Ziemia z popiołów III: Rozdział 08 - Koniec marzeń

Ziemia z popiołów III: Rozdział 08 - Koniec marzeńStał przed dużym, wysokim, niebieskim namiotem, po obu stronach mając barczystych mężczyzn, którzy wcale nie kryli się z tym, że ich zadaniem jest pilnowanie go. Wpatrywał się w namiot, do którego przed chwilą wszedł gruby mężczyzna z blizną, czekając, co wydarzy się dalej. Nie czekał długo, już po niecałej minucie gruby mężczyzna wyszedł z namiotu, za nim natomiast wyłonił się wysoki, barczysty mężczyzna, o długich, rudych włosach, sięgających ramion, a także brodzie, tego samego koloru.
   - Rzeczywiście - powiedział rudy, przyglądając się Przemkowi. - Nie wygląda na słabeusza... Umiesz strzelać?
   - Coś tam potrafię.
   - Bić się umiesz, to już wiem. Na motorze też jeździsz, w końcu na nim tu przyjechałeś. Coś jeszcze umiesz? Gotować? Cokolwiek?
   Przemek bił się z myślami, nie wiedział, czy powinien się przyznawać co do tego, co potrafi, wyczuł jednak w rudym, że ten potrafi wyczuć kłamstwo.
   - Umiem polować.
   - Polować?
   - Tak. Wpakować śrut w dupę.
   - A znasz się na tropieniu?
   - Znam. Umiem też zastawiać wnyki, uzyskiwać wodę z roślin, robić pułapki do łapania rosy, rozpalać ogień bez zapalniczki. I takie tam.
   Rudy pokiwał głową z uznaniem, po czym poklepał go po ramieniu.
   - Więc będziesz naszym myśliwym. Poprzedni nie skończył najlepiej, więc przyda nam się nowy. Zaczynasz od dzisiaj. Potrzebujesz broni?
   - Mam wiatrówkę.
   - Wiatrówkę? Wiewiórki chcesz nam przynosić?
   - Będzie trzeba, to i sarny. To nie jest zwykła wiatrówka.
   - Nie zwykła? - spytał rudy, mrużąc oczy.
   - Podrasowana.
   - Ach tak... No, skoro tak mówisz... Albert, idziesz z nim.
   Mężczyzna po lewej stronie Przemka kiwnął głową.
   - Boicie się, że ucieknę? - spytał łysy.
   - Ani trochę. Ale, jeśli chciałbyś to zrobić, powinieneś wiedzieć, że to ty powinieneś
bać się chwili, kiedy byśmy cię odnaleźli.
   *
   - Nawet by pasowało - gruby kiwnął głową. - Znaleźliśmy go samego zaraz po tym pożarze... I ta jego wiatrówka... Przecież tamten miał mordę zmasakrowaną śrutem.
   - Nie pasuje mi tylko to, że facet ma pełen plecak - Behemot przeciągnął dłonią po włosach. - Ktoś, kto musi uciekać z płonącego budynku nie pakuje plecaka. Na razie nie mamy pewności, więc dajmy mu spokój, nie naruszajmy tematu. Jeżeli okaże się dobrym myśliwym, zajmie miejsce Więchula na stałe.
   - A jak jednak to on go zabił?
   Rudy wysmarkał się przez palce, wytarł dłoń o spodnie.
   - Chyba ci już to mówiłem, prawda? Jak tylko będziemy mieli dowody...
   - Oko za oko... - wtrącił gruby.
   - A ząb za ząb. Życie za życie.
   *
   Tropy były świeże, zwierzę musiało tu być niecałą godzinę przed nimi. Nie oglądając się nawet na mężczyznę, który ewidentnie nie nadążał za nim, ruszył w stronę, w którą prowadziły go ślady.
   Potrzebował chwili na osobności, aby ustalić swoją aktualną pozycję. Był pewien w stu procentach, że ci ludzie są z tej samej grupy, co tamci, których zabił wraz z Robertem. Skoro tak, to doskonale wiedzieli, że jeden z nich został zabity z wiatrówki, a co za tym szło, oskarżenia mogły paść na niego. Jedyne, co mu zostało, to grać pewnego siebie, dlatego od razu przyznał się, że jego wiatrówka jest podrasowana, dochodząc wcześniej do wniosku, że człowiek, który jest winny, nie przyznaje się, że ma przy sobie narzędzie zbrodni.
   Muszę unikać tego tematu, pomyślał. A jak zaczną, to udawać greka. Nic nie słyszałem, nic nie widziałem, nic nie mówiłem. A uciec to i tak im ucieknę. Nie teraz, mają moje rzeczy w obozie, później. Spakowany, gotowy do drogi. Niech mi tylko trochę uwierzą, zaufają. Wyjdę na wartę, czy coś, wtedy zabiorę swoje rzeczy i w długą.
   Z zamyślenia wyrwał go dziwny dźwięk. Przystanął w miejscu, przykucnął. Nic nie widział, słyszał jednak co jakiś czas trzask gałązki, oraz ciężkie, głębokie sapanie. W pełnej ciszy ruszył do przodu, przechodząc przez gąszcz krzewów, wychodząc na sporą polankę. Po drugiej stronie, tuż na granicy drzew, zauważył łosia, który, mimo trzech strzał w boku, starał się wstać i uciekać. Pozostał za jednym z drzew, obserwując, jak dwójka ludzi z łukami w dłoniach, wyskakuje spomiędzy drzew, rzucając się na łosia. Jeden z nich wyjął zza pasa sporą maczetę, którą, szybkim ruchem, podciął zwierzęciu gardło. Rozległ się dziki kwik, Przemek, mimo odległości, słyszał bulgotanie krwi, wylewającej się z podciętego gardła. Widział, jak oczy zwierzęcia gasną, jak rzuca nim ostatni dreszcz, starający się utrzymać go przy życiu. Jednak nic z tego, gdy tylko czerwona plama na ziemi zrobiła się dość duża, zwierze znieruchomiało, a jego oczy zrobiły się matowe.
   - Żarcia, a żarcia - usłyszał jednego z łuczników. - Wór mięcha.
   - Żebyś trafił go drugą strzałą, nie musielibyśmy tak za  nim biec! - odezwał się ten drugi, z pretensją w głosie.
   - Weź daj na luz, dobra? Ty też nie trafiasz za każdym razem.
   Mężczyźni wyjęli z ciała zwierzęcia strzały, wytarli je z krwi o mech.
   - Zacznij go oprawiać - nakazał jeden. - Ja idę się wysrać, ciśnie mnie od kiedy go gonimy.
   Przemek zrobił ostrożny krok do tyłu. nie chciał ich informować o swojej obecności, gdyż nie znał ich zamiarów. Równie dobrze mogli go zwyczajnie olać, jak i, dla zwykłej uciechy, zrobić sobie z niego tarczę strzelecką.
   Robił właśnie drugi krok do tyłu, gdy usłyszał trzask pękającej gałęzi. Jemu, wyczulonemu na punkcie tego, aby pozostać tak cicho, jak się tylko dało, trzask skojarzył się z walącym się drzewem, choć była to tylko mała, pękająca gałązka. Nie musiał się obracać, aby wiedzieć, przez czyją nieuwagę zostali zauważeni przez łuczników.
   Strzały niemal natychmiast wylądowały na cięciwach, po czym zostały skierowane w ich stronę. Łysy odruchowo schował się za drzewo.
   - Kto tam jest!? - usłyszał krzyk jednego z nich.
   - Wyjdź z lasu, ręce w górze! - dopowiedział drugi.
   Przemek spojrzał z wyrzutem na Alberta, który od razu zorientował się, że przyszedł w bardzo nieodpowiedniej chwili.
   - Co robimy? - spytał.
   - Mamy wyjście? Ja mam jeden śrut w wiatrówce, ty zanim wyciągniesz pistolet minie trochę czasu. Oni mają dwa napięte łuki, a wyglądają na takich, co to potrafią się nimi obsłużyć. To przez ciebie nas zauważyli, wychodź pierwszy.
   Albert, trochę niechętnie, ale wyszedł spomiędzy drzew na polanę, unosząc ręce do góry. Przemek wyszedł za nim, unosząc wiatrówkę do góry, instynktownie chowając się za Albertem.
   - Kim jesteście? - spytał jeden z łuczników.
   - Jestem człowiekiem Behemota! - krzyknął Albert, lekko spanikowanym głosem. - Jak mnie zabijecie, reszta ekipy was znajdzie i zabije!
   - Behemota? Jesteś jednym z tych na motorach?
   - Obaj jesteśmy!
   Gdyby tylko Przemek miał taką możliwość, dałby tamtemu z pięści w nos. Nie trudno było się domyśleć, że zarówno Behemot, jak i jego ludzie nie są zbyt lubiani w okolicy, a ten otwarcie się przyznaje, że jest jednym z nich.
   - Co tu robicie?
   - Przyszliśmy na polowanie!
   - I chcecie coś upolować chodząc po lesie tak, że słychać was z pół kilometra?
   Przemek nie wytrzymał. Wychylił się przed Alberta, ukazując łucznikom.
   - Słyszeliście tego debila. Ja jestem u nich nowy, ma mnie pilnować, żebym nie uciekł. Sm poruszam się po lesie bezszelestnie, zupełnie, jak wy.
   - Skąd wiesz, jak się poruszamy?
   - Obserwowałem tego łosia jakiś czas, widziałem, jak wybiegacie z lasu. Nie słyszałem, jak biegniecie.
   Łucznicy skierowali strzały w kierunku ziemi, podeszli do nich, nadal jednak zachowując czujność. Jeden z nich miał brązowe włosy, sięgające niemal ramion, oraz długą brodę, za którą kryła się ledwo widoczna blizna, przebiegająca po poliku, przez usta, drugi był gładko ogolony, z krótkimi włosami na jeża. Obaj mieli na sobie ciemnozielone swetry, spodnie moro, oraz ciężkie, wojskowe buty, a także po dużym plecaku na plecach. Kołczany, w których trzymali po około dziesięć strzał, mieli zawieszone z boku.
   - Bardzo pochopnie się przyznajecie do tego, gdzie przynależycie - zauważył ten zarośnięty. - Zdajecie sobie z tego sprawę?
   - A czy ja się do tego przyznałem, czy ten jełop? - odpowiedział pytaniem łysy.
   Obaj łucznicy się zaśmiali, po czym rozejrzeli po okolicy.
   - Gdzie wasze motory?
   - Nie przyjechaliśmy na motorach, obóz mamy zaraz za lasem - odpowiedział Albert, czerwony ze złości z powodu uwag Przemka.
   Łucznicy popatrzyli po sobie, widocznie prowadzili jakąś niemą wymianę zdań na znany tylko sobie temat. W końcu ten ogolony kiwnął głową, na co ten zarośnięty się uśmiechnął.
   - Dużo was tam jest?
   - Około siedemdziesięciu - odparł Albert. - Jak ostatnio liczyliśmy, było nas siedemdziesięciu sześciu.
   - Sporo - ogolony pokiwał głową. - Pewnie przydadzą wam się dodatkowi myśliwi, nieprawda?
   Gdy tylko Przemek domyślił się, jakie konsekwencje będzie niosło ze sobą to zdarzenie, zaklął w myślach.
   *
   Kij, który mu znaleźli, był niemal idealnie wyprofilowany, do tego miał odpowiednią długość, aby zastąpił mu podczas chodzenia kulę. Szli od jakiegoś czasu po prostym terenie, dzięki czemu Stasiek nie musiał się bardzo męczyć. Dokuczał mu brak jednej stopy, jednak starał się za bardzo o tym nie myśleć, całą uwagę skupiając raczej na stawianiu równomiernych kroków.
   Po jakimś czasie zatrzymali się, chroniąc przed deszczem, który zaczął siąpić. Z kawałków folii, które Kopa zabrał spod hotelu, zrobili prowizoryczny dach, chroniący ich przed kroplami lodowatego deszczu.
   - Bardzo dobrze, że pada - powiedziała Monika. - Uzupełnimy zapasy wody.
   - Mamy mało butelek - przypomniała jej Alicja.
   - Ludzie, trochę improwizacji - poprosił Stasiek. - Nigdy nie robiliście bukłaków z folii?
   *
   - Ja jestem Marian - przedstawił się ten z brodą.
   - Igor - rzucił ten drugi, ostrzyżony na jeża.
   Behemot przyjrzał im się krytycznym okiem, szczególną uwagę skupiając na łukach, które tamci trzymali w rękach.
   - Skąd umiecie się nimi posługiwać?
   - Głupio to trochę zabrzmi, ale znamy się z klubu miłośników średniowiecznych walk - Marian podrapał się po głowie. - Byliśmy łucznikami. Co prawda wcześniej strzelaliśmy strzałami zakończonymi kawałkiem materiału z farbą, ale teraz dajemy radę w polowaniu na zwierzynę.
   - I nieźle wan to wychodzi - Behemot pokiwał głową. - Czemu chcecie do nas dołączyć? Dobrze wiecie, jakie chodzi o nas zdanie. Ludzie nas nie lubią.
   - I tak będziemy polować - odpowiedział Igor. - Czy dla tamtych, czy dla was. U was będziemy mieć z tego większe profity.
   Rudy zaśmiał się doniośle, po czym poklepał obu po ramionach.
   - Charakter macie taki, jaki powinniście mieć. Nie ma sprawy, przyjmuję was. Razem z Przemkiem będziecie naszymi myśliwymi. Dzień w dzień macie zapewnić nam zapaś świeżego mięsa, nic poza tym.
   Obaj łucznicy spojrzeli na Przemka z uznaniem, gdyż po drodze dowiedzieli się od Alberta o umiejętnościach łysego, jeśli chodzi o przetrwanie.
   - Działamy w grupie, czy osobno? - spytał Igor.
   - Huj mnie, jak działacie - Przemek wzruszył ramionami. - Ja działam sam. I nie chcę, żeby ten Albert za mną łaził. I tam wam nie ucieknę, nie mam powodu. A ten pajac odstrasza całą zwierzynę.
   - Masz szczęście, że cię nie słyszy, bo gość jest opanowany, ale do czasu. jak mu puszczą nerwy, to potrafi roznieść okolicę - ostrzegł Behemot. - Ale cóż, skoro tak stawiasz sprawę... Będziesz chodził sam. Ale, na wszelki wypadek, musisz się czegoś dowiedzieć. W razie jakiegokolwiek zagrożenia, albo innego wydarzenia, które sprawi, że będziemy musieli zwijać obóz, ty należysz do grupy Sylwka, tego grubego z blizną na mordzie. Wsiadasz na motor i jedziesz za nim. To tak na wszelki wypadek, żebyśmy się nie pogubili.
   - Zapamiętam - Przemek kiwnął głową. - Dziś coś jeszcze mam upolować?
   - Nie, ten łoś na dziś nam wystarczy, kucharze z czymś go zrobią. Ale jutro od rana idziecie w teren i nie wracacie z pustymi rękoma. Nie możemy liczyć na mannę z nieba, sami musimy zadbać o swoje wyżywienie.
   *
   - Pomyśl dokładniej - poprosił Kuba. - Nie wiesz, gdzie może być takie miejsce, gdzie moglibyście się spotkać? Jakieś miejsce, gdzie często się schodziliście?
   - Nie - odpowiedziała dziewczynka. - Byliśmy tylko w hotelu. Nigdzie indziej.
   - Daj jej spokój - westchnęła Natalia. - Nawet, jak gdzieś chodzili, to przecież bez niej, na pewno nie wypuszczali jej z hotelu.
   Kuba opuścił wzrok, uświadamiając sobie, że dziewczyna ma rację. Wstał, odszedł na kilka metrów, spojrzał w górę. Na ciemniejącym niebie było już widać pierwsze gwiazdy, a także chmury, które odsuwały się od nich. Całe szczęście, że spadł ten deszcz, gdyby nie to, do tej pory mieliby piasek w ustach, a tak mogli uzupełnić zapas wody.
   Jego uwagę przykuł jasny punkt, tuż przy zachodzącym słońcu. Jego wiedza astronomiczna wystarczyła, aby stwierdził, że ten punkt to Merkury, albo Wenus, żadna inna planeta nie jest widoczna przy zachodzącym słońcu.
   - Może teraz też patrzysz w tym kierunku? - spytał, słowa kierując w pustkę.
   *
   Co prawda nie przepadał za smakiem psiego mięsa, ale rozkaz Behemota był jasny - musiał coś przynieść. Powoli, ostrożnie uniósł wiatrówkę, wycelował w wychudzone zwierzę, zajadające się w tej chwili jakąś padliną, której zapach roznosił się po całej okolicy. Wziął wdech, wstrzymał oddech, wycelował.
   Gdyby nie fakt, że smród ludzkiego potu różni się od smrodu padliny, wystrzeliłby. Jednak, przy podmuchu wiatru, jego nozdrza podrażnił smród ludzkiego ciała, niemytego od naprawdę długiego czasu. Zrobił to, co podpowiedział mu instynkt, rzucił się w bok, w ostatniej chwili mijając nóż, skierowany w jego plecy.
   Nie zdążył zorientować się, co się dzieje, usłyszał dziki ryk, trochę na oślep zablokował nadlatujące uderzenie. Kopnął napastnika, z całej siły, stwierdzając, że napastnik ów jest strasznie lekki. Przyjrzał się człowiekowi, który wylądował dwa metry przed nim, a który teraz wstawał i szykował się do kolejnego natarcia. Mężczyzna był makabrycznie wychudzony, ubrany w brudne, ciemne łachmany, w jego oczach widać było dziką furię. Przemek sięgał właśnie po wiatrówkę, gdy tamten ruszył. Nim łysy zdążył wycelować, zauważył, jak tamten pada na ziemię, a z jego czaszki wystaje strzała.
   - Uważaj na takich jak on - poradził Igor, wyłaniając się z krzaków. - Chciał cię zjeść.
   - Nie trudno się domyśleć. Skąd się tu wziąłeś?
   - Celowałeś do tamtego psa?
   - Celowałem.
   - Jak ja. Już miałem strzelać, jak usłyszałem, jak się szarpiecie. Spłoszyliście kundla.
   Igor podszedł do ciała mężczyzny, wyszarpał z jego czaszki strzałę, którą wytarł o kawałek materiału.
   - Ciekawe, nieprawdaż? - spytał mężczyzna z łukiem.
   - Zależy, co masz na myśli.
   - Spójrz na niego. Skóra i kości. Kanibale jedzą ludzi, przecież to samo mięso, tłuszcz, powinni raczej mieć dobrą budowę... A oni wszyscy są tak wychudzeni...
   - Jacy wszyscy?
   - No, wszyscy... Nie mów, że to pierwszy kanibal, na jakiego natrafiłeś.
   Przemek przypomniał sobie relację, jaką zdała mu Monika, gdy wróciła z Robertem i ciałem Konrada, jeszcze w zimę.
   - Nie, drugi.
   - Drugi? - mężczyzna zrobił ze zdziwienia wielkie oczy. - No dobra, wielu ich nie ma, ale ja od czasu do czasu na nich natrafiam. Z reguły działają sami, boją się działać w grupie, nie ufają chyba sobie nawzajem, co jest lepsze dla nas, przed jednym łatwiej się bronić. A pozwól, że spytam... Czym żywiłeś się w czasie zimy?
   - Nie tknąłem ludzkiego mięsa. I nie zamierzam.
   - Rozumiem... Ja tknąłem. Tylko dlatego żyję do tej pory. Ale jadłem tylko w czasie, kiedy było to niezbędne, jak tylko natrafiła się okazja, żeby zjeść coś innego, to nie rezygnowałem z tej okazji.
   - Rozumiem. Nie popieram, ale rozumiem. Nie rozumiem jedynie, na huj mi to mówisz. I na huj zacząłeś rozmowę.
   Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem, spakował strzałę do kołczanu.
   - Od naszego wspólnego kolegi, Alberta, trochę się dowiedziałem o tobie. Naprawdę, masz imponujące umiejętności survivalowe.
   Przemek nie odpowiedział, czekał na ciąg dalszy.
   - Ja umiem jedynie strzelać z łuku, od biedy sam zrobię strzałę, choć nie ukrywam, że nie jestem w tym mistrzem. Jeżeli jeszcze się nie domyśliłeś, to spytam prosto z mostu, nauczysz mnie tego, co umiesz? Tropienia, zastawiania sideł... To cenne umiejętności w dzisiejszych czasach, chciałbym się tego nauczyć.
   - I tylko dlatego lazłeś za mną taki kawał drogi?
   - Nie lazłem za tobą.
   - Celowałeś w tego psa?
   - Przecież ci mówiłem...
   - I dlatego wylazłeś z tego kierunku?
   Igor chciał coś odpowiedzieć, lecz zabrakło mu argumentów, wzruszył ramionami.
   - Dobra, szedłem za tobą. Przyznasz, że bezszelestnie.
   - Przyznaję.
   - Nie wiem, czemu. Być może chciałem się sprawdzić, czy potrafię poruszać się tak, żebyś tego nie zauważył.
   W ułamku sekundy Przemek uniósł wiatrówkę do góry, wycelował tamtemu w twarz. Igor zdawał się zaskoczony takim obrotem spraw, jednak szybko domyślił się, o co chodzi.
   - I dlatego nie zabiłeś tego skurwysyna od razu, tylko czekałeś, aż mnie zaatakuje? - spytał łysy.
   - Eh - Igor westchnął. - Wiem, przepraszam. Miałem go na muszce, mogłem strzelać w każdej chwili. Ale wyczułeś go, uchyliłeś się. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że warto się od ciebie uczyć, potrafiłeś uchylić się przed uderzeniem, kierowanym od tyłu. Jak to zrobiłeś?
   Przemek celował w niego w ciszy, intensywnie myśląc nad kilkoma sprawami. Doskonale wiedział, że nie może mu ani trochę ufać, jednocześnie jego tłumaczenie było dość logiczne.
   - Gdyby coś ci zagrażało, zabiłbym go - zapewnił ogolony mężczyzna.
   Przemek opuścił wiatrówkę, lecz nadal wpatrywał się w jego twarz. Nie wyczuwał w tym mężczyźnie złych intencji, co nie oznaczało, że takich nie miał, tym bardziej, że przyznał mu się osobiście, że jadł ludzkie mięso.
   - Jeżeli twoje działanie sprawi, że będę miał choć cień podejrzeń na temat tego, że chcesz mnie zjeść, rozwalę ci głowę - ostrzegł łysy. - Wiatrówką, kamieniem, gałęzią, własną pięścią, czymkolwiek. Ale ci ją rozwalę.
   Igor zaśmiał się, po czym uniósł ręce do góry, imitując gest obronny.
   - Spokojnie, jesteś zbyt żylasty, żebym chciał cię zjeść.
   *
   Obóz nie prezentował się imponująco. Po prostu pole, na którym wyrastał las namiotów, jednych większych, innych mniejszych, a przy każdym namiocie stojący motor. Największy namiot znajdował się na górce, w lekkim oddaleniu od reszty, Behemot cenił sobie prywatność.
   Zmierzali właśnie do tego namiotu, oddalonego od reszty. Przechodzili przez środek obozu, niosąc po kilka kuropatw, oraz po jednym zającu. Byli już przed namiotem, gdy płachty imitujące drzwi rozsunęły się, a im oczom ukazał się człowiek, którego do tej pory nie widzieli.
   Mężczyzna miał na sobie spodnie w moro, oraz koszulkę z długim rękawem. Jeden rękaw był zawiązany na wysokości łokcia. Mężczyzna był wysoki, liczył sobie około dwóch metrów, jego twarz przeorana była zmarszczkami tego samego typu, jakie Przemek widział już u jednego człowieka.
   Zmarszczkami, jakie powstają od upijania się dzień w dzień.
   - Biorę kuropatwę! - krzyknął mężczyzna, obracając się.
   - Jaką kuropatwę? - spytał głos Behemota.
   Już po chwili lider motocyklistów wychylił się z namiotu, dostrzegając, co takiego Przemek i Igor przynieśli.
   - Brawo, chłopaki - powiedział, po czym obrócił się w stronę mężczyzny z jedną ręką. - Dobra, Tomek, może być. Dziesięć jajek za jedną kuropatwę to uczciwa cena.
   *
   Mgła przeszła bardzo szybko, dzięki czemu promienie słoneczne grzały ich już praktycznie od samego rana. Spakowali skromny dobytek, który nazbierali w czasie drogi, po czym usiedli przy dogasającym ognisku.
   - Musimy przestać chodzić w koło tego lasu - Alicja zaczęła rozmowę. - Do tej pory nikogo nie znaleźliśmy.
   - Jeszcze za wcześnie - zaprzeczyła Monika. - Musimy szukać tutaj, to nasz jedyny punkt zaczepienia.
   - Zawsze możemy się rozdzielić i ustalić punkt zbiorczy - zaproponował Stasiek. - Przeszukamy większy teren.
   - Nic z tego - Kopa pokręcił głową. - Nie rozdzielamy się. Musimy być w grupie, jesteśmy bezpieczniejsi.
   - A co wy na to, żeby pójść do któregoś obozu? - zaproponowała Alicja.
   W krótkiej chwili ciszy wszyscy popatrzyli po sobie nawzajem.
   - Nie wiem, jak wam, ale mi ten pomysł się nie podoba - pierwszy odpowiedział Kopa. - Nie wiemy, jacy ludzie tam będą. Poza tym, im więcej ludzi, tym więcej konfliktów. Wątpię, żebyśmy byli tam bezpieczni.  
   - Zawsze może iść tam jedna osoba - podsunęła Monika. - Reszta zostanie i będzie czekać. Chodzi o to, żeby się rozeznać, czy nie było tam nikogo z hotelu.
   - Ja mogę pójść - zaproponował Stasiek, na co wszyscy spojrzeli na niego, jakby znów sobie żartował. - Nie, nie żartuję. Jestem najsłabszy, opóźniam was. Pójdę, popytam się. Jak stanie się coś złego... To mi, nie wam. A jak widzicie - staruszek poklepał się po nodze - nie dość, że ta noga była przestrzelona, to do tego teraz jest tak uszkodzona, że nic nie da rady z tym zrobić. Więc ja mogę pójść.
   - Właśnie dlatego, że jesteś najsłabszy, nie możesz iść - sprzeciwiła się Alicja.
   - To kto pójdzie?- spytał staruszek. - Kopa? A kto będzie was bronił, jak jemu się coś stanie? Ja? To ja wymagam opieki, nie nadaję się do tego, żebym kogoś bronił. Pójdę. Jestem najsłabszym ogniwem grupy.
   - Nikt nie idzie - zadecydował Kopa. - Nie będziemy nikogo narażać.
   - Kopa, daj spokój - poprosił Stasiek. - I tak wiesz, że pójdę. Wymknę się wam, ale pójdę. Puśćcie mnie. Chciałbym, żebyśmy odnaleźli Pati, Roberta, Ewelinę... No, nawet Przemka. Musimy się dowiedzieć, gdzie są. Musimy pytać. Dlatego pójdę i spytam.
   Nikt nie odpowiedział, nikt się nie sprzeciwiał, co było niemym przyzwoleniem na ten plan.
   *
   Szli wzdłuż lasu, powoli tracąc nadzieję, że kogoś znajdą. Widzieli co prawda sporo ludzi, jednak Pati nikogo nie potrafiła rozpoznać. na domiar złego, dziewczynka przewróciła się, uszkadzając kolano, przez co Kuba musiał nieść ją na barana.
   - Jak twoje bąble? - spytała Natalia, gdy zrobili sobie chwilę przerwy, chowając się w cieniu. - Schodzą?
   - Już tak nie bolą, jak z początku - odparł Kuba. - Dzięki, że się nimi zajęłaś.
   - Nie ma za co. Co prawda w ogóle się na tym nie znam, improwizowałam...
   - I ta improwizacja bardzo dobrze ci wyszła. Mamy jeszcze wody?
   Dziewczyna wyjęła dwulitrową butelkę z plecaka, podając ją Pati. Ta wzięła kilka łyków, podając ją Kubie.
   - Gdzie teraz idziemy? - spytała.
   - Dalej przy lesie - odpowiedziała jej Natalia. - Nie jesteś zmęczona?
   - Wątpię, żeby była - odpowiedział za nią Kuba. - Powiedz lepiej, czy nadal boli cię noga?
   - Nadal - odpowiedziała Pati, pocierając ręką o czerwone kolano.
   - To nadal muszę cię nieść. Poczekajcie chwilę, idę na stronę.
   Kuba przeszedł około trzydziestu metrów, chowając się za zwęglonymi drzewami. Sikał, pogwizdując pod nosem, gdy coś przebiegło kilka metrów przed nim. Był to owczarek niemiecki, trzymający nos przy samej ziemi, najwidoczniej coś wyczuł i podążał tym tropem. Gdy Kuba skończył, ruszył w kierunku z którego tu przyszedł, a nim doszedł do miejsca, gdzie zostawił Natalię i Pati, usłyszał szczęśliwy krzyk tej drugiej.
   - Hyugi! Gdzie ty byłeś!
   *
   Kilka ostatnich dni wyglądało niemal identycznie. Przemek budził się o świcie, po czym, wraz z Igorem, szedł polować. Pokazywał mu, jak stawia się wnyki, jak tropi się zwierzęta, jak pozyskiwać wodę, nauczył go nawet, jak rozpalić ogień przy pomocy patyka i małego łuczka.
   Nigdy nie wracali z pustymi rękami, za każdym razem udawało im się coś upolować, raz nawet dwie sarny, przez co zostali w obozie powitani gromkimi brawami. Marian, choć działał sam, również dawał z siebie wszystko, tak więc obóz nie mógł narzekać na brak mięsa.
   Dokładnie sześć dni, od kiedy trafił do obozu, do jego namiotu wbiegł gruby mężczyzna z blizną, wyrywając go ze snu.
   - Wstawaj!
   Przemek zerwał się ze śpiwora, wyszedł na zewnątrz.
   - Czego się drzesz?
   - Zbieraj się, jedziemy.
   - Gdzie?
   - Bez pytań. Za pięć minut masz być przy wyjeździe z obozu.
   Łysy ubrał się, obmył twarz w zimnej wodzie, wziął do ręki wiatrówkę, do kieszeni pudełko śrutu, nóż spakował za pas. Dopiero wtedy spojrzał na wschodzące słońce, dochodząc do wniosku, że jest pewnie przed piątą rano.
   Wsiadł na motor, odpalił go, po czym, nie zważając na przekleństwa kierowane z namiotów w jego stronę, odjechał w stronę wyjazdu z obozu. Na miejscu zastał tego, który go obudził, o ile pamiętał, ten gruby nazywał się Sylwek, a także Alberta, oraz Mariana, który sprawdzał swój łuk.
   - Igor nie jedzie? - spytał, podjeżdżając.
   - Ma wartę, niech już na niej siedzi. Jedziemy we czwórkę - odparł Sylwek.
   - Dokąd? - zaciekawił się Marian.
   - Mamy cynk o jednym facecie, który nam trochę namieszał, wiemy, gdzie będzie za kilka godzin. Jedziemy się nim zająć.
   - Tylu ludzi do jednego faceta? - spytał Albert, który najwidoczniej też dopiero dowiedział się o tym, po co został wezwany.
   - Mamy wziąć go żywcem - wytłumaczył Sylwek. - Oczywiście, wypadki chodzą po ludziach, ale lepiej będzie, jak uda nam się go złapać żywego.
   Po tych słowach odpalili maszyny, ruszając za grubym.
   *
   Przejechali spory dystans, zatrzymując się kilka kilometrów przed jednym z obozów. Motory schowali, wjeżdżając nimi w zagłębienie i przykrywając siatką maskującą, sami natomiast skryli się za wywróconym tirem.
   - Za jakiś czas wyjdzie z tamtej strony - wskazał Sylwek. - Pamiętajcie, najlepiej, jak złapiemy go żywcem. Każdy ma broń?
   Przemek pokazał swoją wiatrówkę, Marian łuk, Albert natomiast zwykły pistolet.
   - Świetnie - podsumował gruby, również wyciągając pistolet. - Nie wiemy, czy on nie będzie uzbrojony, musimy uważać. Marian, masz dobrego cela?
   - Zależy, jak dobrego.
   - Trafisz go w nogę?
   - Powinienem, ale nie obiecuję.
   - Postaraj się. Jak mówiłem, dobrze by było, gdybyśmy złapali go żywcem. Jak go przez przypadek zabijesz, nic się nie stanie, ale postaraj się.
   Mężczyzna z brodą tylko kiwnął głową, po czym wychylił się zza tira, obserwując okolicę.
   - A jak go w ogóle rozpoznamy?
   - Będzie niósł w ręku reklamówkę.
   Nastała cisza, której żaden z nich nie przerywał. Przemek zajął się przeglądem swojej wiatrówki, Albert patrzył w bliżej nieokreślony punkt, Marian nadal obserwował okolicę, Sylwek natomiast przypatrywał się wiatrówce Przemka.
   - Zabiłeś nią kogoś? - spytał Sylwek, przerywając przyjemną dla ucha ciszę.
   Przemek spojrzał na niego, doskonale zdając sobie sprawę, o co ten chce go spytać.
   - Paru ludzi musiałem. Tylko dzięki temu żyję.
   - Pamiętasz ich?
   - Nie przypatrywałem im się.
   - A zabiłeś kogoś tak ze dwa, trzy nim, zanim cię znaleźliśmy?
   - Do czego zmierzasz? Chcesz mnie o coś oskarżyć?
   - Nie. Tylko pytam. Widzisz, ktoś zabił czterech naszych, jednego z nich przy pomocy wiatrówki.
   - Nigdy nie zabiłem czterech ludzi na raz, aż tak wysoko nie ceń moich umiejętności.
   - Nie koniecznie na raz i nie koniecznie ty jeden. Cynk o tym facecie mamy od zaufanego człowieka. Wygadał mu, że wraz z jednym facetem zabili czwórkę ludzi.
   Bez jaj, przeszło przez myśl Przemkowi. Bez jaj, że chodzi o Roberta.
   - Ciekawy zbieg okoliczności, że ten drugi miał ponoć na imię Przemek.
   Łysy zmrużył oczy, wiedział, że jeden ruch jednego z nich oznacza reakcję drugiego. Albert przypatrywał się całej scenie, nie do końca rozumiejąc o co chodzi, Marian również przypatrywał się całemu zajściu.
   - Nie tylko ja mam tak na imię - odparł Przemek.
   - Ale jesteś jedynym Przemkiem, którego znam, który ma wiatrówkę o takiej mocy, żeby zabić człowieka - powiedział Sylwek.
   Kolejne sekundy działy się jak w zwolnionym tempie. Sylwek sięgnął po pistolet, Przemek natomiast, zdając sobie sprawę, że długa wiatrówka nie najlepiej poradzi sobie w starciu na dystansie metra, wyjął zza pasa nóż, rzucając się na nic nie spodziewającego się Alberta. Złapał mężczyznę za twarz, przystawił nóż do gardła, chowając się za nim.
   - Puść go! - ryknął gruby.
   - Rzuć pistolet! - nakazał Przemek.
   Marian, nie rozumiejąc o co chodzi, napiął cięciwę, celując to w jednego, to w drugiego.
   - Rzuć ten pistolet!
   - Puść go! Odsuń się!  
   - Ten facet idzie! - krzyknął Marian. - Idzie w naszą stronę!
   - Zabij skurwysyna! - rozkazał Sylwek. - Zabij go!
   Koniec marzeń, jeśli chodzi o omijanie Roberta i jego wesołej kompanii, przeszło Przemkowi przez myśl.
   - Wybacz, Albert - szepnął łysy, po czym ciął głęboko.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5308 słów i 29625 znaków.

1 komentarz

 
  • xptoja

    Jak zwykle się koniec rozkręca, a później trzeba czekać : P