Ziemia z popiołów II: Rozdział 06 - Nie jesteś mamą

Ziemia z popiołów II: Rozdział 06 - Nie jesteś mamąLeżała wygodnie na łóżku. Nie mogła zasnąć, ciągle myślała nad tym, co powiedział jej Andrzej. Pozytywnie ją zaskoczył, nigdy nie sądziła, że stać go na takie słowa. A jednak. Podwinęła koszulkę, pogłaskała się po brzuchu. Tam, w środku było nowe życie. Dzieło miłości między nią i Andrzejem. Poczuła, że robi się jej zimno, więc przykryła się szczelniej kołdrą.
   - Julia - wyszeptała, zamykając oczy. - Będziesz Julią. Ja już o tym wiem. Czuję to. Będziesz jego córeczką tatusia.
   Nagle poczuła falę gorąca, która przeszła jej ciało. Już wtedy wiedziała, że stało się coś złego. Sekundę później usłyszała przerażony, urwany krzyk Andrzeja.
   *
   Stał na korytarzu, przed drzwiami, oparty o ścianę. Czekał, aż wyjdą. Nie chciał tam wchodzić, prawdopodobnie bał się tego, co zobaczy. Nagle usłyszał skrzypnięcie, obrócił się. Pierwszy na korytarz wyszedł Stasiek, zaraz za nim Przemek.
   - I jak? - spytał Konrad gdy tylko zamknęli drzwi do pokoju.
   - Nie budzi się - odpowiedział mu staruszek. - Oddycha, ale nic poza tym.
   - Trzeba, to go dobiję - zaproponował Przemek.
   - Ani mi się waż! - syknął Konrad ostrzegawczym tonem.
   - Widziałeś go? - spytał łysy. - Oddycha. I tylko tyle będzie mógł robić, nawet, jak się obudzi. Kręgosłup ma złamany co najmniej w dwóch miejscach, poradzisz coś na to? Huja poradzisz. Nawet, jeżeli przeżyje najbliższe dni i się przebudzi, będzie warzywem do końca życia. Domyślam się, że krótkiego.
   Konrad przygryzł wargę. Doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że Przemek ma stuprocentową rację, nie dopuszczał jednak do siebie myśli, że jego decyzja miałaby zaważyć na życiu Andrzeja.
   - Nikt nikogo nie będzie dobijał - odparł po chwili. - Koniec dyskusji. Jeżeli przeżyje i naprawdę nie będzie mógł się ruszyć, będziemy musieli o niego dbać. Nie ma innej opcji.
   - Jest - zaprzeczył łysy. - Będziesz utrzymywał gościa, któremu nawet dupę będzie trzeba podcierać? Zresztą, rób co chcesz, ja kaczuszki nie będę mu podstawiał.
   Po tych słowach Przemek skierował się w kierunku schodów, znikając z korytarza już po chwili.
   - Ja bym nie był w stanie nikogo dobić - zauważył staruszek.
   - Ani ja. Nie patrz na niego, to inny typ człowieka. A co z nią?
   - Siedzi przy nim, płacze... Nie chce od niego odchodzić. Mam nadzieję, że przeżyje, inaczej Kinga się załamie.
   - Kinga jest w ciąży. Alicja mi powiedziała. Nie może teraz się załamywać, bo podupadnie na zdrowiu. Musi dbać o siebie i o dziecko.
   - Jezu... Znaczy... Cieszę się, że będą mieli dziecko, ale... Nie dość, że Kolizja, to jeszcze to...
   - W razie czego wszyscy zajmiemy się tym dzieckiem. Eh... Nie wiem, czy dziś w nocy ktoś jeszcze zaśnie... Stasiek, mam prośbę do ciebie.
   - Mów, nie ma problemu.
   - Ja za jakiś czas wychodzę, wiesz, idziemy po zapasy. Przemek zostanie, nie pójdzie nigdzie z tą nogą... Przypilnuj go. Wiem, że to trochę głupio brzmi, ale nie jestem w stanie określić, czy... No wiesz.
   - Wiem. Nie sądzę, żeby to zrobił, ale będę miał na niego oko.
   - Dzięki. Na ciebie zawsze można liczyć. Dobra - westchnął Konrad, przecierając oczy. - Idę jeszcze pogadam z Kowalem, jak to dokładnie było. Coś ta jego historia mi się kupy nie trzyma...
   - No już bez przesady - rzucił Stasiek, robiąc wielkie oczy. - Tego by już chyba nie zrobił.
   - Nie wiem... Już nic nie wiem. Idę z nim pogadam, może coś się wyjaśni.
   *
   - Znowu mam się tłumaczyć? - spytał Kowal, przechadzając się po swoim pokoju. - Też jestem w nerwach, widziałem wszystko na własne oczy!
   - Rozumiem - odpowiedział Konrad, siadając na skraju łóżka. - Ale powtórz, jak to było.
   - Wyszedłem na dwór - Kowal stanął w miejscu, skrzyżował ręce. - Nie wiem dokładnie dlaczego... Nie mogłem zasnąć, poczułem, że muszę się przewietrzyć. Przeszedłem się do bramy, Andrzej mnie zawołał. Powiedział, że musi iść się odlać, żebym stanął za niego na warcie. To wszedłem na górę, a jak on schodził, drabina się przewróciła. Tyle. Nic więcej się nie zdarzyło.
   - Jak któryś z nas chce się odlać, to sika z dachu - zauważył Konrad.
   - Co ja poradzę, że mnie zawołał? Może bał się, że ześlizgnie się z dachu? Nie wiem!
   - Dobra. A dlaczego nie dał ci karabinu? Przecież spadł razem z nim.
   - Do jasnej cholery, nie wiem! - syknął Kowal, wymachując rękoma. - Oskarżasz mnie? Powiedz to prosto z mostu! A nie robisz jakieś domysły!
   Konrad popatrzył mu w oczy, które aż iskrzyły się od gniewu. Nie wiedząc, co powiedzieć, podrapał się po głowie, aby zyskać sekundę na zastanowienie.
   - Kowal... Nie wiem, co o tobie myśleć. Gdyby spadł Robert... Byłbym pewien, że to twoja wina. Wszyscy wiedzą, że jesteś zazdrosny, że Ewelina kręci się koło niego.
   - To moja sprawa, nie wszystkich.
   - Dlatego nie będę jej więcej naruszał. Powiem wprost, twoja historia kupy się nie trzyma. Nie mam pojęcia, co tam zaszło, jak do tego doszło, czy to byłeś ty, a jeśli tak, to czemu to zrobiłeś. Mógł to być wypadek, nie twierdzę, że nie. Ale... Nie wiem, naprawdę. Zobaczymy, jak Andrzej się obudzi, wszystko nam powie.
   - Co do niego... Jest szansa, że przeżyje?
   - Czemu pytasz?
   - Przestań, po prostu się o niego martwię.
   - Jest. Ma połamany kręgosłup, więc chodzić nie będzie, ale powinien przeżyć. Przemek mu się przyjrzał, powiedział, że nie widzi nic, co wskazywałoby na to, żeby miał umrzeć w najbliższym czasie.
   Nastała cisza, której żaden z nich nie przerywał przez kilka minut. Kowal stał, patrząc w okno, Konrad natomiast rozglądał się po pokoju, w którym panował mały bałagan. Cisza była niezręczna, ciągnęła się przez zbyt długi czas.
   - To już koniec przesłuchania? - spytał Kowal.
   - Tak - odpowiedział Konrad, wstając i kierując się w stronę drzwi. - Tylko... Nikt cię nie oskarża, z góry ci to zaznaczę, ale... W ramach bezpieczeństwa, nie masz wstępu do pokoju Andrzeja.
   - Myślisz, że pójdę go dobić?
   - Nie wiem, Kowal. Naprawdę nie wiem już, co o tym wszystkim myśleć.
   *
   Siedział w salonie, pijąc herbatę. Po chwili dosiadły się do niego Monika i Ewelina. Rozmawiały o Andrzeju, on jednak nie wsłuchiwał się w rozmowę, był zajęty analizą tego, co się wydarzyło. Instynkt podpowiadał mu, ze za wszystkim stoi Kowal. Tylko czemu miałby to robić? Jaki miał powód w tym, żeby robić coś takiego Andrzejowi? Co by mu to dało?
   - Robert, zbieraj się - usłyszał znajomy, ochrypły głos.
   Obrócił głowę, spojrzał w stronę wejścia do salonu. Stał tam Przemek, który czekał na niego.
   - Co się stało?
   - Zbieraj się. Musimy pogadać.
   - Mów.
   - W cztery oczy. To ważne, więc nie odwalaj cyrków.
   - Ostatnimi czasy, tylko ty odwalasz cyrki. Mów, najlepiej tu, przy świadkach. Żebyś potem nie chodził i nie gadał głupot.
   Przemek postał chwilę, po czym wzruszył jedynie ramionami, dochodząc do wniosku, że to w sumie wszystko jedno, czy ktoś usłyszy to, co ma do powiedzenia.
   - Wiem, dlaczego Kowal go zepchnął.
   W tej chwili w salonie nastała cisza. Robert spojrzał na Ewelinę i Monikę, które patrzyły, zdezorientowane, na Przemka.
   - Już idę - rzucił Robert, po czym wstał z kanapy i skierował się za łysym, na wyższe piętro.
   W ciszy doszli do pokoju Przemka, weszli do środka, po czym zamknęli drzwi. Dopiero w środku Robert zauważył, że w pokoju siedział już Kopa.
   - Mieliśmy rozmawiać w cztery oczy - przypomniał blondyn.
   - Nigdy nie byłem dobry z matematyki - łysy machnął ręką. - Siadaj. Piwa?
   - Nie piję.
   - Kopa? A ty?
   - Może, jedno.
   Przemek otworzył okno, zza którego wyciągnął reklamówkę z brzęczącą zawartością. Wyciągnął z niej dwa piwa, jedno dla siebie, drugie dla Kopy.
   - No więc - łysy usiadł, otworzył butelkę przy pomocy zębów, po czym upił zimnego piwa. - Jak już wiemy, Kowal zepchnął Andrzeja z dachu.
   - Nie mamy pewności, czy go zepchnął - wtrącił się Afrykanin.
   - Ja mam - odpowiedział Przemek. - Gdyby Andrzej chciał lać, lałby z dachu. Zrzucił go, ja już mam co do tego pewność. I chyba wiem, czemu.
   - Coś dużo wiesz - mruknął Robert.
   - Widzisz, lepiej wiedzieć za dużo, niż za mało. Za kilka dni wychodzicie po zapasy, prawda?
   - Tak. A co?
   - Z kim miałeś iść?
   - Z Andrzejem.
   - I?
   Blondyn popatrzył mu w oczy. Szukał w nich podpowiedzi, jak ma odebrać tok rozumowania Przemka, nie znalazł w nich jednak nic, poza wyzutą z emocji pustką. Wzruszył ramionami, wiedząc, że i tak nie domyśli się tego, co tamten.
   - Kowal chce się ciebie pozbyć. Stoisz mu na drodze. Jak najlepiej pozbyć się wrogów? W wypadkach. Nie jestem pewien, o co im poszło, ale Andrzej zostawiłby przy Kowalu karabin, gdyby miał pewność, że ten go nie użyje. Nie zostawił. Zabrał ze sobą. Albo Kowal zaproponował mu coś, na co ten się nie zgodził i szedł nas o tym poinformować, albo rozmawiali i Kowal wygadał za dużo, Andrzej wysunął wnioski, i szedł nas poinformować. Jedno i drugie ogranicza się do stwierdzenia "Andrzej wiedział za dużo". Na jaki temat? Nie mam wątpliwości, że na twój. Widocznie Andrzej dowiedział się, jak Kowal chce się ciebie pozbyć. I dlatego musiał się go pozbyć. Jak? W wypadku. Nadążacie?
   Obaj, Robert i Kopa kiwnęli głowami, Przemek natomiast kontynuował:
   - Sytuacja jest niebezpieczna, bo Kowal chce cię sprzątnąć. Jak widać, za wszelką cenę. Na wypad została was piątka, podzielicie się na dwie grupy. Dopilnuję, żeby z Kowalem poszedł Kopa.
   - Czemu ja?
   - Dam ci broń, żebyś w razie czego, mógł go zabić, gdyby zaszła taka potrzeba. Nie puszczę z nim Roberta, bo ciebie najpewniej nie zaatakuje, Roberta zaatakuje na pewno. Poza tym, Kopa, nie oszukujmy się, ale twoje wyszkolenie na pewno da ci nad nim przewagę.
   - Wyszkolenie? - zaciekawił się Robert.
   - Byłem strażakiem - rzucił Kopa pośpiesznie.
   - Nie leć sobie z nim w huja - poprosił Przemek. - Jako przyszły lider powinieneś wiedzieć. Kopa był w PP, dlatego tak dobrze posługuje się z bronią.
   Zapadła niezręczna cisza, Kopa opuścił głowę, jakby czekając, na to, co teraz się stanie. Robert przypatrzył się w oczy Przemka, jednak coś mu podpowiadało, że łysy nie ma powodu, żeby kłamać. Po chwili spojrzał na Afrykanina, tej jednak unikał jego wzroku.
   - To prawda? - spytał blondyn.
   - Tak - odpowiedział Kopa, zrezygnowanym głosem.
   - W tym oddziale, który... No wiesz?
   - Byłem. Raz. Potem zrezygnowałem, wsadzili mnie za biurko.
   - Czemu zrezygnowałeś?
   Kopa zamknął oczy, wrócił do tamtych wydarzeń. Widział ją, jej twarz, to, że nie stawiała oporu. Czytał jej akt oskarżenia, prosił o wybaczenie. Ona nie wybaczyła. Westchnął, złapał się za głowę.
   - Zrezygnowałem... Bo pamiętam. I zapamiętam na zawsze.
   *
   Przebudziła się. Podniosła głowę z jego klatki piersiowej, spojrzała na jego twarz. Nadal nie otwierał oczu. Przetarła resztki łez, które zostały jej na polikach, pogłaskała go po głowie.
   - Wracaj - szepnęła. - Proszę cię, wróć.
   Usłyszała, jak otwierają się drzwi, spojrzała więc w ich kierunku.
   - Idź się przespać - poprosiła Alicja. - Zostanę z nim, przypilnuję go.
   - Nie. Mogę spać tu.
   - To chociaż zjedz coś. Albo napij się.
   - Nie trzeba. Zostanę z nim.
   - Kinga...
   - Nie trzeba! Zostanę z nim!
   Alicja popatrzyła chwilę na Kingę, po czym kiwnęła głową.
   - Przyjdę za jakiś czas.
   *
   - I tak to było - dokończył Kopa. - Dlatego unikamy się jak tylko możemy.
   Robert i Przemek milczeli, trawiąc to, co usłyszeli.
   - To się nazywa pech - pierwszy skomentował łysy. - PP zamknęło tylu ludzi, a ty trafiłeś akurat na babkę, którą to właśnie ty zamykałeś... Cóż, tak już bywa.
   - Co ona musi czuć? - spytał Robert. - Zniszczyłeś jej całe życie.
   - Gdybym nie ja ją zamknął, zrobiłby to ktoś inny.
   - Ale ona zapamiętała twoją twarz - Przemek zaznaczył rzecz oczywistą. - Dla niej jesteś symbolem całego nieszczęścia, jakie ją spotkało. Nic nie poradzisz, to taki mądry człowiek nazwał kiedyś odruchem bezwarunkowym. Gdy tylko cię zobaczy, od razy skojarzy sobie ciebie z bólem i cierpieniem, jakie tam przeżyła. Dlatego tak cię nienawidzi. Wrócę jeszcze do pewnej kwestii, nie wiem kiedy dokładnie, ale niedługo wychodzicie. Dobrze by było być w kontakcie. Mam tu - Przemek sięgnął pod łóżko - krótkofalówki. Wprost z magazynów PP, porządny sprzęt. Dostaniecie po jednej, na wszelki wypadek. Będziecie w kontakcie ze sobą i przy okazji ze mną.
   - Co nam da kontakt? - spytał Robert. - Może i będziemy mogli wezwać pomoc, ale czy ta pomoc zdąży na czas?
   - A jak Andrzej się jednak przebudzi? - spytał łysy. - I powie nam coś interesującego? Lepiej być w kontakcie, wymiana informacji często się przydaje.
   *
   Konrad wyszedł z pokoju, natrafiając na korytarzu na Pati, która siedziała pod jego drzwiami. Ukucnął przy niej, pogłaskał ją po głowie.
   - Idź spać - powiedział. - Jest środek nocy. Wszyscy zaraz idziemy spać.
   - A mogę posiedzieć z tatą?
   - Nie teraz, dobrze? Idę teraz poszukać Alicji, nie mam czasu. Jutro posiedzimy i pogadamy, dobra? Pasuje ci taki układ?
   Dziewczynka nie odpowiedziała, schowała głowę między kolana.
   - Ej, nie zasypiaj tu - powiedział Konrad, biorąc ją na ręce.
   Zaniósł Pati do jej pokoju, położył na łóżku, przykrył kołdrą. Postał chwilę przy niej, głaszcząc ją po główce, po czym ruszył w kierunku drzwi.
   - Jutro pogadamy - obiecał, wychodząc.
   *
   Trafił na nią, gdy schodził ze schodów. Okazało się, że ona wracała na górę, gdyż chciała położyć się już spać.
   - Byłam u niej. Nie ruszy się od niego.
   - To dość logiczne. Dobrze, że przy nim jest...
   - Mogłaby trochę odpocząć. Jest w ciąży.
   - Na siłę jej nie zabierzemy. Niech się wypłacze, sama pójdzie odpocząć. Dajmy jej po prostu trochę czasu, dobrze?
   - Nie mamy wyjścia, jest przecież dorosła, będzie chciała, to przesiedzi przy nim ile będzie jej się podobało. Nikt jej stamtąd na siłę nie weźmie.
   - Właśnie. Nie jesteś jej mamą, żeby na siłę ją od niego brać. Choć, wracamy do siebie.
   Ruszyli na górę, weszli na korytarz. Przechodzili właśnie przy pokoju Przemka, gdy drzwi do pokoju 1408 uchyliły się.
   - Przyjdź na chwilę - poprosił łysy. - Sam, bez panienki.
   *
   Barczysty wszedł do środka, zamknął za sobą drzwi. Nie czekając na zaproszenie, usiadł na krześle, które stało nieopodal.
   - Piwka? - zaproponował łysy.
   - Nie. Po co chciałeś się widzieć?
   - Byli u mnie Robert i Kopa. Słuchaj, jest sprawa. Idziecie po zapasy w piątkę.
   - Tak, ja, Monika, Kowal, Robert i Kopa.
   - Będziecie się rozdzielać.
   - Tak. Na dwie grupy.
   - Do Kowala daj Kopę. Niech pójdą we dwóch.
   - Dlaczego?  
   - Dobrze wiesz, że Kopa ma przeszkolenie, da sobie z nim radę w razie czego. Poza tym, Kopy nie zaatakuje. Tak, czy inaczej, nie wysyłaj z nim Roberta, bo wróci tylko jeden z nich. Gdybym miał pewność, że wróci Robert, to jeszcze mniejsza z tym, ale tej pewności nie mam. Niech pójdzie z nim Kopa, tak będzie najbezpieczniej dla każdego.
   - No... Dobra. To, co mówisz jest na tyle logiczne, że się zgodzę.
   - Cieszę się, że się rozumiemy. Druga sprawa. Wiem, masz już tego dość. Ja też, ale co poradzić, czasem trzeba się przemęczyć. Przyda ci się urlop od rządzenia.
   Konrad się nie poruszył, siedział, patrząc na Przemka.
   - Już uzasadniam. Nie nadajesz się. Tyle w temacie.
   - To ty, czy Robert? - spytał Konrad.
   - Ja. Co ci będę kłamał? Co prawda nie zamierzam ci tłumaczyć wszystkiego dokładnie, natłumaczyłem się już kilku osobom i nie chce mi się tego powtarzać, ale to moja sprawka. Ty zrezygnujesz, a Robert przejmie stery.
   - Dobra - odpowiedział Konrad, nie zastanawiając się ani chwili.
   - Tak po prostu? - spytał Przemek, widocznie zaskoczony.
   - Tak po prostu. Mam dość. Wszystko spoczywa na moich barkach. Jeszcze teraz, ten Andrzej... Chcę odpocząć. Tym bardziej teraz, kiedy jestem z Alicją. Władza męczy. Robert się o tym przekona. Wypala człowieka od środka. Trawi go, pozostawiając sam popiół.
   - To dobrze - odpowiedział mu łysy. - Popiół użyźnia.
   *
   Wszedł do pokoju, od razu kładąc się do łóżka. Oparła głowę o jego ramię, wtuliła się.
   - Co chciał? - spytała.
   - Jak wrócimy, oddam władzę Robertowi - rzucił, zwyczajnie.
   Alicja zerwała się, wytrzeszczyła oczy. Nie mogła uwierzyć w to, co usłyszała.
   - Co? - spytała, niezdolna do powiedzenia czegokolwiek więcej.
   - Ustaliłem to z Przemkiem. Robert nie jest w to zamieszany. Oddam mu władzę. Będę miał czas, żeby poświęcić się dla ciebie. Jak już wrócimy z tej wyprawy, będę miał tyle czasu wolnego, ile dusza zapragnie. A oni niech się o wszystko martwią. Dadzą sobie radę.
   - Niedawno jeszcze krzyczałeś, że nie oddasz władzy za nic, a teraz...
   - Wytrzeźwiałem. I przemyślałem wszystko. To nie ma sensu. Męczę się. Niech teraz oni się męczą. Zobaczą, jak to jest. Jeszcze będą chcieli się pozbyć tej władzy.
   - Nie poznaję cię - westchnęła Alicja, wtulając się w niego ponownie. - Mam nadzieję, że wiesz co robisz, bo tego już potem nie cofniesz.
   - Doskonale wiem, co robię - zapewnił Konrad. - Pytanie, czy oni wiedzą, na co się piszą.
   *
   Odczekał do świtu. Świt to pora, kiedy wszyscy jeszcze dobrze spali. Wyślizgnął się z pokoju, spojrzał na drzwi pokoju w którym leżał Andrzej. Nie, nie mógł. Nie teraz, podejrzenia od razu padłyby na niego. Korciło go, żeby tam wejść i go udusić, wiedział jednak, jakie ryzyko to za sobą ciągnie. A na takie ryzyko nie mógł sobie pozwolić. Zszedł po schodach na dół, starając się być jak najciszej. Podszedł do starej kanciapy na miotły, którą zamienili w zbrojownię. Otworzył drzwi ostrożnie, wślizgnął się do środka. Wyciągnął z kieszeni latarkę, włączył ją. Zaczął przeglądać broń, zastanawiając się, co też będzie mógł nosić przy sobie niezauważenie. Chciał sięgnąć po jeden z pistoletów, jednak zauważył, żeby były one ułożone, a do tego było ich tylko pięć. Łatwe do zapamiętania, będą mogli zauważyć, że wziął jeden z nich. Zaczął oświetlać resztę pomieszczenia, natrafiając na pudło pełne granatów. Granaty były po prostu wrzucone, nikt ich na pewno nie liczył, więc mógł je brać. Wziął jeden z nich de ręki, obrócił go w dłoni. Niewiele czekając, wsadził go do kieszeni spodni, po czym wyszedł z kanciapy i jak najszybciej wrócił do swojego pokoju.
   *
   Do śniadania usiedli niemal wszyscy. Brakowało tylko Andrzeja i Kingi, oraz Roberta, który miał wartę. W ciszy nałożyli sobie porcje, po czym zaczęli jeść.
   - Jutro wychodzimy po zapasy - Konrad przerwał ciszę. - Ja, Monika, Robert, Kopa i Kowal. Możliwe, że nie wrócimy tego samego dnia.
   - Będziecie nocować na zewnątrz? - spytała Alicja, po czym spojrzała na Pati. - Pati, nie mlaskaj, dobrze? To nie ładnie.
   - Tak. Jak zajdzie potrzeba. Będziemy musieli daleko się zapuścić, nie wiem, czy w okolicy cokolwiek znajdziemy.
   - W ogóle cokolwiek teraz znajdziecie? Nie za późno? - spytał Przemek.
   - Znajdziemy - zapewnił Konrad. - Na pewno. Ale, powtarzam, możemy nie wrócić tego samego dnia. Być może będziemy musieli nocować na zewnątrz, więc będziecie musieli sobie tu jakoś radzić. Stasiek, ty z Przemkiem będziecie musieli zamieniać się na warcie.
   - Dam radę wejść po drabinie - oświadczył staruszek, poklepując się po nodze.
   - Pati, prosiłam cię, żebyś nie mlaskała - przypomniała Alicja. - I zetrzyj sobie ten makaron z brody, uświniłaś się cała.
   - Będziemy się rozdzielać? - spytał Kopa.
   - Tak. Ja z Moniką i Robertem będziemy w jednej grupie, a ty i Kowal w drugiej. Tak postanowiłem. Zbadamy w ten sposób większy teren. Nie będziemy ustalać żadnego punktu zbiórki, po prostu grupa, która nazbiera pełne plecaki, wróci do hotelu. Uważajcie, żeby nikt za wami nie szedł, żeby nikt nie dowiedział się, gdzie jest hotel. Jasne?
   Znów nastała cisza, gdyż nikt nie miał nic do powiedzenia. Kończyli już posiłek, gdy Alicja wzięła do ręki chusteczkę, aby wytrzeć Pati brodę, na której spoczywał kawałek makaronu. Dziewczynka jednak zerwała się, uderzyła ją w dłoń, złapała talerz, którym rzuciła przed siebie, wprost na ścianę.
   - Nie dotykaj mnie! - krzyknęła, zalewając się łzami.
   - Pati! - krzyknął Konrad, zrywając się z krzesła.
   - Nie dotykaj mnie! - powtórzyła dziewczynka, kierując słowa w stronę Alicji. - Co ty robisz!? Zabrałaś mi tatę! Mi i mamie! Ty nie jesteś mamą! Nie jesteś i nie będziesz! Nigdy nie będziesz jak mama!
   Pati obróciła się na pięcie i ruszyła pędem w stronę schodów, Konrad natomiast, niewiele czekając, ruszył za nią.
   *
   Wpadła do pokoju i zamknęła drzwi. Nie zdążyła ich zablokować, gdy Konrad wpadł do środka. Od razu ukucnął przy niej, przytulił ją. Wszystko w niej puściło, czuła, jak mięśnie jej wiotczeją, zaniosła się płaczem, wtulając się w ojca. Po długim czasie, gdy zaczęła się uspokajać, Konrad spytał:
   - Dlaczego nic nie mówiłaś? Mogłaś cokolwiek powiedzieć.
   - No bo mama... Ja jej nie chcę! Nie chcę Alicji! Ona nie jest mamą!
   Pogłaskał ją po głowie, przytulając mocniej.
   - Eh, Pati... Przepraszam. Za bardzo cię odsunąłem. Już nigdy tak nie zrobię, obiecuję. Już nigdy cię nie odsunę. Obiecuję. Już nigdy.
   - A co z Alicją? - spytała.
   - Ja... Pati... Nie mam pojęcia, jak ci to powiedzieć. Kocham Alicję.
   - Kochasz mamę! Słyszałam, jak mówiłeś mamie, że ją kochasz! Nie możesz kochać Alicji!
   - Przecież mamę też kocham. Zawsze. I nigdy nie przestanę. Obiecuję.
   - Ale mówisz, że kochasz Alicję!
   - Alicję też kocham. Posłuchaj mnie teraz uważnie. Słyszysz? Wiesz, że mamy już z nami nie ma. Ale to, że jej nie ma, nie oznacza, że jej nie kocham. Po prostu teraz, tu jest Alicja. Ją też kocham. Rozumiesz?
   - Kłamiesz... Jak kochasz mamę, to Alicji już nie możesz kochać.
   - Twój tata mnie nie kocha - usłyszeli głos Alicji.
   Kobieta stała w drzwiach, patrzyła się na Konrada i Pati. Po oczach było widać, że dopiero co przestała płakać.
   - Kocha tylko twoją mamę, mnie nie kocha. Zamieszkasz w pokoju z tatą, dobrze? Ja się przeprowadzę do tego. Może być?
   Dziewczynka postała chwilę, po czym kiwnęła głową.
   - Poczekaj - poprosił Konrad, po czym wstał.
   Złapał Alicję za rękę, wyprowadzając dalej, w głąb korytarza.
   - Nie musisz tego robić. Wytłumaczę jej to jakoś.
   - Nie tłumacz - poprosiła. - Dajmy jej czas. Przecież... To było tak szybko. Sama nie zdążyłam się z tym oswoić. Dajmy jej czas, żeby się do tego przyzwyczaiła. Niech pomieszka trochę z tobą. Ja pójdę na ten czas do jej pokoju. A potem, z czasem się zobaczy. Może sama będzie chciała wracać do siebie?
   - Alicja... - Konrad złapał ją delikatnie za podbródek, drugą ręką przecierając łzę, która zapodziała się na jej twarzy. - Jesteś pewna, że tego chcesz?
   - Teraz najważniejsza jest twoja córka. Za bardzo ją odsunęliśmy. Przez cały ten czas była w cieniu. Widocznie nie mogła dłużej wytrzymać.
   - Dziękuję ci - mruknął po chwili, gdy zastanowił się nad całą sytuacją. - Dziękuję ci. Że tak o nią dbasz. Naprawdę, dziękuję ci.
   - Nie ma za co - kobieta uśmiechnęła się. - Może kiedyś powie do mnie "mamo"? Może kiedyś zostanie moją córką, a ja zostanę jej mamą. Mam taką nadzieję.
   *
   Przemek był jedynym, który nie zwrócił uwagi na całą zaistniałą sytuację i najzwyczajniej w świecie kontynuował posiłek. Reszta czekała, aż Konrad i Alicja wrócili do stołu.
   - Gdzie Pati? - spytał Stasiek.
   - Na górze. Nie chciała przyjść. Przepraszam za całą sytuację.
   - Pójdę do niej - zaofiarował się staruszek.
   - Nie wiem, czy to coś da...
   - Zobaczymy. Spróbuję z nią pogadać.
   - Dzięki, Stasiek.
   Po chwili staruszek wziął do ręki kubek herbaty i ruszył na górę, pozostawiając resztę.
   - Nie powiedziałeś, gdzie idziecie dokładnie - przypomniał Przemek, gdy już najadł się do syta.
   - A, tak. Pójdziemy obrzeżami. Nie idziemy do centrum, samymi obrzeżami. Jak nic nie znajdziemy, to idziemy dalej, będziemy chodzić od miasta do miasta, aż coś znajdziemy. Pamiętajcie, nie zapuszczamy się do centrum. Nie dość, że połamiemy nogi o gruzy, bo tam przecież budynek na budynku, to i tak tam już na pewno nic nie ma.
   - Wyruszamy z samego rana? - spytał Kopa.
   - Tak. Ze świtem, nie będziemy tracić czasu, tym bardziej, że daleka droga przed nami.
   - To wypada już się spakować - poradził Przemek. - Popakować wszystko, co niezbędne do ewentualnej obrony przed nieoczekiwanymi agresorami - to mówiąc, kiwnął głową, patrząc na Kopę.
   *
   - Mogę wejść? - spytał Stasiek, pukając do drzwi.
   - Po co? - spytała Pati.
   - Nie mogę po prostu z tobą porozmawiać?
   Stasiek postał chwilę, ciekaw, czy Pati pozwoli wejść mu do pokoju. Nie czekał długo, dziewczynka sama otworzyła mu drzwi.
   - Dziękuję - powiedział staruszek, wchodząc do środka. - Co robisz? Pakujesz się?
   - Tak. Alicja tu przyjdzie, a ja zamieszkam z tatą.
   - Aha. Nie chcesz mieć własnego pokoju?
   - Chcę! Ale... chcę mieszkać z tatą.
   - Nie lubisz Alicji?
   Dziewczynka usiadła na podłodze, zaczęła głaskać Hyugiego, który spał, rozwalony na dywanie.
   - Lubię - odpowiedziała. - Ale... Jak tata zadaje się z Alicją, to nie zwraca na mnie uwagi. Nie chcę tak. To mój tata. Alicja mi go zabiera.
   - No tak, nikt nie chce, żeby ktoś zabrał mu tatę.
   - A Alicja mi zabiera. I jeszcze przez nią tata zapomina o mamie!
   - Dlaczego myślisz, że zapomina? Pamięta, na pewno!
   - Nie pamięta! Gdyby pamiętał, to nie mówiłby, że kocha Alicję!
   - Eh, posłuchaj mnie teraz uważnie. Bardzo uważnie. Wiesz, że jesteś jeszcze dzieckiem? A my jesteśmy dorośli? Więc wiesz, że dziecko nie zrozumie dorosłych. Tak już jest. Kiedyś, jak dorośniesz... Wtedy to zrozumiesz. Ale teraz nie da rady. Myślisz zupełnie inaczej niż dorośli, nie uda ci się zrozumieć dorosłego człowieka. Pojęłaś?
   Powoli, nieśmiało, ale jednak kiwnęła głową.
   - Skoro tak ustaliliście, to zamieszkasz teraz z tatą. Ale twój tata i Alicja nadal będą się lubili. Bardzo. I kiedyś znowu zamieszkają razem. Kiedyś to zrozumiesz.
   - Nie zamieszkają - zaprzeczyła dziewczynka. - Bo Alicja nie jest moją mamą.
   *
   - Idź coś zjedz - rzuciła Monika na wejściu.
   - Nie, dzięki - odpowiedziała jej Kinga, trzymając męża za rękę.
   - Ja nie będę pieściła się jak Alicja. Idź coś zjedz, dopiero wróć i siedź przy nim dalej.
   - Nie jestem głodna - odpowiedziała kobieta stanowczym tonem.
   - A to dziwne, bo mi się zdaje, że słyszę, jak burczy ci w brzuchu. Kinga, będę go pilnować, nic mu się nie stanie. Zaufaj mi. Jak zacznie się przebudzać, to cię zawołam. Obiecuję. Idź tylko coś zjedz, to będzie dziesięć minut i wrócisz do niego.
   - Ty nie rozumiesz... Chcę tu być, przy nim, jak się obudzi. Muszę. Chcę być pierwszą osobą, którą zauważy, jak się już przebudzi.
   Jeżeli, poprawiła ją w myślach Monika, po czym westchnęła.
   - Dobra. To przyniosę ci coś do jedzenia. Co chcesz?
   - Cokolwiek.
   Monika podeszła, ukucnęła przy Kindze, objęła ją i przytuliła. Poczuła wilgoć łez kobiety.
   - Będzie dobrze. Musi być. Już, nie płacz. Ile ty już w nocy wypłakałaś łez? Andrzej by tego nie chciał. Nie chciałby, żebyś tak cierpiała.
   - Wiem...
   - Więc nie płacz. Siedź przy nim, pilnuj go, ale nie płacz. Nie obwiniaj się.
   - Ale to ja... Mogłam go zatrzymać, nie puszczać na tą wartę...
   - Nie miałaś na to wpływu. Nie zadręczaj się. I nie płacz już. Słyszysz? Czekaj chwilę, zaraz coś ci do jedzenia przyniosę. Tylko przestań już płakać. Za dużo już tych łez wylałaś. Stanowczo za dużo.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5244 słów i 28362 znaków.

1 komentarz

 
  • Gabi14

    Dziecko nie może wchodzić tak na głowę dorosłym ???? nie mówię również że Alicja z Konradem postąpili OK ale... no Du verstehst

  • Kuri

    @Gabi14 Pamiętaj, że Pati to oczko w głowie Konrada ;)

  • Gabi14

    @Kuri i co z tego??? Bezstresowe wychowanie dziecka jest złe

  • Kuri

    @Gabi14 Powiedz to Konradowi :) Przemek inaczej by ją wychował :P

  • Gabi14

    @Kuri tyyy.... GENIALNE!