Ziemia z popiołów II: Rozdział 09 – Piękno ciała ludzkiego

Ziemia z popiołów II: Rozdział 09 – Piękno ciała ludzkiegoWcześniej...
   Kolizja...
   Zabrała im wszystko. Wszystko. Wszystkich. Zostali sami. Oni we dwoje.
   On i ona.
   Zostali sami. Musiał ją chronić, za wszelką cenę. Znalazł dom. Praktycznie nie uszkodzony, nie licząc wybitych szyb. To było przeznaczenie.
   Dom miał piwnicę.
   Po jakimś czasie znaleźli trójkę innych. Pomogli im. Wykarmili. Ogrzali przy ogniu.
   Musimy sobie pomagać.
   Musimy. Zawsze. Tylko tak przeżyjemy.
   Od teraz jesteśmy grupą.
   Tak, jesteśmy grupą. Musimy przeżyć. Razem.
   A żeby przeżyć, musimy walczyć.
   Teraz...
   - Nic - rzucił Robert, wkładając krótkofalówkę z powrotem do kieszeni. - Cisza. Musieliśmy wyjść poza maksymalny zasięg.
   - Trudno - Konrad wzruszył ramionami. - Nie będziemy mieli z nimi kontaktu najpóźniej do jutra.
   - Skąd ta pewność, że do jutra? - spytała Monika. - Kto wie, może zejdzie się nam dłużej? Nie wolno z góry zakładać, kiedy wrócimy.
   - Daj spokój - barczysty machnął ręką. - Do jutra na pewno coś znajdziemy. Bez przesady, że dwa dni będziemy się szlajać bez celu.
   - Optymistycznie jesteś nastawiony - zauważył blondyn.
   - Muszę być tak nastawiony. Musimy jak najszybciej zdobyć jedzenie, inaczej czeka nas głód...
   Wcześniej...
   Siedzieli, całą czwórką, w ciemnym pomieszczeniu. Zimno było dokuczliwe, jednak najgorszy był głód. Nie pamiętali, kiedy jedli ostatni raz. Tydzień temu? Możliwe.
   Głód...
   Głód był nie do wytrzymania. Zrobiliby wszystko, oby tylko coś zjeść. Coś ciepłego...
   Ciepłe mięso. Prosto z ognia. Ociekające tłuszczem, skwierczące, pyszne, rozpływające się w ustach.
   Spojrzał po pozostałych. Wszyscy siedzieli w tej samej pozycji, nie ruszali się, czekali na śmierć głodową. Tak mieli skończyć? Umrzeć z głodu? Wczoraj jeden z nich umarł, głód zaczął zbierać swoje żniwo, a oni byli następni w kolejce. Popłakałby się, jednak nie starczyło mu sił. Spojrzał po pozostałych ponownie. Skóra i kości. Wszyscy oni tak wyglądali. Skóra i kości... Pod każdą skórą kryje się przecież odrobina mięsa. Choć odrobina... Choć kilka kęsów.
   Ciepłe mięso...
   Mieli ogień...
   Mieli też i mięso, przecież wczoraj...
   Wstał, pozostali na niego spojrzeli. Złapał nóż, który leżał nieopodal, na szafce. Ruszył do salonu, gdzie leżał tamten.
   Mieli ogień...
   Mieli i mięso...
   Teraz...
   Najpierw ujrzeli czarne smugi dymu, unoszące się w niebo. Następnie usłyszeli gwar dziesiątek prowadzonych rozmów. Na koniec, gdy wyszli zza wielkiego gruzowiska, zobaczyli to, dokąd zmierzali od jakiegoś czasu. Dziesiątki namiotów, blaszanych budek, samochodów zamienionych w prowizoryczne mieszkania, kilkanaście ognisk, zasilanych głównie oponami, dwa szczekające psy, uwiązane łańcuchami do hydrantu, który nadal stał tam, gdzie przed Kolizją, oraz ludzie.
   Setki ludzi.
   Rozmawiających, targujących się, uśmiechniętych, smutnych, żywych, oraz kilku, leżących na uboczu, martwych.
   - Ludzie... - Konrad nie mógł wyjść z podziwu. - Boże...
   - Ryzykujemy? - spytał Robert, trzymając przy sobie wyrywającego się Hyugiego.
   - Lepiej nie - doradziła Monika. - Idźmy stąd. Tam, gdzie dużo ludzi, tam dużo niebezpieczeństw. Wiemy, że tu nic nie znajdziemy, zawróćmy i idźmy w inną stronę.
   - Daj spokój - poprosił barczysty. - Możemy się chociaż przejść... Od Kolizji nie widziałem tylu ludzi. Może... Może spotkamy tu kogoś znajomego? Robert? Może twoi rodzice tu będą? Musimy się przejść, poszukać.
   - Nie będą - blondyn pokręcił głową. - Ich już pewnie nigdzie nie ma. Zbieramy się. Konrad, proszę. Nie wejdę między nich z Hyugim, oni będą widzieli w nim tylko worek z mięsem, a w naszych plecakach potencjalne łupy.
   - Mamy broń. Uwiąż go na jakimś sznurku i trzymaj blisko siebie. Plecaki powiesimy z przodu, żeby nam nic nie zwinęli. No, chodźmy.
   Robert spojrzał ukradkiem na Monikę. Porozumieli się bez słów, żadne z nich nie poszłoby tam, gdyby to zależało od nich.
   - Jesteś pewien? - spytał jeszcze blondyn.
   - Na sto procent. Pół godziny i idziemy dalej, ale rozejrzyjmy się chociaż trochę.
   - Nie dłużej niż pół godziny - zgodził się Robert.
   Wcześniej...
   Z początku płakali po nocach, jednak z czasem się przyzwyczaili. Wiedzieli, że nie mają wyboru. Że muszą to robić, albo zginąć. Woleli to zrobić.
   Ta noc była pierwszą, kiedy nikt nie płakał. Każdy rozmyślał.
   Przecież już było po wszystkim, znów nie mieli co jeść.
   Co teraz zrobią? Znów będą czekać, aż głód zabierze jednego z nich? Powinni tak zrobić? A może powinni poszukać na zewnątrz, w gruzie i śniegu?
   Kolejne trzy dni przeżyli o głodzie. Byli duchami, umarłymi, którzy jednym palcem trzymali się świata żywych. Wiedział, że ten świat nie będzie ich długo u siebie trzymał, póki sami czegoś nie zrobią, póki nie zawalczą o przeżycie.
   Muszą walczyć o to, by żyć.
   Muszą walczyć...
   Aby przeżyć. Jakkolwiek.
   Oby przeżyć...
   Oby tylko przeżyć...
   W nocy, czwartego dnia, wziął do ręki ten sam nóż, którego użył wtedy. Spali. I dobrze. Wszedł do pokoju, podszedł do pierwszego z nich.
   Robił to dla niej. Musieli przeżyć. Oni byli nieważni.
   On musiał zawalczyć o życie swoje i jej. Ofiary były konieczne.
   Były niezbędne.
   Teraz...
   Ich obecność byłaby pewnie niezauważona, gdyby nie Hyugi. Każdy patrzył na owczarka wzrokiem, jakim patrzy się na przyszły obiad. Robert trzymał sznurek, na którym go prowadził, dość mocno, aby nikt mu go nie wyrwał. Przechodzili czymś, co można byłoby nazwać główną ulicą, gdy podszedł do nich niski mężczyzna, który palił papierosa.
   - Nowi? - spytał.
   Robert i Monika zatrzymali się, natomiast Konrad wyszedł dwa kroki przed nich.
   - Tak. Dopiero co tu przyszliśmy.
   - Widać po was... Skąd jesteście?
   - Mamy obóz kawałek drogi stąd na zachód.
   - Zachód?
   - Tak, a co?
   - Nie... znaczy, do tej pory nic nie słyszeliśmy o żadnym obozie na zachodzie. Świetnie, jest nas więcej niż sądziliśmy. Dużo was tam jest?
   - Dużo - wtrącił się Robert, wychodząc krok do przodu. - Mniej więcej tylu ilu was.
   Mężczyzna przypatrzył się blondynowi i Monice, po czym zwrócił się do Konrada.
   - Żona i syn?
   - Nie, nie jesteśmy rodziną. Spotkaliśmy się przez przypadek.
   - Cóż... Chodźcie do ogniska, bo chyba zmarzliście - mężczyzna z papierosem wskazał stos palących się opon. - Ja też się ogrzeję.
   Podeszli za nim, stając w odległości kilku metrów od ognia. Nawet tu było na tyle gorąco, że rozpięli kurtki.
   - Nie szkoda wam opon na takie wielkie ogniska? - spytał Konrad.
   - Szkoda, ale trzeba się ogrzewać. Co was tu sprowadza?
   - Ciekawość - przyznał barczysty. - Dawno nikogo nie widzieliśmy... Mieliśmy nadzieję, że może znajdziemy tu kogoś znajomego.
   - Znaleźliście?
   - Dopiero zaczęliśmy się rozglądać.
   - No tak... Macie coś do przehandlowania? Jakąś żywność?
   - Sami jej szukamy. Nie macie może...
   - Nie mamy. Ledwo wyrabiamy, żeby nie umierać z głodu.
   Robert spojrzał kątem oka na ciało mężczyzny w wieku Staśka, leżące kilkanaście metrów od niego.
   - Mój wujek - rzucił mężczyzna. - Zamarzł dziś rano. Szkoda chłopa. Ale cóż, takie życie, nic na to nie poradzimy.
   Wcześniej...
   Do drzwi zapukał jakiś mężczyzna. Otworzył je.
   Mężczyzna palił papierosa.
   Krzyczał, że umierają z głodu, że ich dzieci umierają, marzną. Prosił o pomoc. Wyglądał żałośnie, był wychudzony, na sobie miał podarte łachmany.
   Jednak w jego oczach nadal tliła się iskierka.
   Chcesz przeżyć?
   A kto nie chce!
   Za wszelką cenę?
   Oczywiście!
   Więc musisz walczyć o to, by przeżyć. Ilu was jest?
   Obóz jest tam! Czterystu ludzi!
   Ilu starców, którzy do niczego się nie nadają?
   Wielu.
   Przyprowadź ich do nas. Wtedy przeżyjecie.
   Teraz...
   Czarny dym z opon szczypał ich po oczach, jednak nie odchodzili od ognia, gdyż temperatura znów spadła. Rozglądali się po ludziach, którzy chodzili po obozie. Byli co prawda chudzi, jednak musieli przyznać, że trzymali się lepiej, niż można by oczekiwać po tych, którzy od Kolizji musieli żyć na zewnątrz.
   Musieli mieć farta, pomyślał Robert. Skoro udało im się wyżywić tylu ludzi... Musieli znaleźć jakiś magazyn. Szkoda, że my takiego nie znaleźliśmy.
   Uwagę blondyna przykuł mężczyzna, który chodził po terenie obozu z wózkiem, na który pakował ciała martwych ludzi leżące na uboczu. No tak, muszą je sprzątać. Zakopią je, albo wrzucą do rowu, zakryją śniegiem i będą tam leżeć aż do wiosny... Trzeba coś robić z ciałami, nie mogą tak po prostu leżeć.
   - Sprawdź krótkofalówkę - szepnęła Monika.
   - Może lepiej nie - odpowiedział jej Robert. - Bez przerwy się na nas patrzą, lepiej nie pokazywać im... Rozumiesz. Lepiej nie mówić im wszystkiego, a jak już, to kłamać.
   - Rozumiem... Chociaż ją wyłączyłeś? Żeby nikt teraz nie zaczął krzyczeć...
   - Wyłączyłem, spokojnie
   - Dziwnie się tu czuję... - mruknęła Monika. - Tu jest cicho.
   - Nie mają widocznie okazji do świętowania.
   - Wiem, ale... Tu jest za cicho. Coś tu jest nie tak.
   - Mi też się tak wydaje, ale... nie wiem. Tu jest dziwnie, musimy stąd uciekać. Mam złe przeczucia co do tych ludzi.
   Widzieli, jak jakiś mężczyzna wrzuca do ogniska kolejne opony. Kolejny kłąb czarnego, żrącego dymu uniósł się w górę.  
   - Szkoda, że nie zostajecie - kontynuował mężczyzna z papierosem. - Potrzeba nam silnych ludzi, a na takich wyglądacie. Ale przecież nie będę was trzymał na siłę.
   - Chętnie byśmy zostali, ale musimy wracać do nas. Czekają na nas.
   - Twoja rodzina?
   - Córka.
   Mężczyzna z papierosem ucichł, opuścił głowę. Stał przez chwilę w ciszy, po czym zaczął zwyczajnie w świecie płakać.
   - Hej - Konrad złapał go za ramię. - Hej...
   Mężczyzna przetarł łzy, jednak uspokojenie się zajęło mu dłuższą chwilę. Kiwnął głową na znak, że już po wszystkim, po czym oklapł na ziemi.
   - Miałem syna - powiedział, wpatrzony w ognisko. - Miał niecały rok... Żona zginęła w Kolizji... Obiecałem jej, że w razie czego będę go chronił...
   - Zrobiłeś wszystko, co mogłeś - zapewnił barczysty.
   - Nie... Mogłem zrobić więcej. Ale... Ty tego nie zrozumiesz. To zbyt skomplikowane. Świat jest okrutny, wiecie o tym bardzo dobrze. Teraz, po Kolizji... Nie wolno nam zginąć, musimy żyć, my, gatunek. To jest teraz najważniejsze. Jak nazywa się twoja córka?
   - Patrycja.
   - Patrycja... Mój syn nazywał się Patryk. Gdyby nie Kolizja... Może by się poznali. Ale już się nie poznają. Mam do ciebie prośbę.
   - Jaką?
   - Chroń ją. Za wszelką cenę. Zrób więcej, niż ja zrobiłem. Żałuję tego, że nie byłem w stanie go ochronić, że nie znalazłem innej drogi, jakiegoś rozwiązania... Byłem słaby.
   - Zrobiłeś, co mogłeś.
   - Nie, zrobiłem, co musiałem. A to różnica...
   Po chwili mężczyzna wstał, otrzepał spodnie ze śniegu. Papieros mu przygasł, wyciągnął więc zapalniczkę przypalił go ponownie.
   - Trzymaj - wyciągnął rękę w stronę Konrada. - Może ci się kiedyś przydać, a ja i tak muszę rzucić palenie, bo papierosy mi się skończyły.
   Barczysty odebrał zapalniczkę, którą wsadził do tylnej kieszeni spodni.
   - Co do twojej prośby... spełnię ją. Będę ją chronił, choćby za cenę życia.
   - Ja tak nie potrafiłem...
   - Zrobiłeś, co mogłeś. Jak sam zauważyłeś, świat jest okrutny. Bezlitosny. Zwłaszcza teraz. Trzeba przeżyć, tylko to się liczy. Trzeba walczyć o przeżycie. My walczyliśmy, dlatego nadal żyjemy. Ty też musisz. Nie możesz się załamywać, wtedy przeżyjesz. Walcz.
   - Walcz... - mężczyzna z papierosem spojrzał ponownie w ognisko. - Dzięki... Naprawdę. Muszę walczyć. Wszyscy musimy walczyć. Do walki potrzeba siły, a siłę daje żywność. Musimy jeść... Wy też musicie. Znam kogoś, u kogo będziecie mogli kupić jedzenie.
   Monika i Robert spojrzeli na mężczyznę, widocznie zainteresowani tym, co ma do powiedzenia.
   - Jest tu, w obozie? - spytał Konrad.
   - Nie. Ale są niedaleko. Pomogli nam bardzo, gdy mieliśmy najcięższe chwile. Tobie też pomogą - powiedział, spoglądając na Roberta i Monikę. - Tobie i twojej córce. Musisz walczyć, aby ona przeżyła... Musimy walczyć... Wszyscy.
   Wcześniej...
   Nie walczyli, nie mieli siły. I dobrze. Lepiej, kiedy nie walczą. Nie trzeba się szarpać, jest łatwiej. Dużo łatwiej.
   Ale krzyczeli. Głośno. Krzyk pełen bólu i cierpienia był nie do wytrzymania. Krzyczał każdy. Po co? Przecież i tak nic nie mogli zmienić, to było z góry przesądzone. Więc po co krzyczeć? Po co?
   Na szczęście, nie krzyczeli długo.  
   Wystarczyło tylko odpowiednio naciąć. Chirurgicznie szybko, płynnym, wprawionym ruchem.
   Tu i tu.
   I po krzyku.
   Można było brać się dalej do roboty.
   Teraz...
   - Tam - mężczyzna z papierosem wskazał im kierunek. - Ze cztery godziny drogi przed wami. Dojdziecie do takiego małego lasku, kilkanaście drzewek tam rośnie, stamtąd odbijecie w lewo. Pośrodku gruzu będzie stał jeden dom. Znajdziecie na pewno, wystarczy się rozejrzeć.
   - Mają żywność? - spytał Konrad, chcąc się upewnić.
   - Mają. Nam sprzedają. Głównie... Mięso. Ale... Nie, no, głównie mięso.
   - Skąd je mają?
   - Polują. Jak będziecie mieli coś na sprzedaż, to dobijecie targu.  
   - A jeśli nie będziemy mieli nic, co ich zainteresuje? - spytała Monika.
   - Sądzę, że, tak, czy inaczej, będziecie mieli - zapewnił mężczyzna.
   Wcześniej...
   Spotkali ich. Dwóch mężczyzn, którzy walczyli o życie. Byli silni, zaprosili ich więc do siebie. Nakarmili tym, co mieli, a mieli mięso. Potem, po uczcie zaprowadzili ich do piwnicy, pokazali wszystko.
   Jeden nie wytrzymał, niemal zwymiotował, ledwo się powstrzymał, on już wiedział, że ten długo nie pociągnie. Ale ten drugi był wytrzymalszy. Chodził oglądał, zafascynowany.
   On widział to tym samym wzrokiem, co oni. On czuł, że to jest piękne, chciał to robić z nimi. Wziął do ręki nóż, ukroił kawałek, zjadł.
   To tak smakuje? Dobre.
   Mamy tego dużo. Będziemy mieć więcej. Pomożesz nam?
   Pomogę... To jest piękne... To jest sztuka.
   Boże, jakie to piękno.
   Teraz...
   Wyszli z obozu z widoczną ulgą. Ruszyli od razu w kierunku, który pokazał im mężczyzna z papierosem, szukając domu o którym mówił.
   - Tam było dziwnie... - odezwała się Monika.
   - Widocznie traktują tak wszystkich nowych - odparł Konrad. - Nie ufali nam do końca, tak, jak my im. Takie czasy.
   - Nie o to mi chodzi. Zauważyliście?
   - Co? - spytał Robert.
   - Ci ludzie...
   - Co z nimi?
   - Nie widzieliście? W całym obozie nie było ani jednego dziecka.
   Przystanęli na chwilę, odwrócili się w stronę nadal widocznego obozu.
   - Nie zwróciłem uwagi... - przyznał barczysty.
   - Ani jednego - ciągnęła Monika. - Sami dorośli... Co się stało z tymi dziećmi? Musieli jakieś mieć. Co z nimi zrobili?
   - Może pomarzły? - spytał Robert.
   Stali nadal w ciszy, patrząc na czarny jak smoła dym z kilkunastu ognisk, unoszący się w niebo. Po chwili, nadal bez słowa, ruszyli dalej. Nie wiedzieli, co o tym sądzić, woleli więc to przemilczeć.
   Szli przez kilka godzin, nim dotarli do lasku, zapewne tego, o którym mówił im mężczyzna. Było już dość ciemno, rozłożyli więc śpiwory i ułożyli się spać. Nie palili ogniska, z jakiegoś powodu ustalili, że bez ognia będą czuli się bezpieczniej.
   Wcześniej...
   Wrócił. Mężczyzna z papierosem wrócił do nich. Wbiegł bez pukania, stanął w progu. Płakał, padł na kolana, zawiniątko, które trzymał w ręku poruszało się.
   Co się stało?
   Nie potrafiliśmy. Pomóżcie nam.
   Nie potraficie?
   Nie. Wy musicie to zrobić. My tak nie możemy. Musimy to zrobić udając, że nic nie wiemy. Inaczej nie możemy.
   Jesteście słabi... Pokaż. Twój?
   Tak. Mój. Jedyny. Ale w obozie mamy ich więcej. Czterdzieści, może więcej. Ale my nie możemy... Musicie nam pomóc.
   Pomożemy. Daj. Spójrz. Tu nacinasz. Potem tak. Tak. Tu musisz wyłamać. Prawda, że piękny dźwięk? Oj, rozlała się, zaraz wytrę podłogę... Spójrz tu, widzisz? To sztuka. Doceń tę sztukę. Doceń piękno ciała ludzkiego.
   Teraz...
   Zimny poranek natychmiast ich ocucił, to też wstali, gdy tylko słońce wzeszło, rozgrzali się, spakowali wszystko do plecaków i ruszyli dalej.  
   - Nigdy więcej takich poranków! - syknął Konrad, machając rękami, aby się rozgrzać.
   Szli w śniegu po kolana, szybko więc przemokły im nogawki, a nogi zdrętwiały z zimna. Klęli z każdym stawianym krokiem, mając dość tego, że w ogóle opuścili hotel.
   - Gdzie ta wiosna? - spytała Monika.
   - Jeszcze do niej długo - odpowiedział Robert. - Niestety.
   - Nie narzekajcie, tylko idźcie - nakazał barczysty. - Jeżeli to był ten lasek, to za kilka minut znajdziemy ten dom.
   - I jak go rozpoznamy, że to akurat ten? - spytał Robert, po czym przystanął, gdyż coś przykuło jego uwagę.
   - Światło... - mruknął Konrad.
   Tak, to było światło. Dobiegające zza przeźroczystej folii, która zasłaniała dziurę po wybitym oknie.
   Światło elektryczne.
   Wcześniej...
   Uciekł. Musiał go złapać. Wiedział za dużo. Złapali go, trafili go kawałkiem gruzu, aż stracił przytomność. Zaciągnęli go do piwnicy, posadzili na krześle, związali, zakneblowali usta. Nie było wyjścia, musiał to zrobić. W sumie... od początku wiedział, że tak się stanie. Od początku wiedział, jak to będzie. Wszyscy wiedzieli. On tu nie pasował. On nie widział sztuki. Nie widział, był ślepy...
   Ostrzył akurat noże, gdy tamten się przebudził.
   Chciałeś uciec?
   Można wiedzieć, po co?
   Co, nie smakowało ci?
   Ty nic nie rozumiesz. Takie czasy. Tak trzeba.
   Cóż. Życz nam smacznego.
   Wystarczy naciąć. Tu i tu.
   Teraz...
   Konrad zapukał dwa razy, po czym odsunął się od drzwi. Stali w ciszy, co chwilę spoglądając po sobie. Minęły już dobre dwie minuty, Konrad miał już pukać drugi raz, gdy drzwi otworzyły się, a im oczom ukazał się rozespany, rozczochrany mężczyzna w grubym, czerwonym szlafroku. Popatrzył on na nich, po czym uśmiechnął się szeroko i ruchem ręki zaprosił do środka.
   - Zapraszam, zapraszam. Wy po mięso do obozu?
   - Właściwie to nie - odpowiedział mu Konrad. - Ale byliśmy w obozie, powiedzieli nam o was. Więc przyszliśmy.
   - Dobra, ale nie stójcie tak tu, bo nam ciepło z mieszkania ucieka. Wejdźcie - gospodarz ponownie zaprosił ich ruchem ręki. - Nie chcemy tu przeciągu.
   Powoli, nieufnie, weszli do środka, co chwilę spoglądając na uśmiechniętego mężczyznę. Gdy tylko wszyscy przekroczyli próg domu, gospodarz zamknął drzwi najciszej, jak tylko potrafił.
   Wcześniej...
   To pomieszczenie było ich sanktuarium. Pośrodku ustawili stołek, na którym postawili jedną świeczkę, mięso powiesili pod sufitem. Każdy miał swój stół, na którym rozwijał swoją nową pasję. Piękno wnętrza. Piękno ciała ludzkiego.
   Trzeba naciąć tu. Potem tu. I tu.
   Tu wyłamać. Czyż to nie piękny dźwięk?
   Tu i tu.
   Tu naciąć.
   No, już, nie krzycz. Już po wszystkim. Nie płacz. Wiem, że boli. Zaraz przestanie.
   Już, nie płacz.
   Tu naciąć. Tu wyłamać.
   Teraz...
   Dom zachował się w dość dobrym stanie. Folie w oknach trzymały względnie ciepło w mieszkaniu, pęknięcia na ścianach nie były wcale drastycznie wielkie. Robert rozglądał się po ścianach, dochodząc do wniosku, że ten domek musi być w o wiele lepszym stanie niż hotel.
   - Nie przedstawiłem się. Jestem Krystian. Miło was widzieć. Miło widzieć kogokolwiek, dawno nie mieliśmy gości.
   - Ja jestem Konrad. To Monika i Robert. Pies to Hyugi.
   - Przepraszam, jak?
   - Hyugi. Wiem, dziwnie... Ale to długa historia.
   Wyszli na korytarz, po czym gospodarz nakazał im skręcić w lewo. Po chwili dostali się do obszernej kuchni, w której znajdowała się dwójka kolejnych ludzi, mężczyzna i kobieta w wieku około trzydziestu lat.
   - Nowi z obozu? - spytał mężczyzna.
   - Nie - odpowiedział mu Krystian. - Z obozu ich do nas skierowali.
   - Ach, tak - mężczyzna uśmiechnął się, po czym podszedł do nich i wyciągnął rękę - Jestem Adam. A to moja żona, Paula. Miło nam was gościć. Mi się wydaje, czy wyglądacie na przestraszonych...
   - Zdezorientowanych - sprostował Konrad. - Od długiego czasu nie widzieliśmy ludzi... A teraz w obozie widzieliśmy ich naprawdę wielu, teraz was... Gdzie wyście się podziewali? Znacie jakieś inne obozy? Jest gdzieś więcej ludzi?
   Trójka gospodarzy popatrzyła po sobie, po czym wybuchła śmiechem.
   - Siadajcie - Adam wskazał na krzesła przy stole. - Herbaty? Zaraz wam wszystko opowiemy. Ale po kolei. Głodni? Krystian, przynieś coś na ząb.
   - Nie trzeba - wtrącił szybko Robert. - Niedawno jedliśmy.
   - To rzadkość, żeby spotkać w dzisiejszych czasach najedzonych ludzi. Cóż, ale my chętnie coś przekąsimy. Krystian, podasz coś?
   - Jasne. Zróbcie herbaty i dla mnie.
   Robert spojrzał jeszcze szybko po pomieszczeniu, zauważając, że Hyugi intensywnie wąchał plamę, która była widoczna na podłodze. Po chwili usiadł na jednym z wolnych krzeseł, pomiędzy Moniką a Konradem. Naprzeciwko nich usiadł Adam, natomiast Paula wzięła czajnik z wodą i wyszła, zapewne w stronę kominka.
   - Więc... Trzeba zacząć wam odpowiadać, bo widzę, że mało wiecie. Podziewaliśmy się tu, od samego początku. Nigdzie się stąd nie ruszamy, siedzimy tu, na miejscu, sprzątamy mieszkanie, polujemy, szukamy żywności...
   - Na co polujecie? - zaciekawił się Robert.
   - Różnie, zależy, co nam los podrzuci. Koty, psy... Spokojnie, nie patrz tak na mnie, twojego nie ruszymy. Czasem jakieś gołębie... Jak mówiłem, zależy, co nam los podrzuci. Pytałeś, czy są inne obozy i inni ludzie... Są. My handlujemy z trzema obozami, każdy mniej więcej takiej samej wielkości, po dwustu, trzystu ludzi. Jest jeszcze jeden, ale nikt nie trzyma z nimi kontaktu. Jeżdżą po okolicy na motorach, unikajcie ich. Przewodzi im taki dość postawny facet, ma długie, rude włosy. Kiedyś ich spotkaliśmy, kazał mówić na siebie Behemot, więc chyba nie muszę mówić dalej że gość ma nierówno pod sufitem.
   - Spotkaliście ich? - spytała Monika.
   - Tak. Zabiliby nas, ale mamy dość duże zapasy żywności, więc ich przekupiliśmy. Niestety, co kilka dni przyjeżdżają po kolejne raty, musimy im płacić, inaczej... Sami wiecie.
   - Terroryzują okolicę... - mruknął Konrad. - Nie myśleliście o tym, żeby im się postawić? Trzy obozy po kilkuset ludzi...
   - Był taki plan - odpowiedziała Paula, wchodząc do kuchni z tacą, na której stało sześć kubków z parującym płynem. - Wcześniej dałoby radę, ale od jakiegoś czasu mają broń palną. Podobno ktoś widział, jak najechali wojskowy obóz... Nie damy im teraz rady. Przepraszam, ale nie mamy cukru, musicie zadowolić się gorzką.
   - Nie ma sprawy - odpowiedzieli jednocześnie, odbierając po kubku, który otoczyli ściśle dłońmi, aby je ogrzać.
   - A wy skąd jesteście? - tym razem zaciekawił się Adam. - Pytam z ciekawości, wyglądacie na takich, co niedawno tu przyszli...
   - Bo to prawda - rzucił Robert, nim Konrad zdążył otworzyć usta, bojąc się, że barczysty wygada zbyt dużo. - W okolicy jesteśmy dopiero od wczoraj. Wędrujemy od punktu do punktu. Czasem jest lepiej, czasem gorzej...
   - Ostatnio jest chyba lepiej - Krystian wrócił do pomieszczenia, niosąc w ręku miseczkę z pieczonymi kawałkami mięsa. - Dobrze wyglądacie. A ty, Konrad, chyba jesz za dwóch.
   - Ostatnio nie mieliśmy na co narzekać. Mieliśmy szczęście co do znajdowania jedzenia.
   - Ach tak... - mruknął Adam, mrużąc oczy.
   Wcześniej...
   Zapukał do drzwi. Myślał, że to znów ten z papierosem, ale to nie był on. Wysoki, postawny, długie, rude włosy.
   Słyszałem, że macie mięso.
   Mamy.
   Jestem Behemot. Co jakiś czas będziemy tu przyjeżdżać po mięso. Dacie nam je, albo sami zostaniecie mięsem. Wasz wybór.
   Teraz...
   On wie, pomyślał Robert. Wie, że kłamiemy. Musimy stąd uciekać. Nie wiem, co to za ludzie, ale nie czuję się przy nich bezpiecznie. Ci w obozie też byli dziwni... dziwnie na nas patrzyli. Coś tu jest nie tak. Jesteśmy tu nowi, sam to zauważył, a oni ewidentnie mają tajemnicę, której nie chcą zdradzać nowym. Musimy stąd uciekać, jak najszybciej...
   Jasna cholera, dlaczego to mięso tak dziwnie pachnie?
   Wcześniej...
   Znów ten mężczyzna z papierosem. Tym razem nie miał poruszających się zawiniątek, tym razem przyprowadził starszych.
   Nie czekali długo. Otworzyli drugie drzwi, wrzucili do środka. Potem będą ich po kolei wyciągać, po czym zaprowadzą do sanktuarium.
   Ile?
   Tyle co wtedy. Musimy mieć co jeść.
   Zrobicie to szybko?
   Bardzo.
   Poczują?
   Nic.
   Dziękuję wam. Dzięki wam przeżyjemy.
   Nie ma za co. To my wam dziękujemy.
   Teraz...
   - Mówisz, że macie dużo jedzenia? - spytał Konrad.
   - Tak - odparł Adam, sięgając po kawałek mięsa z miski. - Ostatnio nawet trochę znaleźliśmy. Ale, wybacz, nie rozdajemy go.
   - Możemy pohandlować - zaproponował barczysty.
   - A co macie? Tanio go nie oddamy.
   - Broń. Palna.
   Cała trójka gospodarzy jednocześnie podniosła głowy do góry. Robert zauważył, że przyglądali się bacznie ich plecakom.
   - Nie wiem, czy to dobry pomysł - szepnęła Monika. - I tak mamy mało broni...
   - Właśnie, ile jej macie?
   - Pod dostatkiem - odparł Konrad. - Ale nie tu. Jest bezpiecznie schowana.
   Krystian parsknął, biorąc do ręki ostatni kawałek mięsa, z którego obciekał tłuszcz. Wsadził kęs do ust, pogryzł go bardzo dokładnie, przełknął.
   - Myślisz, że ci uwierzę?
   - Nie wiem. Ale mamy dużo broni. Potrzeba nam żywności, możemy się dogadać.
   - I niby ile możecie nam zaproponować?
   - Dla każdego z was po karabinie i pistolecie, do każdej sztuki po dwa pełne magazynki. Będziecie choć trochę bezpieczniejsi.
   Paula szepnęła Adamowi coś na ucho, na co ten kiwnął głową. Mężczyzna wstał, wziął do ręki kuchenny nóż, który wbił w stół.
   - To jest jedyna broń, jaką na razie mamy, tylko to zapewnia nam przeżycie, oraz żywność - powiedział. - Nie na wiele się zdaje, ale zawsze coś z tego jest. Mieliśmy wiatrówkę, ale się zepsuła, nie potrafimy jej naprawić. Jeżeli macie tę broń naprawdę... Dogadamy się. Krystian, zaprowadź Konrada do piwnicy, pokaż co mamy.
   - Do której piwnicy? - spytał mężczyzna w szlafroku.
   - A ile piwnic mamy? - Adam odpowiedział pytaniem. - Do tej z mięsem.
   - Macie tylko mięso? - wtrącił Konrad. - Czy też puszki?  
   - Trochę puszek też mamy - odpowiedział Krystian. - Chodź, zobaczysz. Wy dopijcie w spokoju herbaty, bo wam wystygnie.
   Robert i Monika odprowadzili ich wzrokiem, dopóki nie zniknęli za drzwiami, po czym powrócili do picia i rozmowy z pozostałą dwójką gospodarzy.
   - Dziwne, że ten dom nadal stoi - zauważył Robert.
   - Prawda? Też się dziwiliśmy. Znalazł go Adam, więc tu zamieszkaliśmy. Potem znalazł nas Krystian i tak tu został. Znaleźliśmy wiele wspólnych tematów.
   - Jakich, jeśli można wiedzieć? - zaciekawiła się Monika.
   - Jest artystą, jak my - odpowiedział mężczyzna. - Zajmujemy się pewnym rodzajem sztuki... wydaje mi się, że doszliśmy już w nim do wprawy, do jakiej nie doszedł nikt inny. To sztuka inna niż wszystkie, dająca pełno satysfakcji. Na pewno by wam się spodobała...
   Robert, nie wiedząc co zrobić, uśmiechnął się niepewnie, na co odpowiedział mu uśmiech Pauli. Przyznał, że miała piękny, szczery uśmiech...
   Poczuł zimny pot, który zalał go całego. Dreszcz przebył jego ciało kilkukrotnie. W tym uśmiechu zauważył jej zęby.
   Wszystkie były spiłowane tak, aby wyglądały na kły.
   Wcześniej...
   Tu naciąć. Tu. Tu.
   To artyzm. Oni to rozumieli. Oni rozumieli tę sztukę. To piękno. Czy ktokolwiek inny by ich zrozumiał? Nie sądził. Ludzie są ślepi. Ludzie nie widzą. Dlaczego? Są aż tak głupi? Dlaczego tego nie widzą? Przecież to jest takie piękne... Dlaczego ci cholerni ignoranci nie widzą piękna ciała ludzkiego?
   Słyszałeś?
   Co?
   Ktoś pukał.
   Ten z papierosem? Za wcześnie. Miał być za kilka dni
   Idź, zobacz, kto to.
   Co, jeśli to obcy?
   Jak to co? Zaczyna nam brakować mięsa. Przyprowadzimy go do sanktuarium. Ale teraz pójdziemy do kuchni, tam go zaprowadź. Musimy się dowiedzieć kto to i po co przyszedł. A potem...  Ciii... Już, nie krzycz. Nie płacz. Już kończę. Ostatnie nacięcie. I już po wszystkim.
   Teraz...
   Zeszli po schodach na dół, gdzie napotkali na dwie pary drzwi.
   - Co jest za tymi drugimi? - spytał Konrad.
   - Agregat i zapas paliwa. Skądś musimy brać prąd. Wchodź pierwszy.
   Krystian otworzył drzwi, zapraszając barczystego ruchem ręki. Ten wszedł do środka, mrużąc oczy, gdyż w pomieszczeniu było dość ciemno, w oddali znajdowała się zaledwie jedna paląca się świeczka. Konrad zrobił krok do przodu, uderzając czołem w coś, co musiało być kawałkiem mięsa podwieszonym o sufit.
   - Wszędzie wisi zwierzyna, uważaj na głowę - usłyszał za sobą głos Krystiana.
   - Jasne. Macie tu światło?
   - Niestety, nie. Świeczka musi wystarczyć.
   Barczysty sięgnął do tylnej kieszeni, z której wyciągnął zapalniczkę.
   - Mam tu coś... - mruknął, zapalając ją.
   No tak, zwierzyna...
   Poczuł tętno, które skoczyło z sekundy na sekundę. To nie była zwierzyna. Na haku, podwieszonym do sufitu, wisiało oskórowane, nadal ociekające krwią ciało małej istotki, której martwe, wytrzeszczone  oczy patrzyły wprost na niego.
   Ciało małego człowieka.
   - Piękny widok. Teraz to doceń! - syknął Krystian. - Doceń piękno ciała ludzkiego!

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5389 słów i 29920 znaków.

2 komentarze

 
  • xptoja

    Biorąc pod uwagę głupotę Konrada, powinni go zjeść. Tylko nie rozumiem po co dzieci jeść w końcu mało jedzą i mało z nich można zjeść : P

  • Kuri

    @xptoja Bo dorośli bez dzieci przeżyją, a dzieci bez dorosłych nie ;) Na Ukrainie, podczas wielkiego głodu, też dochodziło do takich scen, ludzie tłumaczyli się potem, że gdyby nie zjedli własnych dzieci, to wszyscy by poumierali

  • Gabi14

    JADŁAM?! Ostrzegaj! Tylko nie rób tego - wcześniej-teraz bo brzydko to wygląda

  • Kuri

    @Gabi14 Ups xD Wybacz xD Lepiej by wyglądało klasyczne   *   ?

  • Gabi14

    @Kuri tak, wyglądałoby lepiej