Ziemia z popiołów I: Rozdział 7 - Pamięć

Ziemia z popiołów I: Rozdział 7 - PamięćBył na granicy jawy i snu, kiedy poczuł wodę, lejącą mu się na usta. Ocknął się niemal natychmiast, zaczął łapczywie pić życiodajny płyn, przy czym prawie się zachłysnął, lecz nie przestawał pić, gdyż w gardle czuł suchość, jakby od dobrych kilku dni nie miał w ustach żadnych płynów.
   - Ostrożnie – usłyszał gdzieś z oddali. – Nie za szybko, nikt nie zabierze ci tej wody. Bierz małe łyki.
   Mimo, że usłyszał te słowa, nie posłuchał ich. Brał wielkie łyki, pokasłując co chwilę, czując jak zimna, choć nie lodowata, woda leje mu się po polikach, ścieka na brodę i szyję. Po kolejnym, wielkim łyku zaczął mocno kaszleć, reakcja organizmu na to, że na chwilę obecną wystarczy.
   - Khe! Khe! Khe! Gdzie… Co... – próbował powiedzieć, jednak bolało go gardło, jak i całe ciało, nie był więc w stanie skleić całego zdania.
   - Leż – usłyszał ponownie, tym razem wydawało mu się, że głos jest bliższy niż poprzednio. – Nie odkopałem cię całego, sam nie wyjdziesz. Leż i nie ruszaj się. Jak cię tylko wykopię, natychmiast wyrzucasz tę kurtkę, chyba, że chcesz, żeby ktoś zabił cię w chwilę po tym, jak ja cię uratuję.
   Tak, teraz pamiętał. Uciekał przed ludźmi, oni chcieli zrobić mu krzywdę. Nie bez przyczyny, w przeszłości należał przecież do Policji Porządkowej, to on robił krzywdę innym ludziom. Mieli prawo go nienawidzić za to wszystko, co robił w przeszłości.
   Za to, kim był.
   *
   Namęczyli się porządnie. Najpierw Kowal i Stasiek nieśli trzy pełne plecaki na miejsce spotkania. Potem Maciek, cały w nerwach, że Przemek nie powiedział mu nic o swojej planowanej ekspedycji, dał im wykład o tym, że nie ma tu miejsca na samodzielne podejmowanie decyzji, bez jego zgody. Następnie dotarli do cysterny, która, na szczęście, odpaliła, jednak, na nieszczęście, zakopała się pośrodku wsi, na której Konrad planował zbudowanie osady. Wyszli więc z cysterny, zarzucili plecaki na plecy i ruszyli dalej, wymieniając się co jakiś czas plecakiem Przemka, dopóki nie dotarli pod bramę hotelu, gdzie przywitał ich Robert, otwierając furtkę.
   - Wyszło was więcej niż wróciło – zauważył blondyn.
   - Potem ci powiemy – rzucił tylko Konrad, dźwigając dwa plecaki. – Po kolacji.
   Gdy tylko znaleźli się w recepcji, natychmiast zrzucili z siebie ciężary, rozmasowując obolałe ramiona, następnie zdjęli kurtki i buty, udając się do salonu, aby ogrzać się przy kominku. W tym samym czasie Kinga, Alicja i Ewelina zajęły się rozpakowywaniem plecaków, Pati spała już w swoim pokoju, najwyraźniej brała ją jakaś choroba, Hyugi kręcił się między nogami, Andrzej natomiast przecierał oczy, gdyż dopiero się obudził.
   - Staniesz jeszcze na czas kolacji – ogłosił mu Maciek, co nie do końca przypadło mu do gustu. – Potem zastąpi cię Konrad, ale dopiero co przyszliśmy z całodniowej wyprawy, niech chociaż zje w cieple.
   Ostatecznie Andrzej, mamrocząc pod nosem, wyszedł z hotelu, zastępując Roberta. W ciągu kolejnej pół godziny, wszystko było naszykowane do kolacji, usiedli więc za stołem, ciesząc oczy i podniebienia ciepłymi posiłkami.
   - Co z nią? – spytał Konrad, przeżuwając jajecznicę z proszku.
   - Chyba coś ją bierze – odpowiedziała Alicja. – Ma gorączkę, od razu poszła spać. Pewnie zwykłe przeziębienie, ostatnio przecież też kichała.
   - Zaniosę jej po kolacji herbaty i coś ciepłego do jedzenia – zaofiarował się Stasiek. – Zje teraz, albo jak wstanie.
   - Jak nie będzie spała, to pójdę zmierzyć jej temperaturę – odezwał się Maciek. – Dam jej coś na zbicie gorączki, mam jeszcze w torbie trochę leków.
   - A co z Przemkiem? – spytał Robert, gdyż do tej pory nikt mu na to pytanie nie odpowiedział.
   Niemal natychmiast wszyscy przestali jeść, wpatrzeni to w Maćka, to w Konrada. Widocznie wszystkich, którzy nie byli na wyprawie, ciekawiło to, co stało się z Przemkiem.
   - Poszedł do Warszawy – zabrał głos Stasiek, mając dość czekania, aż jeden z liderów postanowi coś odpowiedzieć. – Do komendy PP, chce wziąć stamtąd broń.
   - Broń? – spytała Alicja. – Po co…
   - Możemy się tylko domyślać – przerwał jej Maciek. – Według mnie osobiście zamierza wrócić tu z bronią, żeby przejąć na siłę władzę.
   - Daj spokój – westchnął Konrad. – Przecież nie da rady…
   - Będzie chciał przejąć władzę – kontynuował Maciek. – My możemy się nie dać, ale co nam zostanie? Ucieczka z terenu hotelu. Będzie miał sam jeden, tylko dla siebie cały hotel, ze wszystkimi zapasami. My go stąd nie wyrzucimy, bo nas najzwyczajniej w świecie porozstrzela. To my będziemy musieli się stąd wynieść.
   - Sam jeden nie da rady tylu ludziom – zauważył Kowal.
   - Więc pewnie zbierze po drodze paru ludzi. Dwóch, trzech, więcej mu nie trzeba. Mało to chodzi na zewnątrz ludzi, którzy za jedzenie i dach nad głową będą zdolni nawet do takich rzeczy, jak zastraszanie, czy zabijanie innych ludzi? Jesteśmy na przegranej pozycji.
   *
   Przemek przyjrzał się człowiekowi, którego znalazł, który teraz grzał się przy ogniu. Siedział naprzeciwko niego, ognisko natomiast nie było duże, widział więc go dokładnie. Był murzynem, niemal łysym, dobrze umięśnionym, choć mimo wyglądu, jego oczy mówiły, że nie jest wcale taki straszny, jak wygląda.
   - Niebezpiecznie tak chodzić w takiej kurtce, jaką miałeś na sobie – pouczył Przemek. – Na tyle, że ja bym w czymś takim nie chadzał po okolicy.
   - Nic innego nie miałem – odpowiedział Afrykanin, który wcześniej przedstawił się, jako Kopanang Mbongane. – Robiłem w PP, Kolizję mieliśmy przeczekać w schronie, ale tam… Ludzie zwariowali, nie przeżyłbym tam. Uciekłem w tym, co miałem na sobie, a miałem tylko ten mundur.
   - Mundur mundurem, założyłbyś kurtkę i nikt nie poznałby munduru.
   - Założyłem tą, która wisiała przed wyjściem ze schronu. Sam widziałeś, że była na mnie za duża, nie miałem innej opcji. Mogłem wybiec bez niej, ale pewnie bym zamarzł. A właściwie… Dzięki. Wielkie dzięki. Gdyby nie ty…
   - Nie mów tak, bo świat nawet nie zauważyłby mojej nieobecności – mruknął Przemek w odpowiedzi. – I nie dziękuj więcej, nie lubię tego. Ale w ramach odwdzięczenia się możesz coś dla mnie zrobić. Czy raczej coś mi powiedzieć.
   - Odpowiem na wszystko, co będę wiedział.
   - Świetnie. Więc, Kopanang, powiedz mi, gdzie jest broń.
    *
   Pokój Roberta był, jak zwykle, słabo oświetlony. Wkroczyli do niego, siadając naprzeciw siebie, na dwóch drewnianych krzesłach.
   - Szybko, bo za dziesięć minut muszę zmienić Andrzeja – uprzedził Konrad. – Nadal planujecie wyprawę? Nic się nie zmieniło?
   - Nadal – potwierdził Robert. – Jesteśmy już naszykowani.
   - Wszystko macie?
   - Wszystko, sprawdziłem kilka razy. Naszykowaliśmy się najlepiej, jak tylko mogliśmy. Zaraz idziesz na wartę, my w tym czasie się wymkniemy.
   Konrad westchnął, po czym popatrzył mu w oczy. Nie widział w nich nic, poza uporem. Westchnął znowu.
   - Dobra, niech ci będzie. Ostatni raz życzę wam powodzenia.
   - Przyda się, na pewno.
   - Dlatego go wam życzę. Jak już mówiłem ci rano, przyprowadź tu je obie. Całe i zdrowe. Wiem, że ciebie na to stać. I wracajcie jak najszybciej.
   Robert uśmiechnął się, nie odpowiedział jednak już nic. Konrad odpowiedział mu uśmiechem, po czym wstał, odwrócił się na pięcie i wyszedł na korytarz, pogwizdując cicho.
   *
   Andrzej jadł w ciszy, nie odzywał się nawet słowem, co niepokoiło Kingę. Siedział na skraju łóżka, talerz trzymając na małym stoliku. Gryzł i przeżuwał, patrząc przed siebie wzrokiem nie zdradzającym emocji. W końcu Kinga nie wytrzymała. Usiadła obok niego, objęła go, ucałowała w czoło.
   - Co ci jest? – spytała, po czym wtuliła się w niego.
   - Mi? – odpowiedział pytaniem Andrzej, wydłubując coś spomiędzy zębów.
   - Przecież widzę, że coś jest nie tak. Mi chyba możesz powiedzieć, nie sądzisz?
   - Nic mi nie jest. To z nimi… coś jest.  
   - Oh, przestań i powiedz o co ci chodzi. Nie ogólnikami, tylko normalnie.
   - Co tu mówić? – spytał Andrzej z widoczną irytacją w głosie. – Traktują mnie jak śmiecia, jak jakiegoś bachora, dzieciaka na posyłki. Stań na pół godziny na warcie, zanieś plecaki do kuchni, co będzie następne? Nie traktują mnie poważnie, a powinni. To ja tu jestem dorosły, takie rzeczy powinny robić te dzieciaki, Kowal i Robert.
   - Nie przesadzaj, przecież wszyscy stoją na warcie na zmiany, nie tylko ty.
   - Ale tylko mnie teraz wysłali. I to kiedy? Słuchaj, będziemy jeść kolację, posiedź na dachu, zjesz potem w domu. Wiesz jak to brzmi? Jak ty byś się czuła, jakby ciebie tak traktowali?
   - Przestań, przecież…
   - Nie przestanę! – ryknął Andrzej, odpychając od siebie Kingę i wstając z łóżka. – Idę się przejść, muszę ochłonąć.
   Kinga siedziała, wpatrzona w męża przerażonym wzrokiem. Nigdy wcześniej nie widziała, żeby Andrzej tak się zachowywał. Do tej pory nigdy nie krzyknął na nią, a co dopiero odsunął ją od siebie. Patrzyła tylko jak jej mąż ubiera się, po czym wychodzi z pokoju. Nie spojrzał na nią ani razu.
   *
   Czekał na nich przed bramą. Nie musiał czekać długo, bowiem już po chwili wyszli z hotelu i ruszyli w jego stronę.
   - Zimno – syknęła Ewelina, a z jej ust poleciał kłębek pary.
   - Będziemy szli całą noc, w ten sposób nie zmarzniemy – odpowiedział Robert, wygrzebując z zaspy małą siekierkę. – Prześpimy się dopiero rano.
   - A może pójdziecie rano, jak naprawdę będzie cieplej? – spytał Konrad.
   - Nie – mruknął w odpowiedzi blondyn. – Im szybciej wyjdziemy, tym dalej będziemy rano, jak się pobudzą. Nie znam Maćka na tyle, żeby być pewnym tego, czy nie wyśle za nami oddziału poszukiwawczego.
   - Co pan mu właściwie powie, jak zobaczy, że nas nie ma? – spytała Ewelina.
   - Nie pan, tylko Konrad – uśmiechnął się barczysty. – Powiem mu prawdę, nie ma sensu kłamać. Ale powiem mu to dopiero rano.
   - Niech będzie – przytaknął Robert, wychodząc poza teren hotelu.
   Ewelina minęła Konrada, ruszając za blondynem. A Konrad stał, patrząc na nich przez dobre kilka minut, patrząc jak oddalają się coraz bardziej, aż w końcu zniknęli mu z horyzontu. Już miał obrócić się i wrócić na swoje miejsce, gdy usłyszał za sobą kroki.
   - Dokąd poszli? – spytał Andrzej.
   - Eh, myśleliśmy, że nikt nie zauważy – westchnął Konrad.
   - Ja zauważyłem. Gdzie poszli? Po Przemka?
   - Nie, nie po niego. Po kogoś z rodziny Eweliny.
   - Czemu sami i w tajemnicy? – drążył temat Andrzej. – Dość mam tego, że nigdy nic nie wiem. Powiedz mi, o co tu chodzi.
   - Nie wiem, czemu chcieli iść w tajemnicy – skłamał barczysty. – Poprosili mnie, żebym krył ich wyjście. W ciągu kilku dni mają wrócić.
   - Jeśli przeżyją – prychnął Andrzej, odwracając się i ruszając w drugą stronę. – Jak mamy tu normalnie żyć, skoro każdy coś przed kimś ukrywa?
   *
   Niebo po raz pierwszy od dawna było błękitne. Na horyzoncie widać było chmury, więc każdy domyślał się, że po południu znów nastanie ich mało przyjemny półmrok, lecz mimo tego każdy cieszył się z ciepłych promieni słońca, które dawał im ranek. Był to jednak jedyny powód do radości tego dnia.
   - Jak to poszli!? - ryknął Maciek, rzucając jakąś szmatą o podłogę.
   Wszyscy mieszkańcy hotelu zebrali się w salonie, gdzie z samego rana zwołał ich Maciek.
   - Zwyczajnie - odpowiedział mu Konrad, starając się, żeby nie puściły mu nerwy. - Robert to mój człowiek, dostał moje zezwolenie. Ewelina nie należy do żadnej grupy, nie musi słuchać ani mnie, ani ciebie.
   - Najpierw Przemek, teraz oni!? Jaja sobie robicie? Kto następny wyjdzie sobie na zimowy spacerek?
   - Maciek, uspokój się - poprosiła Kinga. - Tak, jak Konrad powiedział, mieli powód...
   - Nikt nie ma powodu, żeby łamać tutejsze zasady!
   - Tu nie ma póki co zasad! - warknął Konrad, nie mogąc dłużej bezczynnie słuchać Maćka. - Nikt nie będzie działał pod twoje dyktando!
   - Więc pod czyje? - spytał Maciek. - Ktoś musi rządzić, tego kogoś muszą słuchać wszyscy,  inaczej nic z tego nie wyjdzie. To ja pierwszy znalazłem hotel, to ja zacząłem to jakoś organizować, to ja tutaj rządzę! Nikt inny! Nie życzę sobie więcej, żeby ktokolwiek opuszczał hotel bez moje wiedzy!
   - A kim ty jesteś, żeby nami dyrygować? - wtrącił się Andrzej. - Ja mam już dość. Ciągle ktoś mi rozkazuje, ktoś coś ukrywa. Mam dość.
   - Kim ja jestem? - parsknął Maciek. - Gdyby nie ja, żadne z was by tu nie siedziało. Żadne z was nie grzałoby tyłka w ciepłym salonie. Was też by tu nie było - spojrzał znów na Konrada. - Przemek nie chciał was wpuścić, ja was wpuściłem...
   - Nie tylko ty - Andrzej znów zabrał głos. - Ja i Kowal też się zgodziliśmy. Kinga też nie miała nic przeciwko.
   - Andrzej, i ty przeciwko mnie? - nie dowierzał Maciek. - Jak byłem ci potrzebny, to wiedziałeś, gdzie przyleźć. Zająłem się twoją ręką, a ty tak mi się odpłacasz? Kowal? A ty?
   Kowal, który stał od samego początku w kącie, spuścił głowę i nie odzywał się.
   - Tak, najlepiej się nie odzywać! Stanąć cicho i udawać, że cię nie ma! - Do oczu Maćka zaczęły napływać łzy. - Czy ja w ogóle jestem wam jeszcze potrzebny?
   Zapadła cisza. Chwilowa, jednomyślna. Przerwał ją po chwili Kowal.
   - Głosujmy, kto ma rządzić. Maciek, czy Konrad. Ja... Nie ukrywam poglądów, jestem za Maćkiem. Ktoś jeszcze?
   Obaj, Maciek i Konrad, nie dowierzali temu, że nikt więcej nie podniósł ręki.
   - Podliczając głosy - mruknął Stasiek - zdaje się, że Konrad wygrał.
   *
   Udało mu się. Dokopał się do zbrojowni. Otworzył drzwi, przecisnął się przez gruz, wszedł do środka. Wnętrze oświetlił sobie latarką, tak więc widział wszystko doskonale. Regały i półki pełne broni. Od starych pistoletów i karabinów, na pociski, po nowsze, działające na zasadzie wyrzucania impulsu energii. Poza tym gumowe pałki, oczywiście z metalowymi nasadkami, pełne, ciężkie mundury, zaś w rogu znajdowały się granaty.
   - Broń godna naszych czasów - podsumował Przemek, nim zaczął pakować karabiny.
   *
   - Cały arsenał - zauważył Kopanang.
   Przemek pakował właśnie sześć toreb pełnych broni i amunicji na znaleziony rower. Poza tym były jeszcze dwie torby, które miał nieść Afrykanin.
   - Takie czasy. Dasz radę nieść te torby? Są ciężkie.
   - Powinienem dać. Dokąd idziemy?
   - Zobaczysz. Zmieniając temat, dobrze mówisz po naszemu.
   - Mieszkam tu praktycznie od dziecka. Dużo ludzi mówi mi, ze nie mam nawet akcentu.
   - Bo to prawda. Co dokładnie robiłeś w PP?
   Kopanang spochmurniał, milczał chwilę, lecz w końcu odpowiedział.
   - Papierologia. Nie spisałem się najlepiej na pierwszej misji, to wysłali mnie za biurko. Niby za karę, ale jak dla mnie była to nagroda.
   - Ciekawe... Długo robisz w PP? Znaczy, inaczej. Kiedy miałeś tą swoją pierwszą misję? Podaj możliwie najdokładniej.
   - Trzy lata temu, na samym początku zimy. Po co ci to wiedzieć?
   - A nie, tak z ciekawości. Kogo zamykałeś?
   - Dlaczego pytasz?
   - Kopanang - westchnął Przemek. - Zamierzam zaprowadzić cię do miejsca, gdzie będziesz względnie bezpieczny. Ja też tam mieszkam, zresztą nie sam. Chcę wiedzieć, kogo wpuszczam do domu. Kogo i za co zamykałeś. I dlaczego się nie spisałeś?
   - Jak tak bardzo chcesz wiedzieć, to kobietę. Podobno za działalność antyrządową. To była moja pierwsza akcja, dowódca kazał mi ją odprowadzić do Czarnej Strefy. Odprowadziłem ją, ale w raporcie napisałem co o tym sądzę. Komendant wezwał mnie na rozmowę. Powiedział, że w innych okolicznościach wyrzuciliby mnie, ale ze względu na mój groźny wygląd zostawią mnie, żebym robił za biurkiem, a podczas parad i tym podobnych zakładał mundur i robił za pozera, jakich to groźnych ludzi mają w PP. Wystarczy?
   - Prawie. Mam ostatnie pytanie. Pamiętasz tę kobietę?
   - Pamiętam. Dokładnie. Jej twarz, imię, nazwisko. Pamiętam adres pod jakim mieszkała. Pamiętam przerażenie w jej oczach, gdy nas zobaczyła. Pamiętam, że nie stawiała oporu. Pamiętam, jak powiedziała, że nigdy mi nie wybaczy. Wszystko doskonale pamiętam.
   - W takim razie to wszystko - mruknął po chwili Przemek. - Musiałem to wiedzieć. Skoro pamiętasz, znaczy, że żałujesz. A to znaczy, że jesteś w porządku.
   Ruszyli. Szli, mijali ciała. Mijali ludzi, którzy wyglądali na takich, którzy nie pociągną długo. Kobiety, mężczyzn, dzieci, starców. Wszyscy oni byli skazani na śmierć, najpewniej głodową, lub z wyziębienia organizmu.
   - Dlaczego zabierasz ze sobą mnie, a nie ich? - spytał Afrykanin, gdy minęli kilkuosobową grupę. - Jeśli zabrałbyś ich ze sobą, mogliby przeżyć.
   - Zabieram ze sobą ciebie, właśnie dlatego, że pamiętasz - odpowiedział mu Przemek. - Nie każdy pamięta. Ty tak. To się liczy.
   *
   Szli przez całą noc, po czym przespali się kilka godzin, aby następnie ruszyć dalej. Przechodzili bocznymi drogami, omijali duże skupiska ludzi, przez co mieli ciężką drogę. Śnieg sięgał im do pasa, lodowaty wiatr wdzierał się siłą pod ubrania, smagając po skórze.
   - Dziękuję jeszcze raz - zaczęła rozmowę Ewelina. - Nikt nigdy nie zrobił dla mnie tak wiele. Ani dla mojej cioci.
   - Nie ma za co - odpowiedział jej Robert. - Dawno jej nie widziałaś?
   - Będą trzy lata. Pamiętam, jak mama przyszła do domu, była cała zapłakana. Podsłuchałam jak rozmawiała z tatą. Jak usłyszałam, że zamknęli ciocię w Czarnej Strefie... Wtedy kojarzyło mi się to tylko z tym, że więcej jej nie zobaczę. Myślałam, że nie żyje. Zaczęłam płakać. Mama mnie zobaczyła, ale nie nakrzyczała na mnie, nie miała żadnej kary za podsłuchiwanie. Po prostu mnie przytuliła. Płakałyśmy obie. Pamiętam to, jakby było wczoraj.
   Robert milczał. Po chwili Ewelina podjęła monolog.
   - Nie widziałam jej od tamtej pory. Tylko mama i tata pojechali do niej raz na widzenie. Musieli dać strażnikowi łapówkę, bo normalnie nie można widywać ludzi ze Strefy. Chciałam jechać z nimi, ale wyjechali w nocy, jak spałam. Rozmawiali potem z babcią, oczywiście podsłuchiwałam. Powiedzieli, że ciocia trzyma się lepiej niż sądzili, ale i tak jest w opłakanym stanie. Pamiętam, jak babcia spytała mamy o to, czy ją wykorzystują. Mama odpowiedziała, że nie. Wtedy nie wiedziałam co to znaczy, ale i tak wyczułam, że mama kłamie. Nigdy nie umiała kłamać.
   - Mało ludzi umie kłamać - mruknął Robert. - Jeszcze mniej przekonująco. Ale wszyscy próbują.
   *
   W hotelu panowała kompletna cisza. To dobrze, pomyślał Maciek, ostatnim co będę słyszał będzie cisza. Otarł łzy rękawem, zarzucił pasek od spodni przez żyrandol. Był pewien, że żyrandol się nie zerwie. Jak? On miał wizję, on miał zasady, porządek. A Konrad? Konrad nie miał nic, oferował im tylko zezwierzęcenie. Ale skoro wolą jego... To znaczy, że Maciek nie jest im już potrzebny. Wszystko przez niego. Przez Konrada. Owinął sobie wszystkich wokół palca. Zostawił go samego, pozbawionego czegokolwiek.
   - Przegrałem wszystko - syknął przez łzy, zarzucając sobie pasek wokół szyi. - To koniec. Koniec ze wszystkim. Koniec z marzeniami.
   I zrobił to. Jedną nogą kopnął krzesło, które przewróciło się na bok. Poczuł coraz większy ucisk wokół szyi, stracił oddech. Czuł jak płuca walczą o powietrze, którego zaczęło mu brakować. Czuł ból piekących oczu, wychodzących na wierzch.
   Jednak nie walczył. Nie wierzgał nogami. Wisiał, płakał, czekał.
   *
   Siedzieli we trzech w pokoju konferencyjnym. Konrad, Stasiek i Andrzej, który zorganizował całą rozmowę.
   - Nie sądzę, żeby opuścił hotel - Andrzej odpowiedział  na pytanie Konrada. - Trochę już go poznałem, sądzę, że nie jest taki.
   - Miejmy nadzieję - westchnął Konrad. - Jest tu jedynym, który może robić za lekarza. Nie możemy dopuścić, żeby nam uciekł.
   - Wydaje mi się, że potrafi się domyśleć, że sam nie przeżyje na zewnątrz - zabrał głos Stasiek.
   - Raczej tak. No dobra Andrzej, po co chciałeś porozmawiać?
   - Więc... Widzisz, Konrad, teraz ty tu rządzisz.
   - Nie używaj tego słowa - poprosił barczysty.
   - Jakiego bym nie użył, ty tu rządzisz. Chciałem spytać... Wiesz, może trochę mnie ponosi, ale w takich okolicznościach... Wiesz, że nie przepadam za ciężką pracą, wszyscy śmieją się ze mnie z tego powodu.
   Choć było to niezręczne, ani Stasiek, ani Konrad nie zaprzeczyli.
   - Widzisz... Więc stąd moje pytanie. Dotąd byłem w grupie Maćka, teraz można powiedzieć, że jestem w twojej... Mogę tu zostać? Nie wyrzucisz mnie?
   Konrad wykrzywił brwi ze zdziwienia.
   - O czym ty gadasz? - parsknął. - Dlaczego miałbym cię wyrzucać?
   - Nie znam cię - odpowiedział mu Andrzej. - Nie wiem jakich ludzi tolerujesz, jakich nie. Ja nie wykazałem się ciężką pracą ani razu. Nie wiem, czy będziesz mnie tu chciał.
   - Uspokój się, Andrzej - poprosił Stasiek. - Głupoty wygadujesz. Nikt nikogo nie będzie wyrzucał. I ty i Kinga i Maciek tu zostaniecie tak długo, jak będziecie chcieli.
   - A Przemek? Teraz, jak ty rządzisz, zostawisz go tu?
   - Nikogo nie zamierzam wyrzucać - odpowiedział Konrad. - Chyba, że naprawdę nam jakoś zagrozi, wtedy będę gotów nawet go zabić. Nic mnie nie powstrzyma. W takich czasach przyszło nam żyć, że albo my zabijemy, albo zostaniemy zabici. I może do tej pory nikogo nie skrzywdziliśmy, ale przyjdzie taki dzień, że będziemy krzywdzić wiele osób, aby tylko utrzymać przy życiu siebie, oraz najbliższych. Aby przetrwać w nowym, otaczającym nas świecie. Takie mamy realia.
   Siedzieli chwilę w ciszy. Patrzyli w sufit.
   - Dzięki - Andrzej przerwał ciszę. - Postaram się jakoś wziąć za siebie. Trochę więcej robić, jakoś się przydać. Zacznę od tego, że porąbię dziś resztę tego drzewa na dworze.
   - Dobra - zaśmiał się Konrad. - Liczę na to, że...
   Krzyk przerażenia wypełnił każdy zakamarek hotelu. Krzyk Kingi. Andrzej zerwał się pierwszy, Konrad i Stasiek za nim. Rzucili się w stronę schodów, wbiegli na górę, następnie do pokoju 1402, którego drzwi były otwarte. Stała tam Kinga, zakrywała dłonią twarz, płakała i krzyczała na przemian. Po chwili wiedzieli jaka była przyczyna jej zachowania.
   Ciało Maćka wisiało bezwładnie na pasku od spodni zaczepionym o żyrandol. Jego twarz była blada, język wyszedł na wierzch, oczy były szeroko wytrzeszczone. Kilka metrów dalej, pod ścianą, leżało przewrócone krzesło. Całość oświetlona byłe ledwie kilkoma świeczkami.
   - Jasna cholera - syknął Andrzej, wtulając w ramię szlochającą Kingę.
   - Trzeba go zdjąć - powiedział Konrad. - Szybko, zanim...
   - Tato, co się dzieje!? - usłyszeli Patrycję.
   - Pati! - ryknął Konrad, wylatując na korytarz, chcąc złapać córkę, aby nie widziała tego widoku. - Pati, nie wchodź!
   Nie zdążył jej złapać. Widziała wszystko.
   *
   - Dojdziemy dziś? - spytał Kopanang.
   - Ale ty niecierpliwy - westchnął Przemek.
   - Nadal wszystko mnie boli. Szczególnie noga. Chciałbym odpocząć, chyba, że jesteśmy już blisko.
   Przemek bez słowa oparł rower o drzewo. Afrykanin odłożył obok dwie czarne torby.
   - Usiądź - nakazał łysy. - nazbieram drewna. Nie ruszaj się stąd.
   Przemek zniknął w gęstwinie. Kopanang w tym czasie odwinął nogawkę, żeby przyjrzeć się bolącej nodze. Nie wyglądała najlepiej, była sina i spuchnięta, a na piszczelu widać było wielkiego strupa.
   - Zaraz ci to opatrzę - Przemek wyszedł z zarośli, niosąc trochę drzewa na ognisko.
   - Nie boli tak jak wygląda - uspokoił Mbongane.
   - Nie wątpię. W moim plecaku jest trochę jedzenia, wyciągnij je.
   W ciągu kilku minut Przemek rozpalił ognisko, mimo tego, że drzewo było mokre.
   - Ćwiczyłeś survival? - spytał Afrykanin.
   - Tak - potwierdził łysy. - Survival uliczny. Przez cztery i pół roku.
   - Znaczy...
   - Byłem bezdomny. Nie od początku. Miałem kiedyś dom i rodziców. Ale twoi koledzy z PP nas odwiedzili.
   - Przykro mi...
   - Nie kłam. Jak może być ci przykro, skoro sam byłeś jednym z nich?
   - Byłem, ale...
   - Byłeś. I choć pamiętasz jej twarz, choć żałujesz tego, co robiłeś, to nadal byłeś. Nie zmienisz tego. I nie próbuj, bo prawda zawsze cię dogoni. Zapamiętaj te słowa.
   - Zapamiętam - zapewnił Kopanang, nie do końca je rozumiejąc.
   Wcześniej...
   Jego matka coś krzyczała. Wbiegła do salonu cała zlana potem i łzami. A za nią wbiegli oni. Było ich sześciu, wszyscy ubrani jednakowo. Ciężkie, czarne buty, luźne spodnie z czarnego jeansu, czarna koszulka, czarna kamizelka, czarna kominiarka zasłaniająca całą twarz. I wyróżniający się na tym tle brązowy znak przypięty na prawą pierś każdego z nich. Dwie krzyżujące się litery "P". Jego matka nadal coś krzyczała, jednak nie zdążyła dokończyć. Jeden z nich złapał ją za włosy, pociągnął do tyłu. Upadła na ziemię z takim hukiem, że nawet Przemek - mimo wrodzonej głuchoty - zdawał się to słyszeć. Teraz to on krzyczał, jednak uderzenie gumową pałką uciszyło go skutecznie. Zapluł się krwią, wypluł dwa zęby, widział ciemność. Wzrok odzyskał dopiero po chwili, jednak w bardzo nieodpowiednim momencie. Czterech z nich biło właśnie jego ojca, który trzymał w ręku kawałek jakiejś rury. Bili go okrutnie, gumowe pałki znaczyły ślady uderzeń na jego ciele. Nagle coś strzeliło. Zalało pokój czerwonym kolorem, rozpryskało się po okolicy. Żebro jego ojca złamało się i wygięło pod takim kątem, że rozerwało skórę wychodząc na wierzch. Zaczął krzyczeć dalej. Za co! Zostawcie ich! Przestańcie! Dostał drugi raz, tym razem tracąc przytomność. Nie mógł wiedzieć że to co się stało było winą jego ojca. Żądny zarobku zaczął sprzedawać cenne informację agentom z innych państw. Jako wysoko postawiony urzędnik miał dostęp między innymi do projektów prototypowego uzbrojenia, za które ceny były wyjątkowo wysokie. A teraz jego ojciec leżał na ziemi. Zobaczył to, gdy już się ocknął i otworzył oczy. Ciało leżało na podłodze, powyginane pod nienaturalnymi kątami, z wystającymi gdzieniegdzie kośćmi. Zaczął rozglądać się po pokoju, lecz po chwili zauważył że coś jest nie tak. Po pierwsze miał uszkodzone lewe oko, które teraz napłynęło ropą, po drugie coś usłyszał. Usłyszał. Był to głos jego matki, błagającej o litość. Nie zwracając nawet uwagi na to że słyszy po raz pierwszy w życiu, spojrzał zobaczyć co się dzieje. A działo się coś strasznego. Coś, czego ludzie nigdy nie powinni się dopuścić, czego nikt nie powinien być ofiarą. Nie zdążył krzyknąć, gdy po raz trzeci, ostatni, dostał w twarz gumową pałką, tracąc przytomność po raz kolejny.
   Teraz...
   Jak się okazało, Ewelina była dobrą kucharką. Na tyle dobrą, że mając do dyspozycji jedynie ognisko i jeden, krzywy garnek, dała Robertowi najlepszą potrawę, jaką jadł od Kolizji. Jedli w ciszy, odpoczywali, wymęczeni długi, ciężkim marszem.
   - Dlaczego jest tu tyle śniegu? - spytała Ewelina, gdy tylko skończyła jeść. - W mieście było go dużo mniej...
   - Nie wiem - odparł Robert. - Może przez kanalizację? Jakby nie patrzeć bije od niej ciepło, śnieg się rozpuszcza. Poza tym to miejsce wygląda na takie, którego nikt nigdy nie odśnieżał.
   - Hmmm... Jak ci się wydaje, dojdziemy tam jutro?
   - Nie ma opcji - Robert też dokończył jeść. - Pojutrze. Za duży śnieg, żebyśmy się do jutra wyrobili. Chociaż, może, jak potem będzie lepiej iść. Ale wątpię.
   - A sądzisz... Ona nadal tam jest?
   Robert westchnął, po czym spojrzał jej w oczy.
   - Naszły cię wątpliwości? Po tym jak mnie wyciągnęłaś z hotelu? Jak przemarzliśmy nocny marsz? Po tym jak przeszliśmy już taki kawał drogi?
   - Nie! Znaczy... nie chcę wracać. Chcę iść dalej. Pytam tylko, jak ty  oceniasz jej szansę. Mogła przeżyć po trzech latach w Czarnej Strefie?
   - Nie mam pojęcia - odparł Robert po chwili zastanowienia. - Nie wiem jak tam jest, nigdy tam nie byłem. Jedyne co wiem o tym miejscu, to to, że nigdy nie było tam prądu, stąd nazwa "Czarna Strefa", bo wiecznie było tam ciemno. Miej nadzieję, że ona żyje, więcej póki co nie zrobisz.
   - Mam nadzieję - mruknęła Ewelina. - Tylko nadzieja mi póki co została. Mam nadzieję, że ją znajdziemy, że ona żyje, że wrócimy razem z nią do hotelu, że będziemy tam bezpieczni. A nawet gdyby... Jej tam już nie było... Zawsze pozostanie mi pamięć. Będę o niej pamiętać. Zawsze.
   - Ludzie żyją tak długo, jak ci co o nich pamiętają - pouczył blondyn. - Zapamiętaj te słowa.
   - Zapamiętam - obiecała dziewczyna, uśmiechając się. - Zapamiętam na zawsze.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5277 słów i 29331 znaków.

3 komentarze

 
  • Gabi14

    Całościowo się nie czepiam tak jak użytkownicy poniżej, bo jest to opowiadanie o tematyce postapokaliptycznej, której niestety nie ma na stronie i fabuła wraz z przewidywalnością czy ślimaczą akcją musi być. (Patrz np. "Metro 2033";) ALE Panie kochany tyle powtórzeń? I na twoim miejscu drugie bodajże zdanie na początku tekstu jest moim zdaniem do redukcji, bo jest mnóstwo powtórzeń, jest ono za długie i przez to źle się je czyta - nagrabiłeś sobie

  • Kuri

    @Gabi14 Wiem, przepraszam  :redface: W ramach tłumaczenia, napiszę, że na dysku mam rozdziały, które przeszły jeszcze jedną redakcję, po uwzględnieniu uwag czytelników. Niedługo pewnie zaktualizuję rozdziały na te nowsze. Jeszcze raz, gomenasai, Gabi-san  :redface:

  • π×drzwi

    W tym opowiadaniu ,,przygodowym", główna tematyka obraca się wokół przejęcia, bądź utrzymania władzy, zdobycia żarcia, no i jeszcze wątek cioci, nie jestem pewien, czy takie było założenie, ,,Władca much", ,,Folwark zwierzęcy", czy też ,,Król szczurów" już są. Niełatwo jest utrzymać świadomą kontrolę nad całością Twojego scenariusza, no ja trochę się pogubiłem ;)

  • Kuri

    @π×drzwi kategoria "Przygodowe" może nie najlepiej odwzorowuje tematykę opowiadania, ale nie miałem pojęcia pod co innego ją podczepić ;) Wątki się mnożą, nie sposób tego nie zauważyć, choć może rzeczywiście jest ich trochę zbyt dużo. Cieszę się, jeżeli zauważasz inspirację "Folwarkiem zwierzęcym", na tym mi zależało, choć będzie to bardziej wyeksponowane w kolejnych rozdziałach :) Ogólnie wielkie dzięki za komentarz, których mam jak na lekarstwo ;)

  • π×drzwi

    @Kuri Nie jestem lekarstwem, Zajdel może pasowałby bardziej, osobiście wolę go, niż Lema, jeśli zapatrzyłeś się na Grzędowicza, pacz, nie jebał aż tylu odrębnych akcji :)

  • Kuri

    @π×drzwi Pan Zajdel jest mi obcy, a dokładniej jego twórczość, choć jego samego kojarzę. Natomiast nazwisko pana Grzędowicza kojarzę już tylko z okładek jego książek, które niekiedy widziałem w sklepach ;)

  • xptoja

    Żeby nie było, że tylko historie bez odzewu to napiszę, że ogólnie dobrze się czyta, są elementy zaskakujące, niektóre llekko przewidywalne, ale nie w nachalny sposób. Mam pewne zastrzeżenia co do rozmieszczenia lokacji i pewnej nielogiczności, ale wiem że ciężko jest ogarnąć tak żeby wszystko było doskonale w tworzonym świecie. Więc czekam na kolejne części i pozdrawiam : ) jest kawał roboty

  • Kuri

    @xptoja Dzięki za komentarz ;) Jak możesz, to napisz mi tu, czy na privie o tej nielogiczności, będę wdzięczny,może uda mi się to zedytować i naprawić ;)