Ziemia z popiołów I: Rozdział 3 - Czynsz

Ziemia z popiołów I: Rozdział 3 - CzynszPoczuła, że ktoś dotyka jej czoła. Otworzyła powoli oczy. Z początku nic nie widziała, gdyż wszystko zdawało się jej rozmyte, jednak z czasem uzyskała ostry obraz. Leżała, a nad nią siedział mężczyzna. Był brunetem, miał na nosie okulary.
   - Jak się czujesz? – spytał mężczyzna.
   Chciała coś powiedzieć, jednak z jej gardła nie wychodziły żadne dźwięki. Jęknęła tylko, czując ból w całym ciele. Przypomniała sobie, że szła przez las, zauważyła światło, podeszła do ogrodzenia… a potem nic, tylko ciemność.
   - Spokojnie – usłyszała. – Nic nie mów, jeśli nie możesz. Leż, odpoczywaj. Tu, na stoliku, masz kubek zaparzonej mięty. Jak dasz radę, to wypij.
   Kiwnęła głową, dając znak, że rozumie, po czym zamknęła oczy i już po chwili zapadła w głęboki sen. Nic się jej nie śniło.
   *
   - Jak z nią? – spytał Przemek, wchodząc do salonu.
   - Przed chwilą się przebudziła – odpowiedział mu Maciek. – Nic nie mówiła, chyba nie jest w stanie. Teraz śpi.
   - Zapewne poleży tak jeszcze ze dwa dni. Idę coś zjeść, nie zjem z wami śniadania, będę siedział w tym czasie na tym przeklętym dachu.
   - Racjonujemy żywność – przypomniał Maciek. – Bardzo konsekwentnie. Dużo nie zostało, kazałem Kindze jakoś to podzielić.
   - To trzeba zrobić wyjście na zakupy – prychnął łysy, śmiejąc się gardłowo. – Wezmę tego przypakowanego i pójdziemy czegoś poszukać.
   - Nie jestem pewien co do tego pomysłu…
   - Ale ja jestem. Chcesz jeść? To się nie odzywaj i czekaj aż wrócimy.
   Maciek wstał znad dziewczyny i podszedł do Przemka. Widać było, że się boi, czoło miał całe zalane potem, a twarz czerwoną, jednak, co zaskoczyło łysego, pielęgniarz miał agresywny ton, świadczący o tym, że nerwy powoli mu puszczają.
   - Przypominam ci, że ja tu rządzę. To ty możesz się nie odzywać, wykonując moje polecenia. Zaraz masz wartę, wejdziesz na dach i będziesz tam siedział przez sześć godzin, jasne?
   - W normalnych warunkach obiłbym ci mordę – odpowiedział mu Przemek z bezczelnym grymasem na twarzy. – Prawą pięścią. Ale teraz tego nie zrobię, poczekam aż ona z tego wyjdzie, dopiero potem nadstawisz się pod moją pięść. Wiesz, byłeś tygodniowym pielęgniarzem, mimo wszystko starasz się jej pomóc, ale jak już jej pomożesz, to nie będziesz potrzebny.
   Maciek przełknął ślinę, jednak nie opuścił wzroku. Patrzyli sobie w oczy, dopóki do salonu nie wszedł Andrzej.
   - Koniec mojej warty – ogłosił, rzucając się na wolną kanapę, stojącą pod oknem. – Będę tu leżał do śniadania.
   - To ja wezmę mój przydział i zjem śniadanie na dachu. Jeśli szef mi pozwoli – ogłosił Przemek, po czym obrócił się i wyszedł w stronę kuchni.
   - Gówniarz! – syknął Maciek, rzucając mokrym ręczniczkiem w podłogę.
   *
   Jedli w ciszy, przerywanej odgłosami żucia i mlaskania. Racje żywnościowe wydzielała im Kinga, mająca dokładne wytyczne Maćka, który nakazał jej wydzielić jedzenie na cztery dni, tak że na ich talerzach wylądowała wyjątkowo mała porcja, pomniejszona dodatkowo o to, co odłożono dla nieprzytomnej dziewczyny. Przy stole siedziała ich czwórka, Przemek jadł na dachu hotelu, dziewczynie natomiast postawili talerz na stoliku przy kanapie, na wypadek gdyby ta się przebudziła.
   - Coś mówiła? – spytał Kowal, gdy tylko dowiedział się, że dziewczyna odzyskała na chwilę przytomność.
   - Nie – odpowiedział mu Maciek, dokańczając swoją porcję. – Ma straszną chrypę, ledwo oddycha, nie potrafiła wydobyć żadnego dźwięku.
   - Ale wyjdzie z tego? – spytała Kinga.
   - To na pewno. Już zbiłem jej temperaturę, okładów nie trzeba już jej robić. Teraz musi odpoczywać, najlepiej niech do jutra rana się wyśpi, powinna już wtedy dość dobrze się czuć.  
   - Dzięki bogu – odetchnęła Kinga. – Już się o nią bałam. Wiecie, nie wyglądała najlepiej, była wyziębiona… Już się niepokoiłam, od kiedy Kowal ją znalazł spała całe dwie doby… Ale jak wyjdzie z tego, to już możemy być o nią spokojni.
   - Miejmy nadzieję, że więcej takich gości nie będziemy mieli – zabrał głos Andrzej, pakując do ust ostatni kęs. – A jeśli już, to niech przynajmniej przynoszą ze sobą jedzenie. A co do jedzenia…
   - Wiem, niedługo musimy wyruszyć po zapasy – Maciek wbił mu się w słowo. – Ale nie dzisiaj, dziś musimy iść po drzewo, zostało go może na dwa dni.
   - Nie możemy wysłać kogoś po żywność, a reszta nazbiera w tym czasie drzewa? – spytał Kowal.
   - Nie, mamy za mało ludzi, żeby dzielić się na grupy. W szczególności za mało mężczyzn, bo, bez obrazy Kinga, ale dziewczyny nie dadzą rady cały dzień targać pociętych konarów drzew. Ani ty się do tego nie nadajesz, ani tym bardziej tamta, widziałaś chyba jakiej ona jest postury, nawet gałęzi by nie uniosła.
   - Wiem o co chodzi i rozumiem to w pełni – Kinga uspokoiła Maćka. – Nie będę się pchać w wasze męskie profesje, mi wystarczy sprzątanie i praca w kuchni. Domyślam się, że dziś będę cały dzień przy niej siedzieć?
   - Tak, bo nikogo nie będzie. Powiem Przemkowi, żeby siedział dziś cały dzień na warcie, a my pójdziemy do lasu.
   - Dlaczego on ma siedzieć cały dzień na warcie? – spytał Andrzej. – Ja też nadaję się do siedzenia przez cały boży dzień. To nie jest trudne.
   - Następnym razem ty będziesz siedział cały dzień na dachu, pasuje?
   Andrzej nie odpowiedział, wstał tylko i wyszedł z jadalni.
   - Co mu jest? – Maciek skierował to pytanie do Kingi.
   - Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że po prostu nie chce mu się wychodzić na mróz. Zawsze był leniem, rzadko kiedy sam podejmował się jakiegoś zadania, zazwyczaj trzeba było go poganiać. Nie przejmuj się tym, jutro mu przejdzie.
   - Mam nadzieję… Ty, Kowal, nie masz chyba nic przeciwko temu, żeby wyjść na mróz? Albo że Przemek będzie cały dzień na warcie?
   - Nie, dla mnie to nawet lepiej. Na dachu tylko bym przemarzł, a przy drzewie mi to nie grozi. Za ile mam być gotowy?
   - Za pół godziny. Ja idę do Przemka – to mówiąc Maciek wstał od stołu i udał się w kierunku recepcji.
   Założył buty i kurtkę, wyszedł na zewnątrz i wszedł po drabinie na dach budynku. Zastał tam Przemka, siedzącego po turecku, z wiatrówką położoną na nogach.
   - Co jest, szefie? – spytał łysy. – Na przeprosiny już za późno.
   - Nie chcę cię za nic przepraszać. Będziesz siedział na warcie cały dzień, ja z Andrzejem i Kowalem idziemy po drzewo, mało go nam zostało.
   - Aha – Przemek podrapał się po brodzie, po czym kontynuował zdanie. – To siedzenie tu, to za karę? Czy robiłeś losowanie i na mnie padło?
   - Jaką znowu karę? Co ci odbiło tym razem?
   - Na dachu przemarznę przez cały dzień, dlatego całodzienna warta to dobra kara za niesubordynację. A na karę zasłużyłem, w końcu byłem rano taki niemiły… Spokojnie, nie okazuję właśnie skruchy i nie zamierzam rzucać ci się do kolan i przepraszać, po prostu naśmiewam się z ciebie.
   - Nie zamierzam wdawać się z tobą w dyskusję. Wieczorem ktoś cię zmieni.
   *
   Z samego rana wszyscy zebrali się nad znaleziskiem Patrycji.
   - Cztery kilometry stąd – zauważył Konrad. – Ciekawe, w jakim jest stanie.
   - Fala uderzeniowe mogła wyhamować przez drzewa – podsunął Stasiek. – A jak ten hotel stoi w centrum lasu, to możliwe, że stoi cały, nawet za bardzo nieuszkodzony.
   - Ja bym nie oczekiwał cudów – Robert zabrał głos. – Może nie być bardzo uszkodzony, ale szyby na pewno ma wybite.
   - Chyba, że są z plastiku – zauważyła Alicja. – Kiedyś byłam z mężem w hotelu w czasie podróży poślubnej, gdzie mieli plastikowe szyby.
   - Chyba, że tak – Robert przyznał blondynce rację. – Można iść i sprawdzić.
   Konrad mruknął coś pod nosem, po czym podrapał się, swoim zwyczajem, po brodzie i zastanowił.
   - Więc… - zaczął, po czym spojrzał na Roberta i kontynuował. – Pójdziesz tam i to sprawdzisz. Ja i Stasiek przyniesiemy tu tamtą zakopaną żywność, a Alicja zostanie tu z Pati, zrobicie porządek w tym budynku, gdzie spaliśmy. Jak hotel nadaje się do zamieszkania, to pójdziemy tam, jak nie, zostajemy tutaj.
   - Zostajemy tutaj? – spytała Alicja, uprzedzając Roberta.
   - Tak. Jeśli hotel nie nadaje się do zamieszkania, wtedy zostajemy tutaj i realizujemy plan, który wam wczoraj podyktowałem. Oczyszczamy cały ten teren i budujemy tu małą osadę.
   - Dyskutowaliśmy już wczoraj o tym pomyśle – przypomniał Robert.
   - Pamiętam. I doszedłem do wniosku, że powinniśmy skorzystać z tej okazji, bo lepszej możemy nie mieć. Gdzie indziej znajdziemy takie miejsce jak to? Polanę otoczoną gęstym lasem? Nie mogę pozwolić na to, żeby moja córka tułała się przez całe życie bez celu, muszę postarać się o to, żeby miała jakiś dom.
   Robert nie miał więcej kontrargumentów, a nawet gdyby miał, nie użyłby ich teraz, gdyż barczysty przytulił Patrycję do swojego uda.
   - Pójdę tam i to sprawdzę – rzucił wreszcie blondyn. – I mam nadzieję, że da się tam zamieszkać, bo to dużo lepsza opcja od zostawania tu.
   Przez następne dziesięć minut Konrad i Stasiek rozpakowali żywność ze studwudziestolitrowych plecaków, które wzięli ze sobą, a Robert zapakował do małego plecaka butelkę wody i trochę żywności. Rozstali się przed ruiną, w której spali, ruszając w swoje strony.
   *
   - Ziemia zdążyła już nieźle przemarznąć – zauważył Konrad, gdy jego saperka nie przebiła zmarzliny na ziemi.
   - Nie wiem ile było w nocy, ale musiało być naprawdę mroźno – mruknął Stasiek, oglądając się na dwa zamarznięte ciała, które leżały niecałe dziesięć metrów od nich. – Gdyby byli tu kilka godzin wcześniej trafiliby na nas. Mogliby żyć…
   - Nie rozczulaj się – poprosił barczysty, wbijając się wreszcie w zmarzlinę. – Mało trupów już widziałeś przez ostatnie dni? Nie przyzwyczaiłeś się?
   - Jak miałbym się do tego przyzwyczaić!? – oburzył się staruszek. – Do martwych ludzi? Oni żyli, tak jak my! Mogli żyć dalej…
   - Ale nie żyją – przerwał mu Konrad. – Stasiek, proszę cię, uspokój się. My musimy utrzymać się przy życiu, to jest teraz najważniejsze. Musimy żyć ja, ty, Pati, Alicja, Robert, nawet Hyugi. To jest dla mnie ważniejsze niż życie tych tutaj – wskazał na dwa trupy. – Zwłaszcza Pati i ty dobrze o tym wiesz. Nie pozwolę, żeby mojej córce coś się stało, nieważne ilu ludzi miałoby przez to skończyć tak jak oni.
   - Chcesz przez to powiedzieć, że gdyby ci przyszli do nas, nie przyjąłbyś ich? Nie dałbyś im ogrzać się przy ognisku? Nie nakarmiłbyś ich?
   Konrad przetarł czoło, po czym wskazał ruchem głowy na ciała i powiedział:
   - Nie, nie nakarmiłbym ich. Jeśli tak bardzo chcesz wiedzieć, to nie dałbym im nic i przegnałbym ich stąd. Widzisz jak wyglądają? Są ze slumsów, czyli nie mieli nic. Nic! Musielibyśmy dać im wszystko, stracilibyśmy część naszych zapasów.
   - W takim razie, dlaczego przyjąłeś Roberta? – spytał Stasiek. – Co on miał takiego, czego nie mieli oni? A może przyjąłeś go tylko dlatego, że nie był ze slumsów?
   - Chcesz wiedzieć, dlaczego go przyjąłem? – odpowiedział pytaniem Konrad, odrzucając saperkę na bok. – Na pewno? To ci powiem. Bo miał ten cholerny garnek. Pati nie jadła nic ciepłego od Kolizji, bo nie mogłem znaleźć ani jednego garnka. Ludzie mieli ich w kuchni po dwadzieścia, a jak doszło co do czego, to jedyny garnek, jaki widziałem od Kolizji, to był ten, który on miał w torbie. Mogłem go po prostu ukraść, ale ja tak nie postępuję. Dał nam garnek, dlatego go przyjąłem.
   Stasiek spojrzał na Konrada z obrzydzeniem, po czym wziął drugą saperkę i też zaczął kopać. Uderzał nerwowo, ewidentnie chcąc się wyżyć.
   - Nie masz dziecka, dlatego mnie nie zrozumiesz – zaczął tłumaczyć barczysty.
   - Nie mam – przyznał Stasiek. – Ale może to i lepiej.
   Tego Konrad nie wytrzymał, złapał staruszka za kołnierz, po czym szarpnął nim, aż tamten prawie upadł.
   - Co to miało znaczyć? Co miało znaczyć "ale może to i lepiej”?
   Zamiast odpowiedzieć, Stasiek wyrwał się z uchwytu, po czym powrócił do kopania. Konrad już się nie odzywał, wyładował agresję przy uderzeniach saperki.
   *
   Nie przeszedł kilometra, kiedy, nie wiadomo skąd, wyskoczył przed nim Hyugi. Owczarek wyglądał na szczęśliwego, latał w kółko i merdał ogonem, zatrzymując się co chwilę, aby zbadać nowy, nieznany zapach. Robertowi nie przeszkadzało to, że pies poszedł za nim, co więcej nawet się ucieszył, gdy zobaczył Hyugiego.
   - Co jest, piesku? – spytał, gdy owczarek otarł się o jego nogę, na co, rzecz jasna, pies nie odpowiedział, zaczął za to kopać w zaspie.
   Droga była, co Robert przyznał, ciężka. Mimo tego, że nie szedł lasem, lecz drogą, musiał przedzierać się przez powalone drzewa, oraz zaspy śnieżne, niektóre wyższe od niego. Jedynym plusem tego, że szedł tędy był niemal całkowity brak popiołu, który osiadł na drzewach, nie opadł on zatem na śnieg. Pierwszą przerwę zrobił sobie po przejściu niecałych dwóch kilometrów. Zgrzał się i spocił, przez co wyschło mu w gardle. Wyjął z plecaka butelkę wody, która zaczęła już zamarzać, i upił łyka. Woda była lodowata, miała około zera stopni, co nie uszło uwadze organizmowi Roberta. Nagle zrobiło mu się zimno, przebiegł go dreszcz, zakręciło się w głowie.
   - Oby ten hotel stał – mruknął sam do siebie. – Bierze mnie jakaś choroba, a bez odpoczynku w ciepłym pomieszczeniu ciężko mi będzie wyzdrowieć.
   Odsiedział jeszcze kilka minut, po czym ruszył dalej. Szedł i szedł, przedzierał się przez zaspy i przechodził przez powalone konary drzew. Nagle zdał sobie sprawę, że słyszy dźwięk, którego nie spodziewał się słyszeć.
   Odgłos piły spalinowej.
   *
   Kolejne drzewo runęło na ziemię, tonąc przy okazji w śniegu. Złapali je we dwóch – Andrzej i Maciek – i wyciągnęli na drogę, która była już w miarę odśnieżona. Następnie Andrzej złapał siekierę i zaczął odrąbywać odstające gałęzie, Maciek w tym czasie złapał drugą piłę i pociął konar na kilka mniejszych kawałków.
   - Przerwa! – krzyknął do nich Kowal. – Olej mi się kończy!
   Maciek zgasił swoją piłę, Andrzej natomiast odetchnął z ulgą. Wszyscy podeszli do ogniska, które rozpalili, by co jakiś czas się rozgrzewać.
   - Zimno dziś – jęknął Andrzej, wyciągając dłonie w stronę ognia.
   - Cieplej niż wczoraj – odpowiedział mu Kowal, dolewając oleju do piły.
   - Cieplej – potwierdził Maciek. – Ale zróbmy sobie chwilę przerwy. Wszystkie kończyny już mi drętwieją, a palców nie czuję wcale.
   Kowal odłożył piłę na pniaku, po czym powrócił do ogniska i też zaczął się ogrzewać. Nie odzywali się z początku, gdyż wszyscy wiedzieli, że ta przerwa jest tylko z powodu Andrzeja, który zaraz zacząłby narzekać dalej, po czym rzuciłby wszystko i wrócił do hotelu. Maciek już wcześniej ustalił z Kowalem, że co jakiś czas będą robić przerwy, gdyż lepiej robić we trzech z przestojami, niż we dwóch bez nich. Same utrapienie z tym Andrzejem, pomyślał Maciek, spoglądając na stertę drzewa, które ucięli tego dnia.
   - Ładny zapas – skomentował, wiedząc, że gdyby Andrzej pracował normalnym tempem, mieliby dwa razy więcej drzewa. – Starczy na dobry tydzień. Musimy tylko przenieść to na teren hotelu, pociąć i porąbać.
   - Jak jutro mamy zamiar wyruszyć po zapasy, to najlepiej dziś to wszystko przenieść – zauważył Kowal. - Mamy jakieś dwieście metrów do hotelu, damy rade do wieczora. Ciąć i rąbać będziemy na bieżąco.
   Andrzej nic się nie odzywał. Nie był typem człowieka, który poświęcał się pracy, czy choćby myślał o niej za bardzo. Zamiast tego wolał leżeć, ewentualnie chodzić na siłownię, aby utrzymywać muskulaturę. Ale nie pracować, a już na pewno nie ciężko.
   Odczekali jeszcze kilka minut, grzejąc dłonie, i wymieniając uwagi co do pracy w tym dniu. Doszli do wniosku, że powinni przestać ścinać drzewa, a wziąć się za noszenie tych już ściętych na teren hotelu. Kowal i Andrzej wzięli po jednym kawałku drzewa – konary pocięli na mniej więcej metrowej długości kawałki -, Maciek natomiast wziął piły, siekierkę i baniaki z paliwem i olejem. Nie szli długo, gdyż drogę do hotelu mieli oczyszczoną, a to z powodu Maćka, który doszedł do wniosku, że powinni wyzbierać wszystkie konary z drogi, aby w przyszłości było im łatwiej wychodzić w teren w poszukiwaniu pożywienia. Odłożyli drzewo pośrodku działki, piły, siekierkę i baniaki zanieśli natomiast do recepcji, skąd odebrała je Kinga.
   - Jak z nią? – spytał Kowal, gdy tylko zauważył kobietę.
   - Bez zmian – odpowiedziała mu. – Nie przebudziła się nawet na chwilę.
   Następnie wyszli znowu na zewnątrz i poszli do miejsca, gdzie cięli drzewo. Zrobili kilka takich kursów, po czym zrobili sobie kolejną przerwę przy ognisku.
   - Została nam jeszcze godzina pracy – wyliczył Maciek, zdejmując rękawiczki.
   - Akurat zacznie się ściemniać – zauważył Kowal. – Dobrze, że nie ma dziś dużego zachmurzenia, bo już musielibyśmy kończyć.
   - Bardzo dobrze – mruknął Andrzej, wyraźnie zły, że nie może już wrócić do hotelu. – Jeszcze tylko godzina ciężkiej roboty.
   - Jutro idziemy my i Przemek – Maciek zwrócił się do Kowala, nie przejmując się narzekaniem Andrzeja. – Musimy koniecznie coś znaleźć. Jak najwięcej żywności, do tego postaramy się o jakieś narzędzia i ciepłe ubrania. Musimy też dowiedzieć się, jaki rozmiar ubrań nosi ta dziewczyna i jej też coś przynieść, bo poza tym w czym przyszła nie ma kompletnie nic, teraz ma na sobie ubrania Kingi.
   - Sądzę, że większych jak "S” nie nosi – prychnął Andrzej.
   Maciek już miał coś odpowiedzieć, jednak poniechał tego, gdy usłyszał czyjś głos. Nie znał tego głosu.
   - Halo! Nie mam złych zamiarów! Zaraz wyjdę i chciałbym z wami porozmawiać!
   Instynktownie obrócili się w kierunku, z którego nadchodził głos, lecz między drzewami nie dostrzegli nikogo.
   - Możesz wyjść, tylko trzymaj ręce na widoku! – odkrzyknął Maciek.
   Wtedy zza jednego z drzew wyszedł człowiek z rękoma uniesionymi do góry. Był wysokim, przeciętnej postury blondynem, o średniej długości włosach. Jak się potem okazało, miał niebieskie oczy. Zaraz za nim wybiegł młody owczarek niemiecki, trzymający się blisko nogi przybysza. Ani on, ani pies nie wyglądali na mających złe zamiary.
   - Czego chcesz? – spytał Maciek, wychodząc przed blondyna.
   - Jesteście z hotelu, prawda? To tam niesiecie to drzewo.
   - Całkiem możliwe – Maciek nie sprecyzował odpowiedzi. – Ale nadal nie odpowiedziałeś mi na pytanie. Czego chcesz?
   - Ja i czwórka innych ludzi, no i ten pies, szukamy schronienia. Macie jeszcze wolne miejsca? Mamy w grupie dziecko i staruszka.
   Maciek spojrzał na towarzyszy. Jeden i drugi kręcili przecząco głowami.
   - Nie mamy tyle żywności, żeby utrzymać tylu dodatkowych ludzi – Maciek pokręcił głową. – Niestety, ale…
   - My mamy żywność – wszedł mu w słowo przybysz. – Sporo.
   Tym razem Maciek zastanowił się dłużej. W końcu spytał blondyna:
   - Ile tej żywności? I czy macie broń?
   - Trzy pełne studwudziestolitrowe plecaki, do tego tyle kartonów, że zmieściłoby się do kolejnych dwóch. W większości makaron i ryż, trochę kaszy, jajka w proszku… Znaleźliśmy samochód dostawczy, który najwidoczniej jechał dostarczyć żywność do jakiegoś schronu. Jak widać, nie dostarczył. Broni palnej nie mamy. Nie mamy złych zamiarów, szukamy tylko miejsca, w którym moglibyśmy się schronić.
   Patrzyli sobie przez jakiś czas prosto w oczy. Wreszcie Maciek wyciągnął dłoń.
   - Maciek. Ci za mną to Andrzej i Marcin, do którego możesz mówić Kowal.
   - Robert Telejuk – blondyn podał dłoń. – Ten pies to Hyugi. Reszta przedstawi się jak przyjdziemy. Bo chyba dobrze zrozumiałem, że mamy przyjść?
   - Jak najbardziej. Ale w zamian za połowę waszej żywności. Potraktuj to jako czynsz. Wyślę z tobą Kowala i Andrzeja, pomogą wam wszystko przynieść. Bo raczej nie dacie rady sami przynieść tyle żywności.
   Robert popatrzył na dwójkę ludzi stojących za Maćkiem, najwidoczniej mając z początku jakieś obiekcje, jednak w końcu kiwnął głową, mówiąc:
   - Niech będzie. Niech się naszykują, mamy obóz cztery kilometry stąd w ruinach wsi. To tam znaleźliśmy tabliczkę prowadzącą do hotelu.
   Ruszyli całą czwórką w stronę hotelu. Nie odzywali się między sobą, na czas drogi zapadła grobowa cisza, przerwana dopiero, gdy doszli pod bramę. Przemek, widząc, że nie wracają sami, zszedł z dachu i przywitał ich przy ogrodzeniu.
   - Witamy uprzejmie nowego – powiedział, otwierając furtkę. – Kolejna zagubiona dusza? I do tego z psem? Mamy jeszcze jedną kanapę w salonie, zapraszam.
   - Daruj sobie, Przemek – odpowiedział na to Maciek. – Jego grupa tu zamieszka. Mają dużo żywności.
   - Grupa? – spytał łysy, unosząc jedną brew. – Jak liczna, o ile można wiedzieć?
   - Ze mną pięć osób. Do tego ten pies – odpowiedział blondyn.
   Przemek popatrzył na niego z ukosa, jednak szybko pożegnał się z grupką i wrócił na dach hotelu. W tym czasie wszyscy weszli do recepcji, gdzie spotkali Kingę. Andrzej i Kowal poszli po dwa plecaki, Maciek natomiast wziął kartkę i zaczął coś na niej pisać. Po chwili spytał się Kingi, jaki rozmiar ubrań nosi przybyła dziewczyna, co również zapisał na kartce, którą wręczył Robertowi.
   - Mam prośbę. Znajdźcie wszystko, co tu zapisałem, zanim tu wrócicie. Mamy jedną chorą dziewczynę, która przyszła tu bez niczego. Potrzebujemy dla niej leków na przeziębienie, no i przydałyby się dla niej jakieś ciepłe ubrania. Tu masz zapisane jaki rozmiar ubrań, łącznie z butami. Byłbym wam wdzięczny.
   - Nie ma sprawy – odpowiedział Robert, odbierając kartkę. – Ile macie wolnych pokojów? Nie chciałbym spać w salonie, jak to powiedział wasz łysy kolega.
   - Jego nawet nie słuchaj. Mamy jeszcze siedem pokojów, ale jak ta chora dziewczyna zajmie jeden, zostanie sześć.
   - Nam wystarczy. I jak mamy zebrać to, co tu napisałeś, to możemy się dziś nie wyrobić. Macie żywność, żeby przeczekać do jutra?
   - Spokojnie, nie martw się o nas, wystarczy nam to, co mamy jeszcze na trzy dni. Co prawda skromne trzy dni, ale damy radę wytrzymać.
   - Postaramy się wyrobić jak najszybciej.
   W chwili, gdy Robert wypowiadał te słowa, do recepcji wrócili Kowal i Andrzej, każdy ze stulitrowym plecakiem na plecach, oraz średniej wielkości torbą w ręku.
   - Jesteśmy gotowi – ogłosili jednocześnie, podchodząc do Maćka.
   - Już wszystko ustaliliśmy – poinstruował ich Maciek. – Jak tam dojdziecie, pakujecie żywność do plecaków, po czym musicie znaleźć jeszcze kilka rzeczy, Robert ma je zapisane na kartce. Mam nadzieję, że wrócicie do nas do jutra do południa.
   - Mamy nocować na zewnątrz? – spytał Andrzej, widocznie niezadowolony z tego faktu. – Weźmiemy to co trzeba i jeszcze dzisiaj tu wrócimy.
   - Nie dacie rady, za niecałą godzinę będzie ciemno – odpowiedział mu Maciek. – Idźcie już, pamiętajcie, że nie mamy za bardzo żywności, więc postarajcie się być tu dość wcześnie. Zwiększymy sobie trochę racje, więc proszę was, bądźcie najpóźniej jutro wieczorem, nawet jak nie znajdziecie wszystkiego na tej liście.
   Wyszli na zewnątrz i skierowali się w stronę bramy, gdzie Maciek odciągnął na chwilę Kowala, doradzając mu, żeby na wszelki wypadek uważali na siebie, po czym życzył całej trójce powodzenia i ponownie poprosił, żeby wracali jak najszybciej.
   *
   Wieczór przeobrażał się już w noc, kiedy jedli kolację. Cała czwórka: Konrad, Pati, Alicja i Stasiek, nie jedli nic od śniadania, gdyż byli za bardzo zajęci pracą, aby robić przerwę na jedzenie. Najpierw przynieśli zakopaną żywność do ruinki w której spali, następnie znaleźli trochę blachy którą załatali dziurę w dachu, uformowali miejsce na ognisko, otaczając je cegłami, odgarnęli śnieg spod nowo powstałego dachu, rozpalili spore ognisko, aby podłoga, na której mieli spać odmarzła, następnie dopiero pomyśleli o tym, żeby coś zjeść. Rozmawiali właśnie o tym, kiedy mogą spodziewać się powrotu Roberta, gdy nagle, zza ściany, wyskoczył owczarek, który natychmiast rzucił się dziewczynce pod nogi.
   - Hyugi! – krzyknęła radośnie Patrycja, wtulając się w psa. – Gdzie ty byłeś?
   W tym momencie do pomieszczenia wszedł Robert, za nim natomiast dwóch mężczyzn. Pierwszy był potężnie zbudowany, drugi natomiast nie miał tak imponujących mięśni, miał za to skórę o lekko brązowym zabarwieniu, oraz gęstą, czarną czuprynę.
   - Kto to jest? – to były pierwsze słowa Konrada, które ten wypowiedział w stronę Roberta. – I co z hotelem?
   - Hotel stoi – uspokoił go blondyn. – Ale już mieszkają tam ludzie. Możemy tam zamieszkać, musimy jednak zapłacić im w ramach czynszu połowę naszej żywności, oraz coś dla nich znaleźć zanim tam pójdziemy. Leki i ubrania dla jednej dziewczyny, podobno ją znaleźli.
   - Ja ją znalazłem – wtrącił się ten opalony. – Jest wycieńczona i chora, potrzebujemy dla niej tych leków. Nie ma żadnych ubrań, te które miała na sobie gdy ją znalazłem nadają się do wyrzucenia.
   - Aha… - Konrad przysunął córkę do siebie. – A dużo was już tam jest?
   - Sześcioro – odpowiedział ten drugi, bardziej umięśniony, wyglądający na złego. – Zapakujmy to jedzenie do plecaków i idźmy spać, jutro z samego rana wyruszymy.
   - Nie, musimy najpierw znaleźć te leki i ubrania – przypomniał opalony.
   - Ja pójdę ich poszukać, a wy wyruszycie w stronę hotelu, może być? – Spytał Robert. – Dołączę do was do wieczora.
   - Pójdę z tobą – zaofiarował się opalony. – Ja ją widziałem, będę potrafił określić, które ubrania będą na nią dobre.
   - Zrobicie jak chcecie, ja za to chętnie usiadłbym w fotelu naprzeciwko kominka – rozmarzył się Stasiek, podając przybyłym po kubku herbaty.
   - A macie ciepłą wodę? – spytała Alicja, robiąc krok do przodu.
   - Mamy – znów odpowiedział opalony. – Trzeba nazbierać ją ręcznie ze studni do takiego wielkiego baniaka, ma jakieś półtora tysiąca litrów, a potem podgrzać, ale jak rano się naleje, to na wieczór jest już ciepła. Prysznice działają.
   Ostatnie zdanie ucieszyło widocznie Alicję, jak i każdego innego. Nie minęło dużo czasu, a już zapakowali wszystkie plecaki, oraz podzielili między siebie bagaże. Dla Roberta i Kowala zostało po jednym plecaku, oraz jedna torba, do której mieli zapakować znalezione leki i ubrania.
   - Zostawicie te plecaki tutaj i przykryjecie blachą – doradził Konrad. – Jak będziecie już szli do hotelu, wtedy po nie wrócicie. Nie będziecie tego ciągle dźwigać.
   Po skończonym pakowaniu wszyscy usiedli do wspólnej kolacji, przy której zaczęli luźne rozmowy. Dowiedzieli się, że ten opalony nazywa się Marcin Kowalski, ale woli gdy ludzie mówią na niego Kowal, natomiast ten drugi podał tylko imię; Andrzej, oraz powiedział, że w hotelu czeka na niego żona, Kinga. Gdy tylko się posilili, ułożyli się wokół ogniska, przykrywając kocami, po czym po kolei zasnęli.
   *
   Obudziła się ponownie, już czwarty raz tego dnia. Tym razem czuła się lepiej, nie bolała ją aż tak głowa, ból gardła przeszedł natomiast całkowicie. Usiadła na kanapie, po czym rozejrzała się po pokoju, w którym się znajdowała. Wyglądał jak wyjątkowo duży salon. Gdy tylko jej wzrok trafił na talerz z kanapkami, oraz miskę jakiejś zupy, poczuła straszliwy głód, zjadła więc wszystko bez namysłu. W czasie gdy jadła, zauważyła, że ma na sobie nie swoje ubrania. Te, które spoczywały na niej były na nią sporo za duże, przez co źle jej się w nich poruszało. Gdy skończyła jeść wstała ostrożnie. Bolały ją wszystkie stawy, przez co ledwo utrzymywała się na nogach. Podeszła do jedynych drzwi wychodzących z pomieszczenia, lecz nie otworzyła ich, gdyż usłyszała czyjąś rozmowę.
   - Przemyślałeś to? – spytał jakiś nieprzyjemny głos.
   - Tak, przemyślałem to – odpowiedział mu drugi, który ona skojarzyła z człowiekiem, którego widziała, gdy obudziła się poprzednio. – Z tego co mówił, to mają sporo żywności. My nie mamy prawie nic.
   - Z tego co mówił – potwierdził ten nieprzyjemny. – A jak jest naprawdę? Wpuścisz tu, jeśli wierzyć jego słowom, piątkę ludzi, o których nic nie wiesz. Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
   - Nie, nie jestem tego pewien. To chciałeś usłyszeć? To ci powtórzę, nie jestem tego pewien. Ale nie miałem wyboru. Mieliśmy głodować?
   - Mówiłem ci, że wezmę Andrzeja i pójdziemy po zapasy? To strzeliłeś focha i wymyśliłeś pomysł z drzewem. Gdybyśmy dziś wyszli po zapasy, to jutro zdążylibyśmy jeszcze natargać tu drzewa.
   - Przemek, daj spokój. To już postanowione, oni tu przyjdą. Dadzą nam połowę ze swoich zapasów, to będzie taki ich czynsz za to, żeby mogli tu zamieszkać. A teraz lepiej mi powiedz, czy masz jeszcze tej mięty. Zaparzę jej jeszcze z jeden kubek, to jej pomaga.
   - Jasne, że pomaga. W końcu sam ci to poradziłem. Na jeden kubek znajdę, ale więcej się z wami nie dzielę moimi ziołami. Dla wszystkich nie starczy, muszę je zachować na wszelki wypadek dla siebie.
   - Chcę tylko na jeden kubek. Mam nadzieję, że jutro już będzie w miarę zdrowa.
   Ludzie, którzy rozmawiali ze sobą odeszli od drzwi, nie słyszała więc, o czym dyskutowali dalej. Postanowiła nie wychodzić z tego pokoju. Ci ludzie prawdopodobnie nie chcieli zrobić jej krzywdy, co więcej pomagali jej wyzdrowieć. Podeszła do kanapy, położyła się i przykryła szczelnie kołdrą.
   - Muszę wyzdrowieć – mruknęła sama do siebie. – Muszę wyzdrowieć zanim pójdę dalej… Niedługo cię znajdę… Ciociu…

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5361 słów i 30609 znaków, zaktualizował 24 gru 2015.

1 komentarz

 
  • Gabi14

    Niesamowicie mnie wciągnęło i co? I muszę czekać na kolejną część :-:

  • Kuri

    @Gabi14 Czekajcie, a będzie Wam dane :D