Ziemia z popiołów I: Rozdział 8 - Ona należy do mnie

Ziemia z popiołów I: Rozdział 8 - Ona należy do mnieW salonie siedzieli wszyscy, poza Staśkiem, który miał akurat wartę. Andrzej głaskał po głowie Kingę, która dopiero co się uspokoiła, Konrad natomiast tulił nadal szlochającą Patrycję. Nie mógł sobie darować, że nie zdążył jej zatrzymać. Widziała o wiele za dużo jak na swój wiek. Zresztą, nikt nie powinien oglądać czegoś takiego.
   - Trzeba go... Pójdę naszykować... Dywan - wymamrotał Kowal, wychodząc.
   - To moja wina - zaczął Andrzej. - Gdybym nie wtrącał się między was...
   - Przestań - syknęła Kinga, uderzając go w pierś. - Nie mów tak!
   - Jeżeli już, to wina jest tylko moja - odpowiedział Konrad. - Mogłem siedzieć cicho, to wolałem się kłócić. Jak dziecko.
   - Przecież nie mogliśmy pozwolić na to, żeby wprowadził tu reżim - zauważyła Alicja. - A do tego przecież dążył. Nie mówię, że dobrze się stało, ale musimy dalej żyć.
   - Tak - westchnął Konrad, przytulając mocniej Patrycję. - Musimy dalej żyć. Oby przeżyć. Oby tylko przeżyć...
   *
   - Przejechali cysterną - zauważył Przemek. - Ale zakopali się. Ech, nic nie potrafią zrobić dobrze. Ofiary losu.
   - Ci z hotelu? - spytał Kopanang.
   - Tak. Mieli zaprowadzić cysternę pod sam hotel, taki zapas paliwa to skarb. Ale, jak widać zresztą, nie potrafią nic zrobić dobrze. Zamiast się przygotować, odgrzebać trochę drogę... Przecież potem mogli spokojnie zakamuflować ślady opon, nikt by ich nie znalazł. To nie, najlepiej zrobić na partyzanta. Ech... Dobra wiadomość jest taka, że za niecałą godzinę pewnie będziemy na miejscu.
   - Skoro o tym mowa - zaczął Afrykanin - mam do ciebie prośbę...
   - Nikomu nie powiem - uspokoił Przemek. - Tam mieszkają ludzie, których PP okładało pałkami, jakby dowiedzieli się kim byłeś, nie miałbyś łatwego życia.
   - Rozumiem. Dziękuję - Kopanang opuścił głowę. - To był mój największy błąd, że dołączyłem do Policji...
   - Do zwykłej mogłeś dołączyć. Dlaczego wybrałeś Porządkową?
   - Chciałem iść do zwykłej. Ale po testach dali mi skierowanie do Porządkowej. Napisali, że tam się lepiej sprawdzę. Mogłem odmówić, nie wiem dlaczego tego nie zrobiłem...
   - Co się stało, to się nie odstanie. Uważaj teraz jak będziesz chodził, pod śniegiem mogą być gałęzie, lepiej, żebyś nie uszkodził drugiej nogi.
   Droga nie była aż tak uciążliwa, jak się zdawało. Pośrodku szlaku była już wydeptana ścieżka, przez co dość dobrze się szło i prowadziło rower, nawet z dużym ciężarem. Minęło niewiele ponad pół godziny, gdy zauważyli dach hotelu. Przed bramą czekał na nich Stasiek, który, gdy tylko zauważył, że się zbliżają, zszedł z dachu, aby otworzyć im furtkę.
   - Co taki pochmurny? - spytał Przemek.
   - Maciek się powiesił - poinformował go prosto z mostu Stasiek. - Dziś rano.
   - Pieprzony psychol! - warknął Przemek, spluwając pod nogi. - Kto teraz rządzi? Konrad, czy Robert? I co z resztą? Ktoś jeszcze się powiesił?
   - Nie, nikt się więcej nie powiesił. Rządzi Konrad, a Robert... Wyszedł z Eweliną szukać jej ciotki. Ma wrócić za kilka dni.
   - No jasna cholera! - ryknął łysy takim tonem, że zarówno Stasiek, jak i Kopanang odeszli na pół metra do tyłu. - Zostawić was samych! Wziął jakąś broń?
   - Mój nóż...
   - Palną, człowieku! Palną!
   - Nie przecież jedyna broń palna jaką mamy, to twoja wiatrówka...
   - Debile! Puściliście go samego!?
   - Nic nie wiedzieliśmy - zaczął bronić się Staruszek. - To Konrad...
   Przemek więcej nie słuchał. Ruszył szybkim krokiem w stronę wejścia do hotelu. Odstawił rower pod ścianę, wszedł do środka i od razu krzyknął.
   - Konrad! Kowal! Do konferencyjnego!
   Nie zdążył usiąść na krześle, gdy do pokoju weszli Konrad i Kowal, za nimi natomiast Kopanang. Wszyscy wyglądali na zdezorientowanych.
   - Później się poznacie - zaczął Przemek. - Dlaczego go puściłeś? Zidiociałeś!?
   - Po pierwsze, to odzywaj się do mnie z szacunkiem. Nie drzyj się. Kto to jest? - Konrad wskazał na Afrykanina. - Przyłazisz tu jak gdyby nigdy nic i od razu się drzesz. Najpierw ty się tłumacz.
   Przemek przetarł twarz dłonią. Doszedł do wniosku, że nie ma sensu się spierać, gdyż wywoła to kłótnię, a on musiał jak najszybciej dowiedzieć się dokąd poszedł Robert.
   - To Kopanang Mbongane - tym razem mówił spokojniej. - Kolega z Afryki. Znalazłem go po drodze do siedziby PP, zabrałem stamtąd broń, jest na zewnątrz w czarnych torbach, niech ktoś ją gdzieś schowa i nikomu nie rozdaje. Stasiek powiedział mi co się stało, więc pytam jak to się stało. Dlaczego ich puściłeś w teren bez broni? Wiedziałeś gdzie idę, nie mogli poczekać? Zdajesz sobie sprawę z tego, że pewnie już nie wrócą?
   - Po pierwsze, słyszałeś o Maćku?
   - Obiło mi się o uszy.
   - To pewnie wiesz, że teraz ja jestem dowódcą. Pozwoliłem im iść, bo mnie o to poprosili. Robert da sobie radę...
   - Ty słyszysz to, co mówisz? - spytał Przemek. - Byłeś tam, widziałeś co dzieje się na zewnątrz. Dlatego poszedłem po broń, żeby zwiększyć nasze szanse przeżycia. Gdzie dokładnie poszli? Ponoć po ciotkę tamtej, wiesz gdzie ona miała niby być?
   Konrad zmieszał się, spojrzał na Kowala i Afrykanina.
   - Rozumiem -westchnął Przemek. - Ty coś wiesz? - spytał Kowala. - Mówiła ci coś?
   - Nie - odpowiedział Marcin. - Nic nie wiem... Sam dowiedziałem się rano...
   - Wyjdźcie - Przemek machnął ręką. - Konrad nic nie powie, dopóki tu jesteście. Wybacz Kopanang, idź i zajmij się swoją nogą. To nie rozmowa dla ciebie.
   - Mów mi Kopa, wszyscy mi tak mówili, tak jest łatwiej. Macie jakąś apteczkę?
   - Spytaj któreś z dziewczyn, podadzą ci. Kowal, ty też wyjdź.
   - Ja nigdzie nie idę - odpowiedział Kowal, patrząc to na Konrada, to na Przemka. - Chcesz po nich iść, idę z tobą.
   - Idziesz co najwyżej za te drzwi - odpowiedział mu łysy.
   - Nie, zostaję. Mam prawo wiedzieć...
   - Gdyby cię chciała, przyszłaby do ciebie. Poszła do niego, oswój się z tym.
   Tego Kowal nie wytrzymał. Nim Konrad zdążył go złapać, zamachnął się ręką. Przemek, bardziej wprawiony w uliczne bójki, usunął się z trajektorii uderzenia, po czym walnął napastnika pięścią prosto w nos. Dało się słyszeć trzask łamanego nosa.
   - Hty Ghuju! - krzyknął Kowal, zakrywając dłonią lejącą się krew.
   - Spokój! - ryknął Konrad, wskakując między nich. - Przemek!
   - Ja nie rzuciłem się pierwszy z łapami - łysy wzruszył ramionami. - Czekam na ciebie u siebie. Pokój 1408. Przyjdź sam. Szybko, jak dowiem się dokąd poszli, może uda mi się ich dogonić. Mam nadzieję, że chociaż Robert nadal żyje.
   *
   - Więc, Kopanang? - spytała Alicja, podając przybyszowi apteczkę.
   - Tak, ale mówcie mi Kopa. Będzie wam łatwiej.
   - Nie ma sprawy. Pokaż nogę, obejrzę ją.
   Afrykanin podwinął nogawkę, ostrożnie, żeby nie zahaczyć materiałem o strup.
   - Wiesz, że źle to wygląda? - spytała Alicja. - Muszę zerwać ci strupa i przemyć wodą utlenioną. Czekaj... mamy tylko spirytus salicylowy, ale to lepiej, dokładniej oczyści ranę.
   - Rób co trzeba - poprosił Kopa. - Oby nie wdało się zakażenie...
   - Też mam taką nadzieję. Nie ruszaj się teraz przez chwilę, jak będzie bolało, to mów.
   Alicja zerwała strupa szybkim ruchem, po czym przytrzymała jakiś czas szmatkę przy ranie, żeby zatrzymać krew. Gdy tylko krwotok się trochę uspokoił polała ranę spirytusem salicylowym, po czym przetarła ją wacikiem. Na koniec zrobiła okład i owinęła go bandażem.
   - Pierwsza pomoc jednak się przydaje - powiedziała, gdy wiązała bandaż.
   - Dzięki. Trochę piekło, ale to pomoże.
   - Na pewno nie zaszkodzi. Powiedz mi... po co Przemek cię tu przyprowadził? I po co nazbierał tyle broni? Ledwo co z tym przyszliście...
   - Nie wiem dlaczego wziął ze sobą akurat mnie. Mijaliśmy tylu ludzi... A broń jest mu potrzebna do ochrony hotelu. Tak mówił. Czemu pytasz?
   - Tak bez powodu - Alicja zaśmiała się nerwowo. - Chciałam wiedzieć.
   *
   Konrad wszedł za Przemkiem do pokoju. Zamknęli drzwi i poszli na drugą stronę, pod samo okno. Dopiero tu Przemek zdjął buty.
   - Gdzie poleźli? - spytał łysy.
   - Ewelina prosiła, żebym nie mówił...
   - Kopanang prosił, żebym nie mówił, że pracował w Policji Porządkowej. Ups, wygadałem się. Teraz twoja kolej. Gadaj, gdzie jest ta jej ciotka?
   Konrad przetrawił przez chwilę informację, po czym powiedział ściszonym głosem:
   - Jeśli chcesz za nimi iść... W Czarnej Strefie. Nie mów nikomu. Jeśli naprawdę sądzisz, że coś im grozi, mogę iść z tobą...
   - Nie, idę sam. Dawno wyszli?
   - W nocy. Nie powinni zajść daleko. Co zrobisz jak ich dogonisz?
   - Nie mam jeszcze pojęcia. Na razie nawet ich nie znalazłem.
   - A dlaczego... Dlaczego chcesz ich szukać? To do ciebie nie pasuje.
   - Do Roberta nie pasuje to, że zgodził się na coś takiego. Jedyny myślący człowiek w tym hotelu, rzecz jasna poza mną, a zrobił największą głupotę jaką mógł. Naprawdę nie widzisz ile on jest wart? Oczywiście, jest problemowy, ale to jedyny gość, którego zdanie wysłucham z powagą. A ty wysłałeś go na pewną śmierć. Bez niego wartość całej tej grupy spada o jedną trzecią. Zdajesz sobie sprawę z tego, do czego doprowadziłeś?
   - Ja... Ech... Co miałem zrobić? Zatrzymać ich na siłę?
   - Nieważne, już za późno. Zjem coś i po nich idę. O co chodzi z tym Maćkiem? Co mu strzeliło do łba?
   - Nie do końca jestem pewien. Pokłóciliśmy się rano i padła propozycja, żeby zagłosować kto ma rządzić w grupie. Wygrałem, a on chyba się załamał...
   - I dlatego się powiesił. Logiczne. Chociaż idiotyczne. Zdejmijcie go i zakopcie, zanim zacznie się rozkładać, bo będzie śmierdziało w całym hotelu. Dobra, koniec pogawędki, idę coś zjeść.
   Przemek wstał i wyszedł z pokoju. Kątem oka zauważył kroplę krwi na korytarzu, pod swoimi drzwiami. Westchnął nad głupotą niektórych ludzi.
   *
   Konrad wszedł do kuchni. Zastał tam Alicję i nowo przybyłego gościa. Podszedł do Alicji, poklepał  ją po plecach, po czym zwrócił się do Afrykanina.
   - Kopa, tak?
   - Tak.
   - Słuchaj... Możesz tu zostać, każda para rąk się przyda. Jak z twoją nogą?
   - Dobrze. A na pewno lepiej niż było. Chyba będzie dobrze. Mam nadzieję.
   - Dobrze. Posłuchaj mnie uważnie. Jeśli kiedykolwiek będziesz w terenie, po zapasy, czy po coś, nie ściągaj tu więcej ludzi. Mamy mało miejsca i mało zapasów. Nie możemy sobie pozwolić na zbyt dużą liczbę mieszkańców. Masz jakąś rodzinę, której chcesz szukać?
   - Nie, z tego co wiem, to nikt nie żyje. A ci co żyją, są teraz w RPA.
   - Mam nadzieję, że są cali i zdrowi. Wracając, i tak mamy już dużo mieszkańców, więc powtarzam prośbę, gdybyś kiedykolwiek spotkał kogoś na zewnątrz, nie sprowadzaj go tu.
   - Na razie nigdzie się nie wybieram - Afrykanin poklepał się po nodze - ale będę pamiętał. A co do mojego pobytu tutaj... Mimo nogi nadal mogę pomagać. Jakkolwiek, nie chciałbym być nieprzydatny.
   - Na razie to ze dwa dni poleż w łóżku - doradziła Alicja. - Znajdź wolny pokój na górze i odpocznij. Dobrze zrobi to tobie i twojej nodze.
   - Zajmij 1411 - poprosił Konrad. - Do 1402 nikt się na razie nie sprowadzi.
   *
   Zdjęli go ostrożnie. Ułożyli na dywanie w który go zawinęli. Dywan miał motyw kwiatowy. Wynieśli go, a Konrad zamknął drzwi pokoju 1402 na klucz. Zanieśli go na dwór, gdzie już wcześniej wykopali dół. Z tyłu, za hotelem, w samym rogu. Włożyli go do dołu, który zasypali piachem. Wbili krzyż, pod którym położyli jego okulary. Wszyscy, poza Przemkiem i Patrycją, zebrali się wokół grobu.
   - Był dobrym człowiekiem i dobrym lekarzem - zaczął Stasiek. - Mimo wszystko. Będzie mi go brakować.
   - Przygarnął nas - odezwał się Andrzej. - Wyleczył mi rękę.
   - Dzięki niemu tu jesteśmy - dodała Kinga.
   - Nie miałem przyjemności go poznać - zauważył Kopanang. - Niech ziemia będzie mu lekką.
   - Niech spoczywa w pokoju - podsumował Konrad, a po jego słowach wszyscy się rozeszli. Na jego grobie zawsze paliła się świeczka.
   *
   - Taki jak prosiłeś - Kopa podał Przemkowi pistolet. - Mały, poręczny, na naboje. Z tymi impulsowymi masz rację, teraz mogą zawodzić, te na naboje są nie do zdarcia. Dwanaście sztuk, tu są dwa magazynki zapasowe. Tak odbezpieczasz i strzelasz. Tak zabezpieczasz. Tak wyciągasz magazynek. Żeby go włożyć, musisz po prostu wsunąć. Jak usłyszysz taki odgłos, znaczy, że się zatrzasnął i możesz strzelać. To tyle, ta stara broń jest łatwa w obsłudze.
   - Niedowidzę na lewe oko, to coś zmienia w celowaniu? - spytał Przemek.
   - Zamknij je i celuj prawym. Nie ma innego wyjścia.
   - No tak. To tyle, koniec przygotowań. Pilnuj broni pod moją nieobecność. Schowali ją na dole do kanciapy, gdzie wcześniej były miotły. Niech nikt jej nie dotyka.
   - I tak nikt po nią nie sięgnie - uspokoił Kopa.
   - Ale na wszelki wypadek pilnuj. Nie lubię niespodzianek.
   *
   - Powiedz mu coś! - poprosił Kowal. - Chcę iść z nim. We dwóch będziemy mieli większe szanse, żeby ich znaleźć. Przecież zdajesz sobie z tego sprawę.
   - Wiem - przyznał Konrad. - Nie chcę, żeby szedł sam, ale jak będę chciał kogoś z nim na siłę wysłać, to odmówi i nigdzie nie pójdzie. Musimy zdać się na niego.
   - To pójdziemy my we dwóch, on niech tu zostanie...
   - Nie ma mowy. Co jak co, ale nie zostawię go tu bez mojego nadzoru. Za krótko go znam, nie wiem co mu może do łba strzelić. Tym bardziej, że jest tu moja córka.
   - To co? - spytał Kowal, zrezygnowany. - Pozwolisz mu pójść? A jak on też nie wróci?
   - Po pierwsze nie mów o Robercie, jakby miał nigdy nie wracać. Ja w niego wierzę, da radę. Po drugie, pomyśl logicznie, czy ja mu mogę tego zabronić? Tym bardziej, że ma trochę racji, głupio postąpiłem, że ich tak po prostu puściłem. Jeżeli Przemkowi uda się ich znaleźć, będę miał sto procent pewności, że wrócą tu cali i zdrowi.
   - Nie, nigdy nie będziesz miał takiej pewności - zaprzeczył Kowal. - Ilu ludzi by nie poszło, nigdy nie będziesz wiedział na sto procent, że wszyscy wrócą.
   Konrad przetarł brwi, potrzebował chwili na zastanowienie się.
   - Kowal, koniec rozmowy - uciął w końcu. - Masz rację, nie wiem, czy wszyscy wrócą, nieważne ilu ludzi bym wysłał. Dlatego cię nie wyślę. Jeśli mają nie wrócić, to stracimy trzy osoby. Z tobą byłaby czwórka. Teraz, kiedy to ja mam na barkach cały hotel, nie mogę sobie pozwolić na takie straty.
   - Nie pomyślałeś o tym zanim ich puściłeś? - Kowal był bliski łez.
   - Wtedy Maciek jeszcze żył. Gdyby nadal żył, może bym ci pomógł. Ale nie w takiej sytuacji. Przepraszam.
   Konrad wstał i wyszedł z salonu w ciszy. Kowal nie odzywał się. Był zły na wszystko i wszystkich. Przecież to on ją znalazł. Gdyby nie on, ona by zamarzła. Ścisnął pięść, aż dłoń zaczerwieniła się.
   - Ona należy się mnie - syknął, czując jak łzy ściekają mu po polikach.
   *
   Wyszedł z hotelu, w pierwszej kolejności udając się na grób Maćka.
   - Zjeb - westchnął Przemek, stając nad miejscem spoczynku pielęgniarza. - Nie mam pojęcia, co ci do łba strzeliło. Miałeś te swoje wizje, nie lepiej byłoby o nie walczyć? Tylko od razu się wieszać? No ale... Na swój sposób szanuję cię, ja nie byłbym na tyle silny, żeby odważyć się na coś takiego... - Przemek postał jeszcze chwilę nad grobem, po czym bezceremonialnie napluł na niego. - Ale i tak cię nie trawiłem. Ech, facet... Mam takie dziwne uczucie, że niedługo ktoś się jeszcze obok ciebie położy.
   Przemek poprawił plecak, po czy ruszył w stronę furtki. Miał jedynie nadzieję, że odnajdzie Roberta, zanim ten zrobi coś głupiego.
   *
   - Kiedyś tu był zwykły rów - tłumaczył Robert, ścierając krew z nogi. - Potem jakiś idiota wrzucił tam butelkę i ją potłukł. Potem przyszła Kolizja. Wszystko zakrył śnieg wymieszany z popiołem. Następnie ja w to wlazłem, wpadłem pod śnieg, na samo dno rowu i rozwaliłem sobie nogę o potłuczoną butelkę. To się nazywa pech.
   Ewelina darła jedną z zapasowych koszulek Roberta, robiąc z niej bandaż. Przeraziła się, gdy Robert zniknął pod śniegiem, wyszedł jednak po chwili, klnąc człowieka, który wrzucił butelkę do tego rowu, co wyglądało dość komicznie. Jednak komizm skończył się w momencie, kiedy zobaczyli w jakim stanie jest noga Roberta.
   - Dasz radę iść? - spytała Ewelina, owijając nogę prowizorycznym bandażem.
   - Czy dam, czy nie, ty i tak nie wrócisz - odpowiedział jej. - Idę dalej. Tylko... trochę zwolnimy tempo. Nie dam rady iść za szybko z nogą w takim stanie.
   Milczeli, dopóki Ewelina nie skończyła opatrunku. Siedzieli jeszcze przez chwilę, wreszcie Robert wstał i ruszył dalej. Kulał, noga bolała promieniującym bólem, jednak szedł. Nie uszedł zbyt daleko, gdy zatrzymał się i znów usiadł.
   - Wszystko w porządku?
   - Ostatnio nic nie jest w porządku - odpowiedział blondyn. - Zakażenie chyba się nie wda, jest za zimno na bakterie. Taką mam nadzieję. Ale boli.  
   - Możemy chwilę odpocząć...
   - Jak teraz się zasiedzę, potem będzie mi ciężko wstać. Idziemy. Tylko rozglądaj się za czymś, co będę mógł wykorzystać jako laskę, będzie mi lżej iść.
   Szli dalej, choć wolniej niż poprzednio. Śniegu było tu mniej, dzięki czemu Robertowi nie było tak ciężko torować drogi. Przeszli spory kawał , dochodząc do małego miasteczka, gdzie zatrzymali się na chwilę. Usiedli na resztkach ściany okolicznego budynku, postanawiając coś przekąsić. W czasie, gdy Ewelina szykowała posiłek, Robert rozejrzał się po okolicy, a dokładniej po ludziach, którzy krzątali się naokoło. Tutaj wszystko zdawało się wracać powoli do jakiejś normy. Ludzie czyścili ulice, budowali prowizoryczne domki, zaczynali budować małą społeczność.
   - Wszystko wraca do normy - Ewelina wyrwała go z rozmyślań.
   - Nie na długo - odpowiedział jej Robert.
   - Co masz na myśli?
   - Jedzenie. Ludzie muszą jeść. Teraz jest zima, nic nie rośnie. Mało kto zna się na polowaniu, zresztą podejrzewam, że wiele zwierząt nie przeżyło. Puszki kiedyś się skończą, co będą wtedy jeść? Widzisz ilu tu jest ludzi? Na oko czterdziestu. Kiedy zaczną głodować, cała ta gromada rozbije się na mniejsze, walczące ze sobą grupki. Będą walczyć o jedzenie, a w najgorszym przypadku, kiedy nie będzie już nic innego, zaczną zabijać się na wzajem, po czym zjadać. W dzisiejszych realiach kanibalizm jest nieunikniony.
   Ewelina milczała, patrząc na pracujących ludzi. Po chwili wzięła się za nakładanie przyrządzonej potrawki, zaczęli jeść.  
   - U nas też? - spytała, czekając, aż jedzenie przestygnie.
   - Co u nas?
   - Jak w hotelu skończy się jedzenie... Będziemy zjadać się nawzajem?
   - Nie możemy do tego doprowadzić - blondyn odpowiedział wymijająco.
   - Powiedz prawdę. Będziemy?
   Robert spojrzał jeszcze raz na tych ludzi. Chudych, głodnych, zmęczonych... Zauważył dziewczynkę, której ktoś dał brudnego pluszowego misia. Dziewczynka zaczęła się śmiać, po czym głośno podziękowała za prezent. Zarówno dziewczynka, jak i ten, który podarował jej misia, byli szczęśliwi.
   Ci ludzie wszyscy tacy byli. Chudzi, głodni, zmęczeni... i szczęśliwi.
   - Będziemy - odpowiedział w końcu. - Kiedyś i nam skończy się jedzenie. Głód doprowadzi nas do skrajnego wymęczenia. Wymęczenie odbierze nam zdrowy rozsądek, a to ogołoci nas z człowieczeństwa. W końcu i my staniemy się kanibalami. Jeżeli chcemy przeżyć, to będzie to nieuniknione. Przetrwają tylko ci, którzy będą na tyle silni, żeby zjeść słabych. Nic więcej nam nie zostało.
   - Skoro tak - Ewelina podjęła po chwili - to mam nadzieję, że umrę zanim to się zacznie. Zanim przestaniemy być ludźmi.
   Zjedli, umyli naczynia w śniegu, spakowali się. Już mieli wstawać, gdy podszedł do nich człowiek. Był wysokim, chudym mężczyzną. Długie, tłuste włosy wystawały spod czapki, sięgając ramion, kilkudniowy zarost pokrywał całą brodę.
   - Nowi? - spytał mężczyzna.
   - Przechodnie - odpowiedział mu Robert.
   - Stary, nie bądź niemiły - zaśmiał się mężczyzna. - Nie zostajecie? Znajdzie się tu dla was kąt. Mamy kilka namiotów, możecie gdzieś się pobudować...
   - Powiedziałem, że tylko przechodzimy. Dzięki za gościnę, ale już się zbieramy.
   - I gdzie chcesz zajść z rozwaloną nogą? - spytał mężczyzna. - Na pewno nie zbyt daleko. Zostańcie chociaż do czasu, aż ci się zagoi.
   - Naprawdę dziękujemy, ale śpieszy nam się, szukamy kogoś - wtrąciła się Ewelina.
   - Kogo? Może mógłbym wam pomóc?
   - Raczej nie, ta osoba mieszka dość daleko stąd - odpowiedział blondyn.
   - Ech, ale wy nieufni - westchnął mężczyzna. - No, jak chcecie, przecież na siłę nie będę was trzymał.
   Minęli go, przeszli kilka metrów, po czym Robert zachwiał się.
   - Robert, dasz radę? - spytała Ewelina, podtrzymując go.
   - Dam. Idziemy stąd.
   Gdy odchodzili, usłyszeli jeszcze jak mężczyzna za nimi krzyczy w ich kierunku.
   - Robert! Też mam tak na imię! Jak będziecie kiedyś w okolicy, to zapraszamy!
   *
   - Dziwny był - mruknęła Ewelina, gdy odeszli na kilkaset metrów.
   - Przyjrzałaś im się? - spytał Robert.
   - Nie, a co?
   - Nie do końca jestem pewien. Wszyscy jakoś tak dziwnie...
   Wypowiedź Roberta przerwał odgłos metalu uderzającego o wywrócony samochód przy którym stał. Natychmiast rozejrzał się... i zauważył. Mężczyzna z którym rozmawiali przed chwilą przeładowywał wiatrówkę, kilku innych natomiast biegło w ich kierunku. Tamci mieli w rękach noże i kije. Byli tylko kilkadziesiąt metrów od nich.
   - Biegnij! - ryknął Robert.
   Rzucili się do ucieczki, choć oboje zdawali sobie sprawę z tego, że to nic nie da. Rozwalona noga Roberta nie pozwalała mu na szybki bieg, oczywistym było więc, że tamci ich złapią. Robert doskonale zdawał sobie sprawę, że nie skończy się to najlepiej dla żadnego z nich.
   - Uciekaj - ryknął, po czym zatrzymał się i obrócił.
   W jedną rękę złapał nóż od Staśka, w drugą gałąź, która leżała pod nim. Tak uzbrojony czekał. Tamci byli trzydzieści metrów od niego.
   - Robert! - usłyszał za sobą głos Eweliny.
   - Uciekaj! - ryknął blondyn. - Zgwałcą cię i zabiją!
   Nie wiedział, czy Ewelina posłuchała go i uciekła. Skupił uwagę na napastnikach. W jego kierunku biegło pięciu mężczyzn, z czego tylko jeden wyglądał muskularnie, reszta była wychudzona. Ich przywódca biegł kilkanaście metrów za nimi, trzymając wiatrówkę w rękach. Pocieszające było to, że prawdopodobnie nie miał wiatrówki o takiej sile rażenia jak ta przerobiona przez Przemka.
   - Żywych! - usłyszał Robert. - Nie zabijajcie!
   Więc nie zamierzają nas zabić, pomyślał blondyn, nim pierwszy z napastników do niego dobiegł. Był to jeden z tych chudych, trzymał w rękach kij od mopa. Zamachnął się, jednak - na swoje nieszczęście - poślizgnął o plamę krwi pozostawioną przez Roberta, gdyż podczas biegu rana mu się otworzyła. Gdy mężczyzna upadł na gruz, blondyn bez wahania uderzył do gałęzią prosto w skroń. Lecz nie zdążył więcej nic zrobić, dwóch kolejnych dobiegło do niego i powaliło na ziemię. Robert czuł, jak okładają do kijami, krzyczał z bólu, słyszał ich przywódcę, który bez przerwy przypominał, żeby go nie zabijali. Jedno z uderzeń pozbawiło go przytomności.
   *
   - Spisz to wszystko - Konrad poprosił Alicję. - I wylicz mniej więcej na ile nam starczy, musimy to wiedzieć.
   Oboje byli akurat w kuchni, gdzie przeglądali zapasy jedzenia, które nie były wcale tak duże, jak im się z początku zdawało.
   - W razie czego podzielę tak, żeby starczyło na dłużej - odpowiedziała mu Alicja. - Nic nam się nie stanie, jak zjemy kilka ziaren ryżu mniej.
   Konrad podrapał się po brodzie.
   - Dobra, rób jak uważasz. Zaraz przyślę do ciebie Kingę, pomoże ci.
   - Może lepiej nie - doradziła blondynka. - Wiesz, musi się trochę pozbierać. Zostawmy ją na razie samą, mam nadzieję, że szybko ochłonie.
   - Tak - zgodził się po chwili Konrad - Andrzej jest z nią na górze, najlepiej, jak pobędą teraz ze sobą, przyda jej się bliskość męża. Nie przeszkadzajmy im.
   - Bliskość męża... - westchnęła Alicja, przeglądając paczkę kaszy.
   - Ty też się jeszcze nie pozbierałaś?
   - A ty? Pozbierałeś się po żonie?
   Konrad milczał, spochmurniał. Podrapał się po brodzie, spojrzał na Alicję.
   - Tak - odpowiedział jej. - Kiedyś każdy z nas będzie musiał pozbierać się po utracie bliskich. Nie ma na co czekać, nie ma co rozpamiętywać.
   Alicja popatrzyła na niego, po chwili uśmiechnęła się nieśmiało.
   - Masz rację. Nie ma co rozpamiętywać. Nie popadajmy w skrajności. Trzeba żyć.
   - Trzeba - przyznał barczysty, przeczesując blondynce włosy z czoła.
   Ta uśmiechnęła się ponownie.
   - Mógłbyś się ogolić, wyglądasz jak niedźwiedź - powiedziała, przejeżdżając palcem po jego brodzie.
   Przywarli do siebie powoli, jakby niepewnie. Ich usta z początku zetknęły się na pół sekundy, potem na dłużej, za trzeci razem namiętnie. Objął ją w niedźwiedzim uścisku, ona nie stawiała oporu, zarzuciła mu ręce na szyję. Czar prysnął, kiedy złapał ją za pośladki. Odsunęła się szybko, zrobiła krok do tyłu. zdawała się jakby przestraszona.
   - Przepraszam... - mruknęła. - Ja... Daj mi trochę czasu. Nie mogę tak nagle... Od razu... Mam nadzieję, że rozumiesz. Za szybko.
   Podszedł do niej, przytulił, pogłaskał po głowie.
   - Nie przepraszaj. Rozumiem.
   W tym momencie do kuchni wszedł Stasiek. Gdy zobaczył Alicję i Konrada miał zamiar wyjść, jednak powiedział nieśmiało:
   - Ja już... Tego, skończyłem wartę. Kogo mam wysłać?
   - Niech idzie Kowal - odpowiedział Konrad, nadal tuląc Alicję, która zaczęła szlochać. - Dawno nie był na dachu.
   - Kowal? - spytał Stasiek, podnosząc jedną brew.
   - Dlaczego nie?
   - Przecież wyszedł chyba z Przemkiem...
   Konrad zmarszczył brwi.
   - Jak to wyszedł z Przemkiem?
   - No... Jak poszedł Przemek, to zaraz za nim wyleciał Kowal. Myślałem, że wiesz...
   - Przecież ja go nigdzie... Cholera jasna.
   *
   Kowal szedł ostrożnie, starał się trzymać co najmniej kilkadziesiąt metrów za Przemkiem. Wiedział, że jedyną szansą na odnalezienie Eweliny jest śledzenie Przemka, który wiedział gdzie ona poszła. Jak na razie to śledzenie szło mu dobrze, przynajmniej wyglądało na to, że Przemek nie zauważył, że jest śledzony. I Kowal nie chciał, żeby ten stan rzeczy się  zmienił.
   Bolało go, że został potraktowany tak, jakby nie istniał, jakby to co zrobił do tej pory nie miało znaczenia. A zrobił dużo, w końcu to on zauważył Ewelinę przy ogrodzeniu, to on uratował ją przed pewną śmiercią. To on marzł, szukając dla niej ubrań, to on się dla niej poświęcał. Gdyby nie on, nie miałaby nic.
   A ona poszła do Roberta.
   Przetarł rękawem napływające łzy, poprawił plecak. Nie przyśpieszał, nie chciał, żeby Przemek go zauważył.
   *
   Przemek zgubił ich ślad, gdy tylko wyszedł z lasu. Tutaj nadal kręciło się sporo ludzi, którzy skutecznie zatarli ślady Roberta i Eweliny, na tyle skutecznie, że nie dało rady ich wytropić. Wiedział dokąd idą, ruszył więc tam najprostszą drogą, licząc na to, że oni też nią poszli. Co prawda zawsze istniała szansa, że Robert poszedł inną trasą, jednak Przemek nie miał innego wyjścia, musiał iść na ślepo.
   Szedł przed siebie, patrzył na wprost, lub ciemniejące już niebo. Nie oglądał się, nie chciał, żeby Kowal domyślił się, że Przemka nie da się śledzić niepostrzeżenie.  
   - Wszystkich w tym hotelu chyba pojebało - westchnął pod nosem, po czym splunął.
   *
   Przebudził się, czego żałował, gdyż od razu poczuł ból, w szczególności głowy i żeber. Przez chwilę zdawało mu się, że z jakiegoś powodu nie może otworzyć oczu, jednak zdał sobie sprawę z tego, że ktoś zawiązał mu oczy jakimś materiałem. Poruszył rękoma i nogami. Tak jak podejrzewał, były związane.
   - Ewelina? - szepnął, gdyż nie miał pojęcia, gdzie jest i nie wiedział czy ktoś jest przy nim. - Ewelina? Jesteś tu?
   - Ewelina? - Robert od razu rozpoznał głos przywódcy ludzi, którzy na nich napadli. - To twoja dziewczyna? Nawet jeśli, to przykro mi stary, ale teraz ona należy do mnie.

   Kocham zakończenie tego rozdziału xD Przy okazji, tych, którzy jeszcze nie wypowiadali się w komentarzach, proszę o to, żeby zrobili to teraz. Chciałbym wiedzieć ile osób czyta regularnie moje wypociny i ilu z was czeka na ciąg dalszy przygód Roberta i spółki:)

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5287 słów i 29091 znaków.

1 komentarz

 
  • xptoja

    Nieładnie byłoby w tym momencie kończyć, szczególnie jak się robi takie zamieszanie ; ) byłabym zawiedziona takim obrotem wydarzeń : P

  • Kuri

    @xptoja Kolejny rozdział też kończy się w podobnym momencie xD Wziąłem przykład z amerykańskich seriali xD

  • xptoja

    @Kuri ale to znaczy że jest, a jeśli tak to nie mam obiekcji ; )

  • Kuri

    @xptoja Spokojnie, końca tej powieści nie przewiduję na najbliższy okres czasu :P Nawet jak nikt nie będzie tego czytał, ja i tak będę pisał :D