Ziemia z popiołów III: Rozdział 04 - Coś się kończy... II

Ziemia z popiołów III: Rozdział 04 - Coś się kończy... IIWybaczcie za dzień opóźnienia xD

   Coś się kończy...
   Zawsze coś się kończy, czym by to nie było. Moje życie też się skończyło. Magda o niczym nie wiedziała, ale byłem chory, musiałem brać silne leki. Kupiłem, co prawda, spory zapas, ale i on musiał się kiedyś skończyć. Miałem do wyboru, żyć jeszcze przez kilka dni, z myślą, że będziecie świadkami mojego bólu i cierpienia, albo darować Wam tego widoku. Wybrałem to drugie.
   Magda, bądź silna. Wiem, że sobie poradzisz, że dasz radę. Od zawsze byłaś silna, musisz taka pozostać. W moim biurku, w trzeciej szufladzie, mam dla Ciebie pożegnalną niespodziankę, mianowicie mnóstwo papierosów. Tak, nie rób takiej miny, już od dawna wiem, że palisz.
   Kowal, mam do ciebie prośbę. Zajmij się nią. Opiekuj. Widzę, że macie się ku sobie, jestem z tego powodu szczęśliwy. Nie uganiaj się za przeszłością, dla Ciebie ona się skończyła, zajmij się teraźniejszością.
   Życzę Wam powodzenia, mam nadzieję, że sobie poradzicie. Całą piwnicę, ze wszystkim, co w niej jest, zostawiam Wam.
   Nie płaczcie po mnie. Coś się kończy, aby coś mogło się zacząć. Mój epizod dobiegł końca, aby Wasz mógł się rozpocząć.
   *
   Ziemia była miękka, nasiąknięta wodą, łatwo więc szło mu kopanie. Uderzenia szpadla były silne, nieregularne, pełne złości i rozpaczy. Gdy tylko skończył kopać, wyszedł z dziury, po czym wpatrzył się w nią. Stał tak, nie myśląc o niczym, po prostu wpatrując się w dużego żuka, który chodził po dnie grobu. Nie miał pojęcia, ile czasu stał nad tą dziurą w ziemi, wpatrując się w małe zwierzątko, walczące o to, aby wydostać się z pułapki w której się znalazło.
   - Walcz - mruknął pod nosem. - Masz jeszcze chwilę, zanim przyniosę jego ciało i zacznę go zakopywać. W tym czasie walcz o swoje życie.
   Obrócił się na pięcie, ruszając w stronę włazu. Z początku musiał udawać, że kręci się po okolicy, gdyż niebezpiecznie blisko wejścia do piwnicy przechodziła mała grupka innych ocalałych. Gdy tylko tamci zniknęli mu z horyzontu, od razu otworzył właz, schodząc na dół. Wszedł do kuchni, gdzie ciało Bogdana nadal leżało w tej samej pozycji. Nie przypatrywał się w niego długo, po prostu położył go na dywanie, owijając go nim. Zanim wyszedł na powierzchnię, skierował się jeszcze do pokoju Magdy, gdzie zastał zapłakaną nastolatkę, wtuloną w wielką, białą poduszkę.
   - Wyjdziesz za chwilę na zewnątrz? - spytał.
   Nie doczekał się odpowiedzi, Magda siedziała tylko i płakała.
   - Idę go pochować - poinformował ją, po czym wyszedł z jej pokoju.
   Udało mu się dociągnąć owinięte dywanem ciało Bogdana pod samą drabinę, udało mu się wyciągnąć go na zewnątrz. Cały zasapany dotargał go do wykopanej wcześniej dziury, do której wsunął go najdelikatniej, jak potrafił. Wyszedł z grobu, złapał szpadel, który zostawił, oparty o roztrzaskany pień drzewa. Powoli, szpadel po szpadlu zaczął zasypywać dywan, którym owinięte było ciało staruszka.
   - Coś się kończy... - wyszeptał pod nosem w chwili, gdy ziemia zasypała żuka, któremu nie udało się wydostać z dołu.
   *
   Usypał z ziemi kopiec, który obłożył dookoła cegłami ze starych, zrujnowanych kamienic. Trochę powyżej miejsca, gdzie znajdowała się głowa Bogdana wbił prowizoryczny krzyż, zrobiony z dwóch w miarę prostych gałęzi. W chwili, gdy skończył pracę, zauważył, że podchodzi do niego Magda. Objął ją, przytulił do siebie. Nadal płakała, wycierała łzy i jego ramię, a on milczał, jedyne, co robiąc, to głaszcząc ją po głowie.
   - Nie wiedziałam... że był chory... - wycedziła w przerwie między szlochami.
   - Nikomu się nie przyznał - odpowiedział jej. - Tu już na zawsze będzie jego grób, zawsze będziesz mogła tu przyjść, porozmawiać z nim.
   - Zostań teraz ze mną - poprosiła. - Postójmy tu chwilę... Tylko zostań ze mną. Proszę.
   - Zostanę - zapewnił ją.
   *
   Był środek nocy, a on nadal nie spał. Leżał, wpatrując się w okno, gdzie widział co jakiś czas błyski w oddali. To była pierwsza burza, którą widział od czasu Kolizji. Nie mogąc dłużej uleżeć bez ruchu, wstał z łózka, podchodząc do okna. Widział za nim, że dość blisko piwnicy kręciła się trójka ludzi, postanowił więc nie zapalać świeczki, aby nie ściągnąć tu niepotrzebnych gości. Stał przy oknie, wpatrując się w trójkę przybyszy, którzy próbowali właśnie rozpalić ognisko. Niestety, ich plany zostały pokrzyżowane przez ulewny deszcz, który naszedł nie wiadomo skąd i kiedy. Z lekkim rozbawieniem obserwował, jak tamci zwijają się w dwie minuty, po czym biegną, szukając kawałka dachu. Nie wiedział, czy go znaleźli, czy nie, gdyż zniknęli mu z pola widzenia.
   Obrócił się, wrócił do łóżka. Leżał tak chwilę, jednak ponownie doszedł do wniosku, że nie uda mu się zasnąć. Jak przez mgłę przypomniał sobie moment, kiedy pierwszy raz obudził się w tej piwnicy. Przecież miał jakieś swoje ubrania... Gdzie one się podziały?
   Wstał, zasłonił okno grubym materiałem, zapalił latarkę. Przeszukiwał każdy zakątek pokoju, patrzył za każdy, oraz pod każdy mebel, jednak nic nie znalazł. Wyłączył latarkę, wyszedł na palcach z pokoju, skierował się do przeciwległych drzwi. Przekroczył ich próg, zaświecił. Pokój Bogdana, jak zwykle, zaśmiecały różne rzeczy, jedne mniej przydatne, drugie bardziej. Zaczął otwierać wszystkie szafki i szuflady po kolei, szukając swoich rzeczy, co do których miał pewność, że znajdują się gdzieś w tym pomieszczeniu. Poczuł, jak wpada w szał, jak wszystko w nim zaczyna się gotować z powodu, że nie może ich znaleźć. Zaczął rzucać rzeczami, kopać to, co leżało na podłodze, wyrzucać szuflady na podłogę, aż zauważył pełen, czarny worek na śmieci, stojący w rogu pomieszczenia. Podszedł do niego, powoli, wręcz ceremonialnie, zaczął go rozrywać. Rozpoznał materiał kurtki, oraz spodnie i buty. Widział swoją czapkę. Wyrzucił całą zawartość worka na podłogę, zaczął ją przeszukiwać. Odnalazł nawet urwany kawałek liny, którym był obwiązany, a także czekan.
   Skąd tu wziął się czekan?
   Olśniło go. Wtedy, w centrum handlowym. Wziął czekan, gdyż chciał zabić Kopę. Potem przez cały czas trzymał go w ręku, nawet wtedy, gdy, obwiązany liną, opuszczał się na dół. Musiał spaść z tym czekanem... A Bogdan go znalazł.
   Zacisnął palce na czekanie, poczuł nieopisany przypływ zarówno siły, jak i złości. Gotowało się w nim, gdy tylko przypomniał sobie, jak go potraktowali.
   Przecież to ja ją ocaliłem! Gdyby nie ja, zamarzłaby pod ogrodzeniem! To wszystko dzięki mnie, to mi powinna być wdzięczna!
   - Nie zostawię tego tak! - syknął. - Ona należy do mnie!
   *
   Z samego rana zostawił jej kartkę, w której poinformował ją, że wychodzi poszukać brakujących zapasów. Ubrał się, wziął plecak, wyszedł na zewnątrz. Słońce już wstawało, tak więc z każdą minutą robiło się coraz cieplej, dzięki czemu przyjemniej było mu iść.
   Zauważył, że dziś na zewnątrz wyszło wyjątkowo dużo ludzi, którzy grzebali w ruinach. Po tym, co widział w zimę, nie spodziewałby się, że aż tylu ludzi napotka. Idąc za wskazówkami jednej z grupek, udało mu się dojść do miejsca, gdzie jeszcze jakiś czas temu znajdowały się ruiny centrum handlowego. Obszedł je dookoła, przyglądając się im bacznie, mając nadzieję, że zauważy gdzieś rozkładające się ciało Kopy, jednak nic nie znalazł. Wdrapał się nawet na najwyższą kupę gruzu, aby mieć jak największe pole widzenia, lecz nadal nic nie zauważył. Zrezygnowany zszedł z gruzu, spojrzał w kierunku, gdzie znajdował się hotel. Powinien tam iść? Przynajmniej spojrzeć na nią? Tylko tyle na razie oczekiwał, chciał po prostu na nią spojrzeć.
   Nie zauważył nawet kiedy, a był już w drodze do hotelu. Przemierzał ruiny i zgliszcza, coraz bardziej zbliżając się do znajomego lasu. Im był bliżej linii drzew, tym większy stres i niepokój odczuwał.
   A co, jeżeli spotka któreś z nich?
   Poprawił czekan za pasem, przełknął ślinę.
   Będzie musiał go zabić. Nie będzie innego wyjścia... Nie może pozwolić, aby dowiedzieli się, że on przeżył. Może Bogdan miał rację? Może rzeczywiście powinien zapomnieć o przeszłości, a zająć się teraźniejszością?
   Zatrzymał się przy pierwszym ułamanym drzewie, dotknął go ręką.
   Za wcześnie. Jeszcze nie teraz. Kiedyś tu wrócę, pójdę pod hotel... Ale jeszcze za wcześnie. Jak nie dziś, to jutro...
   *
   Nadchodził wieczór, a ona siedziała przy stole, wpatrzona w puszkę z solą. Cały dzień nic nie jadła, nic nie piła, po prostu siedziała, czekając, mając nadzieję, że on wróci. Gdy tylko usłyszała, że ktoś otwiera właz, natychmiast się zerwała, rzucając w stronę wyjścia na powierzchnię. Gdy podbiegła do drabiny, zobaczyła jego, zdejmującego buty. Bez słowa rzuciła mu się na szyję, zaczęła płakać.
   - Myślałam, że nie wrócisz! - krzyknęła z wyrzutem.
   - Gdzie miałem pójść? - spytał, zaskoczony jej reakcją.
   - Nie wiem! Myślałam, że poszedłeś, że mnie opuściłeś!
   Kowal nie odpowiedział, tylko objął ją swoim ramieniem, odprowadzając do kuchni. Usiedli na krzesłach, tuż przy sobie.
   - Bałam się... - wyszeptała nastolatka, która zaczęła się już uspokajać.
   - Przecież nigdzie bym nie poszedł - wytłumaczył. - Zostawiłem ci kartkę. Gdzie niby miałbym pójść? Dokąd?
   - Nie wiem - przyznała, wycierając łzy. - Bałam się, że zostanę sama...
   - Nie masz się czego bać, nigdzie nie pójdę - zapewnił ją.
   Siedzieli w ciszy, przytuleni do siebie, gdy nagle nastolatka wyprostowała się.
   - Po co poszedłeś? - spytała.
   - Po... parę drobiazgów. Już je mam, nigdzie się nie wybieram.
   - Aha - odpowiedziała, kątem oka spoglądając na plecak.
   Przypatrywała mu się chwilę, po czym spojrzała z wyrzutem wprost w jego oczy. Widział, jak domyśla się pewnych spraw, jak robi się czerwona na twarzy, jak w kącikach jej oczu zbierają się kolejne łzy.
   - Nic nie masz w tym plecaku - powiedziała, roniąc pierwsze słone krople. - Poszedłeś... Poszedłeś tam? Chciałeś ją zobaczyć? Poszedłeś do niej?
   Nie zdążył nic odpowiedzieć, gdy poczuł jej otwartą dłoń na swoim poliku. Zszokowany, spojrzał na nią, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Przecież nie widział jej... Choć chciał. Chciał tam pójść, chciał ją zobaczyć, choć jeden raz, choć na chwilę.
   - Ja...
   - Nie odzywaj się do mnie! - krzyknęła, uciekając do swojego pokoju
   *
   - Kiedyś mi powiedziałeś, że coś się kończy... Miałeś rację. Kończy się. Wszystko się kończy. Przepraszam, ale zawiodę cię. Za dużo o niej myślę, zbyt bardzo chcę ją jeszcze raz ujrzeć... Nie ma możliwości, abym potrafił żyć bez zobaczenia jej, a jestem pewien, że gdy tylko ją ujrzę, od razu będę chciał ją stamtąd zabrać. Tylko ze mną będzie mogła być szczęśliwa, tylko ja zapewnię jej bezpieczeństwo... Jedyny sposób, aby ją od nich uwolnić, to zrobić to siłą. Jeszcze nie wiem jak, ale pozabijam ich wszystkich. Nie dlatego, że to niezbędne, przecież wystarczy, żebym ją stamtąd zabrał, ale w akcie zemsty. O przeszłości nie da się zapomnieć, ja o swojej nie zapominam, pamiętam bardzo dokładnie, co chcieli ze mną zrobić. Nie ma mowy, nie daruję im, odpłacę im moją przeszłość ze zdwojoną siłą. Każdy ból, który mi zapewnili, oddam im i zadbam o to, żeby odczuli go dużo bardziej, niż odczułem ja. Zemsta... Chciałeś mnie od niej odciągnąć, ale to niemożliwe. Nie po tym, jak niemal skazali mnie na śmierć. Są pewne rzeczy, których nie można komuś darować... Coś się kończy, Bogdan. Skończyło się moje miłosierdzie, aby mogła rozpocząć się moja zemsta.
   *
   Tym razem sam trafił pod las, nie musiał pytać się ludzi o drogę. Dotknął tego samego drzewa, co wtedy, zastanowił się dłuższą chwilę.
   - Muszę tam pójść... - szepnął pod nosem, po czym zrobił krok na przód.
   Mijał drzewa, czując, jak serce wali mu, jak oszalałe. Z każdym krokiem coraz bardziej poznawał okolice, wiedział, że zbliża się do polanki, na której stały ruiny domów. Gdy tylko wyszedł spomiędzy drzew, silny, porywisty wiatr omal nim nie przewrócił. Widział przed sobą ruiny, natomiast dalej widział cysternę, która, jeszcze w zimę, zakopała im się w śniegu. Wziął głęboki wdech, starając się uspokoić, jednak nic z tego nie wychodziło. Podszedł do cysterny, przypominając sobie, że jest ona niemal pełna. Przecież taka cysterna była dziś na wagę złota... Każdy chciałby mieć u siebie taki zapas paliwa. Tyle paliwa, zamkniętego w jednym zbiorniku, to...
   - Bomba - powiedział sam do siebie, przypatrując się startym napisom na kabinie.
   Jeżeli by ją podpalił i postawił przed hotelem... Ale jak to zrobić? Na pewno nadal mają warty, nie uda mu się więc dojechać tam niepostrzeżenie. Musi mieć element zaskoczenia, a żeby tak się stało, musi podpalić cysternę jak najbliżej hotelu. Najlepiej, gdyby wjechał w hotel... Ale najpierw ta cysterna musiałaby zapalić.
   Wszedł do kabiny, przekręcił kluczyk. Tak, jak się spodziewał, nie nastąpiło nic, akumulator był rozładowany. Przeszukał tył kabiny, gdzie znalazł skrzynkę z narzędziami. Wyciągnął odpowiednie klucze, otworzył maskę, odkręcił akumulator, który wcale do lekkich nie należał. Odruchowo zamknął maskę, wziął akumulator pod pachę, skierował się w stronę drzew. Gdy tylko schował się w gęstwinie, od razu poczuł się dużo bezpieczniej, mógł odetchnąć z ulgą. Osunął się na ziemię, odstawił akumulator pod bok, w wysokiej trawie. Odczekał dłuższą chwilę, aż tętno mu się uspokoiło, dopiero wtedy wstał ponownie na nogi.
   A jeśli ich tam nie ma? Jeśli już opuścili hotel?
   Znalazł dwie gałęzie, którymi przykrył akumulator, aby nie był widoczny, po czym skierował się niemal biegiem w stronę hotelu. Im był bliżej, tym bardziej zwalniał, gdyż nie chciał, aby go usłyszeli. W końcu zauważył dach budynku, zatrzymał się więc, biorąc kolejny głęboki wdech. Poczuł, jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa, jak nie chcą iść dalej. Musiał przezwyciężyć strach, który narodził się z myślą, że prawdopodobnie zauważy któreś z nich, dopiero wtedy ruszył ostrożnie w kierunku ogrodzenia. Przechodził metr za metrem, czując pot spływający mu po karku. Stanął jak wryty, gdy usłyszał czyjś głos.
   A więc jednak! Są w hotelu! Nie opuścili go! Nadal tu są!
   Zrobił kolejne kroki do przodu, przykucnął. Udało mu się wślizgnąć między kępkę krzaków, która skutecznie go zasłaniała.
   Ledwo powstrzymał się przed krzyknięciem, gdy zauważył ją, kopiącą ziemię przy wybitym oknie hotelu. Stała tam ona, oraz jej ciotka, najwidoczniej szykujące ten kawałem placu na ogródek. Złapał się za usta, przyglądając się temu obrazkowi, poczuł, jak po polikach skapują mu łzy szczęścia, że mógł ją ponownie zobaczyć.
   Jego umysł był w kompletnej rozsypce, potrafił jednak opanować się na tyle, że nie wychodził z krzaków, tylko pozostał w nich schowany. Kątem oka zauważył Staśka, który siedział w oknie swojego pokoju, trzymając w rękach gitarę, oraz Alicję, która wychodziła właśnie z kotłowni. Przykucnął jeszcze niżej, bojąc się, że ktoś z nich będzie mógł go zauważyć, po czym powrócił do przyglądania się Ewelinie.
   Była piękniejsza, niż ją zapamiętał. Uśmiechnięta, jej kruczoczarne, proste włosy opadały niemal do połowy pleców. Uśmiechnął się mimowolnie, widząc, jak promienie słońca odbijają się w jej pięknych oczach.
   - Cześć, kochanie - szepnął pod nosem. - Dawno się nie widzieliśmy...
   Usiadł na ziemi, obserwując ją bez przerwy. Oddałby wszystko, aby móc teraz do niej podejść, porozmawiać z nią, wiedział jednak, że to niemożliwe.
   - Jesteśmy - usłyszał znajomy głos.
   Natychmiast obrócił wzrok w kierunku bramy, gdzie zauważył Roberta, niosącego wiatrówkę, oraz jakąś strzelbę, a także Przemka, który dźwigał na plecach sarnę. Poczuł strach, że może zostać zauważony, schylił więc głowę niżej. Zauważył, jak Ewelina odkłada szpadel na bok, po czym rzuca się biegiem w stronę Roberta, po czym... zarzuca mu ręce na szyję i całuje w polik.
   Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Ona sama do niego podbiegła, rzuciła mu się w ramiona. Poczuł, jak cały gotuje się w środku, jak robi się czerwony na twarzy. Miał ochotę iść tam i rozwalić Robertowi głowę gołymi rękoma. Przed popełnieniem tego czynu powstrzymywał go tylko i wyłącznie widok broni, którą blondyn trzymał w ręku.
   Wycierając pierwszą łzę rozpaczy, odwrócił się i ruszył powoli w drogę powrotną. Przeszedł tak może ze sto metrów, po czym wyprostował się, rzucając biegiem, oby tylko jak najszybciej opuścić ten przeklęty las. Biegł ile sił w nogach, nie zważając na zmęczenie. Mijał drzewa, przeskakiwał nad powalonymi pniami i co większymi gałęziami. Kilka razy przewrócił się, orząc twarz o ściółkę leśną, nie przejmował się jednak pociętą twarzą, oraz tym, że spływa po niej coraz więcej krwi.
   On po prostu biegł.
   Przeskoczył dół, wdrapał się na górkę, minął ostatnie drzewo, wybiegając na pogorzelisko, lecz mimo to się nie zatrzymał. Zwalniał, czuł, że nogi odmawiają mu posłuszeństwa, mimo wszystko starał się jak najszybciej uciec od tego miejsca, oby jak najdalej. Poczuł się niedobrze, zwymiotował w biegu, ochlapując spodnie, lecz biegł nadal.
   Nie zwolnił nawet wtedy, gdy do jego umysłu przedostała się myśl, że zapomniał wziąć po drodze akumulatora, to było teraz dla niego najmniej istotne. Zatrzymał się dopiero, gdy noga wpadła mu między dwa kawałki gruzu, przez co przewrócił się, uderzając głową o cegłę. Poczuł, jak po jego twarzy spływa coraz to więcej krwi, wymieszanej ze łzami, chciał biec, lecz nie miał siły nawet wstać. Położył głowę na cegle, pozwolił, aby emocje wzięły nad nim górę. Płakał, szlochał, dopóki nie zmorzył go sen.
   *
   Powoli, krok po kroku zbliżał się do włazu. Nie obchodziło go wcale, czy ktokolwiek zauważy, że tu wchodzi, jego myśli były zajęte czymś innym. Otworzył właz, wszedł na drabinę, zszedł na dół. Zdjął buty, oraz kurtkę, które odłożył na miejsce, po czym skierował się bezpośrednio do swojego pokoju. W kuchni zauważył Magdę, która akurat coś smażyła. Była ubrana tylko w koszulkę na ramiączka, oraz krótkie spodenki. Gdy nastolatka go zauważyła, na jej twarzy dało się zauważył szok, spowodowany tym, jak wyglądał Kowal. Jednak nic nie powiedziała, bez słowa odwróciła się z powrotem w stronę patelni.
   Kowal zatrzymał się przy stole, usiadł na jednym z dwóch krzeseł. Przypatrywał się jej, samemu sobie wmawiając, że to nie Magda, że ta dziewczyna nie jest nią, tylko Eweliną.
   - Co robisz? - spytał, jakby nigdy nic.
   - Smażę - odpowiedziała szybko, zimnym tonem.
   - Co takiego smażysz?
   - Rybę. Dla ciebie też.
   - Dzięki...
   Wstał, podszedł do niej, objął ją. Ona jednak wyrwała mu się, odrzucając jego ręce od siebie. Stał, zszokowany, patrząc jej w twarz.
   - Co ty robisz? - spytała, niemal krzykiem. - Posrało cię?
   - Uspokój się, chciałem cię tylko objąć...
   - Nie życzę sobie, żebyś mnie obejmował, jasne!?
   - Co się stało? Ewelina, uspokój się...
   Uderzyła go w ten sam polik, co wtedy, tą samą dłonią. Zobaczył, jak po jej twarzy spływają łzy.
   - Nie jestem Eweliną... Jestem Magdą.
   - Przestań... - złapał jej jedną rękę, potem drugą. - Uspokój się, kochanie...
   - Zostaw mnie! - ryknęła, próbując się wyswobodzić, jednak on był silniejszy.
   - Już - powiedział miłym tonem. - Przecież nic się nie stało. Nie jestem zły, że mnie uderzyłaś.
   - Weź łapy! - krzyczała, jednak jej głos się łamał, gdy dotarło do niej, że nie ma szans na wygranie tego pojedynku.
   Szarpała się, gdy on popychał ją w stronę jej pokoju. Walczyła, gdy rzucił ją brutalnie na łóżko. Chciała uciec, gdy zdejmował z niej ubrania.
   - Już, Ewelina, wszystko będzie dobrze - obiecał, kładąc dłoń na jej piersi.
   *
   Gdy obudził się rano, ona leżała na podłodze, szlochała. Wstał, podszedł do niej, złapał za brodę, całując w usta.
   - I co, jak ci było? - spytał. - Sama widzisz, że to ze mną powinnaś być, nie z Robertem. Chodź, zjemy coś.
   Złapał ją za dłoń, zaciągnął do kuchni. Usadowił na jednym z krzeseł, po czym podszedł do szafek.
   - Stęskniłaś się za moją jajecznicą? - spytał, wyciągając pudełko jajek w proszku. - Tym razem posolę, obiecuję.
   Zajął się przygotowywaniem potrawy, pogwizdując cicho pod nosem. Gdy tylko skończył, nałożył po równo na dwa talerze, jeden postawił przed nią, drugi przy sobie. Wziął się za jedzenie, przypatrując się jej.
   - Co ty taka smutna? Przecież żyję. Pewnie nagadali ci, że mnie zabili... Ale nie, oni nie dali mi rady. Dzisiaj do nich wrócę, jeszcze się nimi zajmę. Wiesz, jak wczoraj widziałem, jak biegniesz do Roberta, prawie uwierzyłem, że naprawdę coś do niego czujesz. Ale przecież wiem, że czekałaś na mnie. Co oni ci tam robili? Mam nadzieję, że dobrze cię tam traktowali. Coś ciekawego działo się tam pod moją nieobecność? Nie chcesz, to nie odpowiadaj, zrozumiem, że jesteś zmęczona. Ale powinnaś jeść. No, zjedz chociaż tej jajecznicy, postarałem się, jak ją robiłem. No, nie krępuj się, jedz... Proszę cię, zjedz... Jedz! - ryknął, waląc pięścią w stół.
   Nastolatka aż podskoczyła, uroniła więcej łez. Cała się trzęsąc, złapała widelec, zaczęła powoli jeść.
   - I jak, smakuje ci?
   Dziewczyna kiwnęła szybko głową.
   - Mówiłem, że się postarałem.
   Kowal wstał, podszedł do niej, pocałował ją w usta.
   - Niedługo wracam, obiecuję. Muszę tylko po coś pójść. A wieczorem pójdę pod hotel i wtedy dokonam na nich zemsty. Obiecuję ci, że popamiętają wszystkie krzywdy, które ci wyrządzili. Czekaj na mnie i nigdzie nie wychodź, niedługo wracam.
   *
   W tak dobrym humorze nie był już od dawna. Wszedł do lasu, tym razem bez lęku, po czym skierował się w stronę miejsca, gdzie zostawił akumulator. Przechodził pomiędzy drzewami, co chwilę zachwycając się pięknem tego lasu.
   Czemu wczoraj biegł? Przecież tu jest tak wiele piękna! Gdyby nie biegł, tylko przeszedł między tymi drzewami na spokojnie, zauważyłby to już wczoraj, nie dopiero dzisiaj!
   Znalazł miejsce, gdzie pod gałęziami znajdował się akumulator i już miał po niego sięgnąć, gdy usłyszał czyjś głos. Od razu padł na ziemię, spojrzał na przeciwległy koniec polany. Zaklął, gdy tylko zauważył Roberta, w towarzystwie Staśka i Moniki.
   - Cieszcie się życiem, póki możecie -syknął. - Obiecuję wam, że długo już ono nie potrwa. Obiecuję, że już niedługo się skończy!
   Ostrożnie odsunął gałęzie i już miał brać akumulator do rąk, gdy postanowił, że powinien jeszcze raz rzucić okiem na hotel. Przecież nie widział wczoraj dokładnie, czy ktoś siedzi na warcie, ani tego, czym zastawili wyrwaną bramę. Wstał ostrożnie, po czym przemknął się między drzewami, kierując się w stronę hotelu. Szedł lasem, gdyż nie chciał, aby ktoś zauważył go na drodze, musiał więc dokładać kilometrów. Gdy już zauważył dach budynku, kucnął, po czym wczołgał się w to samo miejsce, co wczoraj. Wyjrzał zza krzaków, zamarł.
   Co ona tu robi!? Przecież przed chwilą była ze mną w piwnicy! Skąd ona się tu wzięła! Kopa! On ją musiał zabrać! Kurwa! Nie powinienem był jej zostawiać... Muszę ją znowu stąd zabrać... Tylko jak? Będę tu siedział i czekał, aż tamten od niej odejdzie. Wtedy ją zawołam, uciekniemy razem. Tak, nie ma innego wyjścia. to jedyne rozwiązanie.  
   Siedział, czujnym okiem obserwując Kopę i Ewelinę. Nie mógł sobie darować, że zostawił ją samą w piwnicy, przez co znowu trafiła w ich ręce. Klął co chwila, cały gotując się w środku. Tracił już cierpliwość, miał przeskoczyć przez ogrodzenie i rzucić się na Afrykanina, gdy kątem oka zauważył ruch. Spojrzał w tamtym kierunku, to był Robert, który zbliżał się do Eweliny. Kowal poczuł, jak złość się w nim nasila, jednak nie wychodził z kryjówki. Podparł się na łokciach, usiadł na kolana, aby mieć lepszy widok na to, co się dzieje. Widział, jak blondyn podchodzi do Eweliny, a następnie... Obejmuje ja w pasie i przyciąga do siebie, a jej szczęśliwa mina wcale nie sugerowała, jakby była tu przetrzymywana wbrew swej woli.
   - Ty zasrańcu! - syknął, łapiąc pierwszy lepszy kamień i rzucając nim w kierunku Roberta.
   Po fakcie zdał sobie sprawę z tego, że wydał właśnie swoją pozycję. Widział, jak kamień przelatuje tuż przy głowie blondyna, usłyszał, jak tamten woła w jego kierunku. Nie ruszał się, siedział schowany, czuł, jak serce wali mu ze zdenerwowania. Po chwili Robert i Kopa ruszyli w stronę bramy, to była jego szansa. Wycofał się powoli, najpierw tyłem, po czym odwrócił się i rzucił biegiem, w stronę polany. Po drodze zahaczył o kilka gałęzi, czego kosztem było to, że porwał całą kurtkę, nie zwracał jednak na to uwagi, biegł dalej. Wbiegł w pobliże polany, od razu złapał akumulator, po czym rzucił się w stronę wyjścia z lasu. Gdy tylko wybiegł na gruzowisko, padł na kolana, cały zanosząc się płaczem.
   - Zdradziła mnie! - ryknął. - Wybrała jego! Nie daruję! Zabiję!
   Wstał, wziął akumulator pod pachę, ruszył w kierunku piwnicy.
   *
   Gdy tylko wszedł do środka, zauważył, że coś jest nie tak, jej ubrania wisiały na wieszaku. Wszedł do kuchni, lecz jej tam nie było. Przeszukał swój pokój, następnie jej, lecz nadal nie było po niej śladu. Skierował się w stronę ostatnich drzwi, lecz były one zamknięte.
   -E...Ewelina? - spytał, na co odpowiedział mu szloch.
   Cały w nerwach poszedł na korytarz, na których znajdowały się narzędzia. Złapał łom, którym zaczął uderzać w klamkę zamkniętych drzwi.
   - Wydało się! - ryknął. - Widziałem cię w hotelu! W co ty grasz!? Nie ma mowy, w huja mnie nie będziesz robić!
   Gdy klamka odpadła, wziął rozbieg, uderzając bokiem o drzwi. Puściły dopiero za trzecim uderzeniem. Wkroczył do środka, widząc ją, płaczącą, przerażoną, skuloną w roku pokoju Bogdana.
   - Proszę... - wyszeptała przez łzy.
   - Teraz to proszę? A z Robertem miło się tuliło? Było już między wami coś więcej? - Podszedł do niej, złapał ją za włosy, zaciągnął do kuchni. - Dałaś mu już dupy? - spytał, opierając ją o stół, zrywając z niej spodenki. - Przyjemnie było? - Rozpiął rozporek. - Ze mną będzie ci przyjemniej, gwarantuję ci to!
   *
   Gdy skończył, zwyczajnie odszedł, podłączył akumulator do prostownika. Zrobił sobie do jedzenia makaron z sosem słodko-kwaśnym. Widział, jak dziewczyna czołga się w kierunku swojego pokoju, podszedł do niej, złapał ją za rękę, usadowił na krześle.
   - Za chwilę będzie obiad - poinformował ją, mieszając sos w garnku.
   Nałożył sobie i jej, po chwili zaczął jeść.
   - Przepraszam, że krzyczałem, ale zrozum mnie, musisz wybrać. Zresztą, nie masz co wybierać, musisz przestać do niego chodzić. Przecież sama wiesz, że on cię krzywdził. Już, nie płacz, zjedz, póki ciepłe. Wieczorem wychodzę, rozwalę ten jebany hotel, wysadzę go w powietrze. Wiesz, jak? Tą cysterną, co stoi na polanie. Właśnie ładuję akumulator do niej. Podjadę pod hotel na wyłączonych światłach, żeby mnie nie widzieli poleję ją benzyną, podpalę. Jakąś gałęzią zablokuję pedał i kierownicę, poczekam, aż cysterna wjedzie w hotel... i bum! Po Robercie. Po Przemku. Konradzie. Po nich wszystkich. Znałem kiedyś takiego jednego Bogdana, wiesz, co on mówił? Zacytuję ci. Coś się kończy. Bardzo dobrze pasuje to do tego, co planuję. Coś się kończy. Kończy się ich życie, które osobiście im odbiorę.
   *
   Było już w okolicach jedenastej w nocy, gdy doszedł do cysterny. Zapalił latarkę, usadowił akumulator na miejsce, przykręcił go. Wszedł do kabiny, spróbował odpalić. Uśmiechnął się, gdy podczas przekręcania kluczyka cała tablica się zaświeciła. Po chwili uśmiech znikł mu z twarzy, gdy silnik nie chciał odpalić, szybko jednak znalazł przyczynę takiego stanu rzeczy.
   - Niezapięte pasy - wyszeptał, pukając w czerwoną kontrolkę.
   Zapiął pas, przekręcił kluczyk ponownie, silnik odpalił.
   - To teraz się zacznie - syknął, ruszając.
   Wyłączył światła, skierował się w stronę drogi prowadzącej do hotelu. Całe szczęście, że na niebie nie było chmur, a gwiazdy oświetlały drogę na tyle dobrze, że mógł jechać bez obawy, że walnie w drzewo. Całe szczęście, na piętrze hotelu paliło się światło, dzięki czemu wyliczył, gdzie powinien dojechać, aby pozostać niezauważonym do ostatniej chwili. Zatrzymał  cysternę, z kabiny wyjął kilkumetrowy wąż. Otworzył klapkę, wsadził wąż do środka. Drugą końcówkę węża wsadził do ust, wessał powietrze, dopóki nie poczuł paliwa, które zaczął wlewać do dwóch kanistrów, które znalazł w kabinie. Wpierw znalazł gałąź, którą zablokował kierownicę, oraz drugą, która nadawała się do zablokowania pedału, następnie zawartość kanistrów wylał na cysternę. Wyciągnął z kieszeni zapalniczkę, podpalił paliwo. Widział, jak cała cysterna staje w ogniu, nie miał jednak czasu na podziwianie widoku, natychmiast odpalił silnik, zablokował pedał gazu, wyskoczył z jadącego pojazdu na kilkadziesiąt metrów przed bramą hotelu.
   Wstał, patrzył, jak cysterna uderza w wojskowy samochód, który stał w bramie. Widział, jak płonący pocisk wbija się w budynek, jak płomienie przechodzą coraz wyżej na hotel. Widział...
   - Nie... Nie! Nie oddam ci jej!
   Wyciągnął zza pasa czekan, ruszył biegiem w stronę hotelu, gdy tylko zauważył w jednym z okien Roberta, a tuż przy nim Ewelinę.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5433 słów i 30680 znaków.

2 komentarze

 
  • igor

    Emocje

  • Kuri

    @igor Dzięki wielkie :D I dzięki za komentarze :D

  • xptoja

    Poprzedni świetny, a tutaj trochę powtórkowy. A  ja cały czas czekam żeby się dowiedzieć kto przeżył : P

  • Kuri

    @xptoja Spokojnie, wszystkiego się dowiesz xD