Ziemia z popiołów II: Rozdział 05 – Córeczka tatusia

Ziemia z popiołów II: Rozdział 05 – Córeczka tatusiaNa łąkach kaczeńce,
    a na niebie wiatr,
     a my na wojence
      oglądamy świat.
   *
   Zaspany, wszedł do kuchni. Ranek był na tyle wczesny, że wszyscy, poza nim, jeszcze spali. Wstawił wodę do zagotowania, odczekał, aż zaczęła bulgotać, po czym zalał kubek z herbatą. Z parującym napojem wszedł do salonu i rozsuwając poduszki usiadł na kanapie. Sięgał właśnie po tomik "Iliady", gdy dostrzegł ją, leżącą na drugiej sofie. Czemu śpi tutaj, a nie u siebie w pokoju? Upił odrobinę parującego płynu, odstawił kubek na szafeczkę, która znajdowała się w zasięgu jego ręki, zatopił się w lekturze. Wcześniej, przed Kolizją, mało czytał. Książki nie ciągnęły go do siebie za bardzo, miał o wiele ciekawsze rzeczy do robienia. Tak po prawdzie, za czytanie wziął się dopiero po tym, jak wrócili z Czarnej Strefy. Po prostu podszedł do szafki z książkami, wyciągnął pierwszą lekturę z brzegu i zaczął czytać. Padło na Iliadę. Lektura była ciężka, napisana archaicznym językiem. Tak po prawdzie, nie rozumiał niektórych słów, czy sformułowań, żałował, że nie trafił na tom z opracowaniem. Czytał i pił herbatę, gdy usłyszał, jak zaczęła się wiercić na kanapie. Spojrzał w jej kierunku. Nie spała już, przeciągała się, rozprostowując kończyny.
   - Dzień dobry - powiedział, postanawiając powiadomić ją o swojej obecności.
   Dopiero teraz go dostrzegła, przykryła się dokładniej kołdrą, gdyż, z tego, co zauważył, spała bez koszulki, ubrana tylko w stanik.
   - Cześć - rzuciła.
   - Ciotka wyrzuciła cię z pokoju? - spytał.
   - Nie. Sama poszłam, bo zaczęła strasznie chrapać. Do tej pory nie chrapała, to pewnie przez wódkę. Mógłbyś... wyjść? Żebym mogła się ubrać.
   - Nie ma sprawy. Zrobić ci coś? Kawy? Herbaty?
   - Nie, dzięki.
   Wstał, złapał za swój kubek, po czym ruszył w kierunku drzwi. Wychodząc usłyszał jeszcze:
   - Albo, jak możesz, to zrób mi herbaty.
   *
   Na łąki wrócimy,
    tylko załatwimy
     parę ważnych spraw.
   *
   Czekał, aż zagotuje się woda, gdy do kuchni wszedł Stasiek, nadal utykając. Wyglądał względnie dobrze, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że poprzedniego dnia sporo wypił. Od razu złapał za butelkę z napojem gazowanym i zaczął łapczywie pić, aż nie opróżnił jej całkowicie.
   - Masz farta, że tego nie przeżywasz - powiedział, siadając na krześle. - I tak mam mocną głowę, Konrad i Andrzej na sto procent czują się dużo gorzej. A ja czuję się, jakby mnie walec drogowy przejechał. Przejechał cię kiedyś walec?
   - Nie wyglądasz tak źle - skłamał Robert. - Herbaty?
   - Może być. Dziś będę dużo pił. Znaczy, nie chodzi mi o wódkę, muszę... boże, muszę wytrzeźwieć. Idę do salonu, położę się i będę leżał do jutra.
   - Nie wchodź na razie, Ewelina się ubiera.
   Stasiek spojrzał na drzwi, po czym na Roberta. Wyszczerzył zęby i mrugnął porozumiewawczo.
   - Mogło to zabrzmieć dwuznacznie - przyznał blondyn, gdy tylko uświadomił sobie jak Stasiek mógł odebrać jego słowa. - Ale nie. Przeniosła się do salonu, bo Monika chrapała w nocy. Obudziła się i teraz się ubiera.
   - Ach, a już myślałem. Ale może za dużo myślę w tym stanie?
   - Najwidoczniej. Kto w końcu stanął na warcie? Bo Andrzej miał zastąpić Kowala, ale chyba nie był za bardzo w stanie...
   - Kopa poszedł. Ustalił to z Przemkiem.
   Po tych słowach nastała niezręczna cisza. Robert domyślał się, co będzie tematem głównym dzisiejszego życia w hotelu, postanowił więc wszystko od razu nastawić, nim plotki zrobią swoje.
   - Słuchaj, Stasiek. Jeśli chodzi o wczoraj...
   - Nic mi nie mów. Wierzę, że nie zrobisz nic niewłaściwego. Zagranie Przemka?
   - Tak. Chce doprowadzić do sytuacji, żebym zajął miejsce Konrada.
   - Kiedyś pytał mnie, jak cię oceniam. Już wtedy musiał zacząć coś planować...
   - Teraz to już przechodzi wszelkie granice. Konrad nie był aż tak pijany, będzie pamiętał, co powiedział Przemek. I jeszcze, żeby tego było mało, wrobił mnie we wszystko.
   - Przecież nikt mu nie uwierzy...
   - Konrad wyglądał wczoraj, jakby mu uwierzył.
   - Jak wytrzeźwieje, przemyśli wszystko po trzeźwemu, to zmieni zdanie. Pogadam z nim.  
   - Dzięki. Na kogo, jak na kogo, ale na ciebie, Stasiek, zawsze można liczyć.
   *
   Może nie ci sami,
    wrócimy do mamy
     ze szkolnych ław.
   *
   - Wstawaj, leniuszku - szepnęła mu do ucha.
   W odpowiedzi usłyszała chrząknięcie, oznaczające zapewne odpowiedź negatywną, po czym zobaczyła, jak Andrzej otula się szczelniej kołdrą.
   - Cały dzień zamierzasz przeleżeć w łóżku?
   - Nie wstaję stąd nigdzie - wymamrotał. - Nie chcę jeść. Chcę spać. Po co wstawać rano?
   - Jak ktoś ma obowiązki musi rano wstać.
   - Obowiązki?
   - Tak, obowiązki. Robimy dziś pranie, żebyś nie musiał chodzić w brudnych ubraniach. Potem gotujemy obiad, żebyś nie musiał chodzić głodny.
   - Pozwól, że w tym czasie jeszcze trochę poleżę...
   Kinga uśmiechnęła się pod nosem. Wszystko wracało do normy, jakkolwiek by to nie brzmiało. Dzisiejszy ranek wyglądał identycznie z tymi, jakie spędzali przed Kolizją. Ona wstawała, robiła szybkie porządki w domu, po czym szła do pracy. On leżał do południa, po czym zastanawiał się, co zrobić dalej. Nie jeden raz już denerwowała ją ta sytuacja, nieraz zamierzała wszystko rzucić, jednak teraz, z perspektywy czasu, doszła do wniosku, że inaczej nie potrafiłaby żyć. Naciągnęła sweter, otworzyła drzwi. Wychodziła z pokoju, gdy usłyszała senny głos Andrzeja:
   - To wczoraj... To nie był sen?
   - Nie. Nie był.
   - Będę ojcem...
   - W sumie... to już jesteś.
   - Romeo, albo Julia.
   - Co?
   - Jak to będzie chłopczyk, nazwiemy go Romeo, a jak dziewczynka, Julia.
   - Ale się w tobie poeta obudził - rzuciła Kinga, przekręcając oczyma.
   *
   Deszcze niespokojne
    potargały sad,
     a my na tej wojnie
      ładnych parę lat.
   *
   Ostatnią osobą, której się spodziewał, była Pati, a to właśnie ona wdrapywała się na drabinę. Dzielnie walczyła z grawitacją, wdrapując się na sam dach.
   - Nie powinnaś wchodzić na dach - zauważył Kopa.
   - Dzień dobry - przywitała się, siadając obok mężczyzny.
   - Dzień dobry. Konrad wie, że tu przyszłaś?
   Dziewczynka spojrzała w drugą stronę, najwidoczniej nie zamierzała odpowiadać.
   - Czyli nie wie?
   - Tatę już nie obchodzi, gdzie chodzę. Patrzy tylko na Alicję.
   - Co ty wygadujesz? Oczywiście, że go to obchodzi.
   - Nie prawda. Gdyby go to obchodziło, szukałby mnie teraz i nie pozwoliłby mi wejść na dach, bo bałby się, że spadnę.
   - A wiesz, co by powiedział, gdyby zauważył, że tu siedzisz? To mi by się dostało, nie tobie. Złaź szybko z tego dachu, bo naprawdę spadniesz.
   Dziewczynka już miała zamiar zrobić obrażoną minę, gdy nagle rozpromieniła się i wskazała palcem na coś, co ruszało się między drzewami.
   - Sarna! - krzyknęła uradowana.
   Spojrzał w kierunku, który wskazywała. Rzeczywiście, między drzewami przechadzała się średniej wielkości sarna, która grzebała w śniegu.
   - Zabijesz ją?
   - Nie - odpowiedział Afrykanin. - Przyda nam się jedzenie, ale nie będę strzelał, bo rozejdzie się echo i ludzie się do nas zejdą.
   - Tacy, jak wtedy? Będą do nas strzelać?
   - Innych już nie ma na świecie.
   Patrzyli w ciszy, jak sarna oddala się od nich i znika między drzewami. Kopa żałował, że w karabinie, który trzyma, nie ma tłumika, gdyż mieliby już pokaźny zapas mięsa. Musieli obejść się smakiem i liczyć na to, że za kilka dni, gdy pójdą po zapasy, uda im się znaleźć ich wystarczająco, aby wyżywić wszystkich w hotelu przez najbliższy czas.
   - Tata chce pójść po jedzenie... Pan też pójdzie?
   - Pewnie tak. Ktoś będzie musiał iść.
   - Będzie pan bronił mojego taty? Przed tymi, którzy strzelają?
   - Oczywiście, że będę. Będziemy się bronić nawzajem. Tylko tak uda nam się wszystkim wrócić.
   - To dobrze. Gdyby pan nie bronił mojego taty, to też musiałabym pójść.
   - Gdzie? Z nami, po zapasy? Twój tata by cię w życiu nie puścił, za bardzo się o ciebie martwi.
   - Tata już się o mnie nie martwi. Tylko o Alicję.
   Kopa westchnął, nie wiedział, jak to jej wytłumaczyć.
   - Posłuchaj. Tak to już jest. Twój tata spotkał Alicję, zakochali się w sobie.
   - Tata nie może kochać Alicji. No bo tata zawsze mówił mamie, że to ją kocha. Teraz to samo mówi Alicji. Czyli tata oszukiwał mamę? Nie kocha jej?
   - Oczywiście, że nadal ją kocha. Ale... Ciężko ci to wytłumaczyć, bo jesteś dzieckiem... Nadal kocha twoją mamę, ale teraz, gdy spotkał Alicję, to ją też kocha. Rozumiesz?
   Dziewczynka zamyśliła się chwilę, po czym pokręciła przecząco głową.
   - Więc inaczej ci tego nie wytłumaczę - Kopa wzruszył ramionami. - Po prostu pamiętaj, że zawsze będziesz dla niego najważniejsza. Zawsze będziesz jego... Jak to się mówi? Córeczką tatusia.
   *
   Do domu wrócimy,
    w piecu napalimy,
     nakarmimy psa.
   *
   Usłyszał trzy puknięcia do drzwi. Robert pukał dwa razy, więc kto inny postanowił go odwiedzić? Wstał, otworzył drzwi. Westchnął.
   - Po odejściu od kasy reklamacji nie przyjmuje się - rzucił.
   - Ja w sprawie Roberta - usłyszał w odpowiedzi.
   Otworzył drzwi szerzej, poczekał, aż Stasiek wejdzie do jego pokoju. Usiadł na łóżku, staruszkowi podstawiając krzesło.
   - Jeżeli przyszedłeś do mnie po coś innego, niż z reklamacją gitary, to naprawdę mnie zaintrygowałeś. Czego chcesz?
   Stasiek zaplótł dłonie, nachylił się lekko, spojrzał Przemkowi prosto w oczy.
   - Dlaczego to robisz? Mieszasz go w coś takiego?
   - Co, wysłał cię, żebyś przemówił mi do rozumu? Jak tak, to już możesz wyjść.
   - Nikt mnie nie wysłał. Naprawdę jestem tego ciekaw. Tak bez niczego byś tego nie zrobił. Więc? O co chodzi?
   - A gadałeś z Robertem?
   - Tak.
   - Powiedział ci?
   - Wtedy nie przychodziłbym do ciebie.
   - Patrz, jak pozory mogą mylić, jakąś namiastkę inteligencji w sobie jednak masz. Chcesz wiedzieć? To ci powiem, co stracę? No więc, na początku mieliśmy Maćka. Debil jakich mało, ale potrafił słuchać. A jak mu odpowiednio nagadać, to w sumie tylko słuchał, myśleniem się nie trudnił. Ale, jak wiemy, powiesił się. Teraz mamy Konrada. Z początku myślałem, że nieważne, czy Konrad zastąpi Maćka, czy Robert, obaj przecież nie słuchaliby mnie, bo ani mnie nie znali, ani mi nie ufali. I wtedy się dowiedziałem, że Robert wyruszył sam z Eweliną w nieznany, niebezpieczny świat. Lepszej sytuacji nie mogłem sobie wymarzyć! Wystarczyło, że im pomogę, może uratuję im życie, a będą mieli u mnie dług wdzięczności, Robert mi zaufa, jako człowiekowi, który przecież ocalił mu życie. Ocaliłem. Zabiłem typka, który chciał przelecieć Ewelinę i zabić Roberta, gdy ci już doprowadzą go do hotelu. Potem pomogłem im, narażając własne życie, żeby wyswobodzić Monikę. Pamiątki z tamtych wydarzeń nie mam, przeleciała mi na wylot przez udo. Do jasnej cholery, myślę sobie, za coś takiego należy mi się nagroda! Robert przejmie władze, obali Konrada, a mnie mianuje swoją prawą ręką. I znów wszystko poszło po mojej myśli. Konrad zaczął bzykać Alicję, olał grupę, zachowuje się, jakby ludzie w hotelu nic dla niego nie znaczyli. Przecież Robert nawet nie musiałby się specjalnie starać, żeby zająć jego miejsce. A on nie chce. Cały mój plan prysnął. Rozpłynął się. Szkoda, bo to był dobry plan. Co mi zostało? Muszę sam wziąć dupę w troki i wrzucić go na stołek, bo sam tego nie zrobi. Już wiesz wszystko, zadowolony?
   Stasiek przez chwilę nie odpowiedział, myślał nad tym, co usłyszał.
   - Jesteś rządny władzy.
   - Nie. Po prostu chcę mieć na nią wpływ, żeby nie popełniała głupot.
   - Jak byś tego nie nazwał, chcesz mieć coś do powiedzenia w grupie.
   - Oczywiście, że chcę. Widziałeś kiedyś stado dzikich psów? Bez odpowiedniego samca alfa, wataha jest bandą szczeniaków. Niech rządzi Robert, ale niech mnie słucha. To jedyny sposób, żeby nasza grupa też potrafiła pokazać kły.
   *
   Przed nocą zdążymy,
    tylko zwyciężymy,
     a to ważna gra!
   *
   W salonie zebrali się na śniadanie, które było jednak wyjątkowo późno, ponieważ bliżej już było pory obiadowej. Rozsiedli się wygodnie, każdy nałożył sobie porcję. Konrad i Andrzej nie jedli nic, pili tylko napoje, Stasiek przeżuwał powoli jajecznicę z proszku, popijając ją dużą ilością soku. Robert zauważył, że Kinga zaczęła jakąś żywą rozmowę z Moniką, rozmawiały jednak szeptem na tyle cichym, że nic nie był w stanie dosłyszeć. Spoglądając tak po wszystkich po kolei, natrafił na Ewelinę, która patrzyła na niego. Jednak, gdy tylko ich wzrok się skrzyżował, nastolatka spojrzała natychmiast na talerz i zajęła się jedzeniem. Ciekawe, jak odebrała to wczoraj, przeszło mu przez myśl. Widziała go, jak przesłuchiwał Przemka, o czym mogła pomyśleć? Tym bardziej po tym, co usłyszała pod koniec kolacji? Co oni wszyscy wtedy pomyśleli? Konrad? Czy pamięta tamto wydarzenie? Na pewno pamięta, nie był przecież tak pijany. Domyślał się, że barczysty będzie chciał ich teraz rozdzielić i wypytać pojedynczo o całe zajście. Co mu powie? Prawdę. Że to wszystko to wymysł Przemka, że już wtedy, gdy szli po Monikę, zaproponował mu to. Mogłem wtedy odmówić, skarcił się. Nie dałem jednoznacznej odpowiedzi, powinienem po prostu odmówić. Może wtedy nie doszłoby do tej całej niezręcznej sytuacji? Nie, żeby przejmował się zdaniem innych na swój temat, ale dziwnie czuł się z myślą, że prawdopodobnie plotki na temat jego i Przemka będą dziś tematem numer jeden w hotelu. Tym bardziej, że nie wiedział, jakie będą to plotki.
   - Pójdę - jego uwagę zwróciły słowa Moniki wypowiedziane do Kingi, które powiedziała na tyle głośno, że był w stanie je usłyszeć. - Napisz co ci potrzeba, postaram się wszystko znaleźć. Będziesz teraz wymagała coraz większej opieki. Grupa będzie musiała się tobą zająć.
   Jak ta grupa ma kogokolwiek ochronić? Pół grupy było pijane, Przemek ciągle mieszał, Kowal od jakiegoś czasu chodził obrażony na cały świat i nikomu nawet nie raczył powiedzieć, o co mu chodzi, on sam natomiast starał się jakoś ukryć, oby tylko nie być w centrum uwagi. To nie była grupa, to był zbiór jednostek, które znalazły się w jednym miejscu. Tylko tyle.
   - Zagrasz coś? - z rozmyślań wyrwało go pytanie Alicji skierowane do Staśka.
   - Słabo się czuję, ale mam nadzieję, że mi się uda - odpowiedział. - Poczekajcie, pójdę po gitarę. I znalazłem swoją starą kostkę, zapodziała się w skarpetach.
   Robert obserwował staruszka, który wstał, a następnie wyszedł z salonu. Na niego zawsze mógł liczyć. Stasiek zawsze mu pomoże. Miał nadzieję, że jak najszybciej pogada z Konradem i wytłumaczy mu, jak sprawa wygląda. Ostatnim, czego chciał blondyn, była długa rozmowa z barczystym, którą najpewniej odbędą tak, czy inaczej. Miał jednak nadzieję, że po tłumaczeniu Staśka, rozmowa ograniczy się do wymianu paru zdań.
   Nie minęło kilka minut, a do pomieszczenia wrócił Stasiek, niosąc gitarę. Usiadł na miejscu, które zajmował do tej pory, poświęcając jeszcze kilka minut na dostrojenie instrumentu.
   - Co grać? - spytał. - Coś skocznego?
   - Co do tańca - zaproponowała Alicja, wstając i łapiąc Konrada za ręce. - Musi się przecież pijak rozruszać. Wstawaj.
   Konrad, bardzo niechętnie, ale jednak wstał.
   - Tylko coś powolnego - poprosił jeszcze.
   Gdy tylko wydobył pierwsze nuty, do tańczących dołączyła Kinga z Andrzejem. Tańczyli powoli, objęci, w rytm utworu. Robert przyglądał im się, gdy poczuł, jak ktoś kopnął go pod stołem w nogę. Spojrzał naprzeciwko, zauważając Monikę, która kiwnęła głową w stronę Eweliny. Blondyn pokręcił przecząco głową, za co dostał kolejnego kopniaka w piszczel. Niech będzie, pomyślał. Nie umiem może za bardzo tańczyć, ale jeszcze jeden jej kopniak, a nie będę mógł chodzić przez najbliższy czas. Wstał od stołu, podszedł do nastolatki, wyciągając dłoń.
   - Zatańczysz? - spytał.
   Dziewczyna popatrzyła na niego chwilę, nie wiedząc, co odpowiedzieć. Już przez chwilę myślał, że odmówi, ale wtedy wstała i złapała go za rękę. Przeszli na stronę salonu, która stała się oficjalnym parkietem do tańca. Nie wiedząc, co zrobić, spojrzał szybko na Konrada, który oplatał Alicję w pasie, postanowił zrobić więc to samo. Ewelina zarzuciła mu ręce na szyję, rozpoczęli powolny, prowizoryczny taniec. Nie umiał tańczyć, przyznał się do tego sam przed sobą, jednak nieśmiałe ruchy nastolatki, które nie zachowywały żadnej płynności świadczyły, że ona też nie potrafi. Tańczyli w ciszy, zresztą nikt się nie odzywał, aby nie zagłuszać muzyki. Po chwili złapali wspólny rytm, ich ruchy stały się płynniejsze, dzięki czemu nie deptali już sobie po nogach. Kątem oka blondyn spojrzał na Staśka, który grał z zamkniętymi oczami. Albo wyjątkowo wczuł się, grając po raz pierwszy od dawna, albo zasnął i grał przez sen.
   - Przepraszam, że przeszkodziłam wam wczoraj w rozmowie - szepnęła Ewelina.
   - Nie ma sprawy. Jak tak teraz o tym pomyślę, to nawet trochę mi pomogłaś.
   - Wszyscy w hotelu zastanawiają się... No wiesz. Czy to, co mówił Przemek...
   - Nie. On tego chce, nie ja. Mam nadzieję, że więcej nie będzie mieszał.
   Stasiek przeszedł na trochę szybszy utwór, tańczący musieli więc przyśpieszyć. Blondyn zobaczył, jak Ewelina wskazuje mu coś ruchem głowy, spojrzał więc w tamtym kierunku. To Monika zaciągała Kowala siłą na parkiet, najwidoczniej też miała ochotę na taniec.
   - Niepotrzebnie się stawia - skomentowała nastolatka. - Mojej cioci się nie odmawia.
   - Ta, domyśliłem się - odpowiedział, czując, jak piszczel promieniuje mu bólem.
   W tej chwili Stasiek chrząknął, przerywając tańce. Popatrzył badawczym wzrokiem po wszystkich w salonie, napił się napoju.
   - Wybaczcie, ale jest utwór, który muszę zagrać. Potem będę mógł znów zagrać coś do tańca, ale teraz muszę poszerzyć repertuar. Czterej pancerni i pies, kojarzy ktoś? Może jak zagram, to wam się skojarzy. Piękny utwór.
   *
   Na niebie obłoki,
    po wsiach pełno bzu,
     gdzież ten świat daleki,
      pełen dobrych snów.
   *
   Gdy tylko wyszła spod prysznica, od razu wślizgnęła się pod kołdrę, dając mu opleść się jego silnym ramieniem. Leżała, wtulając się w niego i delektując się poczuciem bezpieczeństwa. Teraz, gdy spodziewała się dziecka, to poczucie było jej wyjątkowo potrzebne. I temu dziecku. Jak nowo narodzone dziecko poradzi sobie w tym świecie? Przecież nie będzie, jak oni, pamiętać życia sprzed Kolizji. Może tamto życie nie było kolorowe, ale na pewno było stabilniejsze niż to, które ich czeka. Dobrze zdawała sobie sprawę z tego, że teraz i tak mają lekkie warunki, gdyż jedzenie nadal mają w paczkach i puszkach, mają dach nad głową, gorącą wodę, nadal mają leki, na wypadek choroby. Gdy ich dziecko dorośnie, tego wszystkiego już nie będzie. Na jedzenie będzie trzeba polować, gorącą wodę trzeba będzie gotować nad ogniskiem, przecież hotel, i tak zresztą uszkodzony, na pewno nie będzie spełniał ich wymagań przez najbliższe kilkanaście lat. Ten budynek, prędzej, czy później i tak się zawali. Wszystko, co na chwilę obecną daje im poczucie bezpieczeństwa, w czasach, gdy ich dziecko będzie już dorosłe, nie będzie istniało. Gdy tylko zdała sobie sprawę z tego, jakie trudności czekają ludzi za kilkanaście lat, przeszły ją dreszcze. Przecież tamci ludzie nie będą mieli już kompletnie nic. O wszystko będą musieli walczyć, każdy kęs będzie ich kosztować masę energii, takie pojęcie, jak bezpieczeństwo pójdzie w zapomnienie.
   - Co ci jest? - spytał Andrzej, mocniej ją przytulając.
   - Nic - skłamała, a gdy nie usłyszała żadnej odpowiedzi, kontynuowała. - Znaczy... Nasze dziecko. Będzie miało jeszcze trudniejsze życie niż my teraz. Jedzenie, woda, ogień... O każdy aspekt bezpieczeństwa będzie musiało walczyć na śmierć i życie. Jak tylko o tym pomyślę...
   - Nie myśl o tym - doradził. - Myśl o czymś innym. Za kilka lat, gdy ludzie zdadzą sobie sprawę z tego, że ta walka między sobą nie ma sensu, zaczną działać razem. Gdzieś wybudujemy osadę, w której będzie stał nasz dom. Drewniany, góralski, zawsze ci się takie podobały. W domu będzie kominek, w którym będzie palił się ogień. Gdy wejdziesz do salonu, pośrodku zauważysz dwójkę szkrabów, Romeo i Julię, którzy będą się bawić. Czym? Klockami? Kolejką? Lalkami? Nie wiem. Może będą miały to wszystko? Będziesz tak stać w progu i patrzyć się na nich, jak się bawią. Ja podejdę do ciebie powoli, żebyś mnie nie słyszała, złapię cię w pasie. I będziemy stać we dwoje, patrząc na Romeo i Julię. O tym myśl. O tej chwili, gdy będziemy stać razem, szczęśliwi, wiedząc, że nasze dzieci będą miały dużo lepsze życie, niż ty to przepowiadasz. Ludzie zawsze dawali sobie radę. My też damy.
   Wyobraziła sobie tę scenę, siebie, Andrzeja, który stoi za nią, obejmuje ją w pasie. Czuła jego ciepły oddech na karku. A przed nimi, pośrodku salonu, na wielokolorowym, puchatym dywanie, chłopiec i dziewczynka. Poczuła, jak po policzku spływa jej łza. Łza szczęścia.
   - Nie znałam cię od tej strony - wyszeptała, gdyż nie chciała mówić głośno, żeby nie usłyszał, że płacze. - Zaskakujesz mnie. Pozytywnie.
   - Mam nadzieję, że jeszcze nieraz cię tak zaskoczę.
   Poczuła, jak przez jej ciało przechodzi fala ciepła. Już się nie bała, nie widziała czarnych wizji. Była pewna, że to wizja Andrzeja, pełna szczęścia, się spełni. W umyśle układała sobie plan, jakby to wyglądało. Na wiosnę, gdy tylko skończy się zima, pójdą na tę polanę, która znajduje się na drodze do hotelu. Tam spotkają inną grupę, z którą dogadają się, by wybudować tam osadę. Zacznie się okres ciężkiej pracy, będą musieli w końcu zbudować małą wieś i to od samych podstaw. Każdy dostanie swój własny, drewniany dom, zbudowany w góralskim stylu. Ona zamieszka w jednym, razem z Andrzejem, będzie to dom stojący na uboczu, aby mieli jak najwięcej prywatności. Wszędzie dookoła, jak okiem sięgnąć, zasieją zboża, zasadzą warzywa. W zagrodach będą trzymać kury, świnie, krowy, każde zwierze hodowlane, jakie uda im się do tej pory złapać. A uda im się na pewno. A potem urodzi. Czuła, że pierwsza będzie Julia. Wychowają ją w bezpiecznym miejscu, gdzie głód, o który tak się bała, będzie obcy. Nie miną dwa lata od urodzin Julii, a na świat przyjdzie Romeo. Ich dwójka aniołków, która będzie dla nich całym światem.
   - Zestarzejemy się razem - szepnęła Kinga. - W naszym góralskim domu. Prawda?
   - Aż tak ci śpieszno do starości?
   - Wiesz, że nie o to mi chodzi. Bałam się, że umrzemy z głodu, albo zamarzniemy. Ale tak nie będzie. Zestarzejemy się spokojnie, w naszym domu, patrząc, jak Romeo i Julia dorastają. Jak sami zakładają własne rodziny. Będziemy widzieć, że żyją normalnie, bez strachu, w szczęściu.
   - Innego życia nie planowałem - odpowiedział jej.
   Leżeli jeszcze kilka minut, gdy Andrzej chrząknął. Wiedziała, co to oznacza.
   - Masz wartę?
   - Niestety. Dawno nie miałem, więc zmienią mnie dopiero po śniadaniu. Dzisiaj będziesz musiała spać sama.
   - Przecież nie będę sama. Będzie ze mną Julia.
   Andrzej odsunął kołdrę, pogłaskał ją po brzuchu, który potem czule pocałował.
   - Moja córeczka - powiedział. - Pilnuj mamy.
   - Córeczka tatusia - szepnęła jeszcze Kinga.
   *
   Powrócimy wierni
    my czterej pancerni,
     "Rudy" i nasz pies.
   *
   Wyszedł na dwór, gdzie jedyne, co go spotkało, to zimno, które atakowało go z każdej strony. Otulił się szczelniej, po czym skierował w stronę drabiny. Poczekał, aż Kopa zejdzie z góry, korzystając z tego czasu, aby poprawić czapkę i rękawiczki.
   - Spokojnie, nikt się nie kręci - Afrykanin zdał relację. - Uważaj, śliskie szczeble. I kręcą się sarny w okolicy, nie strzelaj do nich, bo huk zwróci uwagę ludzi z zewnątrz.
   - Nawet nie zamierzam do nich strzelać - odpowiedział mu Andrzej. - Zamierzam spędzić ten czas na rozmyślaniu. Będę ojcem.
   Kopa spojrzał na niego zaskoczonym wzrokiem. Widocznie bił się przez chwilę z myślami, po czym spojrzał pod nogi, widocznie nie wiedząc, co powiedzieć.
   - Dziecko? Teraz? Nie wiem, czy to najlepszy pomysł...
   - Pomysł, czy nie, już jest w drodze. Naobiecywałem Kindze góralski dom, muszę teraz wymyślić, skąd ja taki wytrzasnę.
   - Musisz zbudować.
   - Jak? Ja trzonka na łopatę nie umiem zrobić, a co dopiero zbudować cały dom.
   Pożegnali się szybko, po czym Andrzej wszedł na górę. Rzeczywiście, szczeble były śliskie, jednak udało mu się wejść na dach bez niespodzianek. Zajął miejsce na owiniętej folią poduszce, którą zostawił Kopa, wziął do rąk karabin. Przez jakiś czas po obronie hotelu przed wojskowymi miał problem z tym, aby trzymać broń w ręku, udało mu się jednak przezwyciężyć dziwne uczucie, choć był pewien, że nadal nie byłby w stanie oddać strzału, a już na pewno nie w stronę człowieka. Nie rozglądał się po okolicy, zajęty był myśleniem. Jak on to wszystko jej zapewni? Dom, bezpieczne miejsce, pożywienie. Chciał ją pocieszyć i najwyraźniej się zagalopował.
   Nagle usłyszał, jak ktoś stawia stopy na śniegu. Złapał mocniej karabin, automatycznie wycelował w kierunku, gdzie słyszał kroki. Syknął cicho, to był ich ustalony znak, gdyby ktoś chciał się upewnić, czy przypadkiem nie celuje w kogoś z hotelu.
   - To ja - usłyszał głos Kowala.
   - Człowieku, nie strasz - Andrzej odetchnął z ulgą. - Już myślałem, że kolejni nieproszeni goście.
   - Spokojnie, to tylko ja - powtórzył Kowal, wchodząc po drabinie.
   - Uważaj, szczeble są śliskie, można spaść.
   Po chwili zauważył, jak z ciemności wyłania się najpierw czapka, a następnie reszta Kowala. Pomógł mu wejść na dach, po czym chłopak usiadł obok niego.
   - Nie możesz spać? - spytał, ciekaw, dlaczego Kowal do niego przyszedł.
   - To też. Spokój na warcie?
   - Spokój. Nic, ani nikt się nie kręci. Kopa mówił tylko o sarnach.
   - Trzeba będzie jakąś ustrzelić. Przecież to kupa mięsa.
   - Nie. Mówił, żeby nie strzelać, bo huk pościąga ludzi. Zresztą niedługo i tak idziemy w teren.
   - Wiem. Idę z Kopą, Konrad z Moniką, a ty z Robertem, dzielimy się na trzy grupy.
   - Na trzy? Mieliśmy na dwie, dla bezpieczeństwa.
   - Tak, ale Konrad mówił, że jak podzielimy się na trzy, to przeszukamy większy teren, a i tak nic nam nie powinno grozić, bo będziemy mieli pistolety.
   - Aha... No, on tu rządzi. A to Przemek nie idzie? Bo nie mogę się go doliczyć na tej liście, co powiedziałeś. Chyba, że idzie sam?
   - Nie, zostaje. Konrad doszedł do wniosku, że z jego nogą nie powinien na razie chodzić na dalsze ekspedycje. Chociaż, jak go znam, to weźmie wiatrówkę i w tym czasie ustrzeli jakiegoś zwierzaka.
   - Może to i lepiej, że nie idzie, nie będzie nikogo denerwował. A już na pewno bym nie chciał, żeby szedł ze mną. Z Robertem mogę iść, nic do niego nie mam.
   Kowal ucichł, zagryzł wargę. Myślał nad czymś intensywnie, najwidoczniej nie wiedział, jak zacząć temat, na który chciał pogadać. W końcu chrząknął.
   - Idziesz z Robertem... On... Wiesz, że z Przemkiem planują przejąć władzę. Chce zrobić Konradowi krzywdę. Nie można na to pozwolić.
   - O czym ty gadasz? - zdziwił się Andrzej. - Jak? Przecież... Nie gadaj głupot, Przemek by może coś takiego chciał zrobić, ale Robert? Daj spokój. Poza tym, nawet, jakby chcieli coś takiego zrobić, to nikt im na to nie pozwoli. Wywalimy ich z grupy, z hotelu, i tyle.
   - Wtedy tu przyjdą z innymi ludźmi - zauważył Kowal. - Nie możemy im na to pozwolić.
   - O czym ty... - po chwili Andrzej zrozumiał, po plecach przeszły mu ciarki. - Nie ma mowy! O czym ty w ogóle gadasz? Ty wiesz, co ty ode mnie chcesz?
   - Powiesz, że to był wypadek. Spadł skądś, albo coś... Wymyślisz coś przekonującego. Człowieku, proszę cię. Oni chcą zniszczyć tę grupę.
   - Nie ma mowy. Poza tym... Coś mi się zdaje, że tobie nie o grupę chodzi, tylko o Ewelinę. Nie, człowieku, nie ma mowy. O czym ty... Nie zamierzam tego tak zostawić, to ty chcesz zniszczyć tę grupę. Idę powiedzieć o tym Konradowi, a ty w tym czasie przemyśl, jak będziesz się z tego tłumaczył.
   Andrzej zarzucił karabin na plecy, wszedł na drabinę. Zszedł dwa szczeble, gdy usłyszał głos, którego nie znał. Spojrzał do góry. Głos należał do Kowala, był jednak zimny, niczym otaczający ich śnieg.
   - Przepraszam. Nie mogę na to pozwolić. To wszystko przez niego. To jego wiń. To jego wina. Przepraszam.
   Z początku nie wiedział, co się dzieje. Dopiero po chwili jego umysł zarejestrował wydarzenia. Kowal złapał za drabinę, pchnął ją na tyle mocno, że drabina przechyliła się na drugą stronę. Złapał się jej mocniej, zaczął krzyczeć. Widział, gdzie spada. Wprost na wojskowy samochód, którym zastawili wyłom w bramie.
   Spadając, krzyczał przerażony.
   *
   My czterej pancerni
    powrócimy wierni,
     po wiosenny bez.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5391 słów i 29745 znaków.

1 komentarz

 
  • Gabi14

    Ło ku... ????

  • Kuri

    @Gabi14 :D No co?

  • Gabi14

    @Kuri podobają mi się te wstawki z ,,Czterech pancernych,, są oryginalne :D a reakcje na akcje (poezja xd) opisuje mój komentarz powyżej