Ziemia z popiołów III: Rozdział 09 - Udawany przyjaciel

Ziemia z popiołów III: Rozdział 09 - Udawany przyjacielUpał i wilgotność były nie do wytrzymania. Karabin zdawał się cięższy, niż był w rzeczywistości, ciągnął ku ziemi. Suchość w gardle nie dawała spokoju, zarówno, jak myśl, że skończył mu się tytoń.
   Szedł za dowódcą, przedzierając się przez gąszcz dżungli. Mieli przebyć cały dystans niezauważeni i dotrzeć do bazy Legii Cudzoziemskiej, mieszczącej się pośrodku Kongijskiej dziczy.
   Mieli.
   Pierwsze wystrzały zabiły dwóch, a kolejnych trzech raniły. Padł na ziemię, wypatrując, skąd nadchodzi ostrzał. Między zaroślami zauważył sylwetkę trzymającą karabin, wystrzelił więc w tym kierunku kilka naboi. Razem z Hansem, człowiekiem, z którym zapisał się do Legii tego samego dnia, podczołgali się do ciała napastnika. Hans doczołgał się pierwszy, zamarł, nie wypowiedział ani słowa. On podczołgał się zaraz za nim, złapał karabin, nadal trzymany przez sztywne palce. Szarpnął nim dwa razy, dopiero wtedy zauważył to, co Hans.
   Ich napastnikiem była dziewczyna. A właściwie nastolatka. Już nie żyła, w jej klatce piersiowej dało się zauważyć trzy dziury po kulach.
   Wieczorem, tego samego dnia, po wygranej potyczce i dotarciu do bazy, Tomek upił się pierwszy raz w życiu.
   *
   Dzień zaczął tak, jak każdy poprzedni. Wstał o świcie, obmył twarz, ubrał się, po czym wyszedł do kur. Tylko dzięki kurom żyło mu się na dość znośnym poziomie, ponieważ mógł handlować jajkami. Klientów miał niemało, a jego ulubionym był przywódca motocyklistów, który wręcz uwielbiał jajka, dzięki czemu dało się z nim dobrze potargować.
   Kury same w sobie nie wymagały wiele opieki, jednak on nie miał dużo do roboty, doglądał ich zatem częściej, niż była potrzeba. Lubił z nimi przesiadywać, dzięki temu miał poczucie, że robi coś pożytecznego, czas szybciej mu leciał, i, co najważniejsze, uspokajało go to. A spokój był tym, czego mu od dawna brakowało.
   Nucąc pod nosem wesołą melodię, przeszedł do tunelu, w którym rosły pomidory. Cieszył się z faktu, że udało mu się coś wyhodować, liczył bowiem na to, że dzięki temu zyska więcej towarów na handel, a handlować musiał, gdyż nie miał jak zdobyć mięsa, bez którego nie wyobrażał sobie życia.
   Po kilku minutach ponownie wyszedł na zewnątrz, rzucając okiem na swoje nowe podwórko. Całość, co prawda, nie była duża, zmieścił tu tylko mały barak, który robił mu za dom, altankę, którą sam zbił, kurnik, oraz tunel na pomidory, a to wszystko połączone kilkoma metrami kwadratowymi ścieżki.
   Na śniadanie, które jadł w altance, naszykował sobie jajecznicę. Usiadł do stołu, złapał widelec w rękę i już miał brać się za jedzenie, gdy usłyszał czyjś krzyk.
   - Pomocy!
   Zaklął pod nosem, doskonale zdając sobie sprawę, że głośne krzyki przyciągają wielu nieproszonych gości. Wstał od stołu, podszedł do furtki, sprytnie ukrytej w mieszaninie gałęzi i gruzu.
   - Pomocy!
   Wyjrzał ostrożnie, zauważając chłopaka, który wołał o pomoc. Trzymał on na rękach dziewczynę, biegał to w jedną stronę, to w drugą, krzycząc coraz głośniej.
   - Halo! Pomocy!
   Wiedział, że musiał jakoś uciszyć chłopaka, nie mógł pozwolić, aby jego krzyki zwołały w okolicę kanibali, czy szabrowników, gdyż on nie miał się czym bronić.
   Zaklął pod nosem ponownie, gdy tylko wzrok chłopaka spoczął przez kilka sekund w jego kierunku. Wiedział, że tamten go zauważył.
   - Hej! Pomóż mi!
   Chłopak zaczął biec w jego stronę, już stąd widział, że tamtemu płyną łzy. Nie czekając długo, otworzył furtkę, wybiegł na zewnątrz. Biegł w stronę chłopaka w pełnym rozbiegu, chciał dotrzeć do niego jak najszybciej, gdyż blondyn bez przerwy krzyczał.
   Bez chwili zastanowienia, gdy tylko znalazł się metr od niego, uderzył go pięścią w twarz.
   *
   Robert siedział na krześle, tuż przy polówce, na której leżała Ewelina. Trzymał tuż przy nosie szmatkę, która nasiąkała krwią, sączącą się z jego nosa, wpatrując się w kropelki cieczy, która była w kroplówce.
   - Nie mam pojęcia, co jej jest - obwieścił mężczyzna z jedną ręką. - Nie mam pojęcia, jak ją leczyć. Mogę jedynie wzmacniać jej organizm, ale to też nie długo, zostały mi tylko dwie kroplówki. Jeżeli sama z tego nie wyjdzie, ja nic nie poradzę.
   - Dziękuję - odpowiedział blondyn, nadal wpatrując się w kroplówkę.
   - Przez ciebie możemy mieć kłopoty - Tomek wniósł do altanki dwa kubki parującego płynu, jeden dla siebie, drugi dla Roberta. - Darłeś się na tyle głośno, że ktoś na pewno cię usłyszał. Już kilka razy widziałem w okolicy kanibali, nie zdziwiłbym się, gdyby któryś z nich tu przyleciał.
   - Kanibali?
   - Ludożerców.
   - Wiem, ale... Też kiedyś trafiliśmy na nich, ale raz i to na trzy osoby.
   - Trzy? Po pierwsze, rzadko kiedy trzymają się razem. Pewnie boją się, że pozjadają się nawzajem. Po drugie, dziwię się, że spotkałeś ich tylko trzech. Dużo się ich tu kręci.
   Robert upił herbaty, parząc sobie usta, po czym odstawił kubek na stolik.
   - My do tej pory żyliśmy w hotelu. Zachował się, bo stał pośrodku lasu, fala go aż tak nie uszkodziła. Przeżyliśmy tam całą zimę, a parę dni temu... Ktoś go zniszczył.
   - Słyszałem jakiś huk...
   - Wbił się cysterną w budynek, wszystko wybuchło. Szukaliśmy kogoś znajomego, kto mógł przeżyć, jak my, ale do tej pory nikogo nie znaleźliśmy.
   Tomek wyjął z kieszeni piersiówkę, z której pociągnął duży łyk, następnie chowając ją z powrotem.
   - Skoro żyliście w tym hotelu bez przerwy, to nic dziwnego, że nic nie wiecie o zewnętrznym świecie. Tu jest trudno przeżyć, zarówno samemu, jak i z kimś. W ogóle, nie polecam trzymania się w grupach. W dzisiejszym świecie każdy przyjaciel jest udawany, każdy patrzy tylko na to, gdzie najwięcej mu dadzą.
   - Mimo tego, że żyliśmy w hotelu, musieliśmy czasem zapuszczać się w ten zewnętrzny świat, więc coś o nim wiemy - nie zgodził się Robert. - Zabijaliśmy, czasem z zimną krwią. Tych kanibali, czy później, razem z takim jednym Przemkiem, czterech ludzi, tylko za to, że byli blisko hotelu. Zabijaliśmy z broni palnej, Przemek ze swojej wiatrówki, kilka razy zabijaliśmy nożami, dwójkę ludzi spaliłem żywcem. Może i mieliśmy łatwiej, niż ty, ale też mamy swoje grzechy.
   Tomek pociągnął kolejny łyk z piersiówki, którą podał następnie blondynowi. Ten odebrał ją, po czym upił malutki łyk płynu, który palił go w gardło.
   - Bimber - poinformował mężczyzna. - Piersiówkę mam od znajomego z wojska. Właściwie, to wziąłem ją, bo tylko ona po nim pozostała. Tu, na spodzie, wyrył gwoździem swoje imię. Hans. On był moim prawdziwym przyjacielem, nie takim udawanym. Prawdziwym. Byliśmy w Legii, wiesz, chłopcze, czym była Legia?
   - Legia Cudzoziemska?
   - Widzę, że wiesz. Tak, byliśmy w niej. W Kongo, podczas ciężkiego ostrzału, ktoś wrzucił nam do okopu granat. Złapałem go, chciałem go wyrzucić... Nie zdążyłem, urwał mi rękę, oraz posiekał cały bok. Hans chciał mnie wynieść, ale wrzucili kolejne granaty. Tylko on, tylko Hans, był na tyle głupi, żeby rzucić się na nie i zasłonić resztę oddziału. Nie było po nim co zbierać, została tylko ta piersiówka. Nie pamiętam dokładnie, co się stało, pamiętam tylko, że upadła ona niedaleko mnie. Doczołgałem się do niej, złapałem w dłoń. Jak obudziłem się w szpitalu polowym, nadal trzymałem ją w dłoni. Lekarze powiedzieli, że mój uścisk był zbyt mocny, żeby dali radę ją wyrwać.
   Robert nie odzywał się, próbował sobie wyobrazić, co takiego musi kierować człowiekiem, który ostatkiem sił, z urwaną ręką, czołga się po ostatnią rzecz, która będzie mu przypominać o człowieku, do którego ta rzecz należała.
   Spojrzał na Ewelinę, która nadal była blada, jak kreda, lecz, co zauważył z ulgą, oddychała już spokojnie. Złapał ją za dłoń, ścisnął lekko, lecz nie doczekał się reakcji z jej strony.
   - Nie jestem żadnym lekarzem, ale wydaje mi się, że z tego wyjdzie - rzucił jeszcze Tomek, wychodząc.
   *
   Cały dzień poświęcił na prace przy altance. Musiał dostosować ją do tego, aby Ewelina mogła leżeć w niej, aż do czasu, kiedy dojdzie do siebie. W pierwszej kolejności zrzucił z góry podziurawiony dach, zastępując go płachtą folii, która znalazła również zastosowanie, jako ściany. W środku pozostawił jedynie stolik, oraz jedno krzesełko, aby miał gdzie siedzieć. Pod wieczór, gry skończył pracę, zapukał do baraku, w którym mieszkał Tomek.
   Mężczyzna niemal od razu otworzył drzwi, wychodząc na zewnątrz. W ręce trzymał tacę, którą podał Robertowi.
   - Dziś na kolację masz gotowane jajka - poinformował go. - Nic innego nie mam. Ale nie przyzwyczajaj się, jutro stąd odchodzisz. Powiesz mi gdzie, jak ona się obudzi, zaprowadzę ją do ciebie.
   Robert stanął jak wryty, aż nie wiedział, co odpowiedzieć.
   - Nie patrz na mnie tak głupio - poprosił Tomek. - Nie mam zamiaru cię karmić. Ona jest nieprzytomna, to co innego, ktoś musi się nią zająć. Ale ty dasz sobie radę, nie muszę cię utrzymywać. Jutro rano ma cię tu nie być.
   - Nie ma mowy - odpowiedział Robert, gdy tylko dotarł do niego cały sens wypowiedzianych przez mężczyznę słów. - Nie zostawię jej u ciebie bez mojego nadzoru.
   - To zabieraj ją i wynocha. Nie chcesz jej zostawić, to bierz ją ze sobą. Co ty myślisz? Że ja ją zjem, albo zgwałcę? Nie, ani jedno, ani drugie. Jeśli mi nie ufasz, to jutro nie widzę ani ciebie, ani jej.
   - Nie o to mi chodziło - zaczął tłumaczyć się blondyn, czując, że dopada go panika na samą myśl, że miałby zabrać stąd Ewelinę. - Po prostu, chciałbym przy niej być. Mogę zajmować się twoimi kurami, wychodzić co jakiś czas, szukać pożywienia... Mogę robić wszystko, tylko pozwól mi tu z nią zostać.
   - I myślisz, że znajdziesz gdzieś na zewnątrz coś do jedzenia? Daj spokój.
   - Nadal da się coś znaleźć. Można polować...
   - A masz czym polować? Nie masz. Ja też nie mam. Nawet głupiej wiatrówki. Mam tylko te kury, tylko one mnie utrzymują. A one nie dadzą rady utrzymać i mnie i ciebie.
   Robert czuł, jak zaczyna się pocić, uświadamiając sobie, że ten mężczyzna nie zmieni zdania. Szukał w głowie kolejnych argumentów, gdy dotarło do niego, że Tomek na pewno odpowie mu kontrargumentem, ucinając dyskusję. Musiał spróbować czegoś innego.
   - Dobrze, pójdę. Ale wrócę, przyniosę jedzenie. Może być? Przyniosę całą torbę jedzenia, czy wtedy pozwolisz mi z nią siedzieć?
   Mężczyzna bez ręki już miał coś odpowiedzieć, gdy zamyślił się nad czymś. Popatrzył chwilę na Roberta, po czym kiwnął głową.
   - Dobrze - rzucił w końcu. - Zgadzam się. Jeżeli przyniesiesz całą torbę jedzenia, pozwolę ci tu z nią siedzieć.
   *
   Jeszcze nie wstał świt, gdy on naszykował się do wyjścia. Podszedł do Eweliny, kładąc dłoń na jej głowie. Wzdrygnął się, gdy uświadomił sobie, jak wiele ona dla niego znaczy. Wtedy, gdy przyszła do niego, jeszcze w hotelu, to wszystko działo się dość szybko, a do tego na pewno buzujące hormony Roberta nie pozwoliłyby mu na nieskorzystanie z okazji, jednak prawda była taka, że Ewelina naprawdę wiele dla niego znaczyła.
   Nachylił się nad nią, pocałował ją w usta, po czym, bez słowa, wyszedł z altanki.
   *
   Doskonale wiedział, że w sklepach i magazynach nie ma nawet czego szukać, jedyna opcja, jaka mu została, to kraść żywność innym. Specjalnie z tego powodu wziął plecak, zamiast torby, gdyż z plecakiem na plecach mógł szybciej się poruszać, niż z torbą w ręku.
   Nie zastanawiając się ani chwili, od razu ruszył w kierunku najbliższego obozu. Nie trudno było go namierzyć, gdyż na horyzoncie było widać słup dymu - oznakę, że to właśnie tam jest ów obóz.
   A właściwie małe miasto. Gdy tylko Robert tam dotarł, od razu stwierdził, że musiało tu mieszkać nawet półtora tysiąca ludzi. Całe ulice zabudowane były barakami, blaszakami, wszędzie stały porozstawiane namioty, naokoło kręcili się ludzie. Gdzieś w oddali widać było jakąś większą budowę, ludzie stawiali chyba jakiś piętrowy budynek, tuż przy placu, który służył mieszkańcom za rynek.
   I to tam wybrał się Robert.
   Całość przypominała staromodne bazary. Drewniane budki, porozstawiane w rzędach, tworzyły alejki, którymi chodzili ludzie. Każdy miał na sprzedaż coś innego, jedni dość świeże mięso, inny kury i gołębie, ubrania, znalazło się nawet kilka stoisk z biżuterią. Robert przeciskał się między stoiskami, udając, że przyszedł pooglądać gołębie w klatkach, jednak jego prawdziwym celem był stojący tuż obok stół, na którym stało puszkowane jedzenie. Oczywiście stół pilnowany był przez sprzedawczynię, starą, pomarszczoną babcię, oraz dwóch młodych mężczyzn, prawdopodobnie jej synów.
   Nie wiedział za bardzo, co ma zrobić, jakim cudem ma coś ukraść.
   I wtedy zdarzyło się coś, co właściwie można było nazwać cudem.
   Wpierw było słychać trzask, który potęgował się z każdą chwilą. Ktoś zaklął, ktoś krzyknął, wszyscy spojrzeli na drewniany szkielet piętrowego budynku. Szkielet, który powoli przechylał się w stronę straganu. Ludzie zaczęli krzyczeć, ci, którzy byli na samej górze konstrukcji, pospadali, łamiąc sobie nogi. Dwóch synów staruszki ruszyło pędem, aby zabrać ich spod lecącej wprost na nich konstrukcji, ona sama natomiast zrobiła kilka kroków do przodu, nawołując ich, aby wracali.
   Takiej okazji Robert nie mógł przepuścić.
   Natychmiast otworzył plecak i, wykorzystując powstałe zamieszanie, zaczął pakować do niego puszki z żywnością. Wrzucał wszystko to, co wpadło mu w ręce, nie patrzył nawet na etykiety. Gdy zapełnił plecak, zapiął go, wyprostował się i miał ruszać, gdy zauważył staruszkę, wpatrującą się w niego. Widział w nich ból, doskonale wiedział, jak musiała się czuć, widząc, jak ktoś ją okrada.
   - Przepraszam - rzucił, nie wiedząc, co ma zrobić, po czym obrócił się i zaczął biec.
   *
   Miał już swoją trasę, którą przechodził za każdym razem. Tak było i tym razem. Szedł po znanych sobie terenach przez blisko dwie godziny, aż jego uszu dobiegł odgłos silników, co było znakiem, że jest już blisko. Sprawdził jeszcze raz zawartość opakowania na jajka, stwierdzając, że znajduje się tam równo dziesięć sztuk, po czym ruszył dalej. Potrzebował kilku minut, aby dotrzeć do obozu motocyklistów, który znajdował się na małym wzgórzu. Przywitał się szybko z kilkoma znanymi mu już ludźmi i skierował się do wysokiego, niebieskiego namiotu. Behemot, jak zwykle, był u siebie. Gdy tylko rudy zauważył Tomka, od razu wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
   - Bóg mi cię zsyła! - obwieścił mu. - Taka naszła mnie ochota na jajka, że już miałem do ciebie swoich ludzi wysyłać.
   - Nie wysyłaj - poprosił Tomek. - Wiesz, gdzie mieszkam, więcej ludzi nie musi tego wiedzieć. Mam dziesięć sztuk.
   Rudy klasnął w dłonie, odbierając jajka, po czym wskazał Tomkowi stoliczek, na którym stało kilka rodzajów alkoholu.
   - Czego ci polać?
   - Czegokolwiek z procentami.
   - Jak zwykle, mało wybredny. Naleję ci naszej rodzimej wódki. Czego chcesz za jajka? Mięsa? Trochę mało go już mamy... Paliwa? Tego możemy ci dać. Albo broń. Powinieneś mieć jakąś broń.
   - Nie noszę broni. Nanosiłem się jej już w życiu.
   - Ale do samoobrony.
   - Nie potrzebuję. Tyle gadasz o Bogu, że powinieneś wiedzieć, że jeżeli opaczność będzie trzymała mnie w swojej opiece, nic mi się nie stanie.
   - Błędne myślenie - Behemot wręczył mężczyźnie bez ręki szklankę z wódką. - Bóg daje nam wolną wolę, abyśmy mogli o sobie decydować. Czytałem Biblię wystarczająco dużo razy, aby do tego dojść. Ty masz teraz wolną wolę, możesz wziąć od nas broń, którą będziesz mógł się bronić, gdyby zaszła taka potrzeba. Pamiętaj, że Bóg jest po stronie tych, którzy potrafią o siebie zadbać.
   Tomek wychylił szklankę, wypił całą zawartość na raz. Wykrzywił się, kaszlnął, po czym obrócił się na pięcie i wyszedł z namiotu. W wejściu natrafił na dwóch mężczyzn, jednego łysego, drugiego ostrzyżonego na jeża. Mieli oni w rękach kilka kuropatw, oraz dwa zające.
   - Biorę kuropatwę - zwrócił się do Behemota.
   *
   Przez całą drogę biegł, ile sił miał w nogach. Chciał jak najszybciej się tam znaleźć, jak najszybciej sprawdzić, czy z Eweliną wszystko w porządku. Nogi go już bolały, czuł nieznośne ukłucia kolki, brakowało mu tchu.
   Z początku nie był w stanie znaleźć wejścia na podwórko Tomka, gdyż furtka, jak i zresztą całe podwórko, była bardzo dobrze zamaskowana. Potrzebował dłuższej chwili, aby przypomnieć sobie punkty charakterystyczne, zwłaszcza drzwi łazienkowe, których połowa wystawała spod gruzu. To właśnie tam, tuż przy tych drzwiach, kryła się furtka.
   Robert wszedł na podwórko, rozglądając się wcześniej, czy nikt nie będzie tego widział, nie chciał bowiem kogoś ściągnąć w to miejsce. Od razu skierował się do altanki, gdzie, z jednej strony, odetchnął z ulgą, widząc, że Ewelina leży nadal tam, gdzie leżała, zanim wyszedł, z drugiej natomiast czując smutek, gdyż wyglądało na to, że jej stan się nie poprawił. Postał nad nią chwilę, po czym wyszedł z altanki, podchodząc do blaszaka, do którego drzwi były otwarte.
   - Nie mów, że już masz cały plecak żarcia - prychnął Tomek, jeszcze nim Robert go zauważył. - Nawet nie chcę wiedzieć, co i komu musiałeś zrobić, aby zdobyć tyle jedzenia. I nie interesuje mnie to. To ciebie, a nie mnie, będą męczyć wyrzuty sumienia.
   - Ukradłem je - odparł blondyn, rzucając plecak tuż pod drzwi. - Puszki. Nie wiem, co dokładnie, musiałem się śpieszyć.
   - Jeżeli cokolwiek mi ukradniesz, zabiję cię. Ostrzegam z góry.
   - Nie zamierzam cię okradać. Chcę, żebyś jej pomógł, chcę przy niej być. W tej chwili jesteś moim jedynym przyjacielem.
   - Mówiłem ci już coś o przyjaciołach, prawda? W dzisiejszym świecie każdy przyjaciel jest udawany. Zapamiętaj to.
   *
   Behemot przywitał go jak zawsze, szklanką wódki. Wypił całość na raz, po czym usiadł na krześle, prostując nogi. Lubił przebywać w namiocie dowódcy motocyklistów, gdyż był on skromnie urządzony, a Tomek lubił ludzi, którzy potrafili żyć w spartańskich warunkach.
   - No więc - rudy usiadł naprzeciw niego. - Co tam słychać w szerokim świecie?
   - To, co zwykle. Głosy mordowanych ludzi.
   - Oj, Tomek, ty znów takie przykre rzeczy mówisz. Powiedz mi coś weselszego.
   - Kojarzysz ten obóz, zaraz przy mnie?
   - Czekaj... Ten, co chcieli odbudować tam ratusz?
   - Tak. Budowa stoi, bo szkielet im się zawalił. Pewnie użyli za słabego drewna.
   Behemot zaśmiał się doniośle, po czym polał następną kolejkę.
   - Z jednej nóżki na drugą - powiedział. - Oferowałem im pomoc moich ludzi. Oczywiście za pewną opłatą. Nie chcieli... Więc wznieśmy toast za karę boską, która na nich spadła.
   - Za karę boską.
   Wypili kolejną porcję alkoholu, którą zagryźli sucharami.
   - Wybacz - rudy podrapał się po głowie. - Nic na zagrychę nie ma, to wziąłem te suchary. Kiedy te twoje pomidory zaczną rosnąć?
   - Jeszcze za wcześnie. Potrzeba im czasu.
   - No tak... Jak coś, wal do mnie, jak w dym. Mam teraz trzech myśliwych, będę miał mięso na wymianę.
   - Trzech? - Tomek uniósł brew. - Jakiś czas temu nie miałeś żadnego.
   - A no, trzech. Jeden się nawinął zwiadowi, a dwóch w sumie samych przyszło. I dobrze, oni będą tu mieli bardzo dobrze. Eh... Ale Więchula mi bardzo szkoda, dobry chłop z niego był, można było się z nim napić. Jakiś skurwysyn go zastrzelił z wiatrówki. Zaraz obok tego miejsca spalił się potem jakiś budynek, pośrodku lasu, podejrzewam, że to co z tego budynku go zabili. Ale teraz już się tego nie dowiemy...
   Po upływie kilku sekund Tomek skojarzył fakty. Pomyślał chwilę, przyjrzał się Behemotowi, który wyglądał na wybitego z tropu, gdyż nie wiedział, o co chodzi mężczyźnie bez ręki.
   - Masz dużo tego mięsa?
   - Sporo - odpowiedział rudy. - A co?
   - Możemy się potargować.
   *
   Sylwek, gruby mężczyzna z blizną na pół twarzy, niemal wleciał do namiotu. Stanął w wejściu, ciekaw, czemu Behemot kazał go pilnie wezwać. Jego uwagę przykuło to, że przy rudym stał jeszcze jeden mężczyzna, ten, od którego kupowali jajka.
   - Prawdopodobnie to nasz Przemek zabił Więchula - Behemot zaczął prosto z mostu. - Tomek znalazł gościa z tego budynku, co spłonął w lesie, ponoć to był hotel. Tamten, imieniem Robert, razem z jakimś Przemkiem zabili czterech ludzi z motorami. Przemek używał ponoć wiatrówki.
   - Wiedziałem! - syknął Sylwek. - Musimy go zabić!
   - Czekaj - nakazał Behemot. - Nie wiemy na sto procent, czy to na pewno on. Obmyśliłem z Tomkiem pewien plan. On wyśle tego Roberta z jajkami, a ty, Przemek i ze dwóch ludzi, wyjedziecie mu na spotkanie. Zobaczysz reakcję Przemka, będziesz miał pewność. Jasne?
   - Nie możemy zabić go teraz?
   - Nie, musimy mieć dowody, nie chcę tracić myśliwego tylko przez domysły. Pojedziesz z nim, Albertem i Marianem, nie zabieraj Igora, bo dobrze się z Przemkiem dogadują. Robimy według mojego planu. Chyba, że Tomek pozwoli nam do niego wpaść...
   - Nie - odparł mężczyzna.
   - Sam będziesz się zabawiał z tą dziewczyną? - rudy wyszczerzył zęby.
   - Jeżeli przyjechalibyście coś jej zrobić, zabiłbym was - ostrzegł Tomek. - To ten Robert i Przemek wam zaszkodzili, ona nic wam nie zrobiła. Jest niewinna. Nie dam zrobić jej krzywdy.
   - Dobrze, panie idealisto - Behemot kiwnął głową. - Zajmiemy się samym Robertem. Idź do kucharzy, Sylwek potwierdzi, że masz dostać tyle mięsa, ile uniesiesz.
   - Aż tyle nie potrzebuję.
   *
   Siedział na krześle, przy polówce, co jakiś czas zmieniając jej okłady. Już kilka razy zdarzyło mu się oprzeć o stół i przysnąć, najwidoczniej był skrajnie wyczerpany. Tym razem, żeby znów nie zasnąć, wstał, wychodząc na zewnątrz. Mżyło, było przyjemnie chłodno, gdy porównało się obecną aurę do upałów poprzednich dni. Widział, jak wszystkie kury gnieżdżą się w kurniku, żadna nie chciała wychodzić na deszcz, widocznie czekały na lepszą pogodę.
   Jego ubranie dość szybko namokło, wrócił więc do altanki, chowając się przed wodą. Z nudów sięgnął do plecaka, gdzie zostawił sobie część z zapasów, które ukradł w obozie. Przeważnie były to puszki z mięsem, natrafił jednak również na słoik z przecierem jabłkowym. Wyciągnął go, stawiając na stole.
   - Będzie dla ciebie, jak się obudzisz - powiedział w stronę nadal nieprzytomnej Eweliny.
   W tym momencie do altanki wszedł Tomek. Był cały mokry, w ręku miał czarną reklamówkę, która była tak czymś wyładowana, że rączki niemal się urywały. Patrzył przez chwilę na blondyna, po czym splunął.
   - Jutro ty idziesz z tymi jajkami. Ja już się namokłem.
   - Dokąd mam iść? - spytał Robert.
   - Do tego obozu, który okradłeś. Przy samym brzegu stoi budka z czerwonym dachem, rozpoznasz, nie ma innej takiej w okolicy. Zaniesiesz tam dziesięć jajek, odbierzesz zapłatę i wrócisz.
   - Nie ma sprawy... Tylko tamta kobieta będzie mgła mnie rozpoznać.
   - To już nie mój problem. Było jej nie okradać, wtedy nie bałbyś się, że ją napotkasz.
   *
   Słońce dopiero co wstawało, gdy Tomek go obudził. Wręczył mu siatkę z opakowaniem na jajka, po czym powtórzył, dokąd ma je zanieść. Robert tylko ziewnął, kiwnął głową na znak, że zrozumiał, po czym przeciągnął się. W ciągu pięciu minut ubrał się i naszykował, wziął do ręki reklamówkę, ostatni raz spojrzał na Ewelinę i wyszedł na zewnątrz.
   Kierował się dokładnie tą samą drogą, co wtedy, a to z bardzo prostego powodu - nie znał inne drogi. Omal się nie potknął, co doprowadziłoby do stłuczenia jajek, udało mu się jednak utrzymać równowagę.
   - Mało brakowało - rzucił pod nosem, po czym odetchnął z ulgą.
   Od tej pory uważał, gdzie stawiał kroki. Był już mniej więcej w połowie drogi, gdy usłyszał krzyki i odgłosy szamotaniny.
   Po chwili usłyszał wystrzał.
   *
   Stał nad nią, obserwując jej twarz. Przyglądał się dokładnie, analizując każdy szczegół, każdy z wielu pieprzyków.
   - Mimo wszystko, jesteś do niej dość podobna - wyszeptał, jakby bał się, że ją obudzi. - Ona też taka była. Drobna. I też miała takie czarne włosy. Była mniej więcej w twoim wieku. I, mimo tego, że była murzynką, mieszkała pośrodku Kongijskiej dżungli, to jesteś do niej podobna. Identyczny podbródek. I taki mały nosek. Nie chciałem jej zabić. Tylko się broniłem. Nawet nie wiedziałem, do kogo strzelam... Wiem, to żadne usprawiedliwienie, i tak jestem mordercą... Tylko dlatego nie pozwoliłem Behemotowi się tobą zająć. Może, gdybyś nie była do niej tak podobna, oddałbym mu cię... Ale nie mogę. Zabiłem ją. Muszę jakoś spłacić ten, swego rodzaju, dług. Może w ten sposób odpuszczę choć ten jeden ze swoich grzechów. Może nie będzie już mi się śniła po nocach. Zaopiekuję się tobą, dopóki nie wyzdrowiejesz. Potem będziesz pewnie chciała iść w swoją stronę, ale będę się tobą zajmował, dopóki będzie taka potrzeba. I wybacz mi... Ale przecież to Robert pierwszy zabił jego ludzi. Powinien ponieść karę. Wybacz mi. Ostrzegałem go przecież, że w tym świecie każdy przyjaciel jest udawany...
   *
   Wystrzał, po którym usłyszał krzyk.
   Przemek.
   Wypuścił torebkę z rąk, rzucił się pędem w stronę, z której dochodziły odgłosy szamotaniny. Tętno skoczyło mu do góry, adrenalina wpompowała się w żyły, dzięki czemu wpadł rozpędzony między gruzy. Nie czekał ani chwili, nie zatrzymywał się, aby rozeznać się w sytuacji, po prostu rzucił się na mężczyznę z łukiem, który, niczego się nie spodziewając, stał do niego tyłem. Jeden solidny cios pięścią w skroń wystarczył, tamten osunął się za ziemię. Blondyn nie tracił ani chwili, skoczył na grubego mężczyznę, który nie zdążył wycelować w niego z pistoletu. Robert złapał go za nadgarstek, wykręcając go, po czym uderzył tamtego czołem w nos. Usłyszał obelgi, lecz nie zauważył drugiej ręki grubego, w której trzymał on nóż. Ostrze przebiegło po twarzy blondyna na skos, orząc ją, pozostawiając bruzdę, z której trysnęła krew. Padł na ziemię, łapiąc się za twarz, z której bił ból, jakby płonęła żywym ogniem. Nie orientował się w tym, co się dzieje, słyszał jakiś krzyk, stłumiony odgłos uderzenia, poczuł, jak coś ciężkiego upada na ziemię.
   - Robert! Kurwa! Dostałeś po oczach!?
   Krzyczał dalej, ból nie przechodził. Nie miał pojęcia, czy dostał po oczach, ból bił z całej twarzy, nie potrafił określić, gdzie dokładnie ciął go nóż.
   - Rzuć łuk!
   Wystrzał. Kolejne ciało padło na ziemię.
   Dopiero, kiedy krew zaczęła krzepnąć, ból zaczął powoli ustępować. Usiadł, pozwolił Przemkowi przyjrzeć się ranie. Czuł, jak palce łysego zdrapują strupy, powstałe w okolicach oczu, jak badają jego twarz.
   - Nie dostałeś po oczach - poinformował go Przemek. - Masz szramę przez całą mordę, przechodzi przez nos. Widać ci kość policzkową. Musimy ci to zabandażować. Właściwie, gdzie ty się zatrzymałeś? U jakiegoś faceta?
   - Skąd wiesz?
   - Doniósł na ciebie tym, z którymi przyjechałem. Długa historia. Pamiętasz tego myśliwego? Jego szef, nazywają go Behemot, chętnie widziałby nas nabitych na pal.
   - Tomek na mnie doniósł? - nie dowierzał Robert.
   - Skoro doniósł, musiałeś mu wygadać wszystko, inaczej nic by nie wiedział. Tak, czy inaczej, doniósł. Mieliśmy cię sprzątnąć.
   - Masz wodę?
   - Mam.
   - Daj.
Blondyn odebrał butelkę, którą wylał sobie na twarz. Przemył ją ostrożnie, starając się nie naruszyć świeżej rany. Gdy tylko był w stanie otworzyć oczy, złapał pistolet, który należał do grubego.
   - Zabiję skurwysyna - syknął, wstając i obracając się.
   - A co z nim? - Przemek wskazał na grubego, który leżał na ziemi, ciężko dysząc. - Jego nie zabiłem, zaraz się obudzi.
   - Rób z nim, co chcesz - odparł Robert, po czym ruszył biegiem.
   *
   Przemek patrzył, jak Robert zawraca w kierunku, z którego przyszedł. Patrzył tak, dopóki nie usłyszał, jak Sylwek kaszle. Spojrzał na grubego mężczyznę, czekając, co ten zrobi.
   - Od początku wiedziałem, że to ty zabiłeś Więchula - wycharczał gruby, leżąc na plecach. - Jak tylko powiedziałeś o swojej wiatrówce. I co teraz zrobisz? Zabijesz mnie? Bezbronnego?
   Przemek przejrzał magazynek pistoletu, należącego wcześniej do Alberta, po czym wziął swój nóż, który upuścił, zasłaniając się ciałem mężczyzny z podciętym gardłem, gdy Sylwek strzelał w jego stronę. Ostrze włożył grubemu do ręki, poczekał, aż ten zaciśnie palce na rękojeści.
   - Teraz nie jesteś bezbronny, masz nóż - poinformował go łysy.
   W tej chwili rozległ się kolejny wystrzał.
   *
   Biegł.
   Biegł, oby szybciej. Chciał jak najszybciej do niej dotrzeć. Widział stąd drzwi łazienkowe, które wystawały do połowy ze sterty gruzu. Pobiegł do nich, po czym odnalazł furtkę, którą otworzył kopnięciem. Wbiegł na podwórko, wyciągając pistolet, natychmiast skierował się do altanki. Wpadł do niej, jak szalony, od razu zauważając Tomka, siedzącego tuż przy Ewelinie, która odzyskała przytomność. Bez słowa wycelował w mężczyznę bez ręki, przez krótką chwilę patrzyli sobie w oczy.
   - Czyli już wiesz? - spytał Tomek.
   - Odsuń się od niej! - ryknął blondyn, robiąc krok do przodu. - Skurwysynu, nie zbliżaj się do niej!

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5454 słów i 30304 znaków.

2 komentarze

 
  • Gabi14

    Zgadzam się. Robert to idiota

  • xptoja

    Głupi Robert. : P

  • Kuri

    @xptoja Oj, tam, głupi ;) Ma teraz męską bliznę na mordzie :D