Ziemia z popiołów III: Rozdział 01 - Czy ta pani tego pana chce?

Ziemia z popiołów III: Rozdział 01 - Czy ta pani tego pana chce?Widział to ponownie.
   Dwójka mężczyzn, przywiązanych do krzeseł, których trawił ogień. Śmieli się, ich spiłowane zęby, każdy wyglądający jak kieł, błyszczały w ogniu. Widział, jak rozwierają szczęki, mając zamiar go ugryźć. Odwrócił się, chcąc uciec, jednak potknął się o coś, wywalając na ziemię. Spojrzał pod nogi, zauważając ciało Konrada, które złapało go za stopę. Widział, jak Konrad spogląda mu w oczy, a we wzroku tym ukryta była niema prośba o pomoc. Dopiero po chwili uświadomił sobie, że to wcale nie był Konrad, to była Paula, która już wgryzała się w jego łydkę. Ryknął z bólu i cierpienia, kopnął ją w twarz, zza pasa wyciągnął nóż, który wbił jej w brzuch.
   - Byłem słaby - powiedział mężczyzna z papierosem. - Potrzeba nam silnych ludzi - krew z jego ust wylewała się strumieniem, kilkanaście noży tkwiło w jego brzuchu. - Miałem syna - noże zaczęły po kolei wypadać, a z ran zaczął sączyć się płomień. - Obiecałem jej, że w razie czego będę go chronił...
   - Jebańce! - ryknął jeden z mężczyzn, który wstał z krzesła. - Zabiliście ich! Zabiłeś mnie! - krzyczał Konrad, szarpiąc nim. - Zabiłeś mnie! - ślina i krew z jego ust zaczęły zalewać mu twarz. - Zabiłeś mnie!
   *
   Cały spocony, zerwał się z łóżka. Czuł, jak serce wali mu jak oszalałe, jego ciało przebiegały dreszcze. Złapał się za głowę, uspokoił.
   - Jasna cholera - mruknął pod nosem, kładąc się ponownie. - Znowu...
   Poleżał jeszcze chwilę, nakrywając głowę poduszką. Dopiero, gdy jego ciało przestały przebiegać dreszcze, a puls wrócił do normalności, wstał, podchodząc do okna, które otworzył na oścież.
   Wziął głęboki wdech, jego płuca zalało ciepłe, wiosenne powietrze. Pozwolił, by promienie słoneczne ogrzały jego twarz.
   - Tyle dobrze, że pogoda ładna, będzie przyjemniej polować - rzucił, po czym zaczął się ubierać.
   *
   Wyszedł na zewnątrz, po czym skierował się pod samo ogrodzenie, gdzie stał dwuosobowy, niebieski namiot. Stanął przy samym wejściu do niego, chrząknął, poczekał. Już po chwili usłyszał chrapliwy głos.
   - Zapraszam w moje skromne progi.
   Robert rozsunął płachtę imitującą drzwi, po czym wszedł do środka. Od razu zauważył Przemka, który był akurat w trakcie golenia głowy.
   - Nie zdejmuj butów - poprosił łysy. - Jeszcze nie odkurzałem. Po kiego przylazłeś?
   - Musimy iść dziś na polowanie, mięso nam się kończy.
   - Mięso... No tak, mięso jak kobieta, musi być świeże. Ale co mnie interesuje wasze mięso? Ja sobie upoluję.
   - Przemek, przestań. Myślałem, że już sobie wszystko wyjaśniliśmy. Mówiłem ci, żebyś wracał do hotelu.
   - Nie potrzebuję waszego hotelu. Tu jest mi bardzo wygodnie.
   - I co? Teraz będziesz wiecznie obrażony na nas wszystkich?
   - Kto powiedział, że w ogóle na kogoś jestem? Nadeszła wiosna, nie potrzebuję was. A, że mnie i tak irytowaliście, to bardzo się cieszę, że nie muszę z wami spędzać czasu.
   Robert siedział w ciszy, obserwując jak Przemek dokańcza golenie, po czym wyciera resztki mydlin z głowy. Łysy popatrzył na niego chwilę, po czym prychnął i zajął się pakowaniem przyborów do golenia do swojego plecaka.
   - Spakowany? - spytał blondyn.
   - Wczoraj skończyłem.
   - Kiedy odchodzisz?
   - Huj cię to?
   - Odpowiedz. Chciałbym wiedzieć.
   - Nie wiem. Zobaczę. Na razie jeszcze parę dni zostanę. Ale nie łudź się, prędzej, czy później odejdę. Nie, nie interesuje mnie ani trochę, czy sobie beze mnie poradzicie.
   - Ale pomożesz nam chociaż dziś coś upolować?
   Przemek zaśmiał się donośnie, po czym sięgnął po swoją wiatrówkę, która leżała z boku. Złapał ją porządnie, po czym, ruchem głowy, wskazał Robertowi, żeby ten wyszedł z namiotu.
   - Właśnie utwierdziłeś mnie w przekonaniu, że jak odejdę, to wszyscy pozdychacie z głodu. Ale, jak już mówiłem, nie interesuje mnie to ani trochę. Za dwadzieścia minut przed bramą. Nie idzie nikt, poza nami.
   *
   Gdy weszła do jadalni, większość kończyła już posiłek. Przywitała się, po czym usiadła za stołem, nakładając sobie wczorajszej potrawki. Przejrzała po zebranych, zauważając, że brakuje wśród nich Roberta.
   - Gdzie Robert? - spytała swojej ciotki, biorąc pierwszy kęs.
   - Poszedł z Przemkiem na polowanie - odpowiedziała jej Monika. - Wyszli jakieś pół godziny temu.
   - Aha - mruknęła tylko, skupiając całą uwagę na jedzeniu.
   *
   Szli przez las połamanych drzew, uważając, aby o nic się nie potknąć. O dziwo, nie natrafili do tej pory na żadną zwierzynę, nawet na najmniejszy ślad zająca.
   - Spokój i cisza - zauważył Przemek, poprawiając swoją wiatrówkę. - Ale czy na pewno jest na tyle cicho, żeby nie brać ze sobą nawet krótkiej broni?
   - Nie mamy tłumików - odpowiedział mu Robert. - Nie ma sensu brać karabinów, czy pistoletów. Twoja wiatrówka jest najcichszym, co mamy.
   - Co ja mam - poprawił go łysy. - Komuna skończyła się wiele, wiele lat temu, teraz nie mówi się "my", tylko "ja". Swoją drogą, uważaj, jak depczesz po tym gałęziach, bo słychać cię jak słonia w składzie porcelany.
   - A jak mam chodzić? Widzisz gdzieś kawałek podłoża, na którym nie leżałoby nic, na co dałoby się nadepnąć?
   - Słyszysz moje kroki?
   Robert zamilkł, wsłuchał się. Nie usłyszał nic, poza ledwie słyszalnym szmerem.
   - Gdybyś prowadził mój tryb życia, wiedziałbyś, że trzeba chodzić tak, żeby nikt cię nie usłyszał. Jeszcze lepiej, gdybyś żył tak, aby nikt cię nie zauważył. A najlepiej, gdybyś sprawił, aby nie wiedzieli nawet o twoim istnieniu. Do tego wszystkiego potrzebna jest cisza. Człowiek powinien być cichy.
   - Ty byłeś bardzo cichy...
   - Niewystarczająco, ale to nie twój interes. Tylko raz zdarzyło mi się nadepnąć nie tam, gdzie trzeba... A tobie zdarza się to bez przerwy. Hałasujesz, jakbyś chciał wypłoszyć nam całą zwierzynę. Ups, ty nam całą zwierzynę wypłaszasz.
   - Chcesz powiedzieć, że to przeze mnie nie udało nam się nic do tej pory upolować?
   - Ja nic nie mówię, ja tylko sugeruję. Ale pamiętaj, sugestia, to tylko sugestia, przecież mogę nie mieć racji, prawda?
   - Kopie też zasugerowałeś, żeby zabił Kowala, czy to już nie była tylko sugestia?
   Łysy przystanął, odwrócił się do Roberta. Spojrzał mu w oczy, patrzył długi czas.
   - Poniosły mnie wtedy emocje - powiedział spokojnie.
   - Ciebie? - spytał blondyn, unosząc jedną brew.
   - Dobra - westchnął łysy. - Przyszliśmy tu polować, czy żebyś prawił mi morały?
   - Polować. Tylko przy okazji naruszam ten temat. Kopa mi o wszystkim powiedział dopiero wczoraj. Nie mógł wytrzymać, śnią mu się koszmary.
   - Koszmary? - Przemek wyszczerzył zęby. - Te chyba śnią się nie tylko jemu. Codziennie widzę, jak otwierasz to okno, jak bierzesz głęboki wdech wiosennego powietrza. Codziennie widzę, jak stoisz tam, czekając, aż się uspokoisz. Co takiego zrobiłeś tego dnia, kiedy zginął Konrad, że twoje koszmary ścigają cię do dnia dzisiejszego? Jakiej zbrodni się dopuściłeś? Potrafisz się do tego przyznać?
   - Potrafię - odparł Robert po chwili. - Dwójkę ludzi oblałem benzyną, po czym ich podpaliłem. Trzeciego zadźgałem nożem, po czym wrzuciłem w stos płonących opon. Nie pomogłem umierającej kobiecie, powiedziałem jej, żeby zdychała. I najważniejsze, nie uratowałem Konrada. To wszystkie zbrodnie, których się dopuściłem. Wszystkie, które dręczą mnie po nocach. Twoja kolej.
   - No i tu mamy problem - Przemek wzruszył ramionami. - Moje sumienie opuściło mnie dawno temu, więc żadna z moich zbrodni nie śni mi się po nocach.
   - Dobrze wiesz, o co mi chodzi - warknął Robert. - Przez ciebie Kopa mógł zginąć! Ledwo uszedł z życiem! Do tej pory ma problemy, żeby poruszać barkiem! To wszystko przez ciebie, bo tobie zachciało się bawić w swoje głupie gierki! Po co to zrobiłeś?
   - Oj stary - mruknął łysy, wskazując na jedno z drzew. - Wydarłeś japę i zając nam uciekł. Mówiłem, bądź cichy.
   - Odpowiedz mi na pytanie.
   Przemek zdjął wiatrówkę, oparł ją o pobliskie drzewo, samemu siadając na powalonym pniu. Splunął pod siebie, wysmarkał się przez palce.
   - Dobra. Ty mi co nieco o swoich zbrodniach opowiedziałeś, to teraz moja kolej. Jak zapewne zauważyłeś, nie lubię, gdy coś się dzieje bez planu, najlepiej takiego ułożonego osobiście przez moją osobę. Gdy tylko Andrzej się obudził i powiedział, że to Kowal go zepchnął, wiedziałem że muszę działać. Nie bez powodu powiedziałem Konradowi, żeby to Kopa poszedł z Kowalem. Nie bez powodu wtedy krzyknąłem. Kopa to dobry chłop, ale ma niezwykle potężny instynkt przetrwania. On po prostu musi przeżyć. W chwili zagrożenia, kiedy z tamtego budynku mógł wyjść tylko jeden z nich, byłem pewien, że wyjdzie właśnie Kopa, więc mogłem krzyczeć ile chciałem. Co prawda nie mogłem przewidzieć, że byli w jebanym centrum handlowym, na huj wie, którym piętrze, ani nie wiedziałem, że ten pojeb na granat w łapie... Eh. Pomijając drobne szczegóły, których nie uwzględniłem w swoim zamiarze, wszystko i tak potoczyło się dobrze. Przecież i tak musieliśmy go zabić, żywcem byśmy go nie trzymali. Chyba, że ty jesteś innego zdania...
   - Nie wiem, co bym zrobił - odparł blondyn bez chwili wahania. - Ciężko byłoby mi tak po prostu skazać go na śmierć...
   - Tamtych skazałeś - zauważył Przemek. - Jednej powiedziałeś, żeby zdychała, dwóch spaliłeś, jednego zadźgałeś, a dopiero potem spaliłeś. Ładna kombinacja. Tu blokuje cię tylko to, że znałeś Kowala. Od początku, kiedy poszedłeś z nim po ubrania, znaliście się. Powiedz, tylko szczerze, gdybyś go nie znał, a wiedziałbyś, że zna położenie hotelu, co byś zrobił?
   Teraz to Robert usiadł, przetarł oczy.
   - Zabiłbym go - odparł w końcu.
   - Właśnie. Już rozumiesz mój tok rozumowania? Ja nie patrzę na to, czy znam gościa, czy nie. Zagraża mi, więc musi zginąć.  
   - Nadal nie tłumaczy to tego, że posłużyłeś się Kopą...
   - A co tu tłumaczyć? W Egipcie kapłani i faraonowie posługiwali się chłopami, żeby stawiali im piramidy. W średniowieczu królowie posługiwali się rycerzami, żeby ci walczyli o bogactwa i ziemie. Podczas rewolucji przemysłowej brzuchaci posługiwali się chudymi, żeby zarobić, oby jak najwięcej. Przed Kolizją państwo posługiwało się podatnikami, żeby urzędnicy dostawali premie. Teraz ja posłużyłem się Kopą, aby ten załatwił pewien naglący problem. Panta rei, Robert. Wszystko płynie. A świat zawsze polegał na tym, że jedni posługiwali się drugimi, aby osiągnąć swoje cele. Świat nigdy nie był sprawiedliwy, dlatego trzeba się postarać, żebyś to ty posługiwał się drugimi, nie odwrotnie.
   - Wrobiłeś go... On nadal ma koszmary. Śni mu się, że jest w walącym się budynku, że ucieka z niego, że spada...
   - Ci, którymi się posługiwano, zawsze ponosili największe koszta - odparł łysy, wzruszając ramionami.
   Robert już szykował się do odpowiedzi, gdy usłyszeli huk wystrzału.
   *
   Stasiek siedział w salonie, na kanapie, strojąc swoją gitarę.
   - Będziesz coś grał? - spytała Monika, która zbierała talerze ze stołu.
   - Nie wiem. Może... Ładny dzień dziś mamy, naszło mnie, żeby pograć, ale jakoś nie wiem, co...
   - Zagraj coś własnego - poradziła kobieta.
   - Własnego? Daj spokój. Z własnym repertuarem u mnie słabo...
   - A jakie piosenki znasz?
   - Pytanie, ile pamiętam, jak się gra... Właśnie po to stroję gitarę, żeby spróbować zagrać, zobaczyć, co nadal potrafię, a czego nie. Czy nadal cokolwiek potrafię zagrać...
   *
   Przemek biegł pierwszy, Robert za nim. Przedzierali się przez powalone pnie, oraz leżące na ziemi gałęzie, gdy łysy nagle zatrzymał się, gestem ręki nakazując Robertowi, aby ten został na miejscu.
   - Idę sam - wyszeptał Przemek.
   Robert tylko kiwnął głową, po czym przykucnął. Patrzył, jak jego kompan znika pomiędzy drzewami, podziwiając fakt, że on naprawdę poruszał się bezszelestnie. Gdzie on się tego nauczył? Albo kto go tego nauczył?
   Po upływie kilku minut blondyn zaczął się niepokoić, jednak właśnie wtedy Przemek wyszedł zza drzewa.
   - Jakiś facet - wyszeptał. - Ubrany jak myśliwy. Upolował dwie sarny, jedną dużą, jedną młodą.
   - Nie podzieli się z nami? - Robert zadał retoryczne pytanie.
   - Najwyżej ołowiem, bo gość ma naprawdę porządną strzelbę.
   - To co robimy?
   - A kto tu jest szefem, do jasnej cholery?
   - Ty go widziałeś, wiesz, czy jest groźny, czy nie.
   - Facet ma strzelbę - powtórzył Przemek. - Nawet gówno ze strzelbą jest groźne, a co dopiero postawny facet w myśliwskich ciuchach.
   Robert wziął głęboki wdech, przeanalizował wszytko. W końcu doszedł do wniosku, że takiej sytuacji nie mogą przepuścić.
   - Idziemy do niego. Weźmiesz go na muszkę, nastraszymy i jedną sarnę zabierzemy.
   - Jesteś pewien?
   - A kto tu jest szefem? Idziemy, póki nam nie ucieknie.
   Tylko się odwrócili, przeszli dwa metry, minęli jedno z drzew, gdy musieli się zatrzymać.
   - A co my tu mamy za gołąbeczki? - spytał postawny, zarośnięty mężczyzna, ubrany w myśliwski strój, który mierzył akurat w Roberta. - Ty odkładaj tę wiatrówkę, ale już. Kim jesteście? Skąd? Odpowiadajcie mi tu natychmiast na wszystkie pytania. Inaczej pociągnę za spust.
   *  
   - Cześć, skarbie - uśmiechnął się Andrzej, gdy tylko zauważył Kingę, wchodzącą do pokoju. - Wiesz, że coraz bardziej ci widać brzuszek?
   - Wiem - odpowiedziała kobieta, głaszcząc się po uwypuklonym brzuchu. - Julia nam rośnie... Co chcesz na śniadanie?
   - Może być to, co wczoraj.
   - Tamtą potrawkę? Dobra, jeszcze jej trochę zostało. Czegoś jeszcze potrzebujesz? Coś ci przynieść?
   - Nie - odpowiedział mężczyzna, poprawiając się na łóżku. - Przynieś mi śniadanie i zostań tu ze mną trochę. Nie chcę być sam.
   *
   - Z którego jesteście obozu? - dopytywał mężczyzna.
   - Dwuosobowego - odparł Przemek.
   Myśliwy zrobił krok do przodu, uderzając łysego kolbą w bok, aż tamten upadł na ziemię.
   - Drugi raz strzelę. Jesteście za czyści, żeby nie być w którymś obozie. Odpowiecie mi ładnie?
   - Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę - powiedział Przemek, gdy już wstał na nogi - ale jak nas zastrzelisz, to huj się dowiesz.
   - Pyskaty - skomentował myśliwy. - Takich jak ty trzeba tępić, najlepiej od razu. Ale, odpowiadając wpierw na twoje pytanie, jeśli zastrzelę jednego, to drugi będzie mógł nadal mówić. I dam sobie rękę uciąć, że właśnie takim sposobem zdobędę informację najszybciej.
   - Żebyś tej ręki przypadkiem nie stracił - rzucił Przemek, gdy myśliwy wycelował w jego głowę.
   Zapadła krótka, martwa cisza, którą przerwał krzyk, który dobiegł ich uszu.
   - Więchul! Wracaj! Gdzieś ty, kurwa, polazł!
   Myśliwy obrócił się, najpewniej, aby odkrzyknąć, jednak nie wykonał żadnej inne czynności. Przemek w ułamku sekundy wyciągnął nóż zza pasa, rzucił się do przodu, łapiąc myśliwego za twarz. Ciął szybko, jednym, płynnym ruchem, posoka prysnęła po okolicznych drzewach.
   - Więchul! Kurwa, wracaj! Behemot kazał wracać, nie ma na co czekać!
   - Łap strzelbę - wyszeptał Przemek, biorąc do rąk swoją wiatrówkę. - Spierdalamy jak najszybciej. Idź za mną.
   Robert złapał za broń, po czym rzucił się biegiem za Przemkiem. Nie ubiegli dziesięciu metrów, gdy drzazgi z drzewa trafionego pociskiem przeleciały im nad głową.
   *
   - Znowu cały dzień przesiedzisz w kuchni? - spytała Alicja, gdy tylko minęła próg.
   - Tu jest chłodniej - odparł Kopa. - Na zewnątrz jest za gorąco jak dla mnie.
   - Nie lubisz upałów, co?
   - Nienawidzę. Dużo lepiej się czuję w chłodniejszym klimacie. Uwielbiam jesień. Taka jesień mogłaby trwać przez cały rok, ja bym nie narzekał.
   - Trochę to dziwne - zauważyła kobieta. - Nie chcę cię urazić, ale wiesz... Pochodzisz z cieplejszych rejonów świata. Powinieneś być przyzwyczajony do wysokich temperatur.
   - Jak wy to mówicie... Mam na końcu języka, macie takie powiedzenie... Wyjątek potwierdza regułę. Chyba tak to było. Ja jestem najwyraźniej wyjątkiem.
   *
   Natychmiast padli na ziemię, przeturlali się za najbliższe drzewa.
   - Skurwysyny, wyłaźcie zza tych drzew! - usłyszeli.
   - Więchul nie żyje, podcięli mu gardło! - drugi głos.
   - Skurwiele! - trzeci.
   Robert spojrzał na Przemka, który, jakby nigdy nic, wycierał swój nóż z krwi o mech.
   - Umiesz z tego strzelać? - spytał, gdy skończył wycieranie noża.
   - Nie.
   - To trzymaj to - powiedział łysy, wyciągając zza pasa pistolet, który rzucił Robertowi. - Przezorny zawsze ubezpieczony. A i jeszcze jedno. Czy ich znasz, czy nie, musimy ich zabić.
   Robert kiwnął tylko głową, po czym wyjrzał ostrożnie za pień drzewa, za którym się znajdował. Widział dwóch mężczyzn, którzy przedzierali się przez las, nie więcej niż dwadzieścia metrów od nich, lecz tylko jeden z nich trzymał w ręku pistolet. Trzeciego nie mógł wypatrzeć.
   - Trafisz? - spytał Przemek.
   - Trafię.
   - Strzelisz?
   - Tak.
   - Co tak?
   - Strzelę.
   - To strzelaj pierwszy.
   Robert postanowił, że na najbliższe kilka chwil musi wyłączyć myślenie, zdając się na instynkt. W ułamku sekundy wychylił się zza drzewa, wycelował w mężczyznę z pistoletem, pociągnął za spust. Widział, jak czerwona maź rozpryskuje się po drzewach za człowiekiem, w którego strzelił, jak tamten pada na ziemię.
   - Mają broń! - krzyknął drugi, by po chwili śrut z wiatrówki Przemka pokiereszował mu twarz.
   Robert zauważył kątem oka trzeciego, który wyleciał zza kępy krzaków. Blondyn znów wycelował, znów strzelił, tym razem jednak nie trafił.
   - Nie strzelaj - krzyknął Przemek, rzucając się w pościg. - Zakryj ich jakimiś gałęziami, żeby nie było ich widać!
   *
   - Dziadek! - krzyknęła Pati. - Coś się dzieje z Hyugim!
   Już po kilku chwilach do pokoju dziewczynki wszedł Stasiek.
   - Co jest? Co mu się stało?
   - Sierść mu wypada! - dziewczynka pokazała na kępkę sierści, leżącą na podłodze, tuż przy owczarku. - Co mu jest?
   Stasiek tylko się zaśmiał, podszedł do psa. Złapał go za sierść na zadzie, pociągnął, wyrywając kępkę.
   - Linieje - wytłumaczył staruszek.
   - Co robi?
   - Gubi sierść. Na zimę wyrosła mu dodatkowa sierść, żeby było mu cieplej, teraz ją gubi, bo byłoby mu za gorąco.
   - Czyli nic mu nie jest?
   - Nie, nic. Zobacz, widzisz? Będzie mu tak odpadać, możesz mu tą sierść powyciągać, żeby szybciej zgubił, to będzie mu chłodniej.
   - Każdy pies tak ma?
   - Nie wiem. Nie znam się na psach. Ale owczarki tak mają. Poczekaj, nie wyciągaj mu tak rękami, znajdę jakiś grzebień. I nie tu, w pokoju, wyjdź z nim na dwór, dobra?
   - Dobrze, dziadku.
   *
   Przykrył ich gałęziami, oba pistolety, ten od Przemka, oraz ten, który jeden z mężczyzn trzymał w dłoni, wsadził za pasek od spodni, po czym ruszył w stronę, w którą pobiegli łysy z tamtym mężczyzną. Przeszedł może ze dwieście metrów, gdy usłyszał, jak ktoś szarpie się z gałęzią. Ruszył w tamtym kierunku, zauważył Przemka, który kończył zakrywać gałęziami kolejne ciało.
   - Nie podoba mi się to - rzucił Robert. - Bez słowa ostrzeżenia, tak po prostu...
   - A jak miałoby brzmieć słowo ostrzeżenia? - spytał łysy. - Hej, stary, zaraz rozwalę ci mordę nabojem, naszykuj się, ok?
   - Przestań.
   - Nie, to ty przestań. I nie błaznuj. Czterech facetów kręciło się nam przy hotelu, to zaczyna się robić niebezpieczne... Długo nie utrzymamy hotelu w tajemnicy, wiesz o tym?
   - Wiem. I co, mamy tak zabijać każdego, kto się do niego zbliży?
   - Ci pierwsi zaczęli. Chodź, przyszli stamtąd, zbadamy teren.
   Robert ruszył za Przemkiem, starając się iść najciszej, jak tylko mógł. Przeszli może z pięćdziesiąt metrów, gdy wyszli na piaskową drogę, na której stały dwa motory, oraz dwa skutery.
   - Tym pewnie przyjechali - mruknął łysy.
   Podeszli do maszyn, przeszli dookoła nich. Przemek wzruszył tylko ramionami, dając do zrozumienia, że nie widzi tu nic ciekawego, gdy nagle usłyszeli czyjś głos.
   - Znaleźliście Więchula? Halo! Kurwa, zgłoście się! Co tam się dzieje?
   - Krótkofalówka - Robert wskazał na urządzenie leżące na siedzeniu jednego z motorów.
   - Weź ją - doradził Przemek. - Wyłącz teraz, żeby nam nie przeszkadzała, włączymy ją z powrotem w hotelu.
   Blondyn zrobił tak, jak powiedział kompan, wyłączył krótkofalówkę, po czym schował do tylnej kieszeni.
   - Idziemy jeszcze po jedną z tych saren - przypomniał Robert. - Potem wrócimy po drugą, nie może się zmarnować.
   - Nie wracamy po żadną drugą - odparł Przemek. - Bierzemy tą jedną i spierdalamy. Krótkofalówka miała sygnał, czyli są niedaleko, zaraz tu przyjadą sprawdzić, co się stało z ich kolegami. Lepiej, żeby nas tu wtedy nie było.
   Ponownie weszli w gęstwinę, kierując się w stronę hotelu. Sarny znaleźli bez większego problemu. Łysy wybebeszył mniejszą z nich, natomiast Robert zarzucił ją sobie na plecy. Przemek wziął strzelbę myśliwego, oraz całą amunicję, jaką ten miał przy sobie, po czym ruszyli dalej.
   *
   - Nigdy nie miałam ogródka - zauważyła Monika, gdy przekopywała ziemię przy hotelu. - Nie wiem nawet, jak takie coś się utrzymuje...
   - Trzeba podlewać - odpowiedziała Ewelina. - To chyba wystarczy...
   - Chyba? Nie wiem. Mam nadzieję, że nam się to uda, mamy tylko trochę nasion, głównie marchewek. Zasiejemy je, zobaczymy, co się z tego urodzi.
   - Coś musi, przecież nasiona w przyrodzie też sieją się i rosną. Nam się nie uda?
   - Jaka optymistka się z ciebie ostatnio zrobiła. Co takiego ci się stało?
   - Nic takiego. Po prostu, jakoś mnie tak naszło na dobry humor.
   *
   - Przespałeś się już z nią? - spytał Przemek, przerywając ciszę.
   - Co?
   - Z Eweliną. Wybacz za pytanie, wiem, to sfera intymna. Znaczy, nie, żeby mnie to w ogóle interesowało, ale mógłbyś odpowiedzieć.
   - Mógłbym, nie znaczy, że muszę.
   - Czyli nie, inaczej byś się pochwalił.
   Robert poprawił sarnę, po czym odpowiedział.
   - Jeśli cię to wcale nie interesuje, to nie, nie przespałem się z nią.
   - Ale od paru dni za tobą wszędzie biega...
   - I?
   - No nie mów, że nic nie było.
   - Co mam nie mówić? Było, to żadna tajemnica. Przyszła do mnie, kilka dni temu, wieczorem. Trochę pogadaliśmy, potem... Ale nie przespałem się z nią.  
   - Czyli było tylko mizianie...
   - A co cię to w ogóle obchodzi?
   - Trochę powinno. Twoje dobre samopoczucie jest lepsze dla grupy, a pamiętaj, że przez parę dni nadal będę jej częścią. Nie wolno ci podejmować decyzji, gdy nie czujesz się dobrze.
   - Dzięki za radę.
   - Jestem do twoich usług.
   - To bierz teraz ty tą sarnę, ciężkie to bydle jak nie wiem co.
   Przemek podał Robertowi strzelbę i wiatrówkę, sam natomiast wziął ciało sarny na plecy, po czym ruszyli ponownie w kierunku hotelu.
   - Powiemy im o tych gościach? - spytał łysy.
   Robert obejrzał się do tyłu, zamyślił.
   - Nie ma chyba sensu... Przywrócimy warty, lepiej, żeby jednak ktoś stał na tym dachu. Ale nie musimy im o tym zdarzeniu mówić.
   - A skąd w takim razie wzięliśmy strzelbę?
   - Powiesz, że znalazłeś ciało, a przy nim tą strzelbę. A może nikt nawet nie zauważy.
   - Zauważą, wszyscy są na zewnątrz.
   - To powiesz, że ją znalazłeś. Ja potwierdzę i uwierzą. Nie ma co ich stresować, tym bardziej, że pewnie nikt nas nawet nie znajdzie w najbliższym czasie.
   - Odchodzę - Przemek zmienił temat. - I powiem ci, że popełniasz błąd, że trzymasz ich w tym hotelu. Tam jest zbyt... hermetycznie. Oni nie wiedzą, jak jest na zewnątrz. My wiemy, Ewelina, Monika i Kopa też, bo przecież też wychodzili poza hotel, ale reszta... Gdy dojdzie do najgorszego i będziecie musieli opuścić hotel oni od razu padną, bo nie będą przygotowani na to co ich czeka.
   Robert zamilkł, jednak po chwili podjął temat.
   - Kiedy odchodzisz?
   - Może za tydzień, może szybciej.
   - Wtedy... Mówiłem pod wpływem złości...
   - I dobrze, bo to znaczy, że mówiłeś szczerze. Ta grupa to nie miejsce dla mnie. Sam wiesz, że się tu nie nadaję, że nie nadaję się do żadnej grupy. Może, gdyby było to trzech, czterech takich, jak ja, czy ty, może wtedy jakoś bym się ustawił w tej grupie, ale nie tu. Wezmę tylko swoją wiatrówkę, tę strzelbę i jedną krótką. No i trochę amunicji. Resztę wam zostawiam. Zajmij się Kopą, dobry z niego chłop.
   - Mimo tego, że go perfidnie wykorzystałeś?  
   - No, co ja ci będę mówił... Zachowałem się jak skończony huj. Ale osiągnąłem swój cel, to się liczy. A, że tak spytam, ten, co przestrzeliłeś mu płuco, chyba nie będzie cię nawiedzał w koszmarach, co?
   - Nie będzie - odparł Robert. - Nie widziałem jego twarzy, jak go zakrywałem gałęziami, to obróciłem go na brzuch... Widzę tylko tych, których twarze widziałem.
   - Tak... To samo mieli żołnierze, którzy wracali z wojny. Widzieli twarze zabitych przez siebie ludzi, śniło im się, że są pod ostrzałem... Często budzili się w nocy, po czym atakowali tego, kto był najbliżej.
   - Ja nikogo nie atakuję, jak się budzę, to wiem, gdzie jestem.
   - Domyślam się. Ale nie zawsze może tak być. Kiedyś będziesz mógł się obudzić i stwierdzić, że zrobiłeś komuś krzywdę. Uważaj. A najlepiej skończ z koszmarami.
   - Niby jak? Nie cofnę czasu i nie sprawię, że ich nie zabiję.
   - Nie ma po co cofać czasu. Musisz po prostu zaakceptować fakt, że ich zabiłeś. Musisz porzucić coś takiego, jak sumienie. Bo to sumienie nie daje ci spokoju. Słuchaj tego, co mówię, bo to są ostatnie rady, jakie ci daję.
   - Eh... Nie chciałbym, żebyś odchodził. Grupa cię potrzebuje.
   - Hahaha! Tylko czekałem, aż to powiesz. I tylko czekałem, żeby ci odpowiedzieć, a huj mnie to. Grupa grupą, ja jestem sobą. Muszę zadbać o siebie, nie o was. Ty dowodzisz sobie tą grupą, powodzenia, żyjcie jak najdłużej, kosztem innych.
   - Jestem w stanie nawet przystać na to, żebyś był moją prawą ręką.
   - I czym mnie jeszcze przekupisz? Nie ma mowy, człowieku. Już podjąłem decyzję. Podjąłem ją tego dnia, kiedy dałeś mi ten namiot i powiedziałeś "dziś śpisz poza hotelem". A jak ja raz podejmę decyzję, to się z niej nie wycofam, choćby nie wiem co. Uparty jestem jak osioł, czego byś nie próbował, nie uda się.
   Robert potrzebował chwili na przemyślenie, nie odzywał się więc. Po chwili, gdy miał już coś powiedzieć, to Przemek wszedł mu w słowo.
   - Nie. Nie przejmę twojego stołka, nawet tym mnie nie przekupisz. Tym bardziej tym. To twoi ludzie, twoja odpowiedzialność. Ty musisz wziąć wszystko na swoje barki.
   - To ty mnie w to wpakowałeś - przypomniał blondyn.
   - I to ja cię w tym zostawię. Wybacz, ale naprawdę, nie mam zamiaru się zajmować bandą niedorozwojów. Gdybym wiedział, że odejdziesz ze mną, zaproponowałbym ci to, ale wiem, że tego nie zrobisz. Reszta z nich, no, poza Kopą, jest gówno warta.
   - Dlaczego?
   - Bo nie potrafiliby o siebie zadbać. A człowiek musi dbać nie dość, że o siebie, to jeszcze właśnie o grupę. Niestety, ale człowiek, który nie potrafi zadbać nawet o siebie jest tylko balastem dla tej grupy. Mówię, gdybym miał zabierać, to ciebie, może Kopę. Może, bo on też, mimo tego, że wydaje się taki mocny, to miękka klucha z niego.
   - Nie osądzaj go po tym, jak reaguje na zabicie człowieka. Ja mam te same objawy.
   - Ale ty zastrzeliłeś tego gościa. Kopa by tego nie zrobił. On zabija tylko, gdy jest przyparty do muru, jak zrobił to z Kowalem. Niestety, ale na zewnątrz, poza hotelem, długo nie pociągnie. Nikt, poz tobą długo nie pociągnie. Chociaż i ty, jak zajmiesz się panienką, zamiast sobą, skończysz szybciej, niż ci się zdaje.
   - Znalazłeś sobie temat do gadania?
   - Znalazłem i dopóki jeszcze z wami jestem, nie odpuszczę z tego tematu. I już postanowiłem, że zostanę z wami, dopóki nie pójdziemy na jeszcze jedno polowanie.
   - Co cię do tego skłoniło?
   - Wiesz... - łysy poprawił sarnę. - Jakby nie patrzeć, trochę czasu z wami tu mieszkałem, wypada jakoś się odwdzięczyć. Powiedzmy, że jak coś wam jeszcze upoluję, to ureguluję czynsz, za ostatnie miesiące, co ty na to?
   - Oferta uczciwa...
   - Musi być uczciwa, bo innej nie będzie. O, jest hotel... Całe szczęście, bo plecy mi już siadają. Strzelbę odnieś do mojego namiotu, ja sarnę zaniosę do kuchni, tam ją oporządzę. A wieczorem sarnina na kolację. Już mi ślinka cieknie.
   *
   Stasiek siedział w swoim pokoju, przy otwartym oknie. Miał piękny widok na okolicę, wziął więc gitarę do ręki i zaczął grać jakieś losowe nuty. Nie potrafił się skupić, nie potrafił określić, co powinien zagrać. Co jeszcze pamiętał?
   Nagle jego uwagę przykuł ruch przy bramie. Przyjrzał się, jak Robert i Przemek wchodzą na teren hotelu, niosąc martwą sarenkę. Widział, jak do Roberta podbiega Ewelina, jak zarzuca mu ręce na szyje, całuje go w polik. Uśmiechnął się pod nosem, przeciągnął kostką po strunach, wiedząc już, co zagra. Była to bardzo stara piosenka, którą nauczył się grać, gdy był jeszcze w wieku tej dwójki którą teraz obserwował.
   Wziął głęboki wdech, poczuł przypływ sił.
   Czy ten pan i pani
    są w sobie zakochani?
     Czy ta pani tego pana chce?
   *
   Siedział przy swoim harleyu-davidsonie, czyszcząc go dokładnie, gdy podszedł do niego gruby mężczyzna z blizną na pół twarzy.
   - Behemot, jest problem...
   - Nie znaleźliście ich? - spytał, przyglądając się krytycznie siedzeniu.
   - Znaleźliśmy... Cała czwórka nie żyje. Jeden postrzelony w klatę, jeden dostał śrutem w twarz. Nie wiem, co to była za wiatrówka, ale przebiła się przez czaszkę. Więchul miał podcięte gardło, a ten młody dostał nożem w plecy. Ktoś ich przykrył gałęziami, pozabierał całą broń, jaką mieli...
   - A krótkofalówka? - spytał mężczyzna z długimi, rudymi włosami, który wykonywał rytmiczne ruchy ściereczką po siedzeniu swojego motoru.
   - Zniknęła.
   - Och. Co za szkoda. Były w niej nowiutkie baterie.
   - Behemot, kurwa, zabili czwórkę z naszych.
   - A czy my nie zabijaliśmy innych, hipokryto?
   - O co ci chodzi?
   - Jeżeli powiemy, że nie mamy grzechu, to samych siebie oszukujemy i nie ma w nas prawdy. Tak więc, idą za słowami biblii, zanim zaczniesz mówić o ich grzechach, pamiętaj, że masz swoje i się ich nie wyrzekaj. My też zabijaliśmy. Teraz zabili oni.  
   - I co zamierzasz z tym zrobić?
   - Jak to co? Oko za oko, ząb za ząb. Szykuj chłopaków, niech sprawdzą motory. Jedziemy poszukać naszych małych szczurów. Do jutra rana mają być trupami.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5658 słów i 31178 znaków, zaktualizował 13 maj 2016.

1 komentarz

 
  • xptoja

    Nowi ludzie : D

  • Kuri

    @xptoja Jacy nowi? Behemot? On już był wcześniej wspomniany xD

  • xptoja

    @Kuri no właśnie był wspominany, a teraz może będzie rozwijany. Poza tym są jeszcze jego koledzy : P

  • Kuri

    @xptoja Oj, a ma wielu kolegów :D