Ziemia z popiołów I: Rozdział 10 - Nie można mieć wszystkiego

Ziemia z popiołów I: Rozdział 10 - Nie można mieć wszystkiegoAndrzej zasypiał na warcie. Był już co prawda późny ranek, jednak nie wyspał się. Nie mógł zasnąć, gdy zamykał powieki, przed oczyma stawał mu zarys człowieka. Rozpoznawał w nim Maćka. Teraz jednak, po praktycznie nieprzespanej nocy, powieki same mu się kleiły. Już dwa razy złapał się na tym, że prawie spadł z dachu, obiecał więc sobie, że jeśli jeszcze raz przyśnie, pójdzie do Konrada, żeby ktoś go zmienił. I tak się stało. W ostatniej chwili ocknął się, podparł nogą. Gdyby nie refleks, spadłby z dachu, prosto w śnieg. Przeklął pod nosem, zszedł z drabiny i poszedł do hotelu. Minęła go Alicja, która wychodziła akurat podłożyć do pieca.
   - Co jest? - spytała, zaskoczona widokiem Andrzeja.
   - Nie spałem w nocy, przysypiam teraz, na dachu. Prawie spadłem, więc idę do Konrada, żeby ktoś mnie zmienił.
   Blondynka westchnęła, biorąc jego słowa jak tanią wymówkę.
   - Konrad śpi. Siedział na warcie całą noc.
   - To powiem Staśkowi, żeby stanął za mnie.  
   - Rób jak chcesz - Alicja machnęła ręką, po czym wyszła.
   Andrzej poszedł do kuchni, jednak nie zastał tam nikogo, udał się więc do pokoju staruszka. Puknął dwa razy, po czym wszedł do środka, nie czekając nawet, czy ktoś odpowie. Stasiek właśnie ścielił łóżko, najwidoczniej dopiero co wstał.
   - Cześć - rzucił staruszek. - Nie miałeś siedzieć na warcie?
   - Miałem. Ale oczy mi się kleją. Staniesz za mnie?
   Stasiek zmierzył go wzrokiem. Najwidoczniej też pomyślał, że Andrzejowi najzwyczajniej w świecie nie chce się siedzieć na dachu.
   - Za dziesięć minut tam pójdę - odpowiedział w końcu.
   - Dzięki, masz u mnie browara. Idę już spać, ledwo stoję na nogach.
   Wyszli z pokoju razem. Andrzej udał się do siebie, Stasiek na schody. Nie zastał w pokoju Kingi, i już miał rzucić się na łóżko, gdy jego wzrok coś załapał. Podszedł bliżej okna, przyjrzał się. Serce mu zamarło, adrenalina skoczyła do góry. Czterech mężczyzn, uzbrojonych w maczety, przeskoczyło ogrodzenie, rzucając się biegiem w stronę hotelu. W tym momencie usłyszał też donośny krzyk Alicji.
   *
   Jeden z napastników złapał ją za włosy, ciągnąc do tyłu. Krzyknęła, przerażona, poleciała na plecy. Zobaczyła, jak mężczyzna o krótkich, brązowych włosach zamachnął się na nią trzymaną w ręku maczetą. Zamknęła oczy, pewna, że to koniec. Poczuła ciepło posoki na twarzy, lecz nie czuła bólu, spojrzała więc, co się dzieje. Napastnik, obecnie z dziurą w klatce piersiowej, osuwał się na ziemię.
   - Uciekaj! - krzyknął ktoś, a ona natychmiast rozpoznała ten charakterystyczny głos, należący do Kopy.
   Zerwała się na nogi, rzuciła w kierunku pomieszczenia, gdzie stał piec. Zatrzasnęła za sobą drzwi, zamknęła je na zasuwę. W ostatniej chwili, gdyż od razu ktoś rzucił się na drzwi, szarpał nimi, starał się je otworzyć.
   - Zostaw ją, wrócimy do niej! - usłyszała. - Mają jakąś broń, musimy dostać się do środka! Biegnij naokoło!
   Złapała siekierę, wbitą w jeden z pieńków, stanęła po drugiej stronie pomieszczenia, zaraz przy piecu, osunęła się na podłogę. Czekała, gotowa do obrony.
   *
   Przycelował. Strzelił. Szkolenie, które przeszedł nie poszło na marne.
   - Uciekaj! - krzyknął w stronę kobiety, która, z tego, co pamiętał miała na imię Alicja.
   Rozejrzał się, szukając kolejnych napastników. Podbiegli zbyt blisko ścian hotelu, nie mógł wycelować. Przeklął pod nosem, złapał jeszcze dwa pistolety, które wsadził za pas od spodni, po czym wybiegł z pokoju. Na korytarzu zobaczył Konrada.
   - Co się, kurwa, dzieje!? - ryknął mężczyzna o posturze niedźwiedzia.
   - Ktoś na nas napadł - odpowiedział Afrykanin, dając tamtemu pistolet. - Tu odbezpieczasz i możesz strzelać. Nie wiem ilu ich jest, widziałem czterech, może pięciu. Jednego zastrzeliłem.
   Konrad wpadł do jednego z pokojów.
   - Pati, właź do szafy i nie wychodź! Siedź i się nie ruszaj!- krzyknął, po czym wybiegł, zamknął drzwi, i zbiegł schodami na dół.
   Kopa pobiegł za nim. Byli w połowie schodów, gdy instynktownie strzelił w miejsce w którym zauważył ruch. Człowiek z maczetą w ręku osunął się na ziemię.
   - Pilnuję drzwi - powiedział Afrykanin. - Sprawdź resztę hotelu.
   Konrad nie zdążył przejść dwóch metrów, gdy zza rogu wyskoczył kolejny napastnik. Chciał strzelić, jednak w nerwach zapomniał odbezpieczyć broni. Odrzucił pistolet na bok, złapał tamtego za gardło i ścisnął z taką siłą, że tamten w przeciągu dwóch sekund zrobił się fioletowy, wypuszczając maczetę z dłoni. Konrad krzyczał, klął, trzymał wierzgającego nogami i rękoma człowieka. Nie puścił go, dopóki tamten nie przestał się ruszać.
   *
   Złapał stojący nieopodal taboret, czuł szybkie bicie serca. Szybko przeanalizował w głowie gdzie może być Kinga. Prawdopodobnie w kuchni. Wyszedł ostrożnie na korytarz, trzymając taboret w pogotowiu. Doszedł do schodów, wyjrzał. Na dole, przy drzwiach zobaczył Afrykanina z karabinem w rękach. Przyśpieszył trochę, żeby do niego podbiec. W tym momencie zauważył Konrada, który trzymał jakiegoś człowieka za gardło. Uniósł go do góry, tamten miał stopy trzydzieści centymetrów nad ziemią. Po chwili przestał wierzgać.
   - Kto to jest? - spytał krzykiem. - Gdzie Kinga?
   - Nie widziałem jej - odpowiedział Kopa. - Ta druga jest na zewnątrz.
   - Alicja jest na zewnątrz!? - Konrad ryknął z przerażeniem w głosie.
   Nim Kopa zdążył go złapać, ten cisnął ciałem człowieka którego udusił o ścianę, po czym wybiegł na podwórze. Wybiegli za nim, mając nadzieję, że uda im się go złapać.
   - Konrad, wracaj! - krzyknął Andrzej, a w tym samym momencie zobaczył, jak ostrze maczety wbija się w jego dłoń.
   Ryknął z bólu, złapał się za rękę. Mimo bólu i szoku, jego ciało natychmiast rozpoznało, że brakuje trzech palców. Usłyszał wystrzał, kolejny napastnik padł na ziemię.
   - Zabierz go do środka! - rozkazał Konrad. - Ja idę po Alicję!
   *
   Kopa złapał Andrzeja i wciągnął do hotelu. Wszystko się posypało, ludziom w hotelu brakowało dyscypliny.
   - Kinga! - Andrzej krzyknął ze łzami w oczach. - Kinga! Gdzie jesteś!?
   Afrykanin odłożył Andrzeja na podłogę, sprawdził najbliższe zakamarki. Nikogo nie było. Podszedł znowu do drzwi, usłyszał odgłos stóp. Wycelował, w ostatniej chwili zdjął palec ze spustu.
   - Andrzej! - teraz Kinga zalała się łzami.
   Przeraziła się widząc krew, jednak zachowała na tyle zimnej krwi, żeby zobaczyć co się stało. Zdarła kawałek materiału z koszulki, owinęła dłoń Andrzeja, który nadal krzyczał z bólu. Dopiero wtedy rozejrzała się po okolicy, dostrzegła Afrykanina.
   - Jeden pobiegł na górę! - krzyknęła.
   *
   Serce waliło jej z taką siłą i szybkością, z jaką jeszcze nigdy nie uderzało. Siedziała w szafie, tak jak nakazał jej Konrad, a Hyugi biegał po całym pokoju i szczekał tak głośno, że nie dało się nic usłyszeć. Wołała go do siebie, do szafy, ale ten nie chciał przyjść, zamiast tego skakał na drzwi, chcąc wyjść z pokoju. Oczywiście ona go nie wypuściła, nie chciała, żeby stała mu się krzywda. Ponownie wychyliła głowę z szafy, spojrzała na owczarka.
   - Hyugi! Wracaj! - mimo, że starała się mówić głośno, to szczekanie psa wszystko zagłuszało. - Chodź do szafy!
   Owczarek nie zareagował. Szczekał i skakał na drzwi. W końcu jego łapa trafiła na klamkę, drzwi ustąpiły, a owczarek wyleciał na korytarz.
   - Hyugi! - krzyknęła przerażona i wyleciała za nim.
   Widziała jak pies wbiega na schody, jak znika jej z pola widzenia. Widziała rękę, która pojawiła się nie wiadomo skąd, która złapała ją i przyciągnęła do siebie. Widziała ostrze maczety, którą ktoś przystawił jej do twarzy. Widziała jak na górę wbiega Afrykanin, jak celuje z karabinu w tego, kto ją trzymał. Krzyczał coś do niego, jednak nie słyszała nic, była zbyt przerażona i zdezorientowana. Była pewna, że ten, kto ją trzymał też coś krzyczał. W końcu Afrykanin odłożył ostrożnie broń na ziemi, podniósł ręce do góry. Gdy prostował ciało, w ułamku sekundy, nie wiadomo skąd, wyciągnął pistolet i nim zdążyła mrugnąć okiem, wystrzelił. Poczuła jak coś ciepłego bucha jej w twarz, świat stał się czerwony. Więcej nic nie widziała.
   *
   Wiedział, że jeśli się schowała, to tylko w jednym miejscu. Dobiegł do kotłowni, walnął ręką w drzwi.
   - Alicja! To ja!
   - Konrad!
   Otworzyła drzwi, rzuciła mu się w ramiona.
`   - Kto to jest!? - spytała. - Czego chcą!?
   - Nie mam pojęcia - odpowiedział, ciągnąc ją za rękę. - Musimy dostać się do hotelu. Nie mam pojęcia ilu ich tu jeszcze jest.
   Wyszli zza rogu, skąd mieli już bezpośrednią drogę do wejścia do hotelu. Wtedy zobaczyli jak kolejny z napastników biegnie w ich stronę. Nie dobiegł, przewrócił się, łapiąc za prawy bok. Kątem oka Konrad zauważył, że to Stasiek trafił go z wiatrówki.
   - Kilku wbiegło do hotelu, na zewnątrz nie ma już żadnego! - krzyknął staruszek.
   Konrad pokazał kciuk uniesiony do góry, dając znać, że zrozumiał. Podbiegł do tego postrzelonego przez Staśka. Nadal żył, wił się z bólu. Konrad złapał go, podniósł do góry.
   - Jest was więcej!? - ryknął.
   Tamten nie odpowiedział, nadal krzyczał z bólu, trzymał się za bok.
   - Pytam, czy jest was więcej!?
   - Nie ma! - krzyknął tamten. - Są głodne dzieci i kobiety! Marznące! Mężczyzn już nie ma! Już ich nie wykarmimy!
   Konrad nie do końca wiedział co odpowiedzieć, spytał więc:
   - Skąd wiedzieliście o hotelu?
   - Tabliczka.
   - Jaka tabliczka?
   - Niedaleko na polanie. Jest tam tabliczka. Byliśmy tu wczoraj wieczorem na zwiadach, dzisiaj też was obserwowaliśmy. Mieliśmy zaatakować jutro, ale wasz zszedł z dachu, nikt nie pilnował, to zaatakowaliśmy.
   Zszedł z dachu. Kto stał na warcie? Andrzej. Konrad poczuł złość, gdy tylko pomyślał o tym, że Andrzej po prostu zszedł z warty. Ale co tam robił w takim razie Stasiek?
   - Weź jego maczetę - nakazał Alicji. - Musimy go trochę przepytać.
   *
   Posadzili go na starym, drewnianym krześle pośrodku salonu. Na kanapie na której przez kilka dni spała Ewelina, leżała teraz Pati, która straciła przytomność. Alicja ścierała szmatką krew z jej twarzy. Kinga robiła opatrunek na dłoni Andrzeja. Maczeta jednego z napastników odcięła mu trzy palce lewej dłoni - od serdecznego do środkowego. Hyugi, który miał problemy z uspokojeniem się, siedział zamknięty na klucz w jednym z pokojów. Stasiek i Kopa siedzieli we dwóch na warcie, nadal pilnowali okolicy.
   - Mamy obóz kilka kilometrów stąd - powtarzał mężczyzna. - Nasze kobiety i dzieci nie mają co jeść. Dzień w dzień ktoś umiera z wyziębienia i głodu. Jeden z naszych miał tego dość i poszedł na zwiady, powiedział, że znajdzie miejsce, gdzie będziemy bezpieczni. Wrócił na drugi dzień i powiedział, że znalazł ten hotel. Poszliśmy za nim. Zaprowadził nas na tą polanę nieopodal, pokazał tabliczkę. Była tam strzałka i napis, że hotel jest cztery kilometry od polany.
   Konrad zaklął w myślach. Sami zostawili tamtą tabliczkę na polanie. Powinni zabrać ją ze sobą. Popełnili błąd.
   - To było wczoraj wieczorem, jak tu doszliśmy. Widzieliśmy kilku ludzi, myśleliśmy, że nie macie broni. Wróciliśmy dzisiaj, żeby dalej obserwować. Chcieliśmy zaatakować was jutro, z kilku stron jednocześnie. Ale wasz wartownik zszedł z dachu, uznaliśmy, że lepszej okazji nie będzie.
   Barczysty spojrzał ukradkiem na Andrzeja. Ten patrzył w podłogę. Dobrze znał swoją winę. Wiedział, że to przez niego.
   - Nie mogliście przyjść? - spytał Konrad. - Spytać? Tylko od razu atakować?
   Tamten zrobił wielkie oczy, wyglądał, jakby nie wiedział o czym się do niego mówi.
   - Spytać? Na jakim wy świecie żyjecie? Byliście na zewnątrz, poza tym hotelem? Wiecie, co tam się dzieje? Ludzie zabijają się za chleb tak czerstwy i twardy, że trzeba go gotować, żeby móc zjeść. Widzieliśmy ludzi, którzy zabijali za paczkę suszonych moreli, czy  puszkę psiego żarcia. Banda wojskowych jeździ po okolicy i ograbia obóz za obozem. Drudzy, którzy jeżdżą na motorach, są jeszcze gorsi, bo nie tylko kradną, ale i zabijają bez powodu. Nikt nikogo nie pyta o nic, każdy bierze to, co jest w stanie wziąć.
   Gdy tylko mężczyzna skończył mówić, złapał go kaszel. Z ust poleciała mu krew. Zaczął płakać.
   - Umrę. Nie wiem w co mnie trafił, ale czuję, że umrę. Mam żonę i dwójkę dzieciaków - mężczyzna spojrzał na Konrada. - Przyprowadź ich tu. Proszę cię. Zamarzną tam na śmierć, albo umrą z głodu. Musisz iść na polanę, potem drogą. Jak wyjdziesz z lasu, to po prawej, jakiś kilometr, stoją blaszaki. Same kobiety i dzieci. I jeden stary facet, nie wiem, czy nadal żyje, bo już umierał jak tu wyruszyliśmy. Proszę, przyprowadź je tu.
   Konrad kiwnął głową, ale nie odpowiedział. Złapał tamtego za ramię. Trzymał go tak, płaczącego, przez kilka minut. Potem mężczyznę nawiedził kolejny kaszel, poleciało więcej krwi. Jego oddech ustał.
   - Nikogo tu nie przyprowadzimy - obwieścił Konrad, gdy tylko upewnił się, że tamten nie żyje. - Nie ma tu miejsca na kolejnych ludzi.
   Następnie podszedł do Andrzeja.
   - Wiem! Moja wina! Zszedłem z warty, bo byłem śpiący. Ale wysłałem Staśka...
   Nie dokończył. Pięść Konrada wylądowała na jego twarzy. Andrzej poleciał do tyłu, walnął plecami o podłogę. Kinga krzyknęła, uderzyła Konrada, ten jednak nawet tego nie odczuł.
   - Jak stoisz na warcie, to z niej nie schodzisz! - warknął barczysty. - Rozumiemy się!? Masz tam siedzieć, niezależnie od wszystkiego! Ty zszedłeś, przez co moja córka mogła zginąć! Jeśli coś by się jej stało, zabiłbym cię gołymi rękoma!
   Andrzej leżał na ziemi, trzymał się za szczękę. Kinga leżała obok niego, trzymała go, patrząc nienawistnym wzrokiem na Konrada. Alicja siedziała nadal przy Patrycji, przerażona. Barczysty podszedł do niej, pogłaskał Pati po głowie. Twarz miał nadal czerwoną od gniewu.
   - Pójdę na chwilę na dach. Jak wstanie, zawołaj mnie.
   *
   Usłyszeli, że ktoś wchodzi na drabinę. To Konrad. Usiadł obok nich.
   - Dzięki - powiedział do Kopy. - Uratowałeś ją. Jestem twoim dłużnikiem.
   - To był odruch - odpowiedział Afrykanin. - Gdyby nie szkolenie...
   - Co z tamtym? - spytał Stasiek.
   - Nie żyje - odpowiedział mu barczysty. - Musiałeś mu coś uszkodzić tym śrutem.
   Stasiek zaklął, spochmurniał.
   - Myślałem, że nic mu nie będzie... To tylko wiatrówka...
   - Sam wiesz, że można z niej ustrzelić sarnę. Nie wiem, co Przemek z nią zrobił, ale trzeba ją traktować jak zwykłą broń. A miałem jeszcze spytać, jak dostałeś się na dach?
   - Byłem na dole, jak Alicja krzyknęła. Wyleciałem na dwór i ich zobaczyłem. Rzuciłem się w te krzaki w klombie, to cud, że mnie nie zauważyli. Jak przebiegli, to pobiegłem do drabiny, wziąłem wiatrówkę, ale ich już nie było. Tylko ten jeden... Szlag, nie chciałem go zabijać...
   - Nikt nie chciał nikogo zabijać - Konrad poklepał staruszka po ramieniu. - Ale dzisiaj nie można nie robić krzywdy i żyć. Nie można mieć wszystkiego.
   *
   Robert mógł tylko mieć nadzieję, że jego plan zadziała. Wróć, on nie miał planu. Wmówił temu człowiekowi, że w hotelu czeka na nich tylko jedna osoba. Miał nadzieję, że gdy podejdą do hotelu, na warcie będzie Przemek. On trafiłbym tego człowieka, i byłoby po problemie.
   Szli w ciszy. Najpierw on, potem Ewelina, na końcu tamten. Dopiero teraz Robert przypomniał sobie, że tamten ma tak samo na imię. W myślach nazwał go Robert2.
   - Przejdziemy naokoło mojego starego obozu - powiedział Robert2.
   - Dłużej zejdzie nam się droga - odpowiedziała mu Ewelina.
   - Śpieszy ci się? Szybciej, bo wbiję ci ten nóż między łopatki.
   - Tylko spróbuj zrobić jej krzywdę - tym razem odezwał się Robert.
   - To co mi zrobisz, stary? Masz związane ręce.
   - Coś wymyślę
   - Zesrasz się, stary. Ruchy, nie stać w miejscu.
   *
   Andrzej leżał na łóżku. Nie dotykał już szczęki, przyglądał się swojej dłoni. Brak palców dziwnie na niego działał, czuł się odmiennie. Wydawało mu się, że czuje jak nimi porusza, jednak jego oczy rejestrowały, że ich nie ma, co przyprawiało go o mdłości. Opuścił rękę, miał dość oglądania jej. Leżał jeszcze chwilę, gdy do pokoju weszła Kinga. Niosła butelkę wody, oraz nowe bandaże.
   - Nie zmieniaj - poprosił Andrzej.
   - Muszę. Jak przyschnie to nie zdejmiemy.
   Nie protestował. Syczał z bólu podczas zdejmowania materiału, jednak jakoś wytrzymał. Lecz nie patrzył na rękę. Nie był w stanie.
   - Pójdę do Konrada - poinformowała go Kinga. - Musi cię przeprosić za to, co zrobił.
   - Nigdzie nie idź - odezwał się Andrzej. - Jak trochę się ociepli, odchodzimy stąd. Nie zostaniemy tu dłużej, niż to niezbędne.
   - Gdzie pójdziemy?
   - Gdziekolwiek. Nie będę siedział z nimi pod jednym dachem.
   - Innego dachu nie mamy. Nigdzie nie pójdziemy, ale nie zostawimy tego tak, jak jest. Konrad nie może cię tak traktować.
   - Jakiś czas temu mówiłem ci to samo.
   - Teraz to zaszło za daleko. Andrzej, nie możesz pozwolić, żeby on robił takie rzeczy. Porozmawiam z nim, przeprosi cię, a ty powiesz mu, żeby więcej cię nie uderzył. Że sobie tego nie życzysz.
   Dopiero po dłuższej chwili ciszy spytał:
   - Ale teraz... To, że zszedłem z warty, to tylko moja wina?
   - Twoja - potwierdziła Kinga. - Ale i tak nie miał prawa cię uderzyć.
   *
   Konrad i Kopa przenieśli ciała napastników z tyłu, za ogrodzenie i wrzucili je w zaspę śniegu. Zimno powinno utrzymać ciała w dość dobrym stanie do wiosny, kiedy ziemia trochę odmarznie. Postanowili, że wtedy je zakopią. Chyba, że zajmą się nimi dzikie zwierzęta.
   Po wszystkim Konrad udał się do kuchni, a Kopa zgłosił się na ochotnika, żeby zastąpić Staśka na warcie. Gdy tylko barczysty wszedł do środka zastał Alicję. Zebrała wszystkie maczety i schowała je do zbrojowni - która okazała się pusta, później Kopa wyjaśnił, że wziął broń w nocy do swojego pokoju, żeby sprawdzić co przynieśli - a teraz czekała na niego. Poszła za nim do kuchni, poczekała, aż zrobi sobie herbaty.
   - Tobie też zalać? - spytał.
   - Nie powinieneś go uderzać - odpowiedziała Alicja. - Była u mnie Kinga, oczekuje, że go przeprosisz. Zrobił błąd, ale, i tu się z nią zgadzam, posunąłeś się za daleko.
   - Zasłużył. Idę do Pati.
   Konrad wyszedł bez słowa. Z kubkiem w ręku wszedł do salonu i usiadł na kanapie. Pił herbatę, głaszcząc córkę po głowie. Poruszyła się, wiedział, że już się przebudziła, jednak w chwili, kiedy zobaczył łzy płynące po jej polikach, postanowił czekać. Zawsze był zwolennikiem tego, że człowiek powinien się wypłakać.
   *
   Zauważył ich. Robert i Ewelina, do tego jakiś facet. Szybko dostrzegł nóż, który nieznajomy trzymał tuż przy plecach Eweliny. On miał pistolet, gdyby krzyknął, Robert zdążyłby uciec. A Ewelina? Jego nie obchodziła, ale nie chciał, żeby coś się jej stało. Nie wiedział jak zareagowałby Robert, a dla realizacji swoich planów potrzebował Roberta przy zdrowych zmysłach. Właśnie z tego powodu wyruszył, żeby ich odnaleźć. Gdyby  to Kowal z nią poszedł, Przemek nawet nie ruszyłby się, żeby cokolwiek zrobić. Jemu chodziło tylko o to, żeby Robert żył, żeby przejął władzę w grupie. Tylko z nim u sterów Przemek mógł liczyć na to, że ktoś go wysłucha. Nie chciał rządzić, nie miał zamiaru brać na siebie odpowiedzialności za ludzi, ale pozycja prawej ręki dawałaby mu pełną satysfakcję. Przy Maćku nie miał pewności, że tamten zastosuje się do jego rad. Teraz, gdy rządzi Konrad, miał pewność, że ten nie zastosuje się do żadnej. Choć Konrad bym niewątpliwie lepszym przywódcą niż Maciek, to grupa była nadal narażona na ryzyko, ponieważ Przemek nie dostałby głosu w najważniejszych sprawach. Jego jedyną szansą było wrzucenie Roberta na najwyższy stołek. Krótko znał blondyna, był jednak pewien, że jest on na tyle rozsądny, że zauważy logikę Przemka, którego awansuje na swojego doradcę, czyli właśnie prawą rękę. Dopiero wtedy, kiedy jego głos coś by znaczył i kiedy każdy by się z nim liczył, czułby się bezpiecznie w grupie i w hotelu.
   Jeśli chciał zrealizować te plany, musiał wpierw uwolnić Roberta i Ewelinę z rąk tamtego.  
   *
   - Tam była moja córka - mężczyzna z długimi, lepkimi włosami przerwał ciszę. - Chciałem ją chronić. Był tam też mój najlepszy kolega z jego żoną i synem. Ich też chciałem chronić. Ale, stary, nie dało rady. Przyjechali, zastrzelili, zniszczyli. Nie dało rady.
   - Widziałem jak do was strzelali - odpowiedział Robert. - Zasłoniłeś się jakąś dziewczynką. To była twoja córka?
   W odpowiedzi usłyszał bolesne syknięcie Eweliny. Nim zdążył się odwrócić, Robert2 zaśmiał się gardłowo i powiedział:
   - Stary, jeszcze jedna uwaga, a ten nóż wejdzie w jej plecy jak w masło. Jak dostanie między łopatki, to już jej nie odratujesz.
   Robert przeklął, nic nie odpowiedział. Nakazał sobie zachować ciszę, dopóki nie dojdą do hotelu. Tam miał nadzieję, że Przemek zastrzeli tego psychopatę. A nawet jak nie, to w hotelu było tylu ludzi, że ten tutaj był bez szans.
   - Teraz, kiedy już się opanowałem, trochę porozmyślałem - mruknął pod nosem Robert2. - Ewelina, tak? Ładne masz imię. Włosy też masz ładne. Naturalne. Ładnie pachną. Przez ciebie chyba przerzucę się na starsze, wiesz? Gdybyśmy poznali się w innych okolicznościach...
   - Nie dotykaj moich włosów - zagroziła nastolatka.
   - Hahaha! Bo co?
   Ewelina nie odpowiedziała więcej. Na pewno cierpiała, nadal miała w pamięci, że ten mężczyzna o mało jej nie zgwałcił.
   - Widzisz, stary, z babami tak trzeba. Powiedzieć jasno i dobitnie.
   *
   Trzymał się za nimi, w odległości co najmniej siedemdziesięciu metrów. Nie zauważyli go, a to dobrze. Musiał obmyślić, jak ich odbić, żeby Ewelinie, która była zakładniczką, tamten nie zrobił krzywdy. Przeszedł obok ciała mężczyzny, które przygniótł kawałek gruzu, roztrzaskując mu nogę. Najwidoczniej nie miał mu kto pomóc, zostało mu tylko czekanie, aż w nocy zamarznie na kość. Ten widok był dla niego inspiracją do planu, który wykiełkował mu w głowie. Przyśpieszył. Musiał ich obejść, wyprzedzić i zastawić sidła, tak, żeby nie zauważyli.
   *
   Robert2 kontynuował swój monolog, czego zarówno Robert, jak i Ewelina mieli już dość. Nie odzywali się jednak, nie chcieli go prowokować. Szli w tym samym szyku, obchodząc właśnie pogorzelisko po miejscu, gdzie byli przetrzymywani jako zakładnicy.
   - Nie chcę tam iść. Za dużo leży tam osób, które znałem - mężczyzna zmienił temat. - Już zaczęliśmy być szczęśliwi. Oczywiście na swój sposób, bo byliśmy głodni i wyziębieni. Ale, stary, byliśmy już szczęśliwi. Potem zobaczyłem was. Dwójka młodych, czystych ludzi o pełnych brzuchach. Gdybyście przyszli dzień wcześniej...
   Robert się nie odwracał, choć go kusiło. Gdyby tylko był pewien, że mężczyzna patrzy w inną stronę, gdyby zobaczył, że jest rozkojarzony, nie przepuściłby okazji, żeby uwolnić Ewelinę. Mogliby nawet po prostu uciec. Nie, jego plan był słaby. Adrenalina opadła mu już jakiś czas temu, powrócił ból w rozwalonej nodze. Nie uciekliby temu mężczyźnie, musieliby z nim walczyć, a mieli związane ręce. I nawet mimo tego, że ręce Roberta były związane z przodu, to tamten miał wojskowy nóż Staśka, kalkulacja była więc prosta.
   Z rozmyślań wyrwał go szok. Dwadzieścia metrów przed nimi zauważył Przemka, leżącego, jęczącego. Jego noga była przygnieciona przez kamień. Z trudem zachował ciszę, a po głośnym wciągnięciu powietrza przez Ewelinę, domyślił się, że i ona miała z tym nie lada problem. Robert nie wiedział co się dokładnie dzieje, nie potrafił ułożyć sobie sytuacji w głowie. Zdał się na intuicję i, wykorzystując, że to on szedł pierwszy, postanowił przejść obok łysego.
   *
   Miał nadzieję, że zachowają spokój. Jego nadzieje nie okazały się płonne, praktycznie nie było po nich widać, że go poznali. Jego gra aktorska nigdy nie była najwyższych lotów, jednak miał nadzieję, że dobrze udaje poszkodowanego przez gruz. Tak naprawdę nogę wsadził pod kawał gruzu, gdzie była spora szczelina, jednak z perspektywy ludzi, którzy szli naprzeciw niego musiało to wyglądać, jakby miał przygniecioną nogę. Gdy zobaczył, że Robert zmierza w jego stronę, ucieszył się, że blondyn zrozumiał jego przesłanie. Chciał, żeby obok niego przeszli. Położył się na ziemi, złapał za głowę, udawał, że jęczy z bólu. Gdy zbliżyli się do niego, złapał się za "przygniecioną" nogę, gdzie schował pistolet.
   - Ludzie, pomóżcie! - dość dobrze udawał zrozpaczonego.
   Widział zdezorientowany wzrok Roberta i Eweliny, którzy nie mieli pojęcia o co chodzi. Tamten mężczyzna nawet na niego nie spojrzał. Minęli go w odległości pół metra. Gdy mężczyzna o tłustych, długich włosach przechodził obok Przemka, ten złapał pistolet w jedną rękę, natomiast drugą, wolną, wyciągnął w jego stronę.
   - Człowieku, pomóż! Przewalcie ten głaz!
   Mężczyzna nie odpowiedział, zamachnął się, żeby uderzyć Przemka w wyciągniętą rękę. A łysy tylko na to czekał. Złapał go za dłoń, pociągnął, a tamten stracił równowagę. Przemek natychmiast wyciągnął nogę, wycelował w niego z pistoletu.
   - Cali? - skierował pytanie w stronę Roberta i Eweliny.
   Mężczyzna patrzył to na Przemka, to na nich. Był przestraszony i wściekły.
   - Stary, zrobiłeś mnie w chuja! - syknął do Roberta.
   - Zrobiłbyś to samo - odpowiedział mu blondyn, po czym zwrócił się do Przemka. - Co ty tu robisz? Skąd wiedziałeś gdzie iść?
   - Konrad mi powiedział - wytłumaczył Przemek. - Zaraz was zresztą ochrzanię, tylko powiedzcie mi, co mam z nim zrobić?
   Robert zabrał mu nóż, który tamten nadal trzymał i rozciął sznur okalający ręce Eweliny. Miał coś powiedzieć do Przemka, gdy nastolatka wyskoczyła do mężczyzny i uderzyła go pięścią w nos. Pięść musiała ją rozboleć, gdyż od razu się za nią złapała.
   - Popapraniec! - ryknęła na niego, roniąc kilka łez. - Zastrzel go!
   - Wyglądasz na mniej agresywną niż jesteś - powiedział Przemek, pogwizdując przed tym, po czym spojrzał na Roberta.
   - Nie wiem... - zaczął blondyn, ale potem spojrzał na mężczyznę o długich włosach. Przypatrywał mu się jakiś czas, po czy dokończył: - Nie ma wyjścia.
   - Stary, poczekaj chwilę! - zerwał się tamten, patrząc to na broń Przemka, to na Roberta. - Idźcie gdzie chcecie, ja pójdę w drugą stronę! Macie mnie, wyrolowaliście mnie po mistrzowsku. Puśćcie mnie, więcej się nie spotkamy! Obiecuję! Stary, uwierz mi!
   Robert spojrzał na Ewelinę. Dał jej wolną rękę. Nastolatka nie miała obiekcji.
   - Zastrzel go. Chciał mnie zgwałcić.
   - Gubię się - przyznał Przemek. - Ale...
   Wystrzelił. Bezwładne ciało mężczyzny z długimi, tłustymi włosami osunęło się na ziemię, tonąc w zaspie śnieżnej.
   - Ale jak jaśnie panienka sobie tego życzy, to tak zrobię - dokończył łysy.
   *
   Wszystko mu wyjaśnili. Jak mężczyzna ich złapał, jak przetrzymywał w piwnicy, jak wojsko zaatakował obóz, jak uciekli, jak znów ich dopadł.
   - Puścić was gdzieś samych - splunął Przemek. - Teraz moja kolej. Przyprowadziłem do hotelu nowego kolegę. Przynieśliśmy pełno broni, teraz będziemy tam bezpieczni. Jesteście skończonymi idiotami, że wyszliście bez broni, musiałem przez to narażać własne życie. Na marginesie, Maciek się powiesił.
   Zamurowało ich. Nim zadali jakiekolwiek pytanie, Przemek kiwnął głową i kontynuował:
   - Pokłócił się z Konradem o to, kto ma rządzić. Zrobili głosowanie, a Maciek przegrał. Szkoda chłopa, teraz trzeba szukać kolejnego lekarza.  
   - Uratował mi życie - zauważyła Ewelina, opuszczając głowę.
   - Nie on, tylko Kowal. Swoją drogą śledził mnie, ale go ogłuszyłem. Pewnie już się obudził i wrócił do hotelu.
   Nic nie odpowiedzieli, nadal trawili informację o śmierci Maćka.
   - My też musimy wrócić do hotelu - odezwał się w końcu blondyn. - Nie mamy żywności, Ewelina jest chora. Ja mam rozwaloną nogę.
   Przemek przeszedł dwa metry, zanurzył rękę w śniegu i wyciągnął czarną torbę, którą rzucił Ewelinie.
   - Nie zgubiłaś? Jest tam trochę żarcia. Teraz nie wracamy. Nie ma sensu takie łażenie. Jutro wieczorem dojdziemy do Czarnej Strefy, nie będziemy łazić i wracać, bo to strata czasu.
   - Mam rozwaloną nogę - powtórzył Robert. - Jak tam dojdziemy i spotkamy kolejnych jak ten? - wskazał na ciało mężczyzny, którego zastrzelił Przemek.
   - Teraz mamy przewagę, bo mam broń palną - odpowiedział łysy. - Czas. To słowo klucz. Idziemy, szukamy jej. Jak znajdziemy, to wracamy z nią do hotelu, ale jak przez dwadzieścia cztery godziny nie znajdziemy po niej śladu, to wracamy i więcej jej nie szukamy. Pasuje ci to? - pytanie skierował do Eweliny
   Nastolatka kiwnęła głową. Była szczęśliwa. Już myślała, że będą musieli naprawdę wrócić do hotelu i przełożyć poszukiwania jej cioci o kilka dni. A teraz była pewna, że dostanie szansę na znalezienie jej. Ta szansa trzymała ją na siłach.
   Robert westchnął, machnął rękami. Poczekał aż Przemek przeszukał ciało człowieka, który ich uprowadził, po czym ruszyli.
   - Plecaka Roberta nie znalazłeś? - nastolatka spytała z ciekawości.
   - Co jeszcze miałem znaleźć? - odpowiedział jej pytaniem Przemek. - Ciesz się, że znalazłem twój. Nie można mieć wszystkiego.
   *
   Zabił dziś ludzi. Kilku, nie był w stanie dokładnie zliczyć. Zabijał już, zanim zdał egzamin na dołączenie do PP musiał przeprowadzić jedną egzekucję i wziąć udział w jednej akcji zbrojnej. Z egzekucją nie było problemu, gdyż trafił mu się człowiek, który został skazany za wielokrotne morderstwo z premedytacją. Przed wszystkim pokazali mu zdjęcia jego ofiar, pociętych nożem, zmasakrowanych nie do poznania. Nigdy nie żałował, że zabił tamtego mężczyznę. Z akcją było już gorzej. Wysłali go z innymi do opanowania sytuacji w centrum Warszawy, gdzie ludzie, którzy nie mieli co jeść, protestowali przez siedzibą rządu. Nie trzeba było dużo czasu, żeby protesty zamieniły się w zamieszki. Wystrzelił wtedy dwa magazynki, głównie w samoobronie, strzelając do ludzi, którzy go atakowali. Nie miał pojęcia ile osób wtedy zabił, panował zbyt duży chaos, żeby dało się to zliczyć. To wtedy obudziła się w nim myśl, że wybrał zawód, którego nie chciał wcale wybierać. Jedyną dobrą stroną tamtych wydarzeń, było to, że teraz potrafił zabijać bez większych skrupułów. Oczywiście nie dałby rady zabić niewinnego człowieka, ale w samoobronie zabiłby każdego. Powtarzał sobie wtedy w myślach jedno zdanie, które wpoili mu podczas ćwiczeń. "Przeżyj, kosztem wystrzelonych kul". To samo myślał dziś, gdy strzelał do ludzi, którzy na nich napadli. Kule, które wystrzelił, były zapłatą za jego życie.
   Odrzucił od siebie te myśli, gdyż złapał się na tym, że się dekoncentruje. Rozejrzał się naokoło, jednak niczego nie dostrzegł. Niebo było nadal szare, drzewa sprawiały wrażenie martwych. Tylko sosny, które zachowały zielony kolor, dawały jakieś świadectwo życia w okolicy. Patrzył w dal, obserwował właśnie ptaka, który latał nad drzewami, gdy usłyszał warkot silników. Miał przy sobie lornetkę, spojrzał więc przez nią. To, co zobaczył, sprawiło, że  zamarł.
   *
   Usłyszeli go jeszcze zanim wbiegł przerażony do hotelu. Wiedzieli, że jest źle.
   - Wojsko jedzie! - krzyknął Afrykanin.
   Z początku nikt nie wierzył w jego słowa. Konrad rzucił się do okna, wyjrzał.
   - Kurwa mać - wymamrotał pod nosem     .
   Przed bramą zaparkowały trzy wojskowe samochody z przyczepami, z których wybiegło mniej więcej trzydzieści osób. Każdy z nich był uzbrojony, ubrany w wojskowe ubrania. Jeden z nich podszedł do ogrodzenia, po czym posłał serię w ściany hotelu, starając się nie trafić w któreś z okien.
   - Uprzejmie prosimy o opuszczenie miejsca zakwaterowania! - krzyknął wojskowy.
   *
   Kowal podszedł na tyle, na ile podpowiadał mu zdrowy rozsądek. Trzydzieści metrów przed sobą, na małej polance przed bramą hotelu, stały trzy wojskowe samochody, otoczone żołnierzami. Hotel miał kłopoty.
   - Jeżeli nie wyjdziecie w ciągu pięciu minut, poślemy kilka granatów! Wiemy, że tam jesteście, znamy waszą przybliżoną liczebność! Wiemy, że macie broń! Nasz zwiadowca wszystko już nam powiedział! Nie musimy niszczyć tego miejsca! Jednak, jeżeli będzie to konieczne, nie cofniemy się przed niczym!
   Wojskowy posłał jeszcze jeden strzał w niebo.
   - Pięć minut!
   *
   Konrad natychmiast obleciał wszystkie okna dookoła. Nigdzie więcej nie dostrzegł jednak wojskowych. No tak, im nie chodziło o nich. Im chodziło o hotel. Oni mogli uciec, ich to nic nie obchodziło. Wrócił do salonu, gdzie zebrali się już wszyscy. Każdy był przerażony. Najpierw odparli jeden atak na hotel, żeby teraz, po upływie zaledwie kilku godzin, nadszedł drugi, jeszcze groźniejszy.
   - Będziemy bronić hotelu - warknął Konrad. - Nie oddamy im tego miejsca.
   - Jak? - spytał Andrzej. - Człowieku, opamiętaj się. Widziałeś ich? Jak są uzbrojeni? Ja stąd spierdalam, nie zostaję tu ani chwili dłużej. Kinga, idziemy.
   - Nikt nigdzie nie idzie! - ryknął barczysty, takim tonem, że Andrzej zatrzymał się, zmieszany. - Kopa, daj nam krótką lekcję strzelania z karabinów. Masz dwie minuty.
   - Nie zdążę...
   - Musisz. Alicja, weź Pati i pójdź z nią do kuchni. Gdyby coś się stało, ucieknij z nią przez okno.
   - Nie! - krzyknęła dziewczynka. - Ja nigdzie nie idę! Zostaję z tatą!
   Konrad ukucnął przy niej, złapał za główkę, która w jego niedźwiedzich rękach wydała się śmiesznie mała.
   - Pójdziesz teraz z Alicją. Jeżeli stanie się coś złego... Dogonię was. Teraz musimy chronić to miejsce. Żebyś była bezpieczna. Proszę cię, posłuchaj raz tego, co ci mówię.
   Pati zalała się łzami. Alicja złapała ją za rękę, i zaciągnęła w stronę kuchni.
   - Hyugi! - krzyknęła, gdy przechodziła obok schodów. - Jest zamknięty na górze!
   - Twój tata za chwilę go wypuści - skłamała Alicja. - Chodź.
   Konrad słyszał krzyki Pati. Poleciała mu łza. Był pewien, że Alicja da sobie z nią radę. Tak, to nie była nadzieja, to była pewność.
   - Ona może sobie iść, a my nie? - oburzył się Andrzej.
   Konrad spojrzał na niego, puściły mu nerwy.
   - Chcesz iść, to wypierdalaj! Ja tu zostaję, będę bronił tego miejsca! Przelaliśmy już krew, w obronie hotelu! To wszystko ma pójść na marne!? Ja cię tu nie trzymam, ale jak teraz odejdziesz, a nam uda się utrzymać to miejsce, nie będziesz miał po co wracać!
   - Jak chcesz utrzymać hotel? - spytał Stasiek, chcąc odciągnąć uwagę Konrada od Andrzeja. - Widziałeś, że oni mają...
   - Oni nie chcę zniszczyć hotelu - odpowiedział mu Konrad. - Ten co strzelał nie trafił w ani jedne okno, a posłał cały magazynek. Cała zgraja stoi naprzeciwko bramy, nie zadali sobie trudu, żeby nas otoczyć. Im nie chodzi o to, żeby nas zabić. Im chodzi o to, żeby nas nastraszyć, żebyśmy stąd uciekli. Dla nich najważniejsze jest to miejsce, chcą je przejąć na własność. Dopóki będziemy siedzieć w hotelu, będziemy musieli bronić tylko drzwi i okien na parterze, bez obawy, że naprawdę rzucą granat.
   - Trochę nas mało do obrony takiej powierzchni - zauważył Kopa.
   - Ja też mogę trzymać karabin - wtrąciła się Kinga.
   Andrzej spojrzał na nią z niedowierzaniem. Patrzył jej w oczy, w końcu przeklął pod nosem, złapał się za włosy.
   - Dobra, zostaję! - postanowił. - Tylko dlatego, że Kinga też zostaje.
   - Jest nas piątka. Kopa, masz dwie minuty, żeby ich podszkolić. Ja wyjdę do nich przed bramę.
   - Po co? - spytali wszyscy jednocześnie.
   - Kupić nam trochę czasu.
   *
   Kowal przeszedł na tyły wojskowych. Skrył się za zaspą, przykucnął. Słyszał stąd każde słowo, które wypowiedzieli mundurowi.
   - Nie uszkadzać mi hotelu - poinstruował jeden z nich. - W szczególności okien. Wszystkie granaty odłóżcie do samochodów, żeby was przypadkiem nie poniosło. Pojedyncze strzały, żadnych serii. Strzelać tak, żeby zabić i to tylko wtedy, jak naprawdę będą się bronić. Wy dwaj, jak dam wam znać, puścicie po serii w niebo. Udawajcie, że celujecie w budynek, macie ich przestraszyć. Każdy wszystko zrozumiał?
   Żołnierze odpowiedzieli chórem, po czym każdy wyciągnął granaty i po kolei odłożyli je na tył jednego z samochodów. Kowal przyjrzał się tym granatom. W jego głowie kiełkował ryzykowny plan. Ale musiał podjąć ryzyko, prawdopodobnie był jedynym, który mógł uratować teraz hotel. Przełknął głośno ślinę, poczekał, aż z hotelu ktoś wyszedł. Gdy wszyscy wojskowi skupili na nim uwagę, Kowal wyszedł zza zaspy, ostrożnie skierował się w stronę samochodu, w którym leżały granaty.
   *
   Konrad wyszedł na zewnątrz, podszedł do bramy, gdzie czekało już dwóch wojskowych. Byli uzbrojeni po zęby. Konrad też. Trzymał w ręku karabin, na pasie wisiały trzy granaty, w kaburach na wysokości bioder miał dwa pistolety. Pomysł Kopananga. Niech ci wiedzą, że hotelu nie zdobędą tak łatwo, niech wiedzą, że oni też mają duży zapas broni.
   - Nie oddamy wam tego miejsca - uprzedził Konrad z góry.
   - Więc sami je weźmiemy - zaśmiał się jeden z wojskowych. - Przekalkuluj to. Widzę, że macie dużo broni. Jak znajdziecie jakąś inną kryjówkę, to raz dwa wykurzycie stamtąd ludzi. Ale tego miejsca nie utrzymacie. Za dużo nas tu. Trzydziestu czterech chłopa, a reszta, sześćdziesięciu, czeka w bazie. Mogę ich wezwać w każdej chwili.
   - Nas w hotelu też nie jest mało - skłamał Konrad. - Broni też mamy pod dostatkiem.
   - Ostrzelamy was - uprzedził drugi wojskowy.
   - Nie zrobicie tego. Zależy wam na hotelu, nie zniszczycie go podczas ataku.
   - Więc zaatakujemy frontalnie, przez drzwi. Zginie nas trochę, to nieuniknione. Ale to miejsce nam to zrekompensuje. Idealna baza główna. Człowieku, ty nadal nie wiesz o co tu biega. Jesteś ich dowódcą?
   - Liderem - sprostował barczysty.
   - Chuj z nazewnictwem. W twoich rękach jest życie twoich ludzi. Przyszłość twojej grupy. Poddaj się, odejdźcie stąd. Proszę pokojowo.
   - Ty jesteś dowódcą tych tutaj? - spytał Konrad.
   Drugi z wojskowych, z dwudniowym zarostem i czapką syberyjką na głowie, zrobił krok do przodu.
   - Ja jestem dowódcą. Ten obok to taki mój zastępca.
   - I on śmie mówić o życiu moich ludzi? Kiedy sam gadał przed chwilą, że podczas ataku zginą twoi ludzie, ale to się wliczy w koszta?
   - Matematyka - dowódca wojskowych wzruszył ramionami. - Coś za coś, nic nie poradzisz, taki teraz jest świat. Popaprany świat pełen gruzu i śniegu, gdzie za przeżycie płaci się srogi czynsz w postaci tragicznych wspomnień wyrytych już na zawsze w pamięci. Wspomnień pełnych jedynie bólu i cierpienia. W takim świecie...
   Konrad złapał pistolet i nim ktokolwiek zdążył zareagować wycelował nim w dowódcę wojskowych. Cały mokry od potu, czując jak serce wali mu jak oszalałe, dokończył słowa mundurowego:
   - W takim świecie nie można mieć wszystkiego.

   Koniec sezonu pierwszego...

____________________________________________________________________

   Witajcie ludzie i ludziska. Dzięki Wam wszystkim, że dotrzymaliście do końca pierwszego sezonu :). Przed Wami sporej wielkości dodatek, który piszę z czystą przyjemnością!

   I - Mój komentarz
   Oczywiście, nie może on być negatywny. Moim, jakże skromnym, zdaniem to, co napisałem do tej pory bije na głowę całą moją poprzednią twórczość. Całe szczęście, że wycofałem ją z internetów. Może kiedyś moje inne opowiadania doczekają się reaktywacji takiej jak "Ziemia z popiołów"? A jest w czym wybierać, mam na dysku swoje powieści o inwazji zombie, swego rodzaju sci-fi o walczących ze sobą ludziach, odzianych w egzoszkielety, czyste fantasy, gdzie ludzie tłuką się z orkami (starałem się zachować lekko słowiański klimat), oraz szablon opowiadania urban fantasy, który nigdy poza granice szablonu nie wyszedł. No ale cóż, trza pisać po kolei. W końcu, nie można mieć wszystkiego :)

   II - Co to znaczy "koniec pierwszego sezonu"?
   Tylko tyle, że teraz piszę drugi xD Dzięki takiemu podziałowi mam łatwiej pisać, bo rozpisuję sobie fabułę na sezon (10 rozdziałów) i za każdym razem, kiedy siadam do notebooka, to wiem o czym mam pisać. Kolejne rozdziały będą tytułowane "Ziemia z popiołów II: Rozdział (numer rozdziału) - (tytuł rozdziału)". Dla Was, czytelników, jedyna różnica jest taka, że najbliższy rozdział opublikuję za 2 tygodnie, potrzebuję chwili na opracowanie dalszej fabuły i zaczęcie pisania. Dalej, rzecz jasna, rozdziały będą publikowane w tygodniowych przerwach ;)

   III - Ile sezonów?
   Jedna osoba już mnie o to spytała, więc wszystko tu wyjaśniam. Nie mam pojęcia. Chciałbym zakończyć na  4, może 5 sezonach. Z góry zaznaczę, że każdy sezon będzie miał 10 Rozdziałów i 2 zapowiedzi (czyli wszystko będzie na tej samej zasadzie, jak sezon I).

   IV - Coś poza "Ziemią..."?
   Na razie nie. Może, czasem jakieś oneshoty, jak najdzie mnie wena. Ale nic dłuższego, najpierw skończę jedno, a potem wezmę się za drugie. Choć z drugiej strony jest duża szansa, że napiszę coś osobnego o Przemku. Jakieś 2-3 rozdziały poświęcone jego życiu po tym, jak jego rodziców zabiło PP, a przed Kolizją. Chyba zgodzicie się, że akurat Przemek zasłużył na osobną historyjkę?

   V - Gdzie ojciec Roberta?
   Był i się zmył. Też chciałbym wiedzieć, gdzie teraz jest. Pewnie się obija, zamiast szukać syna xD A na serio, ma swoją rolę do odegrania, więc pojawi się dopiero wtedy, gdy ja tak rzeknę ;P

   VI - Ciekawostki:
   - Pierwsza wersja opowiadania powstała około 4 lata temu. Od tamtej pory napisałem jeszcze 2 kolejne wersje, które poszły w zapomnienie. Obecną, czwartą próbę napisania „Ziemi z popiołów”, wiąże z poprzednimi tylko tytuł, sam motyw apokalipsy, oraz imiona kilku bohaterów, cała reszta uległa drastycznej zmianie.
   - Robert zawdzięcza swoje imię Robertowi Langdonowi z „Kodu Leonarda da Vinci”.
   - We wszystkich poprzednich wersjach Robert nazywał się Kamil.
   - Nazwisko Roberta (Telejuk) w poprzednich wersjach nosił Przemek (z wyjątkiem pierwszej, w której w ogóle nie występował).
   - Rozdziały 0,5 (Kolizja), 5,5 (Rocznica) itp. piszę tylko po to, aby zyskać dodatkowy czas na pisanie kolejnych rozdziałów (sorry za szczerość :P).
   - Robert, Ewelina i Kowal to jedyne postaci, które występowały w każdej wersji opowiadania.
   - Długość rozdziałów przeliczam na słowa. Przeciętny rozdział ma ok. 4500 słów. Jednak niektóre, jak rozdział 10 pierwszego sezonu, będą miały ok. 6000 słów (ten rozdział, razem z moim komentarzem ma niemal 7000 słów)
   - Według planów ostatni rozdział ma mieć 24000 słów (a co tam, zaszaleję :D )
   - Pierwszy rozdział ma taki sam tytuł, jak w pierwszej wersji opowiadania. W wersjach 2 i 3 rozdział ten miał tytuł „Ruiny i zgliszcza”.
   - Kopanang Mbongane po raz pierwszy pojawił się w zupełnie innym opowiadaniu, mianowicie w „Algorytmie głodu”. Była to opowieść o apokalipsie zombie, a Afrykanin odgrywał rolę pilota F-16.
   - Swoją drogą obecny wygląd Eweliny inspirowany jest postacią z wyżej wspomnianego „Algorytmu głodu”. W poprzednich częściach była wyższa, i bardziej wyglądała na swój wiek (w wersji 2 była nawet blondynką, a w 3 miała 30 lat i męża!).
   - Kinga odgrywa taką samą rolę, co Ewelina w 3 wersji opowiadania.
   - Istnienie takiego miejsca jak Czarna Strefa zawdzięczam swemu choremu umysłowi, który czasem lubi sobie porozważać „co bym zrobił, gdybym był dyktatorem?”.
   - Najdłużej pisałem 2 wersję „Ziemi…”, która doczekała się 21 rozdziałów.
   - Dwóch ludzi podejrzewało mnie o to, że zacząłem pisać „Ziemię…” inspirując się „The Walking Dead”, co nie jest prawdą. Gdy pisałem pierwszą wersję powieści nawet nie wiedziałem o istnieniu tego serialu.
   - „The Walking Dead” przyczyniło się zresztą do upadku pierwszej wersji opowiadania. Gdy tylko obejrzałem serial z miejsca wziąłem się za pisanie „Algorytmu głodu”, zaprzestając pisania „Ziemi…”.
   - Akcja 3 wersji opowiadania działa się w Górze Kalwarii (swoją drogą nigdy tam nie byłem).
   - Akcja pierwszego sezonu dzieje się w 13 dni (dokładnie kończy się po południu 13 dnia)
   - Obecną wersję opowiadania zacząłem pisać z nudów, gdy, z powodu deszczu, miałem wolne w pracy.

   VII - Słowo końcowe
   Mogę tylko mieć nadzieję, że za dwa tygodnie powrócą do mnie stali czytelnicy, oraz, że napłyną nowi. W czasie przerwy w publikowaniu, możecie rozreklamować moje opowiadanie wśród znajomych, będę wdzięczny :)

   P.S. Ktoś z was zwrócił uwagę na ostatnie wypowiedzi tego rozdziału?
   "- Matematyka - dowódca wojskowych wzruszył ramionami. - Coś za coś, nic nie poradzisz, taki teraz jest świat. Popaprany świat pełen gruzu i śniegu, gdzie za przeżycie płaci się srogi czynsz w postaci tragicznych wspomnień wyrytych już na zawsze w pamięci. Wspomnień pełnych jedynie bólu i cierpienia. W takim świecie...
   ...
   - W takim świecie nie można mieć wszystkiego."
   W tych wypowiedziach czają się tytuły pięciu rozdziałów :)

   P.P.S. Mam nadzieję, że pod opowiadaniem przeczytam też Wasze komentarze!

   P.P.P.S. Do przeczytania!!! :D

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 8261 słów i 46698 znaków.

3 komentarze

 
  • Gabi14

    No w końcu trochę akcji! Coś się dzieje człowieku xD jakieś niewielkie powtórzenia w rozdziałach od mojego ostatniego komentarza, ale jest zdecydowanie lepiej i ciekawiej :)

  • Kuri

    @Gabi14 Gabi! Doczytałaś w końcu do końca sezonu! :D Cieszę się, że poprawiłem pisownię, oby dalej było tylko lepiej :D

  • S89

    Czytam to od pewnego czasu, lecz muszę przyznać że masz talent, wartka akcja, sporo niekonwencjonalnych pomysłów. Jednak że czasami przewidywalne i to bardzo, ale jak na amatora pisania to jest naprawdę spoko. Pozdrawia S89.

  • Kuri

    @S89 Dzięki za komentarz :D Staram się jak mogę, żeby dać czytelnikom jak najlepszą rozrywkę, cieszę się, że choć trochę mi to wychodzi :)

  • S89

    @Kuri Mam nadzieje że będziesz kontynuował swoje dzieło, zasadniczo moim skromnym zdaniem powinieneś potraktować pisanie jak prace, krótko mówiąc zająć się tym na stałe, gdyż widać że masz to tego talent a szkoda żeby się zmarnował.

  • Kuri

    @S89 Mam lepszy pomysł ;) Będę traktował pisanie jako "dar", który będę obdarowywał innych ludzi. Wszystkie opowiadania jakie piszę, będę umieszczał za darmo i nigdy, przenigdy nie będę pobierał za moją twórczość opłat. W tym wypadku moja twórczość też się nie zmarnuje :D

  • S89

    @Kuri Jesteś "WIELKI" szacunek Tobie :) Jeżeli będziesz miał kiedykolwiek pisać opowiadania fantasy odezwij się, uwielbiam fantasy. Pozdrawiam.

  • Kuri

    @S89 Będę xD Kiedyś pisałem "Złoty obelisk" (wojna ludzi z orkami, z lekką domieszką słowiańszczyzny, gdzie źli okazują się dobrymi i odwrotnie) ale usunąłem wszystkie poprzednie opowiadania z internetów, żeby teraz zrobić "reaktywację". Na pierwszy ogień poszła "Ziemia...", którą gruntownie zredagowałem. Następnie zamierzam wziąć się albo za "Złoty Obelisk", albo za sci-fi "Protector" (ludzie w egzoszkieletach walczący z istotami z innych światów, też w egzoszkieletach. Świat rasy, która przegra zostaje zniszczony) :)

  • lolcia10

    Czytam Opowiadanie od samego początku i przyznam naprawdę świetne.  Zawsze jest mi ciężko doczekać się kolejnej części , ale warto czekać.  Opowiadanie naprawdę świetnie napisane, tylko pogratulować ci talentu pisarskiego.   Czekam już na kolejną część i juz to będzie drógi sezon, zapewne będzie tak samo wspaniały jak pierwszy.

  • Kuri

    @lolcia10 Cieszę się, że jest ktoś, kto wyczekuje kolejnych rozdziałów :D Dzięki za miłe słowa, ja też mam nadzieję, że drugi sezon nie zawiedzie tych, którzy czytają "Ziemię..." :D