Ziemia z popiołów I: Rozdział 6 - Kopanang Mbongane

Ziemia z popiołów I: Rozdział 6 - Kopanang MbonganeWcześniej…
   Musiał dotrzeć tam jak najszybciej. Był w śmiertelnym niebezpieczeństwie, a intuicja podpowiadała mu, że najlepszym rozwiązaniem na takie niebezpieczeństwo jest broń palna. Biegł ile sił w nogach, nie raz już potykając się o gruz, czy ślizgając na lodzie. Obił sobie kolano, które dokuczliwie bolało, biegł jednak nadal. Co jakiś czas słyszał gdzieś z oddali, jak ktoś krzyczy „porządkowiec!”, przyśpieszał wtedy, mimo że i tak był na wyczerpaniu. Kolizja zastała go w schronie naszykowanym dla funkcjonariuszy Policji Porządkowej. Schron wytrzymał falę uderzeniową, jednak ludzie tego już nie wytrzymali. Ludzie, którzy przeszli pozytywnie całe stosy testów psychologicznych, którzy musieli potrafić zachować zimną krew w najbardziej niebezpiecznych sytuacjach, którzy narażali własne życie każdego dnia, okazali się za słabi, aby zachować zimną krew w chwili, gdy skończył się świat. W ciągu kilku godzin od Kolizji w schronie doszło do dantejskich scen; ludzie zabijali się nawzajem, funkcjonariuszki były masowo gwałcone, po korytarzach biegały komanda, które wyłapywały ludzi, aby następnie, w zależności od tego, jaki mieli humor, obić ich, okaleczyć, lub po prostu zabić. Musiał uciekać. Miał już na sobie mundur, przy wyjściu złapał tylko kurtkę – oznaczoną na plecach dwiema krzyżującymi się literami „P” – i wybiegł, zamykając za sobą właz. Z początku schronił się w jednym z zawalonych domów, gdzie żył z dnia na dzień, w strachu, modląc się, aby nikt go nie znalazł. Jego modlitwy nie zostały wysłuchane. Obudził go nagły ból, który poczuł pod żebrami. Zerwał się z krzykiem, instynktownie zakrywając zaatakowane miejsce.  
   - Porządkowiec! – ryknął mężczyzna, który okładał go metalową rurką. - Zasrany porządkowiec! Dobrze ci teraz!? Już wiesz, jak czuli się ludzie, kiedy to ty ich okładałeś!? Zdychaj, skurwysynu!
   Na szczęście dla niego, mężczyzna nie trafił tam gdzie celował, lecz w odstający kawałek gruzu. Uderzył na tyle mocno, że rurka wypadła mu z rąk, on natomiast zaczął krzyczeć, gdyż siła uderzenia oddała mu po dłoniach. Nie czekał długo. Złapał rurkę, którą upuścił mężczyzna, zamachnął się z całych sił. On nie spudłował, bezwładne ciało napastnika osunęło się na ziemię. Pod wpływem adrenaliny wybiegł z kryjówki, gdzie zauważył kolejnych dwóch mężczyzn. Byli daleko, dobrze ponad pięćdziesiąt metrów od niego, jednak, gdy go zobaczyli rzucili się na niego, krzycząc „Porządkowiec! Zabił Romana! Zabić go!”. Był od nich szybszy, co ocaliło mu życie. Uciekł im już, lecz nie zatrzymał się nawet na chwilę. Biegł z jedną myślą. Odnaleźć ruiny Komendy Głównej Policji Porządkowej, dokopać się do zbrojowni, uzbroić się. Tylko broń mogła go ocalić.
   Do Komendy Głównej biegł dobrze ponad godzinę. Znajdowała się ona przy samym śródmieściu, musiał więc przebiec przez całe miasto, narażając się na co chwilowe wyzwiska, jak i kamienie lecące w jego stronę. Jednak nikt nie zaczął go gonić. Wyminął znak rozpoznawczy Komendy, odlane z brązu, monstrualnych rozmiarów, dwie krzyżujące się litery „P”, umieszczone na piedestale. Dlaczego wszystko musiało upaść, a ten pomnik stoi nadal? Jak najszybciej wbiegł na gruzy, które pozostały po Komendzie Głównej i natychmiast rzucił się do miejsca, gdzie, z tego co pamiętał, znajdowała się zbrojownia. Oczywiście miała ona zabezpieczenia przed włamaniem, jednak zasilanie awaryjne starczało na tydzień, natomiast od Kolizji minęło już więcej czasu. Tak więc pod jego stopami znajdował się wielki arsenał, którego broniła tylko warstwa gruzu i śniegu. Natychmiast padł na kolana, sycząc z bólu, gdyż znów uderzył się w obite miejsce, zaczynając odwalać na bok gruz i odgarniając śnieg wymieszany z popiołem. Odkopał już dobrze ponad pół metra, gdy zerwał się porywisty wiatr.
   Cała Komenda była w ruinach, nie licząc jednej ścianki, która zachowała się nie wiadomo jakim cudem. Lecz, mimo tego, że się zachowała, była poważnie uszkodzona, na tyle poważnie, że chwiała się przy podmuchach wiatru. Przy większym podmuchu natomiast, ścianka zawaliła się, przygniatając człowieka, który akurat znajdował się nieopodal.
   Kopanang Mbongane, urodzony w Republice Południowej Afryki, obywatel Rzeczpospolitej Polskiej, funkcjonariusz Policji Porządkowej, stracił przytomność, gdy jedna z cegieł z walącej się ściany uderzyła go w głowę.
   Teraz…
   Hotel stracili z oczu już jakiś czas temu. Szli, cała piątka, przedzierając się przez zaspy śnieżne. Prowadził ich Konrad, torując im drogę, za nim szedł Maciek, w środku Przemek, następnie Stasiek, pochód zamykał Kowal.
   - Będziemy musieli oczyścić całą tą drogę – Maciek przerwał ciszę, która zapadła od chwili, gdy opuścili hotel. – Będzie nam potem łatwiej przenosić zapasy.
   - A innym będzie łatwiej znaleźć drogę do nas – odpowiedział mu Przemek. – Z daleka będzie widać, że ktoś tu mieszka, inaczej nikt by nie oczyszczał drogi. Nie wiem jak wy, ale ja nie zamierzam przyjmować kolejnych grup, nie mamy już wolnych pokojów. Chyba, że zamkniemy ich w salonie, tam by mieli kanapy.
   - Nigdy nie sądziłem, że to powiem, ale on ma rację – przyznał Kowal.
   - Możemy zakamuflować wejście – podsunął Stasiek. – Z daleka nie będzie widoczne, więc nikt nie powinien nas znaleźć.
   - Sam to powiedziałeś. Z daleka. W końcu ktoś podejdzie bliżej i zobaczy, co jest grane. Radzę zostawić tę drogę tak, jak jest. Wolę pomęczyć się w czasie noszenia bagażu, niż walczyć na śmierć i życie z kimś, kto chciałby przejąć hotel. Mam nadzieję, że moja kalkulacja jest dla was przystępna.
   Nikt nie raczył odpowiedzieć Przemkowi, lecz on wcale nie oczekiwał odpowiedzi. Wystarczyło mu, że dał im do myślenia, że Maciek zastanowi się dwa razy nim rozkaże im oczyszczać drogę. I tak to działało. Maciek lubił mówić o tym, co zamierzał robić, wtedy do akcji wkraczał Przemek, wytykając plusy i minusy jego planów. Następnie Maciek milczał jakiś czas, aby na koniec przyznać mu rację i zmienić swoje pierwotne założenia. W takim układzie osobą, która naprawdę rządziła w hotelu, był Przemek, wysługujący się tylko Maćkiem, aby ten mówił za niego. Przemek nie byłby dobrym liderem, do czego sam potrafił się przyznać. Nie dość, że ludzie nie przepadali za nim, to jeszcze on nie przepadał za ludźmi. Tak więc on pełnił rolę mózgu, potrzebował tylko pionka, który stałby się jego ustami. Padło na Maćka.
   - Dobrze by było, gdybyśmy się rozdzielili – Konrad zwrócił się do Maćka, przerywając ciszę. – Większe szanse, że coś znajdziemy.
   - Dobry pomysł – przyznał pielęgniarz. – Ustalimy to jak wyjdziemy z lasu.
   Problemowy człowiek z tego Konrada, pomyślał Przemek. Nie jest głupi. Choć nie, jest głupi, choć mądrzejszy od Maćka. Drugą problemową osobą, która tu przyszła jest Robert. Ten jest inteligentny, mógłby rządzić grupą, ale nie słuchałby się moim porad. Chociaż to też źle ująłem, słuchałby tego co mówię, jednak przesiewałby to przez gęste sito. Same problemy… Z jednej strony ten cały Robert zagraża w dłuższej perspektywie czasu Maćkowi, z drugiej jest bardzo przydatnym zabezpieczeniem, gdyż w razie najgorszego to on mógłby ich poprowadzić. Konrad się do tego nie nadaje. Może i wygląda groźnie, ale tak naprawdę jest miękki. Jeżeli Maciek z jakiegokolwiek powodu miałby stracić pozycję lidera, jedyną osobą, która mogłaby go zastąpić byłby Robert. Straciłbym wtedy wpływy, lecz wiedziałbym, że grupa będzie bezpieczna na tyle, na ile pozwoli jej otaczający, okrutny świat. Coś za coś, zwykły handel. Choć... Nie, jest jeszcze jedna opcja.
   Wyszli z lasu, gdzie zatrzymali się na chwilę. Znajdowali się teraz na polanie, na której Konrad zamierzał budować swoją wioskę. Nic tu się nie zmieniło, nadal wszystko było biało-szare, zapadnięte budynki stały na miejscach, a w okolicy nie było widać żywej duszy. Po kilkuminutowej przerwie ruszyli dalej. Musieli przejść przez wieś i znów wejść do lasu, gdzie już po dwóch kilometrach wyszliby do sporych rozmiarów mieściny, skąd prowadziła bezpośrednia droga w stronę Warszawy. Niedługo po wyruszeniu zatrzymali się ponownie, lecz tym razem po to, aby przyjrzeć się śladom, które odcisnęły się niedawno na śniegu.
   - Wczoraj wieczorem – mruknął pod nosem Przemek. – Dwa… może trzy zające. Gdyby teraz tu biegły, a ja miałbym wiatrówkę…  
   Ruszyli szybko dalej. Przeszli przez wieś, potem przez las, wyszli po drugiej stronie, widząc pozostałości po sporej wielkości mieście.
   - Tam – Kowal wskazał na cysternę stojącą kilkadziesiąt metrów od nich. – Jak jest pełna, to dobrze, będziemy mieli spory zapas paliwa.
   Podeszli do cysterny, stwierdzając, że nie jest pełna, lecz co najmniej połowa jej objętości to paliwo. Fakt cieszył tym bardziej, że klucze do cysterny były w stacyjce.
   - Musimy ją przetransportować jak najbliżej hotelu – stwierdził Maciek. - Najlepiej teraz, żeby nikt nam jej nie zabrał sprzed nosa.
   - Albo weźmy ze sobą kluczyki – podsunął Przemek. – Zabierzemy ją jak będziemy wracać, bez kluczyków nikt nie powinien nam jej zabrać.
   - Mógłby – zaprzeczył Kowal. – Samochody da się odpalić nawet, jak nie ma się kluczyków. Znajomy mówił, że to nawet nie takie trudne…
   - Tego nie odpali bez kluczyków – prychnął łysy. – Człowieku, to nowy samochód, zawiera nowe technologie, takie, które nie pozwolą odpalić go inaczej, niż kluczykami. Widzicie ten alkomat? Jest połączony kablem z tą cysterną. Zanim się odpali trzeba dmuchnąć, jak nie będziesz trzeźwy nawet kluczyki nic ci nie pomogą. Prawdopodobnie ma nawet zabezpieczenie do zapinania pasów, jak nie zapniesz, to będziesz mógł sobie wciskać pedał gazu, a on i tak nie ruszy. Nowe technologie…
   - Nie wierzę, że to mówię… Ale ty naprawdę jesteś inteligentny – mruknął Konrad, przeczesując palcami coraz dłuższą brodę. – Pyskalski, ale inteligentny.
   - Co ja na to poradzę? – spytał Przemek, poprawiając plecak. – Ktoś tu musi być pieprzonym geniuszem, inaczej ta grupa dawno przestałaby istnieć.
   *
   Przeszli wspólnie jeszcze kilka kilometrów, po czym zatrzymali się, chowając przed przenikliwym, lodowatym wiatrem w jednym z rozwalonym budynków.
   - Jak przestanie wiać, dzielimy się na grupy – obwieścił im Maciek. – Ja i Konrad cofniemy się i przeszukamy przedmieścia, a wy pójdziecie bliżej centrum.
   - W centrum nic nie znajdą – zauważył Konrad. – Tam ludzie szukali pożywienia w pierwszej kolejności. Lepiej obejdźmy przedmieścia z obu stron.
   - Zawsze jest nadzieja, że coś zostało – odpowiedział mu pielęgniarz. – Może…
   - Nadzieją nie napełnimy żołądków – przerwał mu barczysty.
   - Przejdziemy na drugą stronę przedmieść, ale przez centrum – wtrącił się Przemek, wyczuwając niepotrzebną kłótnię. – To najlepsze wyjście.
   W ciszy przeczekali jakiś czas, a gdy tylko wiatr ustał, wyszli z ruiny, po czym obie grupy udały się w swoje strony.
   *
   Przewodził im Przemek, nie pozwalając schodzić z obranego przez niego kursu. Staśka nie obchodziło zbytnio to, gdzie idą, liczyło się dla niego tylko to, że szukali zapasów. Jednak dla Kowala miało to znaczenie, gdyż intuicja podpowiadała mu, że Przemek coś knuje. Nie spuszczał więc go z oczu, obserwując dokładnie każdy jego ruch, mając nadzieję, że odkryje o co chodzi łysemu, nim ten sam ich o tym poinformuje.
   - Stasiek, odpowiesz mi na pytanie? – spytał niespodziewanie Przemek.
   - Jasne – odpowiedział staruszek, dziwiąc się, że Przemek chce o coś pytać.
   - To dobrze. Powiedz mi, czy ten wasz Konrad… Przewodził wam nim trafiliście na nas, o ile potrafię się domyślić.
   - Tak, od początku przejął pozycję lidera grupy.
   - A dobrze wam się żyło, gdy on wam przewodził? Może nie byliście zbyt dużo czasu razem, na zewnątrz, ale na podstawie kilku dni, co możesz o nim powiedzieć?
   - Hmmm… - mruknął Stasiek, drapiąc się po nosie. – W sumie to tak. Może… trochę jest zbyt samolubny. Znaczy, wiesz, nie jest typem człowieka, który dałby ci coś od siebie, nie biorąc niczego w zamian. Ja myślę trochę inaczej, osobiście dzieliłbym się wszystkim z każdym, dlatego mieliśmy mały zgrzyt, ale poza tym nie mogę nic złego o nim powiedzieć. Stara się jak może, w końcu ma córkę, którą musi utrzymać przy życiu.
   - To dobrze, że się nie dzieli – odpowiedział na to Przemek po chwili namysłu. – Przynajmniej w dzisiejszych czasach. To zaleta. Smarkula, ani panienka mnie nie obchodzą, o tobie wiem już to, co powinienem. Opowiedz mi teraz o Robercie.
   - A co chcesz o nim wiedzieć? – spytał Stasiek.
   - Wszystko. Robię mały wywiad. Jak zapewne zauważyłeś, żyjemy wspólnie w jednym budynku, dobrze znać zalety i wady współlokatorów. Chyba to potwierdzisz.
   - Potwierdzę… Nie wiem o nim za dużo, mogę tylko powiedzieć, że to dobry chłopak. Podzielił się z nami zapasami, oczywiście my z nim też, ale on pierwszy nas poczęstował. Poszedł na zwiad do hotelu, przyznając, że może już nie wrócić, zależnie od tego, kto tam rezyduje. Konrad zaczął powoli traktować go jako swoją prawą rękę. Wcale mnie to nie zdziwiło, to naprawdę dobry i inteligentny chłopak.
   - Tak – mruknął Przemek, po czym zamyślił się na chwilę nim kontynuował myśl. – Nie wiem, czy coś wiesz na ten temat, ale wydaje mi się, że ani Konrad, ani Robert nie przepadają za Maćkiem.
   - Jeśli mam być szczery, to ja też za nim nie przepadam. Nie wiem czemu, w końcu nic mi nie zrobił, ale jakoś tak dziwnie… nie czuję do niego za dużego zaufania.
   - Ja tam jestem za Maćkiem – wtrącił się milczący dotąd Kowal. – Dzięki niemu w ogóle się trzymamy razem. Pomaga nam wszystkim, wyleczył Ewelinę…
   - Po pierwsze, to nie mam pewności, czy to on ją wyleczył. Po drugie, może lepiej by było, gdyby jej nie wyleczył, czuwałbyś wtedy na warcie, a nie wzdychał na samą myśl o niej. Wybacz za szczerość, ale widać to na kilometr.
   - Przecież czuwam na warcie! – warknął Kowal, widocznie zirytowany. – Na tyle dobrze, że to ja ją wypatrzyłem!
   - Tak, wszyscy to wiemy – prychnął łysy, strzepując z głowy warstwę śniegu i popiołu. – Czuwaj, czuwaj, może znajdziesz kolejne zagubione panienki.
   - Słuchaj – Kowal złapał Przemka za ramię, odwracając go twarzą w swoją stronę. – Jeśli masz mi coś do powiedzenia, to mów mi to tu i teraz. Nie krępuj się.
   - Kilka rzeczy mogę ci powiedzieć. Po pierwsze bierz rękę z mojej kurtki. Biegiem. Po drugie zawiąż sznurówkę, przewrócisz się jeszcze i niefortunnie uderzysz nosem w kawałek gruzu. Po trzecie idziemy tam, więc idź pierwszy.
   Kowal odwrócił się w kierunku, który wskazał Przemek, po chwili dopiero domyślając się, że łysy mógłby go teraz bez trudu uderzyć. Jednak to nie był tani trik, Przemek rzeczywiście wskazywał budynek, w kierunku którego ruszył niemal natychmiast. Był to podniszczony sklep spożywczy, widocznie dawno już splądrowany. Jednak Przemek podszedł do niego, odrzucił na bok wielki kawał gruzu, oraz kawałek blachy, które spoczywały na ścianie sklepu. Pod nimi znajdowały się zamknięte na kłódkę drzwi.
   - Co też można wypatrzeć, gdy ktoś chce ci dać w mordę – mruknął łysy, pogwizdując cicho. – Mam nadzieję, że to zaplecze.
   Kłódkę rozwalili kawałkiem gruzu, po czym otworzyli drzwi i wkroczyli do środka, oświetlając sobie wnętrze latarką. Rzeczywiście, było to zaplecze, na którym towar leżał w nienaruszonym stanie.
   - Nie mam pojęcia czemu zaplecze ma osobne wejście niż sklep – przyznał Stasiek. – Ale to lepiej dla nas, dzięki temu nie rozgrabili tego wszystkiego tutaj.
   Z miejsca wzięli się za pakowanie. W pierwszej kolejności zbierali jedzenie, następnie inne artykuły, które znaleźli. Przy okazji pakowania kilku paczek podpasek, zebranych z myślą o Kindze, Alicji i Ewelinie, Przemek rzucił kilkoma sprośnymi żartami, z których zaśmiał się jako jedyny. Gdy plecaki mieli już pełne, postanowili odpocząć chwilę przy ognisku. Po pół godzinie jedli ciepły posiłek.
   - Wracając do rozmowy… - Przemek siorbnął sosem pomidorowym. - … Ja też nie przepadam za Maćkiem. Za dużo gada, a za mało robi. Przyjęło mu się od polityków, że gadanie to jego praca. Problem w tym, że nikogo lepszego nie było w hotelu.
   - Nie było? – spytał Stasiek.
   - No jakoś nie. Ale teraz ktoś taki jest. Nie patrz tak na mnie, Kowal. Maciek rządzi na poziomie wystarczającym, ale sądzę, że Konradowi pójdzie lepiej. Na temat Roberta się nie wypowiadam, bo za mało o nim wiem.
   - Za mało wiemy o nich wszystkich – syknął Kowal. – Lubię cię Stasiek, ale zrozum, nie znamy was. Tak właściwie to nie znamy nawet Maćka, ale ostatnie czego nam teraz potrzeba, to utrata stabilizacji, o co łatwo, gdy zmienia się przywódców jak skarpetki.
   - Utrata stabilizacji nazywa się destabilizacją – pouczył Przemek. – Ładniej brzmi. A zresztą, dobry dowódca szybko poradzi sobie z każdym kryzysem, używając metod łagodnych, lub brutalnych, zależnie od dostępnych środków.
   - Mnie po prawdzie nie interesuje to, kto teraz rządzi – przyznał Stasiek. - Gdybym miał głosować, oczywiście to Konrad dostałby mój głos. Ale dopóki Maciek się sprawuje, nie widzę powodu, by…
   - Nie dokańczaj – przerwał łysy. – Z góry zaznaczę, że nie chcę żadnego przewrotu, nie planuję żadnych afer, buntów, czy czegokolwiek innego. Chodzi mi o to, że musimy, jako cała grupa, łącznie z Konradem i Maćkiem, naradzić się co do tego, kto ma nami rządzić. Głosowanie to byłby dobry pomysł, ale wcześniej trzeba dać obu po minimum dwa tygodnie za sterami dowódcy, żeby się sprawdzili, a na to może nie być czasu, jak zapewne zauważyliście, niedawno miał miejsce koniec świata, teraz nie ma czasu na nic. Poza tym złe zarządzanie może doprowadzić nas do jakiegoś nieszczęścia, a sami słyszeliście pomysły Maćka, na przykład ten ostatni o odśnieżaniu drogi. Kompletny idiotyzm, nie mam pojęcia jak on na to wpadł, chyba planuje nasze zbiorowe samobójstwo, wmawiając nam, że odśnieżona droga prowadząca prosto do hotelu, gdzie jest sucho, ciepło, jest jedzenie, a nawet gdzie się wysrać, będzie dobrym rozwiązaniem. Co byście zrobili na miejscu ludzi, którzy nie jedli od dwóch tygodni, marzli co wieczór, traktując sen jak udrękę, którą należy ścierpieć, aby oczy nie zamykały się same w ciągu dnia, gdybyście zauważyli odśnieżoną drogę idącą w sam środek lasu? Ja pomyślałbym, że coś tam jest. Może wojsko, może inna społeczność, która tą odśnieżoną drogą zaprasza do siebie wszystkie zagubione dusze, częstując na dzień dobry kiełbaskami z grilla i ciasteczkami babuni. Poszedłbym tą drogą, na końcu której zobaczyłbym hotel, a w nim ludzi, którzy nie wyglądaliby na takich, co źle im się wiedzie, a którzy próbowaliby mi wmówić, że nie ma tam dla mnie miejsca. Potem wróciłbym tutaj, obwieściłbym innym, że tam jest budynek, w nim są ludzie, którzy strzegą zapasów. Całą gromadą poszlibyśmy pod hotel, jak lokatorzy nie chcieliby nas wpuścić, weszlibyśmy sami i sami się poczęstowali ciasteczkami babuni. Oczywiście lokatorzy musieliby się pożegnać z dachem nad głową, albo z życiem, sami by wybrali. Anarchia to piękna rzecz, ale nie w świecie zepsutych ludzi, którzy od dziesiątek lat starali się wszystko schować przed innymi. Dzisiejsi ludzie nie podzielą się z nami niczym, więc my nie możemy dzielić się niczym z nimi. A Maciek, choć nieświadomie, chciał im oddać to, co mamy najcenniejsze. Dach nad głową, a wraz z nim bezpieczeństwo. Wybacz Kowal, ale po tym jego pomyśle doszedłem do wniosku, że on nie nadaje się na lidera.
   Stasiek milczał, Kowal też, choć po chwili wciągnął powietrze nosem, przez chwilę wydawało się, że coś powie. Zawahał się na moment, jednak po chwili zabrał głos.
   - Każdy ma swoje zdanie co do tego jakie są jego decyzje… Może i popełnił błąd, ja jednak obstaję za nim. Ale zmieńmy temat… To o czym zaczęliśmy rozmawiać zanim zobaczyłeś ten sklep… Powtarzam, jeśli masz coś do mojej osoby, mów to śmiało. Nie chcę bójki, powiedz wszystko szczerze, przyjmę to na klatę.
   - Wszystko? – upewnił się Przemek.
   - Wszystko.
   - No dobra, sam chciałeś. Z początku nie zwracałem na ciebie uwagi, więcej poświęciłem Maćkowi, bo on wziął się za rządzenie. Ale potem, jak przyszła do nas ta dziewczyna, Ewelina, stałeś się rozkojarzony. Patrzysz na nią mydlanymi oczami, bóg wie co sobie wyobrażasz, a to przecież dziecko…
   - Ma szesnaście lat, ja dwadzieścia. Cztery lata to nie duża różnica.
   - Mniejsza z liczbami, chodzi mi o jej wygląd. Ma po prostu dziecięce rysy twarzy. Niektórych może to pociąga, ale nie mnie. Ale to nie o tym miałem mówić. Nie potrafisz się skupić, jak rąbałem drzewo spoglądałem na ciebie, jak siedziałeś na warcie. Nie obserwowałeś okolicy, siedziałeś tylko, patrzyłeś w jedno miejsce, gdzieś w oddali upatrzyłeś sobie jakiś punkt i, jak się domyślam, myślałeś tylko o niej. Na warcie tak nie można, siedząc na dachu masz patrzeć na to, co dzieje się wokół, masz pilnować terenu wokół hotelu, wypatrywać niebezpieczeństw. Gdyby z tyłu szła na hotel armia słoni, nie zauważyłbyś jej, dopóki jeden z nich nie nadepnąłby ci na dupę.
   - Obserwowałem całą okolicę – zaczął bronić się Kowal.
   - Gówno prawda. Wiesz o tym dobrze, więc nie kłam.
   Już miał odpowiedzieć, zawahał się jednak. W końcu, po chwili potrzebnej na przemyślenia, opuścił głowę.
   - Masz… masz rację. Wiem, mój błąd.
   - Nie tłumacz mi się, nie oczekuję tego od ciebie. Tłumacz się przed samym sobą, tak zrobisz najlepiej.
   Milczeli, cała trójka. Wreszcie Stasiek pierwszy spakował swoje rzeczy, poczekał aż zrobi to pozostała dwójka. Już mieli ruszać, gdy Przemek podał swój plecak Kowalowi.
   - Miłej drogi – rzucił.
   - Jak to? – spytał Stasiek. – Nie idziesz z nami?
   - Nie. Nie będę was oszukiwał, idę do Komendy Głównej PP. Chyba wiecie, po co.
   - Broń – mruknął Kowal.
   - Tak. Broń, do tego palna. Cały wieczór myślałem gdzie by tu wytrzasnąć broń, nie wymyśliłem nic lepszego niż to.
   - Mają tam zabezpieczenia przed włamaniem – zauważył staruszek.
   - A skąd te zabezpieczenia mają prąd? Mamy jedenasty dzień po Kolizji, nawet jak mieli akumulatory, to dawno się już wyczerpały. Broń jest prawdopodobnie nieruszona, bo ludzie albo nie pomyśleli o tej broni, albo boją się systemów antywłamaniowych. Przyjdę do hotelu jutro, dziś już nie dam rady. Śniadanie ma na mnie czekać, mogę być zmęczony.
   - Maciek wie? – spytał Kowal, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że pytanie było bezcelowe.
   - A co to, ja muszę mu się ze wszystkiego zwierzać? Nie wie, dowie się od was.
   - Weź chociaż zapalniczkę, jak masz zamiar nocować na zewnątrz – powiedział Stasiek, grzebiąc w kieszeni.
   - Nie ma potrzeby, mam coś lepszego – odpowiedział Przemek, pokazując krzesiwo. – Przygotowałem się na tę wyprawę najlepiej, jak pozwalały mi warunki, nie zapominajcie, że to ja jestem tu geniuszem.
   Potem już nic nie powiedział. Obrócił się na pięcie i ruszył w stronę ruin Warszawy, bawiąc się w ręku krzesiwem.
   *
   Nie uzbierali wiele, żaden nie miał załadowanej nawet połowy plecaka. Szli w ciszy, czasem tylko przerywanej krótką, niekonkretną rozmową, czy drobnym żarcikiem, rzuconym lekko. Zjedli krótki posiłek, również w ciszy, zrobili sobie kilka przerw na odpoczynek. Dopiero później, gdy już mieli szykować się na powrót do miejsca z którego się rozeszli, Maciek zaczął konkretniejszą rozmowę.
   - Grudzień – rzucił, jakby od niechcenia, w jego głosie dało się natomiast wyczuć, że przygotowuje się do jakiegoś trudnego tematu. – Jeśli dobrze myślę, to dziś szesnasty. Osiem dni do Wigilii.
   - Raczej mało ludzi zajmuje się na chwilę obecną wyliczaniem daty – mruknął w odpowiedzi Konrad. – Możliwe, że tylko ty.
   - Możliwe. Możliwe też, że świętować będziemy jako jedyni.
   - Co takiego mamy niby świętować?
   - Wigilię – uśmiechnął się okularnik. – Nie patrz tak na mnie, wiem jakie mamy teraz realia. Ale tradycja jest tradycją.
   - Rozumiem cię, też chciałbym, żeby tradycje zachowały się mimo końca świata. Ale… Eh. Jak wyobrażasz sobie świętowanie? Przez tych ludzi w hotelu? Którzy utracili większość, jak nie wszystkich bliskich, po którym nie pozostało im nic prócz wspomnień, bo nawet na zdjęcia było szkoda miejsca w plecaku, który i tak był zbyt ciężki?
   - Każdy z nas cierpi – Maciek wzruszył ramionami, przy czym wydał się wyjątkowo zimny. – Nie tylko oni, czy ty. Ja też. Ale to już przeszłość. Kolizja miała miejsce jedenaście dni temu, piątego grudnia, to niepodważalny fakt, który sami możemy potwierdzić. To się po prostu stało. A my musimy mimo to żyć. Tak, czy inaczej, ale musimy. Osobiście wolałbym, żeby to życie miało jakiś sens, żeby ludzie wiedzieli, czemu żyją, żeby nie poczuli się osamotnieni.
   - Nikt z nas nie czuje się osamotniony. W hotelu jest spora grupa ludzi. Ludzi, którzy mieli to szczęście trafić tam, gdzie mają bezpieczne schronienie, cztery ściany i dach nad głową.
   - I myślisz, że wystarczy mieć po prostu schronienie i towarzyszy? I to wystarczy, żeby nie czuć się samotnym? Bardzo prymitywne podejście.
   - A jakie jest nowoczesne podejście? – spytał Konrad z widoczną złością w głosie. – Co trzeba jeszcze?
   - Chcesz, to ci odpowiem.
   - Mów, słucham cię nadal.
   - Potrzeba celu.
   - Jakiego znów celu? – spytał barczysty, zatrzymując się na kupie gruzu i patrząc Maćkowi prosto w oczy.
   - Celu, który będzie ich definiował i porządkował. Owszem, możemy żyć jak zwierzęta, siedzieć w swoich czterech ścianach, z dachem nad głową. Jeść, wydalać, kopulować, czasem robić, takie jak ten, wypady po żywność. To też jest forma życia, tak też da się przeżyć. Jednak ja myślałem o czymś innym.
   Maciek wziął głęboki wdech, który Konrad poświęcił na podejście do niego, aby lepiej słyszeć jego słowa.
   - Ja myślałem o nowym społeczeństwie.
   - Domyślam się, że chodzi ci o coś w stylu kodeksu prawnego?
   - Czemu wszyscy odbierają słowo „społeczeństwo”, jako kodeksy, zakazy, czy nakazy? Społeczeństwo to coś więcej.
   - Po wydarzeniach z ostatnich lat takie słowa jak „społeczeństwo”, „prawo”, „porządek”, kojarzą mi się głównie z gumowymi pałkami, okładającymi ludzi. Czasem te pałki mają metalowe nasadki, wtedy łamią kości.
   - Źle mnie zrozumiałeś. Mi chodzi o nowe – na to słowo Maciek dał wyjątkowo mocny nacisk – społeczeństwo. Na całkowicie nowych zasadach, zupełnie odcięte od tego co było. Przecież wiesz, ze tamto było złe, choć budowane na dobrych fundamentach. Teraz, kiedy wszystko się zawaliło, zostały tylko fundamenty, możemy coś zdziałać. Możemy sami kształtować to, jak ma wyglądać społeczeństwo, jakich reguł ma przestrzegać, co jest dozwolone, a co nie. Gdy pracowałem w szpitalu, zobaczyłem i doświadczyłem tego, że procedury są niezbędne do zachowania porządku. Wyobraź sobie, że to my możemy te procedury spisywać i dyktować. Nie piękna idea?
   - Jak dla mnie nie – Konrad wzruszył ramionami, starając się, by wyszło to możliwie podobnie do tego, jak przed chwilą zrobił to Maciek. – Według mnie ludzie potrzebują teraz tylko dachu nad głową, źródła ciepła i pełnego garnka. To trzeba zapewnić im w pierwszej kolejności.
   - To już mają. Teraz potrzebują tylko czegoś, co zaprzątnie ich umysł, czegoś, co sprawi, że poczują się potrzebni w nowym społeczeństwie.
   - Co mają? – spytał Konrad, wskazując palcem na garstkę ludzi przeczesujących ruiny, zupełnie jak oni. – Oni nie mają nic. To my mamy wszystko. Nie zamierzam im tego oddawać, będę tego bronił nawet za cenę życia, ale nie będę ukrywał tego, że inni, poza nami, nie mają nic, że stracili wszystko, że dzień w dzień umierają z głodu, wyziębienia, czy z nożem wbitym pod żebra. Takie są realia.
   - Oni mnie nie interesują! – Maciek podniósł głos, szybko się jednak uspokoił. – Mogą umierać, nowe społeczeństwo to my, nie oni. To my musimy utrzymywać nasze tradycje, bo oni nie będą tego robić. Spójrz na nich. Zamieniają się w zwierzęta. My musimy pozostać ludźmi. Stworzyć jakiś system nagród i kar, spisać na nowo kodeksy, dostosowane do dzisiejszych realiów, dać ludziom cel, nawet nieosiągalny, lecz taki, który sprawi, że będą do niego dążyć, nie zważając na otoczenie, nie zamartwiając się takimi jak ci tutaj. Zorganizować wszystko na nowo, stworzyć idealny twór, którego trybiki będą działać jak w szwajcarskim zegarku. Nigdy nie myślałeś o tym, żeby dać ludziom rdzeń, filar, ideę czegoś, co rozbudują potem w cały rozbudowany do najmniejszych szczegółów system, dający ludziom poczucie samo satysfakcji z tego, że ich ciężka praca daje całemu społeczeństwu jakieś dobro?
   Konrad patrzył dalej, jednak nie odpowiadał. Dopiero po chwili obrócił się i ruszył w swoją stronę, mówiąc:
   - Jedyne, o czym teraz myślę, to to, że udowodniłeś mi właśnie, jak bardzo muszę chronić przed tobą swoich ludzi.
   *
   Na miejsce dotarł późnym wieczorem. Korzystając z ostatnich promieni słonecznych, nazbierał zapas drewna, głównie bali i połamanych gałęzi i rozpalił ognisko. Schronił się między dwiema krzyżującymi się literami „P”, monstrualnych rozmiarów znakiem rozpoznawczym Policji Porządkowej, które przetrwały nieruszone, jak gdyby czuwała nad nimi jakaś siła. Ogrzał się chwilę, po czym podłożył do ognia, wyciągając wcześniej z ogniska jedną z gałęzi, której jedna połowa paliła się intensywnie. Z taką pochodnią ruszył w kierunku ruin Komendy Głównej Policji Porządkowej. Pojęcia nie miał gdzie dokładnie może znajdować się zbrojownia, lecz wiedział na pewno, że wejście do niej znajdowało się w budynku, a sama zbrojownie była ukryta pod ziemią. Przeszedł całe ruiny w poszukiwaniu jakiegoś znaku, czegoś, dzięki czemu mógłby zacząć przypuszczać, że to tu jest zakopane wejście.
Nie zauważył ręki, o którą się potknął, spostrzegł ją dopiero, gdy wstawał. Ręka wystawała spod sterty gruzu przykrytego śniegiem i pyłem. Dłoń była koloru ciemnobrązowego.

   ***

   Szczęśliwego nowego roku! Życzę wszystkim szczęśliwych chwil, dobrego zdrowia i jeszcze raz pieniędzy :D A sobie życzę, żebym w końcu zaczął pisać z sensem xD
   Przypominam też, że komentarze nie bolą, a drobna ich ilość (dajmy na to 4-5) nawet mnie zmotywuje ;)
   Ogłaszam też konkurs! Czy jest na sali rysownik? Jeśli tak, i ma trochę wolnego czasu, to niech napisze mi na privie, gdyż bardzo bym chciał, żeby ktoś narysował mi portrety postaci z mojego opowiadania (chodzi mi o wersje cyfrowe rysunków). Formę nagrody dogadamy między sobą, może to być parę rozdziałów do przodu (wyślę np. w pdf), wprowadzenie postaci, którą rysownik wymyśli, wydarzenia, cokolwiek, tylko wyobraźnia nas ogranicza ;) (a wiadomo, wyobraźnia jest jak Putin, nie zna granic xD)

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5617 słów i 32213 znaków.

3 komentarze

 
  • Gabi14

    Hmmm... Nie lubię Maćka

  • bartek

    muszę przyznać że całkiem ciekawe opowiadanie, niektóre zdania są chaotycznie pisane ale ogólnie wielki + za te 6 rozdziałów

  • Kuri

    @bartek 6 rozdziałów na chwilę obecną, będzie więcej ;)

  • fiufiu

    Wład.Putin gwarantuję Ci że zna granice, nie tylko swoje ale i nasze, dlatego tak dobrze mu idzie. Twoje opowiadanie robi się schematyczne,mam nadzieję na niespodziankę :)

  • Kuri

    @fiufiu Mam nadzieję, że to, co naszykowałem w kolejnych rozdziałach będzie niespodzianką :D