Ziemia z popiołów I: Rozdział 5 - Czarna Strefa

Ziemia z popiołów I: Rozdział 5 - Czarna StrefaNadchodzący wieczór oznaczał dla Roberta tylko jedno – przenikliwe zimno, na którym spędzi sześć godzin, siedząc na dachu hotelu. Ten dzień wykończył go całkowicie, w końcu cały dzień pracowali z drzewem, nosząc je na teren hotelu, gdzie je pocięli i porąbali, po czym przenieśli do komórki stojącej zaraz przy kotłowni, do której było osobne wejście. Każdy był wycieńczony, lecz on nie mógł odpocząć, on musiał siedzieć na warcie, do której wyznaczył go Konrad. Kinga naszykowała mu wcześniej trochę jedzenia, oraz termos gorącej herbaty, które zabrał ze sobą na dach. Korzystając z rady Kowala, zabrał ze sobą poduszkę, którą owinął folią, aby nie namokła i to na niej usiadł.
   - Całkiem wygodnie – skomentował, siedząc już od kilku minut.
   Z upływem godzin zjadł już prawie cały zapas jedzenia, herbata natomiast skończyła mu się już po niecałej godzinie. W połowie czwartej godziny jego warty usłyszał z dołu głos Staśka.
   - Ej! Robert! Robert, nie śpij!
   Blondyn wyjrzał ostrożnie na dół, zauważając staruszka.
   - Nie śpię. Co tam?
   - Rzuć mi termos, zrobię ci herbaty.
   - Dzięki. Złapiesz go?
   - Rzucaj w śnieg – Stasiek machnął ręką. – Nic mu się przecież nie stanie.
   Robert posłuchał Staśka i rzucił termos prosto w zaspę śniegu. Mężczyzna znalazł go po chwili, po czym udał się w stronę hotelu, a Robert usiadł i siedział dalej. W tej chwili nie myślał o niczym szczególnym, największą część jego myśli zajmowało pragnienie odpoczynku w ciepłym pomieszczeniu, wiedział jednak, że do tego czasu zostały mu ponad dwie godziny marznięcia na dachu. Jednak, mimo tego, że marzł, nie narzekał. Był jednym z nielicznych mieszkańców hotelu, który widział sens w przydzielaniu wart. Nie dość, że nie dochodziło dzięki temu do nieprzyjemnych wypadków, do jakiego niewątpliwie doszłoby, gdyby znaleźli Ewelinę kilka godzin później, oczywiście zamarzniętą na kość, to jeszcze zabezpieczało ich to w minimalnym stopniu przed innymi ocalałymi, którzy mogliby mieć nieprzyjazne plany względem nich, w końcu wartownik zauważyłby ewentualny atak na hotel, czy choćby przypadkowych gości, którzy mogliby ich okraść przy najbliższej okazji, po czym powiadomić mieszkańców hotelu o takiej sytuacji. Warty dawały im poczucie bezpieczeństwa.
   - Niosę herbatę – z rozmyślań wyrwał go głos kogoś, kogo najmniej się spodziewał, kogoś, kto wchodził właśnie na dach budynku. – Gorąca, dopiero zrobiona.
   - Dzięki – blondyn odebrał termos od Eweliny.
   Dziewczyna usiadła obok niego na własnej poduszce, którą przyniosła ze sobą. Siedziała cicho, jednak marszczące się brwi sugerowały, że chce zacząć jakąś rozmowę, nie wie jednak jak. Robert postanowił jej pomóc.
   - Jak się czujesz? Już lepiej?
   - Co? A, tak. Już dobrze się czuję, nic mnie nie boli.
   - Więc przyszłaś zastąpić mnie na warcie? Koniec mojej zmiany dopiero za dwie godziny, do tej pory muszę tu siedzieć.
   - Nie, ja tylko… chciałam rozprostować kości. Wiesz, od kilku dni nic, tylko leżałam. Może tak się nie wydawać, ale to męczące.
   Po tych słowach rozmowa urwała się ponownie. Robert miał zadać kolejne pytanie, jednak nastolatka go uprzedziła.
   - Masz jakąś rodzinę? Znaczy… teraz, po Kolizji.
   - Nie wiem – odpowiedział szczerze. – Miałem tylko rodziców i wujka. Rodzice wyjechali, zostawili mnie samego, wujek postanowił zamieszkać u Indian. Zawsze lubił Indian. Poza tym nie miałem nikogo, nawet nie wiem co się z nimi stało, nigdy mi o tym nie wspominali, a mnie nie zależało na tym, żeby to wiedzieć.
   - Ja miałam trochę większą rodzinę – podjęła Ewelina po chwili. – Rodziców, cztery siostry, babcię i ciocię. Dalszą rodzinę też, ale ich nie znałam praktycznie wcale, widziałam ich raz na rok na czyimś pogrzebie. Babcia umarła jeszcze przed Kolizją. Miała osiemdziesiąt cztery lata, umarła ze starości, po prostu zasnęła i nie obudziła się więcej. Potem, kiedy powiedzieli, że dojdzie do Kolizji, że to nieuniknione, ludzie zaczęli budować schrony. U nas też zbudowali. Wielki, na ponad tysiąc osób. Według planów mieliśmy przeżyć w nim miesiąc, dopiero potem wyjść na powierzchnię, kiedy opadłby już pył. Ale… kiedy przyszła fala… - po jej policzku pociekła łza, za nią następna. – Musieli coś źle zbudować. Wszystko się zawaliło. To trwało chwilę, po prostu sufit spadł nam na głowy. Mało ludzi przeżyło. Z mojej rodziny tylko ja. Jedynie ciocia… nie wiem co z nią. Wiem gdzie mieszka, mogę tam dotrzeć, muszę dowiedzieć się, czy nadal żyje.
   Domyślił się, po co do niego przyszła na sekundę, zanim wypowiedziała prośbę.
   - Proszę, wypuść mnie. Mam naszykowane zapasy, nie umrę z głodu. Znajdę ją i tu wrócimy. Przyprowadzę ją. Tylko proszę cię, pozwól mi po nią pójść.
   - Nie ma mowy – odpowiedział jej bezpośrednio, bez chwili zwłoki. – Nie możesz iść po nią sama. Porozmawiaj z Maćkiem, ktoś z tobą pójdzie.
   - Nie, ty tego nie zrozumiesz… Ja muszę iść po nią sama, to ważne. Byłam najstarsza, zawsze robiłam wszystko sama. Muszę być silna, muszę ją znaleźć.
   - Masz rację, nie rozumiem tego ani trochę. Nie mogę cię puścić samej, nie dasz sobie rady bez pomocy. Już raz prawie zamarzłaś na śmierć.
   Dziewczynie pociekło więcej łez, najwidoczniej zdała sobie sprawę z tego, że nic może nie wyjść z jej planów.
   - Bo byłam nieprzygotowana. Poszłam skrótem, bo chciałam jak najszybciej tam dojść, nie mogę pozwolić, żeby dłużej na mnie czekała. Przyszłam z tym do ciebie, bo intuicja podpowiedziała mi, że ty mnie zrozumiesz. Myliłam się…
   - Myliłaś się – potwierdził Robert. – Rozumiem, że chcesz ją znaleźć, sam na twoim miejscu bym jej szukał, ale nie puszczę cię samej.
   - Ty nic nie rozumiesz – dziewczyna wtuliła się w rękaw kurtki i zaczęła szlochać. – Ja muszę… Ona tam cierpi…
   "Tam”. Blondyn zaczął rozumieć, choć nie był do końca pewien.
   - Gdzie mieszka ta twoja ciocia? Sam po nią pójdę, ty tu zostaniesz.
   - Nie! Nie, to ja muszę iść… Ja, bo…
   - Czarna Strefa?
   Wmurowało ją, przez co Robert domyślił się, że miał rację. Kilkanaście lat temu ktoś zauważył, że utrzymywanie więzień mija się z celem, tym bardziej, że cele były stale przeludnione. Ten sam człowiek wpadł na pomysł, że zamiast zamykać ludzi w więzieniach, można zamknąć ich w oddzielonym wysokim murem obszarze, na utrzymanie którego pójdzie niewątpliwie mniej gotówki niż na utrzymanie tradycyjnych więzień. Pomysł szybko zyskał na rozgłosie, tym bardziej, że zaczynał się właśnie kolejny kryzys i rząd szukał cięć budżetowych. Już po roku powstała pierwsza Czarna Strefa.
   - Nie mów nikomu – poprosiła dziewczyna przez łzy. – Proszę… Wiesz jak ludzie odbierają i traktują tych z Czarnych Stref…
   - Nie każdy stamtąd jest kryminalistą. Ale nie powiem nikomu. A skoro chcesz tam po nią iść, to tym bardziej cię tam nie puszczę samej. Wiesz, jacy ludzie będą się tam kręcić? Nie wrócisz stamtąd.
   - Ale muszę jej pomóc! – niemal krzyknęła. – Ona nie może tam zostać!
   - Nie może – potwierdził Robert. – Ale nie puszczę cię samej. Pójdę z tobą.
   Znów chciała coś krzyknąć, jednak wreszcie do niej dotarło to, co usłyszała. Otarła łzy rękawem, odgarnęła włosy z czoła.
   - Ale nikt więcej – powiedziała stanowczo. – Proszę cię. Nikt nie może się dowiedzieć, że ona tam jest. I wychodzimy dzisiaj.
   - Jutro – odpowiedział jej blondyn, a widząc, że znów coś chce powiedzieć, zaczął tłumaczyć. – Powiem Konradowi, jaka jest sprawa. On zrozumie. Stanie na nocnej warcie, a my w tym czasie wyjdziemy. Poza tym ja też muszę się naszykować, zrobię to jutro, jak oni pójdą po zapasy. Ja zostanę, spakuję się, a jakąś godzinę po kolacji pójdziemy. Pasuje ci taki układ?
   - Tylko nie mów Konradowi…
   - Muszę mu powiedzieć jak wygląda sytuacja, inaczej się nie zgodzi. Znam go, on nic nie powie na to, że twoja ciocia trafiła do Czarnej Strefy. I nie powie o tym nikomu innemu. Poza tym lepiej, żeby choć jedna osoba wiedziała, gdzie nas ewentualnie szukać, nie sądzisz?
   Dziewczyna milczała chwilę, najwidoczniej analizując to, co usłyszała. W końcu uspokoiła się i przyznała rację Robertowi.
   - Ale nie później niż jutro. I tak straciłam już tyle dni…
   - Jutro pójdziemy na pewno, obiecuję. Ale przemyśl, czy ktoś jeszcze nie powinien z nami iść. Chociaż Kowal…
   - Nie, on nie. Powiedziałby, że pójdzie on, a mnie by nie puścił. A ja chcę ją znaleźć, muszę. Nawet nie wiesz jaką mam nadzieję, że ona żyje.
   - Rozumiem… Więc pójdziemy we dwójkę. Dużo masz tych zapasów?
   - Czarna, spora torba. Jedzenia starczy na dobry tydzień, siedem litrów wody, do tego ubrania na zmianę.
   - Na torbie jest biały, duży napis "ochrona”? – spytał Robert, a gdy Ewelina kiwnęła głową westchnął. – Ech, szukałem jej jakiś czas temu…
   - To twoja torba? Przepraszam… Znalazłam ją pustą, kiedy przebieraliśmy te ubrania. Wtedy ją wzięłam.
   - Nie ma sprawy. Ale jak już wrócimy, to oddajesz mi tą torbę. Jest wygodna. A teraz idź już spać, do jutra już nic nie zdziałasz.
   Podziękowała znowu i udała się na dół. Robert siedział jeszcze przez dwie godziny na warcie, myśląc tylko o tym, że postąpił bardzo głupio, zgadzając się na wyjście we dwójkę do Czarnej Strefy. Ale już było za późno, przecież jej obiecał.
   *
   Wstał wcześnie, ledwo co wstawał świt. Musiał spać krócej niż pięć godzin, a już nie był senny. Ubrał się we wczorajsze ubrania, po czym wyszedł ze swojego pokoju i udał się w stronę jadalni, skąd dochodził przyjemny zapach. Na miejscu okazało się, że Maciek, pełniący po nim wartę, doszedł do wniosku, że należy spożytkować resztę mięsa z sarny, którą Przemek upolował przed kilkoma dniami, kazał więc Kindze naszykować na śniadanie gulasz, który stał teraz na stole. W jadalni znajdowali się już wszyscy, poza Maćkiem, który miał zejść na śniadanie, gdy tylko Przemek skończy jeść i pójdzie go zastąpić. Siadając wymienił szybko spojrzenia z Eweliną, co było jakby potwierdzeniem, że po śniadaniu porozmawia z Konradem na temat ich dzisiejszego opuszczenia hotelu. Dziewczyna, jakby czekając na potwierdzenie, dopiero teraz zaczęła jeść.
   - Dzień dobry – rzuciła Stasiek do Roberta, nakładając jednocześnie gulaszu do miseczki. – Jak tam było w nocy?
   - Spokojnie. Nałożysz i mi?
   - Nie ma sprawy.
   Stasiek podał Robertowi miskę z gulaszem i już po chwili obaj jedli. Harmider był duży, wszyscy prowadzili ze sobą rozmowy, tak że ciężko było cokolwiek usłyszeć.
   - Nie mogłem dziś w nocy spać – staruszek zaczął rozmowę. – Chyba cierpię na bezsenność, to chyba normalne w moim wieku.
   - Wychodzicie dziś po zapasy, poszukaj sobie jakiś tabletek – poradził Robert.
   - Jak to "wychodzicie”? Ty nie idziesz?
   - Nie, zostaję. Słabo się czuję, chyba jestem chory.
   - Ach. No trudno. Ale cóż, jak się siedzi sześć godzin na warcie, do tego na takim mrozie… Wiesz, że pod miejscem, gdzie odbywają się warty mam okno? Ciekawe rzeczy można czasem usłyszeć…
   Robert zatrzymał łyżkę z kawałkiem mięsa, która wędrowała do jego ust. Stasiek dał mu ewidentny znak, że wie o wszystkim.
   - Na przykład to, że Andrzej narzeka na hemoroidy – kontynuował staruszek. – Maciek mamrocze sam do siebie, nie wiem co, nigdy nie dosłyszałem. Nie martw się, jak ty siedziałeś tam na górze, miałem akurat zamknięty lufcik, więc nic nie słyszałem. Mogę się tylko domyślać przyczyn, dla których Ewelina chciała zanieść ci termos. Ale jak mówiłem, miałem akurat zamknięty lufcik. A jak będziesz szedł na kolejną wartę, wejdź do mojego pokoju, na szafce leży czarna torba, jest w niej parę drobiazgów, które będą mogły ci się przydać. Nigdy nie wiadomo, co może spotkać człowieka, jak siedzi na dachu, no nie? Czasem są to naprawdę niespodziewane niespodzianki…
   - Dzięki – mruknął w odpowiedzi Robert. – Przyda się na pewno.
   - Tego jestem niemal pewien. A zmieniając temat, dobry gulasz, no nie? Kinga się naprawdę postarała. Będę musiał je pogratulować.
   *
   Zaraz po śniadaniu czekała go jeszcze jedna rozmowa. Złapał Konrada na korytarzu, gdzie powiedział mu tylko, żeby przyszedł do jego pokoju, gdyż ma mu coś ważnego do powiedzenia. Nie czekał na niego nawet minuty.
   - Co jest? – spytał barczysty, zamykając za sobą drzwi.
   - Mam do ciebie pewną prośbę… Nie pójdę dziś z wami po te zapasy.
   - A co się stało? Chory jesteś?
   - Nie. Była u mnie wczoraj Ewelina. Powiedziała mi, że musi szukać swojej cioci, to ostatnia osoba z jej rodziny, która może żyć. Problem w tym, że w czasie Kolizji siedziała w Czarnej Strefie.
   Konrad milczał. Usiadł na pobliskim krześle i zaczął głaskać się po brodzie, czekając na ciąg dalszy.
   - Ona chce po nią iść dziś w nocy. Nie mówiła o tym nikomu, bo… sam wiesz, co ludzie myślą o tych z Czarnych Stref i jak ich traktują.
   - Nie, nie wiem – odpowiedział barczysty. – Wiem jak traktowali ich kiedyś, ale teraz, po Kolizji, wiele się zmieniło.
   - Też chciałem jej to przetłumaczyć, ale była uparta. Może i ma w tym trochę racji, nie wiemy jak zareagowałby taki Andrzej, czy Maciek.
   - No dobrze, ale wróć teraz do tego, co mówiłeś wcześniej. Chce iść dziś w nocy.
   - Tak. Będzie chciała się wymknąć, nikt jej przecież samej nie puści, a ty będziesz miał akurat w tej chwili wartę.
   - I też nie puszczę jej samej. Nie puszczę jej na pewną śmierć.
   - Wiem. A puściłbyś ją ze mną? Pójdę z nią i pomogę jej znaleźć tą ciocię. Ta Czarna Strefa jest dwa dni drogi stąd, szybko wrócimy.
   Konrad westchnął, najwidoczniej spodziewał się takiej prośby. Spojrzał uważnie Robertowi w oczy i patrzył tak dłuższą chwilę. W końcu podrapał się po brodzie, następnie po czubku nosa, spojrzał w sufit i wreszcie odezwał się.
   - Nie może iść z wami ktoś jeszcze? Nawet ja z wami pójdę.
   - Ona nie chciała, żeby szedł ktoś jeszcze. I tak ledwo zgodziła się na moje towarzystwo. Osobiście zabrałbym jeszcze co najmniej dwie, może trzy osoby…
   - Więc możesz zabrać…
   - Nie – przerwał mu Robert. – Powinniśmy dać sobie radę. Jak będziemy na nią naciskać, będziemy musieli na nią uważać, żeby nam nie uciekła. Naprawdę, damy sobie we dwójkę radę. Tylko nie pójdę z wami teraz na ten wypad, nie chcę tracić sił.
   - Rozumiem. Wezmę Staśka, Maciek bierze Kowala i Przemka. W pięciu powinniśmy przynieść choć trochę zapasów.
   - Wielkie dzięki. Nie wiem, jak ci się odpłacę.
   - Po prostu je tu przyprowadź – Konrad uśmiechnął się i poklepał blondyna po ramieniu. – Obie. Wtedy mi się odpłacisz.
   *
   Zebrali się w recepcji. Cała piątka tych, którzy wychodzili, Robert, Kinga, Alicja i Pati, wokół której biegał Hyugi. Andrzej był akurat na warcie, Ewelina natomiast robiła porządek w swoich rzeczach, gdyż dopiero tego dnia przeprowadziła się do jednego z wolnych pokojów.
   - Zmieniaj Andrzeja na warcie – przypomniał Konrad. – Nie może siedzieć tam cały boży dzień, czasem musi też odpoczywać.
   - Nie naśmiewajcie się z niego – poprosiła Kinga. – Jest jaki jest, nic na to nie poradzimy. Idźcie już i wracajcie jak najszybciej, tylko cali i zdrowi.
   - Do wieczora będziemy – zapewnił Maciek. – Nagrzejcie ciepłej wody.
   - Nagrzejemy – odpowiedziała Kinga. – Wszystko będzie naszykowane na wasz powrót, ja już tu wszystkiego przypilnuję.
   Pożegnali się szybko. Gdy już tamci wyszli, Robert zamknął drzwi.
   - Nanoszę tej wody – zwrócił się do Kingi. – I napalę w piecu, ale jak będę na warcie, ktoś inny będzie musiał podkładać.
   - Nie ma sprawy. Około trzeciej zrobimy obiad, akurat będziesz miał wartę, to ktoś ci go przyniesie.
   Kiwnął głową, po czym ubrał się i wyszedł na dwór. Poszedł do studni, z której nabierał wody do dziesięciolitrowych baniaków, aby następnie przelać ją do zbiornika, w którym podgrzewali wodę. Gdy nalał już około stu litrów rozpalił w piecu, podłożył drewna do oporu i poszedł nabierać wody dalej. Napełnienie całego zbiornika zajęło mu dobrze ponad trzy godziny, więc gdy skończył było już w okolicach pierwszej po południu. Wrócił do hotelu i przez godzinę, która mu została, postanowił sprawdzić, co Stasiek dla niego naszykował. W czarnej torbie, o której wspominał, znalazł latarkę, zapalniczkę, kompas, oraz solidny, wojskowy nóż w skórzanej pochwie, do którego była dołączona karteczka. Przeczytał, co było na niej napisane.
   "Nigdy nie lubiłem broni. Ty pewnie też jej nie lubisz, ale będzie ci potrzebna. I zajrzyj do szuflady."
   Odłożył karteczkę na bok i otworzył szufladę. Znalazł w niej garnek, ten sam, dzięki któremu zjedli ciepły posiłek, gdy się spotkali. Spakował wszystko do torby i udał się do swojego pokoju. Gdy tylko wszedł, zamknął drzwi. Spod łóżka wyciągnął plecak, do którego powkładał trochę ubrań na zmianę, zawartość torby, którą odrzucił na bok, do tego trochę żywności, którą przyniósł do pokoju, gdy wracał z warty, oraz spory zapas brzozowych drzazg, które owinął w grubą szmatkę, aby się nie zmoczyły. Brzoza idealnie nadawała się do wzniecania ognia. Tak zapakowany plecak zostawił na łóżku i wyszedł z pokoju, przypomniawszy sobie, że jednej, strategicznej rzeczy nie wziął.
   *
   Jeszcze raz przejrzała, czy ma wszystko, co będzie jej potrzebne. Zapasy żywności starczyłyby dla niej samej na dobry tydzień, jednak skoro idą we dwójkę, należy przyjąć, że starczy im na trzy, może cztery dni. Robert mówił jej, że sam też weźmie trochę żywności, więc powinno im jej starczyć. Miała ubrania na zmianę, dodatkowe buty, oraz porządną, grubą czapkę z nausznikami. Do małej kieszonki schowała scyzoryk, który znalazła w salonie, najwidoczniej ktoś go tam zostawił i o nim zapomniał. I to wszystko. Nie miała nic poza tym. Dopiero teraz dotarło do niej, że tak właściwie jest bardzo słabo przyszykowana do kilkudniowego wyjścia poza teren hotelu. W tej chwili ktoś zapukał do jej drzwi. Schowała torbę za łóżko i poszła otworzyć.
   - Nie przeszkadzam? – spytał Robert, wchodząc i pokazując jej zawiniątko, które miał w ręku. – Przyda się, nie sądzisz? Śpiwór. Weź go, ja mam drugi.
   - No tak, rzeczywiście – powiedziała, odbierając śpiwór. – Przeglądałam moje rzeczy, i… Właściwie to nic nie mam. Dopiero teraz zauważyłam jak słabo jestem przyszykowana. Tam będzie niebezpiecznie, a ja mam tylko scyzoryk…
   - Spokojnie, pomyślałem o tym. Za kilka minut idę na wartę. Znajdź jakiś pretekst, żeby wyjść i pójdź do komórki, gdzie trzymamy drzewo. Weź stamtąd siekierkę, powinna być wbita w pieniek. Tylko małą, nie bierz tych wielkich. Wrzuć ją w śnieg przy bramie i zakryj, żeby nie było jej widać. Poza tym ja biorę nóż, nie kuchenny, tylko taki naprawdę porządny. Będzie nam musiało starczyć, choć też uważam, że będzie ciężko.
   - Ale jakoś damy radę – jej głos sugerował niepewność.
   - Musimy. Po Kolizji mur otaczający Czarną Strefę powinien się zawalić, większość z tych, co tam siedzieli powinna zbiec. Miejmy tylko nadzieję, że wśród nich nie ma twojej cioci, bo wtedy jej nie znajdziemy.
   - Nie pomyślałam o tym – przyznała.
   - Domyślam się. Od Kolizji żyłaś tylko myślą o cioci. Nie myślałaś o niczym innym, tylko o tym żeby dotrzeć do niej, nie myślałaś nawet o tym, że jej tam może nie być. Ludzie, gdy działają impulsywnie, nie myślą trzeźwo.
   Nie wiedziała co odpowiedzieć, więc milczała. Robert, widząc, że nie mają już tematów do rozmowy, pożegnał się krótkim "na razie”, po czy wyszedł z jej pokoju.
   *
   Udał się bezpośrednio na dach hotelu, gdzie Andrzej czekał już na niego.
   - Masz dziesięć minut spóźnienia – zauważył.
   - Ubrania mi się wysypały z szafy, musiałem je sprzątnąć – skłamał Robert. – Za godzinę ma być gotowy obiad.
   - Mam nadzieję, jestem głodny jak wilk.
   Dłużej Andrzej nie czekał, zszedł na dół i poszedł do hotelu, gdzie, czego Robert był pewien, położy się na kanapie i będzie leżał aż do obiadu, po którym będzie leżał nadal. Jednak blondyn nie myślał nad tym więcej, usiadł i siedział, obserwując okolicę, trzymając w ręku wiatrówkę. Nie wierzył z początku w to, żeby taka broń mogła posłużyć do obrony, wiatrówki kojarzyły mu się raczej z zabawkami, którymi można co najwyżej postrzelić drobnego ptaka, jednak to była wiatrówka Przemka, który lekko ją zmodyfikował. Według jego teorii miała większą prędkość wylotową pocisków, a sama amunicja wydawała się za duża jak na zwyczajne wiatrówki. Ostatecznie, gdy Robert usłyszał, że Przemek ustrzelił z niej sarnę, uwierzył, że ta broń potrafi zrobić krzywdę. Lecz mimo tej wiary, nie chciałby znaleźć się w sytuacji, kiedy byłby zmuszony do sprawdzenia, czy jego wiara jest nieomylna.
   Przesiedział godzinę w bezruchu, dopóki Alicja nie przyniosła mu obiadu. Zjadł szybko, dopóki był jeszcze ciepły, po czym odstawił talerz na bok i siedział dalej. W takich momentach jak ten ludzie zdają sobie sprawę ze znaczenia słowa nuda, przeszło mu przez myśl. Z powodu innych zajęć zaczął wspominać swoje życie sprzed Kolizji.
   Jego rodzice nie byli może zbyt zamożni, lecz na pewno nie byli biedni. Zawsze miał to, czego chciał, jako jedyny syn był rozpieszczany, oczywiście tylko na czas świąt, gdyż poza tym rodzice nie mieli dla niego czasu. Praca, praca, praca. Z uśmiechem na ustach przypomniał sobie, jak przez jego "pułapki”, które stawiał jako dzieciak, trzy nianie same się zwolniły, gdyż miały dosyć przebywania z nim. Jedną wynosili, gdyż schodząc ze schodów weszła na rozstawione przez niego na podłodze samochodziki. Upadek był na tyle bolesny, że biedna niania nie mogła sama wstać. Jak się potem dowiedział, dysk jej wyskoczył. Lekkim szokiem było dla niego to, że nie potrafił przypomnieć sobie dokładnie twarzy ojca. Matkę widział wyraźnie, jej twarz ciągle pozostawała mu gdzieś w pokładach pamięci, jednak twarz ojca rozmazywała mu się tym bardziej, im bardziej starał się ją przypomnieć.
  Z rozmyślań wyrwał go ruch, który zauważył kątem oka. Była to Ewelina, która podbiegła do bramy, wrzucając w zaspę małą siekierkę, następnie zakrywając ją śniegiem. Gdy już skończyła ruszyła w stronę drabiny, by już po chwili znaleźć się na górze.
   - Powiedziałam, że odbiorę od ciebie talerz – wytłumaczyła.
   - Jasne, trzymaj – odpowiedział jej Robert, wręczając jej puste naczynie. – Już naszykowana? Za jakąś godzinę wracają.
   - Tak, już wszystko. Zmieściło się do jednej torby.
   - Więcej i tak byś nie brała, nie będzie nas tylko kilka dni.
   - Wzięłam tyle, ile mi potrzeba. Na szczęście nikt nie zauważył, że ze spiżarni zniknęło trochę zapasów.
   - Bo nikt o to nie dba. Gdyby zapasy były na wyczerpaniu, wtedy nie udałoby ci się niezauważenie zabrać kilku ziaren ryżu. Teraz nikt o to nie dba, bo mamy dużo jedzenia.
   - Możliwe… Idę już odnieść ten talerz. Widziałeś, gdzie zakopałam siekierkę?
   - Widziałem, znajdę ją wieczorem.
   Ewelina kiwnęła głową, po czym zeszła na dół. Idąc w stronę hotelu wyglądała na zamyśloną, zupełnie jakby ona również dała się ponieść wspomnieniom.
   *
   Wcześniej...
   - Tutaj! – ojciec pociągnął ją za rękaw. – Trzymajcie się mnie!
  Przedzierali się ciasnym korytarzem, wśród tratującego wszystko tłumu. Ona, jej rodzice, oraz cztery młodsze siostry. Prowadził ich jej ojciec, znający mniej więcej te tunele, gdyż sam pomagał je budować. Ten schron był oddolną inicjatywą, zaplanowaną przez mieszkańców, oraz przez nich budowaną. Od chwili, gdy w telewizji podali, że Kolizja jest nieunikniona, ludzie przestali przejmować się czymś takim jak "własność”, zaczęli więc wiercić tunele, w których mieli zamiar przeżyć, nie przejmując się granicami działek, czasem nawet krajów. Jednak ludzie żyjący tutaj wpadli na lepszy pomysł, niż zwykłe wiercenie tuneli. W okolicy mieszkało kilku starych górników, teraz już na emeryturze, którzy pokierowali pracami nad budową schronu. Wyznaczyli którędy i jak powinny iść tunele, pokazali ludziom jak wspierać sufity, na koniec ustalili gdzie umieścić wszystkich tych ludzi, którzy pomagali przy budowie. Udało im się wybudować wielki schron na ponad tysiąc osób, oraz zebrać odpowiednią ilość zapasów, aby schron utrzymał się przez miesiąc. Był to największy taki projekt, jeśli nie liczyć rządowych, jedynie cywilne.
   - Szybciej, za tatą! – ponagliła ją matka. – Nie oglądaj się!
   Przecisnęli się przez korytarz, docierając do wielkiej hali. Była ona tak wielka, że Ewelina nie mogła dostrzec przed sobą ściany. Sufit, rzecz jasna, był nisko, około półtora metra nad jej głową, lecz mimo tego było to najwyższe pomieszczenie jakie widziała w tym schronie.
   - Idziemy dalej! – krzyknął ojciec, przekrzykując innych. – Nie możemy tu zostać! Szybciej, biegiem!
   Ruszyli dalej, w kierunku pobliskiego otworu w ścianie. Nim wybiegli z wielkiego pomieszczenia, Ewelinie wydawało się, że tamtejszy sufit jest cały popękany.
   - Dlaczego tam nie zostajemy? – spytała matka w czasie biegu.
   - Hala się zawali! – wytłumaczył ojciec. – Źle zrobiliśmy wsporniki, nie wytrzymają jak przyjdzie fala! Już ledwo się trzyma!
   - To gdzie idziemy!? – spytała jedna z jej sióstr, ta najstarsza zaraz po niej.
   - Tam, gdzie miały być śmietniki! – odpowiedział jej ojciec. – To najmniejsze pomieszczenia, więc jest największa szansa, że się nie zawalą! Biegiem, mamy kilka minut! Już doszło do Kolizji, zaraz przyjdzie do nas fala uderzeniowa!
   Ojciec biegł pierwszy, torował im drogę. Za nim jej siostry, następnie ona, na koniec natomiast biegła matka. Przy wyjściu z tunelu natrafili na człowieka, który nie chciał ich przepuścić, krzyczał coś na ojca, że to przez niego wszystko się zawali, jednak ojciec nie wchodził z nim w dyskusje, po prostu uderzył go w twarz i odepchnął na ścianę. Niedługo później znaleźli się na końcu jednego z wielu korytarzy, które dziś przebiegli. Znajdowały się tam drzwi, zwykłe, pokojowe, na których wisiała tabliczka informująca, że po drugiej stronie znajduje się śmietnik. Ojciec otworzył drzwi i kazał wchodzić im po kolei. Pomieszczenie nie było duże, ledwo co mieściła się tam z siostrami, natomiast gdy doszła matka, nie było już miejsca wcale.
   - Jak ty wejdziesz!? – spytała matka.
   - Pobiegnę do drugiego! Wy zostańcie tutaj!
   - Nie! – krzyknęła jednocześnie z siostrami. – Tato! Nie idź!
   Ten spojrzał tylko na nie, uśmiechnął się w pewien, specyficzny sposób, w jaki uśmiecha się osoba, która wie, że postąpiła słusznie.
   - Żegnajcie, moje aniołki. Cała szóstka aniołków.
   W tym momencie zamknął drzwi, a ledwie sekundę później poczuła wstrząs.
   *
   Zdawało jej się, że śpi. Nie, pomyślała, gdybym spała, nie myślałabym o tym, że mogę spać. Ja już nie śpię. Otworzyła oczy, lecz mimo tego nic nie dojrzała. Dopiero po chwili zauważyła pojedynczy błysk, który od razu skojarzyła z przebłyskiem w chmurach. I rzeczywiście, leżała plecami na ziemi, wpatrzona w niebo pokryte czarnymi chmurami, przez które słońce jakby bało się zaglądać. Obróciła głowę, chciała zobaczyć gdzie jest. Zauważyła ruchy, ludzie biegali, grzebali w gruzie, wyciągali ludzi całych pokrytych krwią. Spojrzała w drugą stronę i zalała się łzami szczęścia, widząc, że obok niej leży matka.
   - Mamo! – krzyknęła, lecz jej własny głos zabrzmiał dla niej niczym echo. – Mamo! Co się dzieje? Gdzie wszyscy?
Jednak matka jej nie odpowiedziała, leżała nadal z zamkniętymi oczyma.
   - Mamo, obudź się! – wstała na łokcie, podpełzła do matki i zaczęła szarpać jej kurtkę. – Mamo! – łzy szczęścia ustępowały łzom rozpaczy, gdy domyśliła się, co się stało. – Mamo! Nie, mamo! Mamo! Mamo, obudź się, proszę cię!
   Po chwili załamał się jej głos, wtuliła się tylko w matkę i zaczęła szlochać. Nie miała pojęcia ile czasu tak przeleżała, nie była nawet pewna, czy przypadkiem nie zasnęła. Tak, czy inaczej, gdy otworzyła oczy i przetarła łzy, zauważyła, że zrobiło się jaśniej niż było. Znów spojrzała ma ciało matki. Twarz miała białą, na rzęsach osadzał się szron. Patrzyła chwilę w ciszy, dopóki ktoś nie złapał jej za ramię.
   - Żyjesz!? – spytał ten sam mężczyzna, którego ojciec uderzył na korytarzu w twarz. – Nic ci nie jest? Jak się czujesz?
   - Ja… Dobrze… Ale…
   - Nic jej już nie pomoże – odpowiedział jej mężczyzna, jego głos był lodowaty. – To wszystko przez twojego ojca! Mówiłem, że wsporniki powinny być z drewnianych bali, a on uparł się na beton! Te wsporniki nie zdążyły wystygnąć, beton w środku nie związał! Gdyby nie twój przeklęty ojciec, wszyscy nadal by żyli! Schron byłby cały! A tak!? Twój ojciec nie żyje, twoja matka też nie, twoje siostry… Z twoich sióstr nie pozostało nawet co zbierać! To wszystko jego wina, to jego teraz przeklinaj, za to, że zostałaś sama! – na koniec mężczyzna ryknął, wymachując rękoma na lewo i prawo, po czym bezceremonialnie odwrócił się od niej i odszedł w swoim kierunku.
   Zostawił ją samotną, płaczącą, krzyczącą, wyczerpaną, głodną, przemarzniętą. Zostawił ją samą.
   *
   Nie, ona nie była sama. Wstała, założyła na siebie kurtkę, którą zdjęła z ciała dziewczyny w jej wieku, które leżało nieopodal. Ciało było już przemarznięte. Ostatni raz spojrzała w stronę matki, przetarła łzy.
   - Pójdę do cioci – powiedziała. – Mam nadzieję, że ona żyje. Chroń mnie, proszę, chrońcie mnie wszyscy i pomóżcie, żebym zdołała ją odnaleźć.
   Obróciła się, wzięła głęboki wdech.
   Jej płuca zalało zimne, arktyczne wręcz powietrze.
   Ruszyła przed siebie. W kierunku Czarnej Strefy.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5491 słów i 30903 znaków, zaktualizował 24 gru 2015.

1 komentarz

 
  • Gabi14

    Ha! Na pewno myślałeś, że nie czytam i nie skomentuje! :D cóż... Historia Eweliny jest ciekawa, ale wątpię by nawet w tym wieku ona potrafiła zachować zimną krew, co tu pokazałeś. Ponadto rozbawiły mnie ,,niespodziewane niespodzianki…"