną plamę, pośrodku biało-szarego śniegu. Zeskoczył z ciężarówki, ruszył biegiem w tamtą stronę. Dystans pokonał szybciej, niż sam by się o to podejrzewał, stanął przed ruinami. Było ewidentnie widać, że budynek dopiero się zawalił, za bardzo uwydatniał się na ośnieżonym tle. Łysy rozejrzał się, aby znaleźć duży samochód, o którym mówił Afrykanin. Nic nie znalazł.
   - Kopa! - ryknął przez krótkofalówkę. - Gdzie jesteś! Jestem przy ruinach, gdzie ten samochód! Opisz mi dokładnie gdzie jesteś!
   Cisza. Przemek zaklął, zaczął okrążać ruiny. Nigdzie nie mógł znaleźć dużego samochodu. Przeklinał sam siebie, że nie zapamiętał koloru kurtki w jakiej Kopa wyszedł z hotelu, wiedziałby wtedy, czego wypatrywać.
   Zaraz, wróć. Kopa... Poszedł w czarnej kurtce. W PP zawsze musiał chodzić ubrany na czarno. Wtedy, gdy wybierał sobie ubrania, też szukał czarnych.
   Przystanął na chwilę, wziął głęboki wdech. Zimne, arktyczne wręcz powietrze, które zalało mu płuca, uspokoiło go. Rozejrzał się ponownie po okolicy. Był tu kiedyś? Nie, a przynajmniej nie pamiętał. Gdzie tu idzie ulica? Przecież wejście jest od ulicy. Tam, po drugiej stronie. Tu, gdzie on stoi są ruiny innego budynku, tędy by nie weszli. Skoro tam jest ulica, jest tam też wejście, a także samochód, o którym mówił Kopa.
   Ruszył ponownie, przeszedł przez ruiny, wychodząc na w miarę płaski teren. Widział kilka samochodów, żaden jednak nie był duży. Skręcił w lewą stronę, przeszedł może niecałe sto metrów, gdy zobaczył. Duży samochód, przygnieciony kawałkiem ściany z zawalonego budynku, a kilkanaście metrów od niego człowiek ubrany na czarno, który leżał twarzą na ziemi.
   *
   Przebudził się, otworzył oczy. Pierwsze co zauważył, to fakt, że było mu gorąco. Zdjął z siebie warstwę koców, która na nim spoczywała i usiadł. Rozejrzał się, zauważając, że znajduje się w hotelowym salonie. Złapał się za głowę, która nadal go bolała, przymrużył oczy.
   - Halo! - krzyknął. - Ktokolwiek!
   Już po chwili do salonu wbiegła Alicja, a zaraz za nią Stasiek.
   - Kopa, jesteś cały? -spytał staruszek.
   - Tak... Co się stało? Skąd tu się wziąłem?
   - Przemek cię przyniósł. Zawołałeś go przez krótkofalówkę.
   - Wołałem... Znalazł mnie i przyniósł?
   - Tak. Nie wiedzieliśmy, czy żyjesz.
   - Jasna cholera! - syknął Kopa, łapiąc się obiema rękoma za klatkę piersiową. - Moje żebra. Chyba je połamałem.
   - Badał cię Przemek - poinformowała go Alicja. - Powiedział, że chyba wszystkie masz złamane. Do tego nastawił ci lewy bark.
   - Uratował mi życie... znowu. Gdzie on jest?
   - Na dachu, ma wartę. Siedzi na niej od rana.
   - Od rana? Ale... Ile spałem?
   Staruszek i Alicja spojrzeli na siebie. Kopa zauważył, jak kobieta spuszcza głowę.
   - Przyniósł cię wczoraj - poinformował go Stasiek. - Teraz jest już wieczór.
   - Gdzie oni są? Robert, Konrad i Monika?
   - Nie wrócili. Nie wiemy, gdzie są, nie odpowiadają przez krótkofalówkę. Do tej pory wróciłeś tylko ty. Nikt więcej.
   Kopa spojrzał na swoją prawą dłoń. To nią, wskazującym palcem, pociągnął za spust.
   - Kowal?
   - Nie żyje. Znaczy, Przemek go nie znalazł, ale to pewne.
   - Był na samej górze, kiedy budynek się zawalał. Miał przestrzelone udo. Nie mógł przeżyć. Zabiłem go.
   Po tych słowach zapadła cisza. Kopa patrzył w okno, gdzie widział szarzejące niebo, Stasiek usiadł na fotelu, Alicja natomiast wyszła z pomieszczenia, ledwo powstrzymując łzy.
   - Mam nadzieję, że wrócą - zaczął staruszek. - Nie wyobrażam sobie, co będzie, kiedy jednak... Nie, muszą wrócić.
   - Skąd wiesz? Znaczy... Też mam nadzieję, że wrócą, ale tyle czasu? Jak jutro do wieczora ich nadal nie będzie, to chyba będzie oczywiste, co się stało.
   - Wierzę, że wrócą.
   Znów zapadła chwila ciszy. Kopa przykrył się szczelniej kocem, gdyż zrobiło mu się trochę zimno. Patrzyli w ogień, który palił się w kominku, obserwowali jak trawi on kawałki drzewa, które ktoś wcześniej podrzucił, jak zostawia po nich sam popiół. Widok był hipnotyzujący.
   - Zabiłem go - Afrykanin odezwał się ponownie.
   - Broniłeś się.
   - Schodziliśmy ze schodów, kiedy Przemek powiedział, że Andrzej się obudził. Kowal mnie zaatakował. Gdyby nie kurtka, rozwaliłby mi rękę. Uciekł na górę. Rzucał we mnie kamieniami. Gdy wyskoczył, chciał gdzieś uciec, odruchowo strzeliłem mu w nogę. Nie wiem... Taki odruch. On... Miał granat w ręku. Wypuścił go. Jak granat wybuchł, cały budynek się zawalił. Sześć pięter. Mi udało się uciec z niego w ostatniej chwili. On, z przestrzeloną nogą, nie miał szans uciec. Ja go postrzeliłem. Przeze mnie zginął. Chciałem... - z oczu Kopy popłynęły łzy. - Zabiłem go w samoobronie. Ale... Nie chcę. Nie chcę zabijać. Dlaczego ludzie muszą się zabijać? Co jest z nami nie tak?
   - Trzymaj się - Stasiek poklepał go po plecach. - Wiem, rozumiem cię, mam takie same zdanie. Ale oni mają trochę racji. Gdybyś ty nie zabił jego, sam byś zginął. Mi też ciężko to pojąć, ale, jak się zastanowić, to tak jest.
   - Nie chciałem... Chciałem zabrać go do hotelu. Gdyby nie uciekał... Ostrzegałem go. Przecież go ostrzegałem...

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5314 słów i 29874 znaków.

2 komentarze

 
  • Gabi14

    Akcja! Mam przeczucie, że Autor zlituje się nad Kowalem i zachowa go przy życiu :D

  • Kuri

    @Gabi14 Myślisz, że kobieca intuicja Cię nie zawiedzie? xD

  • Gabi14

    @Kuri nie mam kobiecej intuicji xD

  • Kuri

    @Gabi14 Jak nie? Musisz mieć xD

  • Gabi14

    @Kuri jestem ludzkim ewenementem - nirwany mam kobiecej intuicji

  • xptoja

    To teraz tak, mam nadzieję, że masz jeszcze dużo części, bo ja już w sumie tak przywykłam do weekendowego czytania, że nie wyrażam zgody na jego usuwanie! ; )  dwa Kowal został stanowczo za szybko zdemaskowany, ale to od biedy jakoś przełknę, zawsze zostaje okienko, że przeżył i się mu uda połączyć ze swoją wielką miłością : P No i ostatnie najważniejsze chyba, proszę mi wytłumaczyć, jak Przemek mógł być tak bezbrzeżnie głupi? Przecież to się nie godzi! Tyle na dzisiaj, pozdrawiam ; )

  • Kuri

    @xptoja Spokojnie, rozdziały są, piszą się, i będą się pisać jeszcze dłuuuuugi czas xD Oh, ale na tym Kowalu Ci zależy xD Jak to głupi? Że wysłał Kopę z Kowalem?

  • xptoja

    @Kuri bo ja lubię takich dziwaków nie wszyscy muszą być poukładani : P a co do głupoty, to że poszli razem było dobrym rozwiązaniem, ale żeby tak przez krótkofalówkę krzyczeć? I to od razu konkret, no po nim się tego nie spodziewałam : P

  • Kuri

    @xptoja Jeszcze niejeden dziwak będzie w tej powieści, poczekaj na Wronę xD No, to, że krzyknął będzie jeszcze poruszane w kolejnych rozdziałach :P

  • xptoja

    @Kuri a jak taki nowy się pojawi to Kowala odpuszczam, niech mu gruz lekkim będzie : P a co do krzyku, to bym zrozumiała jakby Kinga mu zabrała i się darła z takimi rewelacjami, a nie Przemek, co to wszystko tak planuje.

  • Kuri

    @xptoja A może krzyk też zaplanował? :P Pamiętaj, jaka była jego reakcja jak po wszystkim Kopa prosił go o pomoc... Ale ja już nic nie mówię :P

  • xptoja

    @Kuri rozumiem, że szukał wymówki, żeby pobiegać : P to teraz myśl jak to sprytnie wytłumaczyć : D

  • Kuri

    @xptoja Nie muszę myśleć, bo ja już wszystko wiem xD

  • xptoja

    @Kuri to ja znowu tydzień poczekam, no trudno : P

  • Kuri

    @xptoja Cóż, niestety, ale trzymam się terminów, żeby nie rzucić 2-3 rozdziałów na raz, a potem byś czekała miesiąc na kolejne ;)