Ziemia z popiołów I: Rozdział 4 - Wielkie rozpakowywanie

Ziemia z popiołów I: Rozdział 4 - Wielkie rozpakowywanieProwadził ich Andrzej, choć po prawdzie nie musiał, gdyż ciągle szli drogą. Co prawda nie była ona odśnieżona, jednak szlak wśród drzew uwydatniał się wystarczająco, aby każdy domyślił się, że pod śniegiem znajduje się asfalt. Po pewnym czasie, dość długim, wydłużonym do tego o kilkuminutową przerwę, o którą poprosił Konrad, gdyż Patrycja nie potrafiła dotrzymać im tempa, doszli do momentu, gdy droga była doszczętnie oczyszczona, a do tego odśnieżona.
   - Już tylko ze dwieście metrów do hotelu – oświadczył im Andrzej, któremu od razu poprawił się humor. – Za chwilę będziemy.
   - Chcecie oczyścić całą drogę? – spytał Stasiek. – Aż do wyjścia z lasu?
   - Nie mam pojęcia – odpowiedział przewodnik. – To Maciek zadecydował, żeby sprzątać drzewa z drogi, może i ma taki zamiar. Mi nic do tego.
   Szli dalej, już po chwili zauważając hotel. Był sporej wielkości, miał białe ściany, koloru dachu natomiast nie dało się dostrzec, gdyż pokrywał go śnieg. Żadne okno nie wyglądało na wybite, przez co Konrad domyślił się, że Alicja musiała mieć rację z plastikowymi szybami. Wejście – wielkie, zielone wrota – miało po bokach dwie białe kolumny, popękane tylko lekko, poza tym wyglądające na stabilne, podtrzymujące mały balkonik. W jednym z okien widać było człowieka.
   *
   Maciek, oraz Kinga czekali na nich przed wejściem. Przemek, który odsypiał wartę, zapowiedział już poprzedniego wieczora, że nie zamierza brać udziału w przywitaniu, jak to określił, "bandy obdartusów”.
   - Nie widziałem z nimi ani Kowala, ani tego blondyna – Maciek poinformował Kingę. – Pewnie szukają leków dla tej dziewczyny.
   - Nie wiem, czy już ich potrzebuje – kobieta wzruszyła ramionami. – Wygląda o niebo lepiej niż wczoraj. Strasznie się wypociła, śmierdzi od niej, jak się obudzi, musi w pierwszej kolejności iść pod prysznic. Jakoś delikatnie jej to przekażę.
   - Andrzej napełni baniak, może weźmie do pomocy jednego z nich, potem rozpalimy w kotłowni, do wieczora będzie ciepła woda. Oni pewnie też chcieliby się umyć po tylu dniach w tym brudzie na zewnątrz.
   Skończyli rozmowę, gdyż usłyszeli szepty zbliżających się ludzi. Nie zdążyli się wyprostować, gdy Andrzej otworzył drzwi, odetchnął z ulgą, zrzucił wielki plecak z pleców i natychmiast wtulił się w Kingę.
   - Już jestem – powiedział. – W końcu wróciłem.
   - Nie było cię raptem kilkanaście godzin – zauważyła kobieta, odsuwając od siebie umięśnionego mężczyznę. – Chyba nie stęskniłeś się aż tak bardzo.
   Do recepcji wkroczyły kolejne cztery osoby. Wysoki mężczyzna, dziewczynka, staruszek, oraz kobieta. Ten wysoki podszedł do Maćka, po czym wyciągnął dłoń.
   - Ty pewnie jesteś Maciek – zagadał. – Ja jestem Konrad.
   - Tak, ja jestem Maciek. Ta tutaj to Kinga.
   - To moja córka, Patrycja, Alicja, oraz Stasiek. Mamy żywność, Robert i Kowal doniosą jeszcze dwa plecaki. Całe zapełnione, jak te. Zgodnie z umową, połowa z tego jest wasza, a my zajmujemy wolne pokoje.
   Maciek rzucił okiem na plecaki, wskazując następnie na widoczne stąd schody.
   - Pokoje są na górze. Ich numery zaczynają się od czternaście, nie wiemy czemu. Te, które są wolne zaznaczyłem kawałkiem taśmy, który nakleiłem na drzwi. Tylko jeden pokój zostawcie, potrzebujemy go dla chorej dziewczyny, o której już pewnie wiecie. Poza nami mieszka tu jeszcze Przemek, niezbyt przyjemny typ, nie rozmawiajcie z nim za dużo, bo ciągle szuka awantury. To tyle z mojej strony. A! Nie, jeszcze jedno, dzieleniem żywności zajmie się Kinga, pasuje to wam?
   Konrad spojrzał chyłkiem na Alicję, co ta natychmiast zrozumiała.
   - Pomogę jej – zaofiarowała się blondynka. – I tak nie mam póki co nic do roboty, a w ten sposób jakoś tu pomogę.
   - Świetnie. To teraz chciałbym jeszcze prosić cię na rozmowę – Maciek zaprosił Konrada ruchem głowy, aby ten poszedł za nim.
   *
   Stasiek wziął torbę ze swoimi rzeczami w jedną rękę, rzeczy Patrycji natomiast w drugą. Udali się na górę, gdyż nie mieli nic innego do roboty. Patrycja szybko wybrała sobie pokój, po prostu wzięła pierwszy wolny, na który trafiła, rezerwując pokój obok Konradowi. Stasiek natomiast udał się dalej korytarzem, gdyż miał zamiar zająć pokój, z którego dało się wyjść na balkon. Jednak zawiódł się, pokój 1408 był już zajęty. Obrócił się, mając zamiar udać się do innego pokoju, gdy usłyszał skrzypnięcie, a następnie głos.
   - Tu nie masz czego szukać. Staruszku.
   Stasiek obrócił się ponownie. W drzwiach pokoju, który chciał zająć stał żylasty, łysy mężczyzna. Domyślił się, że to Przemek.
   - Jestem Stasiek. Myślałem, że ten pokój jest wolny.
   - Źle myślałeś – mruknął w odpowiedzi łysy. – Ilu was tu przylazło?
   - Czwórka. Piąty dojdzie do wieczora.
   - Przynajmniej dużo tego żarcia macie?
   - Idź na dół i zobacz. Kinga ma je podzielić po równo.
   - Nie zamierzam się stąd ruszać do końca dnia. Wyszedłem tylko po to, żebyś przekazał reszcie swoich, że w moim pokoju nie macie czego szukać. 1408 jest dla was niedostępny, jasne?
   Stasiek przełknął ślinę. Czuł od tego człowieka pogardę dla innych, znał taki typ ludzi, którzy myśleli, że stoją ponad innymi, dla których reszta ludzi była robakami.
   - Nikt nie będzie cię nachodził – zapewnił staruszek.
   - Dzień dobry panu.
   Jednocześnie obrócili głowy w kierunku, z którego dochodziły słowa. Pati.
   - Nie wiem, czy taki dobry – mruknął Przemek, po czym trzasnął drzwiami.
   Stasiek odetchnął z ulgą, zupełnie jak Andrzej, gdy tylko weszli do hotelu.
   *
   Andrzej wnosił pojedynczo plecaki z żywnością, których rozpakowaniem zajęły się Kinga i Alicja. Rozpakowując dzieliły jednocześnie zapasy na dwie równe części, patrząc przy okazji sobie nawzajem na ręce. Bardzo dokładnie.
   - Czeka nas wielkie rozpakowywanie – Kinga podjęła rozmowę. – Nie dość, że żywność, to jeszcze wasze rzeczy.
   - Sami zajmiemy się naszymi rzeczami – Alicja uśmiechnęła się. – Mamy je wymieszane, spakowane do trzech toreb, podzielimy je między siebie.
   - Ach, no dobrze. Potrzeba wam czegoś? Jak tak, to mówcie, postaramy się wam pomóc. Musimy sobie pomagać, inaczej będzie nam ciężko przetrwać.
   - Na razie nie, jak tylko będzie nam czegoś brakować, damy wam znać.
   W tej chwili do kuchni wszedł Andrzej, niosąc ostatni z plecaków.
   - Koniec, więcej nie ma – oznajmił. – W recepcji są już tylko wasze torby.
   Alicja sięgnęła po plecak, który zaczęła rozpakowywać. Coś nieswojo się tu czuję, pomyślała. Jakoś za mało zaufania do siebie mamy.
   *
   Weszli do małego pomieszczenia, w którym stał tylko stół, oraz kilkanaście krzeseł rozstawionych wokół niego. Był to pokój konferencyjny, o czym informowała tabliczka zawieszona na drzwiach. Usiedli na dwóch krzesłach, obok siebie.
   - Posłuchaj – zaczął Maciek. – Po pierwsze, prowadzimy tu warty, które są odbywane po sześć godzin. Musimy się podzielić, pół dnia moi ludzie, pół twoi – gdy Konrad kiwnął głową na znak, że rozumie, Maciek kontynuował. – Zamierzam mimo wszystko zrobić wypad. Nie teraz, za jakieś dwa, trzy dni. Unormujemy wszystko tutaj, każdy się zaklimatyzuje i pójdziemy. Chciałbym nazbierać jak najwięcej żywności i zrobić jak największe zapasy. Jeśli już o zapasach mowa, to ten podział żywności na dwie sterty i tak jest bez sensu…
   - Też o tym pomyślałem, ale wolałem na razie się nie odzywać – wtrącił mu się w słowo Konrad. – Skoro i tak mamy wspólnie mieszkać, robić razem wypady po żywność, to ten podział nie jest potrzebny, bo i tak prędzej, czy później z niego zrezygnujemy.
   - Dokładnie to miałem powiedzieć – pielęgniarz kiwnął głową. – Dalej, kwestia pokojów. Mówiłem, że jeden musi zostać dla tej dziewczyny, ale dopiero teraz zdałem sobie sprawę, że tak, czy inaczej zostanie. My zajmujemy cztery pokoje, ona zajmie piąty, to zostanie jeszcze sześć, a was jest piątka. W ostateczności ostatni pokój może nawet zostać dla waszego psa, jeśli chcecie. Na koniec, wieczorem będziecie mogli wziąć prysznice, jednak musisz dać kogoś, żeby pomógł Andrzejowi napełnić baniak na wodę. To wielki baniak, jedna osoba będzie pół dnia się z tym bawić. Jeszcze ktoś będzie musiał pilnować pieca w kotłowni, żeby nie zgasł, na wieczór będzie ciepła woda.
   - Nie ma sprawy, sam mu pomogę – oznajmił barczysty, któremu, gdy usłyszał słowo "prysznic” od razu poprawił się humor. – Nawet teraz, rozpakuję się później.
   - Możesz do niego iść, jest w kuchni z dziewczynami, od recepcji korytarz po lewej stronie, pierwszy zakręt w lewo, na końcu będą takie białe drzwi. Powiesz mu, że musicie napełnić ten baniak. Będzie narzekał, że nie może odpocząć, ale nie przejmuj się nim, on zawsze narzeka jak ma coś robić. I jak czegoś potrzebujecie, mówcie.
   - Ja już niczego nie potrzebuję, mam więcej niż bym chciał – odpowiedział mu Konrad. – Dach nad głową, zapas jedzenia, a wieczorem gorący prysznic. Mało ludzi ma dostęp do takich warunków jak my. Zresztą my sami jeszcze wczoraj mogliśmy tylko o tym pomarzyć.
   - Los lubi płatać figle – Maciek wzruszył ramionami, poprawiając okulary. – Czasem mało udane, jednak ten jako udany trzeba zaliczyć.
   - Oby spłatał nam więcej takich figli – barczysty wyszczerzył zęby. – Nie będę narzekać. Niech jeszcze da nam tylko stały prąd, sklep za rogiem, bieżącą wodę, no i ogólnie trochę powrotu do starej, ponurej, szarej, ale jednak stabilnej cywilizacji.
   *
   Przebudziły ją podniesione głosy innych. Po samych głosach stwierdziła, że w budynku musi znajdować się dużo ludzi, więcej niż zdawało się jej, że tu żyje. Poprawiła kołdrę, która musiała się jej zsunąć, gdy spała, usiadła na kanapie. Znowu znalazła trochę jedzenia na stoliku, co szybko zjadła, popijając sokiem ze szklanki. Następnie rozmasowała trochę obolałe nogi, wstała, poprawiła ubranie, co i tak nic nie dało, gdyż było na nią sporo za duże i udała się w stronę drzwi. Postanowiła, że wyjdzie do ludzi, którzy ją uratowali. Po pierwsze musi im podziękować, po drugie dowiedzieć się ile dni była nieprzytomna, po trzecie musi zacząć jakoś szykować się do dalszej drogi. No i musi odzyskać swoje ubrania, te były niewygodne. Uchyliła drzwi, wyglądając na zewnątrz. Był tam przestronny korytarz, z którego wychodziło się do innych pomieszczeń, na końcu natomiast widziała wielkie, drewniane biurko, zastawione stertami papierów. To chyba jakiś hotel, pomyślała, tam jest recepcja. Już miała zrobić krok do przodu, gdy zza zakrętu wyszły dwie kobiety – jedna blondynka, druga z brązowymi włosami – i mężczyzna. Spojrzeli na nią, po czym ta z kasztanowymi włosami podeszła do niej, zwracając się przy okazji do mężczyzny.
   - Andrzej, zawołaj Maćka, powiedz mu, że się obudziła – następnie kobieta wróciła spojrzeniem na nią. – Jak się czujesz? – spytała.
   - Dobrze – mruknęła w odpowiedzi. Gardło już jej nie bolało, czuła jednak swego rodzaju swędzenie, które przeszkadzało jej w mówieniu. – Dziękuję, że mnie uratowaliście. Ile dni spałam?
   Kobieta wprowadziła ją ponownie do pokoju i poprowadziła do kanapy.
   - Kładź się – powiedziała. – Znaleźliśmy cię cztery dni temu, co i rusz się przebudzałaś, ale szybko zasypiałaś znowu. Na pewno wszystko dobrze? Nic cię nie boli?
   - Nie. Trochę nogi… I swędzi mnie gardło… Trochę zmęczona jestem, ale to wszystko, czuję się już naprawdę dobrze.
   - Nie potrzebujesz czegoś? Nie jesteś głodna? Jak tylko czegoś ci trzeba, to mów, załatwimy ci to najszybciej jak się da.
   - Nie, dziękuję. Tylko… Moje ubrania. Te są za duże.
   - Zaraz ci je przyniosę. Są uprane. Niedługo powinnaś mieć nowe, dwóch naszych jest w terenie, zbierają zapasy, mieli znaleźć ci jakieś ubrania.
   - A… Dziękuję… - Ewelina nie wiedziała co odpowiedzieć, widocznie zaskoczona tym, jak została tu przyjęta, oraz jak o nią dbają. – Przepraszam za kłopot…
   - Żaden kłopot – uspokoił mężczyzna w okularach, który wszedł akurat do pomieszczenia. Za nim weszło kolejnych dwóch mężczyzn, ten który miał go zawołać, oraz jeszcze jeden, wysoki i barczysty. – Powiedz mi, jak się czujesz? Wszystko, czy coś cię boli, coś ci dolega, czy masz apetyt…
   - Tylko nogi mnie bolą. I swędzi w gardle, przeszkadza to w mówieniu. Ale poza tym wszystko jest dobrze, naprawdę. Nic mi już nie jest.
   - Mam taką nadzieję – mężczyzna w okularach uśmiechnął się. – Jestem Maciek. Resztę poznasz z czasem, jak tylko wstaniesz z kanapy.
   - Ja jestem Ewelina. Dziękuję bardzo za uratowanie. Pewnie zamarzłabym…
   - Byłaś wychłodzona – przyznał Maciek. – Znalazł cię jeden od nas, teraz nie ma go w hotelu, gdyby nie on, zamarzłabyś na pewno, a my znaleźlibyśmy cię dopiero rano.
   - W hotelu? – spytała. – To jest hotel?
   - Tak. Hotel "Zielony Przylądek”. – odpowiedział okularnik, wyciągając spod kanapy skórzaną torbę, w której zaczął grzebać. - Miałaś dużo szczęścia, że zemdlałaś dopiero tutaj. Zgubiłaś się w lesie?
   - Ja… Tak. Chciałam przejść przez las, naokoło było za dużo drogi, chciałam iść skrótem… Wiem, że głupio zrobiłam.
   - Poczekaj, zaraz opowiesz dalej, sprawdzę ci teraz temperaturę – Maciek wyciągnął z torby stary, rtęciowy termometr. – Wsadź go pod pachę i potrzymaj dopóki nie powiem, żebyś wyciągnęła. Musisz go przycisnąć, inaczej źle zmierzy temperaturę.
   Ewelina odebrała termometr, który wsadziła pod pachę. Wszyscy poza Maćkiem rozeszli się do swoich spraw, więc w pomieszczeniu zostali tylko oni. Siedzieli w ciszy, czekali. Po kilku minutach Maciek dał znać ręką, żeby wyciągnęła już termometr. Sprawdził temperaturę i kiwnął głową, widocznie zadowolony.
   - Lekko ponad trzydzieści siedem, wracasz do zdrowia – oświadczył. – Bardzo dobrze. Co nie zmienia faktu, że niepotrzebnie pchałaś się do tego lasu. Straciłabyś dzień, żeby obejść drogami naokoło, a tak prawie umarłaś. Miałaś szczęście, dziewczyno.
   - Wiem, jeszcze raz dziękuję. Jedna z tych kobiet mówiła, że są tu moje ubrania.. Te są za duże, ubiorę się w swoje.
   - Właśnie po nie poszła. Są już uprane. Co prawda nie w pralce, szkoda nam paliwa do agregatu, żeby włączać pralki, ale przynajmniej są trochę czystsze niż były. A z tym przebraniem to może poczekaj do wieczora, woda się zagrzeje, weźmiesz prysznic, a jak nasi ludzie wrócą z wypadu to powinni ci przynieść jakieś nowe ubrania. Teraz jeszcze poleż do końca dnia, odpoczywaj. Jeśli czegoś ci będzie potrzeba, to daj znać, ktoś przyjdzie i ci pomoże. Zrobi coś do jedzenia, czy przyniesie wody.
   - Naprawdę dziękuję wam bardzo. Nie wiem, co by ze mną było, gdybym tu nie trafiła. Jak mówiłeś, umarłabym.
   - Ha ha, podziękujesz temu, co cię zauważył, jak podeszłaś do ogrodzenia. Gdyby nie on, nie leżałabyś teraz tu, na kanapie i nie rozmawiałabyś ze mną. A tak swoją drogą, to możesz się przenieść do jednego z pokojów, nie musisz spać w salonie. Pokoje są na górze, poznaczyłem taśmą te, które są wolne. Powinny zostać jeszcze ze dwa. Nie ma tam co prawda dużych luksusów, ten hotel nie jest pięciogwiazdkowy, ale jest łóżko dużo wygodniejsze od kanapy, oraz kilka półek i szafek, żeby schować swoje rzeczy.
   - Jutro się przeniosę – odpowiedziała Ewelina, starając się uśmiechnąć. – Teraz nie mam siły wchodzić na górę po schodach.
   *
   - Dwa piętra, a ile schodów! – zaczął narzekać Kowal.
   Wchodzili właśnie z Robertem i owczarkiem na drugie piętro sklepu z odzieżą. Sklep zachował się prawdopodobnie tylko dlatego, gdyż był to stary budynek, wykonany z porządnych materiałów, który nie zawalił się przy podmuchu fali uderzeniowej. Co prawda budynek miał te same uszkodzenia, co większość - wybite okna, wyrwane drzwi, pęknięcia na ścianach, zawaloną część dachu - jednak trzymał się wyjątkowo dobrze na tle pobliskich zabudowań, co najlepiej było widać przez okno na drugim piętrze, gdy zauważało się, że dachy praktycznie wszystkich budynków powpadały do środka.
   - Dobrze, że tu nie zawalił się cały, tylko część – skomentował Robert, rzucając okiem za okno. – Jak sądzisz, co jej będzie potrzebne?
   - Ciepłe ubrania. Mamy zimę, w sukience nie będzie chodzić. Znajdź jej buty, rozmiar trzydzieści sześć. Najlepiej wysokie, za kostkę.
   - Trzydzieści sześć? Naprawdę musi być drobnej budowy.
   - Jest. I jest chuda, wręcz wychudzona. I niska. Drobna dziewczyna.
   Robert zaczął grzebać w dziale z butami, niemal natychmiast znajdując odpowiednie. Wziął dwie pary ocieplanych kozaków, oraz trampki, w których mogłaby chodzić po hotelu. Kowal w tym czasie wygrzebał kilka par sporni, głównie jeansów, musiał jednak dobierać je na oko. Siedzieli w tym sklepie dobrą godzinę, wybierając, radząc się nawzajem, starając się znaleźć ubrania o odpowiednim rozmiarze. Wreszcie udało im się skompletować to, co było potrzebne. Mieli buty, dwie kurtki, spodnie i bluzy, kilka swetrów, koszulki, bieliznę. Na sam koniec Kowal dorzucił jeszcze kilka paczek skarpetek, dwie czapki, szalik, oraz rękawiczki. Już mieli wychodzić, kiedy Robert, kątem oka, zauważył plastikowy wózek stojący w rogu sklepu. Był częściowo przykryty zawalonym dachem, dlatego nie zauważyli go wcześniej. Odkopali go spod sterty desek i wyciągnęli na środek sklepu, sprawdzając, czy jest cały.
   - Musieli go używać do przewożenia tych ubrań – Kowal myślał głośno. – Jest duży i pojemny. Możemy zapakować do niego ubrania dla wszystkich, powinien dać radę jechać, a jak nie, to dorobi mu się w desek narty, na których pojedzie.
   - Miałem podobny pomysł – Robert zabrał głos. – Tylko, że musimy dorobić te narty, ma za małe kółka, żeby ujechać w tym śniegu.  
   Wynieśli wózek na dwór, po czym znaleźli dwie deski, które, z powodu braku innych narzędzi, przymocowali sześcioma rolkami szarej taśmy klejącej.
   - Taśmy nigdy za mało – skomentował Kowal, przyglądając się gotowemu dziełu. – Miejmy tylko nadzieję, że da radę i taśma się nie poprzeciera.
   Zabrali się do pakowania kolejnych ubrań, które znosili bezpośrednio na dół, wrzucając od razu do kosza. Nie mieli czasu w nich przebierać, brali więc wszystko, co było na danym wieszaku i pakowali. Zbierali spodnie, swetry, bluzy, kurtki, do pustej torby zapakowali same buty, na koniec powrzucali koszulki i bieliznę.
   - Wiem, że połowa z tego pójdzie do wyrzucenia – przyznał Robert. – Nie znamy rozmiarów ubrań innych, tak byśmy mogli mniej więcej przebrać te ubrania.
   - Daj spokój – Kowal machnął ręką. – To, co się nie nada, to się spali. Nic się nie zmarnuje. Zawiążę z przodu sznurek, jeden będzie ciągnął ten kosz, a drugi pchał z tyłu, innego wyjścia nie ma.
   Przykryli wszystko od góry jednym z dywanów ze sklepu, na górę kładąc jeszcze dwie pełne torby. Kowal przywiązał do kosza gruby sznurek, za który ciągnął, Robert w tym czasie pchał – jak to nazwali – "kosz transportowy”, Hyugi natomiast biegał im między nogami, co jakiś czas odbiegając gdzieś na bok, aby coś powąchać, czy oznaczyć teren. Narty z desek okazały się dobrym pomysłem, szły gładko po śniegu, nie sprawiając problemów. Szli w ciszy przez dobre półtorej godziny, czyli do momentu, kiedy udało im się wrócić do poprzedniego obozu, gdzie ostatnim śladem po tym, że ktoś tu obozował, było widoczne miejsce po ognisku. Znaleźli miejsce, gdzie schowali zapasy. Odkopali kilkucentymetrową warstwę śniegu, wyciągnęli blachę, która jeszcze w nocy była ich dachem nad głową, wyciągając spod niej dwa pełne plecaki. Zjedli szybkie śniadanie, składające się głównie z batonów, gdyż tylko to dało się zjeść na szybko, po czym, bez chwili zwłoki, zarzucili plecaki na plecy i ruszyli dalej. Tym razem zamienili się miejscami, to Robert ciągnął "kosz transportowy”, co było o tyle trudnym zadaniem, że trzeba było robić to idąc bokiem, gdyż sznurek był krótki. Ostatecznie zdecydowali, że właściwie obaj mogą go pchać, co jakiś czas tylko korzystając ze sznurka, aby zmienić kierunek jazdy wózka.
   - Nie sądziłem, ze będzie tak ciężko – wysapał Kowal, cały mokry od potu.
   - Dopóki nie mieliśmy plecaków, szło dużo lepiej – zauważył Robert.
   - Bo nie mieliśmy dodatkowego bagażu na plecach. Jak tylko znajdziemy się w hotelu, to do końca dnia biorę sobie wolne. Niech robią sobie co chcą, ja będę musiał odpocząć, choćby hotel się walił i palił.
   Trasa przebiegała im wyjątkowo ciężko i uciążliwie. Mimo, że odległość nie była duża, zrobili sobie kolejne dwie przerwy na odpoczynek. W końcu, późnym popołudniem, cali mokrzy od potu, zauważyli hotel.
   - Około dwustu metrów – ucieszył się Kowal. – Dawaj, zaraz będziemy.
   Ostatni odcinek przeszli w tempie szybszym niż dotychczas, prawdopodobnie wstąpiły w nich nowe siły, kiedy tylko pomyśleli o tym, że za chwilę czeka ich dłuższa przerwa. Gdy tylko podjechali pod bramę, Kowal natychmiast ruszył w stronę hotelu, wracając po chwili z Maćkiem, Konradem i Andrzejem. Nim okularnik otworzył bramę, Robert zauważył, że na dachu budynku siedzi Stasiek, trzymając w ręku wiatrówkę.
   - No, za to należy wam się pochwała – Konrad poklepał Roberta po ramieniu. – Chyba nikt się nie spodziewał, że przywieziecie nam tu cały sklep odzieżowy.
   - Może nie cały, ale wybór mamy spory – odpowiedział mu blondyn.
   Wprowadzili kosz na teren hotelu, podjeżdżając nim pod same drzwi.
   - Bardzo dobrze – usłyszeli Maćka, który podszedł do nich, zamykając wcześniej bramę na klucz. – Nie wniesiemy tego kosza do hotelu, jest za duży. Przyniosę z pralni kilka mniejszych koszy, będziemy nosić w nich te ubrania. Konrad, zwołasz wszystkich do salonu? Za chwilę czeka nas wielkie rozpakowywanie.
   *
   W salonie zebrali się wszyscy, włącznie ze Staśkiem, gdyż w tej chwili nikt nie myślał o warcie. Dobrą godzinę zajęło im wniesienie wszystkich ubrań, więc do przegrzebywania sterty usiedli dopiero wieczorem. Jak przewidział Robert, niemal połowa ubrań nie nadawała się dla nikogo, odłożono je jednak do jednego z wolnych pokojów, na wypadek, gdyby ktoś jeszcze miał dotrzeć do hotelu. Prawdopodobnie było już dobrze po północy, kiedy wszyscy rozsiedli się na spokojnie w salonie – Hyugi tym razem położył się obok Pati, dając się głaskać po głowie - ustalając grafik na kolejne dni. Dopiero w tym momencie większość ludzi przyjrzała się tym, których jeszcze nie widzieli.
   - Musimy pociąć i porąbać drzewo – zaczął Maciek, kiedy wszyscy już umilkli. – Do tego przynieść tą resztę, którą wczoraj ścięliśmy. Nie jest tego dużo, mam nadzieję, że do dwunastej nam się zejdzie. Ogólnie drzewo będzie naszym priorytetem, noce są coraz zimniejsze, musimy coraz więcej palić. Przed chwilą patrzyłem na termometr, na dworze jest ponad dwadzieścia na minusie.
   - Nie możemy skupić się tylko na drzewie – wtrącił się Konrad. – Musimy jak najszybciej wyruszyć po żywność. Teraz jest jeszcze szansa na to, że coś znajdziemy, ale z czasem będzie jej coraz mniej. Inni ludzie też muszą jeść.
   - Dobrze gada – odezwał się Przemek, przecierając łysinę. – Drzewa nam stąd nie zabiorą, żywność stamtąd mogą. Musimy jak najszybciej zrobić wypad na zewnątrz i powtarzać takie wypady jak najczęściej.
   - To też – potwierdził Maciek, jednak jego wzrok mówił, że czuje się nieswojo, gdy ktoś go poucza. – Ale jutro zrobimy porządek z drzewem. Po żywność pójdziemy pojutrze. Chyba nikt nie ma obiekcji?
   Nikt się nie odezwał, ciszę przerwał nagły atak kaszlu, który naszedł Ewelinę. Skuliła się na kanapie, na której ciągle siedziała, przyłożyła dłoń do ust. Nim ktoś zdążył się ruszyć, uniosła drugą rękę, dając znak, żeby nikt do niej nie podchodził. Po kilkunastu sekundach spazmatyczny kaszel uspokoił się,  
   - Nic… Khe, khe… Nic mi nie jest – wymamrotała dziewczyna, ocierając oczy, gdyż od kaszlu napłynęły jej łzy. – Już jest dobrze.
   - Nie jest dobrze – odpowiedział jej Maciek, wskazując palcem na stolik przy kanapie, na którym stały buteleczki z syropami. – Nadal jesteś chora, weź po łyżeczce. I zaraz jeszcze przyniosę ci proszki, napiszę ci na kartce ile dziennie i w jakich porach musisz ich brać.
   - Ale teraz może pójdziemy w końcu na kolację – zaproponowała Kinga.
   Bez sprzeciwu wszyscy udali się do jadalni. Jadalnia znajdowała się tam, gdzie wcześniej hotelowa restauracja, była tylko trochę przerobiona; połączyli ze sobą kilkanaście stolików, stawiając wokół tyle krzeseł, ilu ludzi znajdowało się w hotelu. Kinga i Alicja już pół godziny wcześniej wszystko naszykowały i poprzynosiły potrawy, w czym pomogła im nawet Ewelina, tak więc zostało im tylko siadać i jeść.
   - Za lepszą przyszłość – Konrad pierwszy wzniósł toast lampką hotelowego wina. – Oby do naszego życia powróciło choć trochę normalności.
   - I wygód – do toastu dołączył się Andrzej. – Żeby nie trzeba było robić wszystkiego samemu, żeby znów wszystko było łatwiejsze.
   W tym momencie jedna z żarówek zgasła, na szczęście nie ta znajdująca się bezpośrednio nad stołem.
   - Oby takie relikty cywilizacji jak żarówki pozostawały z nami jak najdłużej – dodał Stasiek. – Niestety na chwilę obecną wstrzymali ich produkcję.
   - Za najbliższych – i Kinga dołączyła się do toastu, obejmując Andrzeja. – Oby zawsze byli z nami.
   Tymi słowami nieświadomie zraniła kilka osób. Alicja pomyślała o mężu. Konrad o żonie. Pati o mamie. Robert o rodzicach. Ewelina również musiała o kimś pomyśleć, gdyż po tych słowach opuściła wzrok.
   W ciszy napili się wina, po czym zaczęli jeść.
   *
   Było już po kolacji, każdy zaczął rozchodzić się do swoich pokojów, myśląc tylko o czekającym ich prysznicu i łóżku. W jadalni zostali już tylko Maciek, Konrad, Przemek, Robert i Ewelina.
   - Stanę na warcie na dzisiejszą noc – powiedział Konrad, bekając głośno przy okazji. – Wszyscy są zmęczeni, chcą się wyspać. Ja odpocznę dopiero nad ranem.
   - Skoro chcesz – odpowiedział na to Maciek. – Do rana woda będzie letnia, będziesz mógł wziąć jeszcze prysznic.
   - Wezmę, to na pewno – zapewnił barczysty, wstając od stołu. – Do zobaczenia nad ranem, wcześniej się nie zobaczymy.
   - Jak będziesz chciała wziąć prysznic, to pójdź do jednego z wolnych pokojów – rzucił Maciek do Eweliny, nim również wyszedł z jadalni.
   Ta odpowiedziała kiwnięciem głowy, lecz została na swoim miejscu.
   - Mam nadzieję, że nie będziecie sprawiać problemów – mruknął Przemek, gdy zostali we trójkę. – Nie lubię problemowych ludzi.
   - Co masz na myśli przez problemy? – spytał Robert.
   - O, jakie zaskoczenie. Jako pierwszy pytasz co mam na myśli mówiąc "problem”. Do tej pory nikt o to nie pytał, tylko zapewniał, że żadnych problemów nie będzie stwarzał. Plus dla ciebie. Otóż, jak widzisz, problem pojawia się wtedy, gdy ludzie żyją jako tako, ale stabilnie, a tu pojawia się jakiś czynnik, który zagraża tej stabilizacji. Tu rządzi Maciek. Robi to nieudolnie, czasem trzeba go ochrzanić, ale on zaczął tu rządzić, to niech rządzi nadal, dopóki nie ma na jego miejsce lepszego kandydata. Mam nadzieję, że wasz przewodnik stada nie będzie ubiegał się o władzę, dopóki się czymś nie wykaże.
   - Konrad nie będzie chciał tu rządzić – zapewnił Robert. – Na pewno nie będzie chciał objąć władzy na siłę, on nie lubi takich rozwiązań.
   - Jak by to nie przebiegało, zmiana władzy wiąże się z pewnymi zaburzeniami. Tu rządzi Maciek, każdy zna swoje miejsce, wie co może robić, czego nie, wie jakie są jego obowiązki. Wy musicie się w to wtopić, inaczej będziecie zaburzać rządy Maćka. A jeśli ten wasz barczysty, nie obchodzi mnie jak, przejmie władzę, wtedy to nie będą zaburzenia, to już będzie fala powodziowa. Wiesz, jakie straty może zrobić taka fala? – spytał Przemek, jednak nie doczekawszy się odpowiedzi, kontynuował. – Przekażesz jakoś swoim, że tu panują pewne zasady, których musicie się nauczyć i ich przestrzegać. Takie tutejsze prawo. Jedną z nich jest niewchodzenie mi w drogę, ani tym bardziej do mojego pokoju. Inną jest to, że podważać zdanie Maćka można tylko za moim przyzwoleniem, kiedy dojdę do wniosku, że nie ma on racji.
   - Na pewno on tu rządzi? – Robert skończył dłubać wykałaczką w zębach. – Bo z tych zasad wynika, że masz tu więcej do powiedzenia niż on.
   - Trzecią zasadą jest nie wtykanie nosa w sprawę tego, kto tak naprawdę tu rządzi. Jak już mówiłem, rządzi tu Maciek, choć, jak zauważyłeś, z moją drobną pomocą. Dlatego ma rządzić nadal, nie chcę trafić na jakiegoś idiotę, który nie będzie słuchał nikogo, poza sobą. Nie żeby Maciek nie był idiotą, ale on chociaż słucha. Dlatego nie mam nic przeciwko jego władzy.
   - Do tej pory też mogę powiedzieć, że nic nie mam do jego władzy – odpowiedział na to Robert, wstając od stołu, gdyż miał dość tej rozmowy. – Do tej pory, bo nie wiem jak będzie w przyszłości.
   Przemek odprowadził blondyna wzrokiem, dopóki ten nie znikł mu oczu, po czym zwrócił się do Eweliny:
   - To jest właśnie problemowy człowiek.
   Po tych słowach on też udał się do siebie, zostawiając nastolatkę samą.
   *
   Przy świetle świec przeglądała ubrania, które przynieśli jej Kowal i Robert. Z tego, co wiedziała, to Kowal, ten opalony, wybierał jej ubrania na oko. Musiała przyznać, że oko musiał mieć dobre, gdyż wszystko pasowało na nią idealnie. Zdejmowała właśnie koszulkę, aby przymierzyć kolejną, gdy przypadkowo odsunęła kołdrę, ujawniając to, co leżało pod nią.
   Pomagała w szykowaniu kolacji, tak więc dowiedziała się, gdzie znajduje się żywność. Zjadła kolację z całą resztą, aby upewnić się, że każdy pójdzie do swojego pokoju. Wtedy wzięła małą, czarną torbę, z którą udała się do spiżarni, gdzie spakowała trochę żywności i wody, którą miała zamiar schować pod kanapę.
Już niedługo, pomyślała. Może jutro, może pojutrze, zobaczę jak będę się czuła. Już niedługo pójdę szukać cioci. Muszę ją znaleźć.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5454 słów i 31218 znaków, zaktualizował 24 gru 2015.

1 komentarz

 
  • Gabi14

    Zamiast spać czytam... Ehh... Do jakich złych rzeczy prowadzi dobra lektura :)