Ziemia z popiołów II: Rozdział 10 - Musimy walczyć

Ziemia z popiołów II: Rozdział 10 - Musimy walczyć- Adam, oni kłamią - szepnęła mu na ucho. - Musimy ich zabić, nie ma wyjścia. Przecież i tak brakuje nam mięsa. Krystian niech zajmie się tym wielkim, my zabijemy tą dwójkę. Nie ma na co czekać, trzeba działać.
   *
   Przepuścił barczystego mężczyznę przodem, zapraszając go do środka ruchem ręki. Gdy tylko tamten wszedł do pomieszczenia, on sięgnął po łom, który znajdował się nieopodal, oparty o ścianę. Złapał łom dobrze, obiema rękoma, spojrzał na mężczyznę.
   - Doceń to - syknął, biorąc zamach, celując w głowę. - Doceń piękno ciała ludzkiego!
   *
   Czy wszyscy wrócą z tej wyprawy?
   Wcześniej...
   - Tato! - krzyknęła, płacząc i ciągnąc go za ramię. - Tato! Wstawaj! Proszę!
   Jednak on jej nie słyszał. Siedział, płakał, wpatrzony w grób, który sam przed chwilą wykopał. Jak? Dlaczego? Czy nie mogła przeżyć? Dlaczego zginęła ona, a nie on?
   - Tato! Proszę cię! Tato! Wstań! Musimy iść!
   Przecież byli tylko kilka metrów od siebie, gruz zasypał i ją i jego... A jednak, to ona zginęła. Czemu? Może, gdyby to on stał na jej miejscu... Powinien tam stać. Powinien stać tam, gdzie ona. Gdyby tak było, ona nadal by żyła...
   Boże! Czemu zabrałeś ją? Czemu ją, a nie mnie?
   - Tatooo!
   *
   Szedł za nią, patrząc tępym wzrokiem w dal. Był wyzuty z wszelkich emocji, nie miał siły praktycznie na nic, poza stawianiem coraz to kolejnych, wymuszonych kroków. Oby tylko przed siebie, oby nie stać w miejscu...
   - Tato, uważaj, tu jest stromo...
   Tu jest stromo? I niby co z tego? Przecież się nie zabije... A nawet jeśli? Dlaczego miałby tego nie zrobić? Dlaczego miałby się nie zabić?
   Stromo?
   Może tak byłoby lepiej? Może przecież teraz spaść, wystarczy, że źle postawi nogę... To takie proste. Wystarczy tylko źle postawić nogę...
   *
   Minęli klęczącego, płaczącego mężczyznę, który trzymał w rękach, całe wymazane we krwi, ciało małej dziewczynki.
   To jego córka? Zapewne tak, dlatego płacze... Kto chciałby stracić własne dziecko? Na pewno nie normalny rodzic, taki za dziecko oddałby własne życie, oby tylko ono mogło żyć dalej... Oby tylko mogło żyć...
   Pati?
   Jest. Idzie przede mną. Ona żyje... To dobrze. To bardzo dobrze...
   Ona żyje. Musi żyć. Przecież rodzic oddałby za dziecko własne życie, oby tylko dziecko mogło dalej żyć. Oby dziecko mogło żyć...
   On też musi tak postąpić. Musi ją chronić. Za wszelką cenę.
   Podszedł, złapał ją za jej małą rączkę. Od teraz musi ją chronić, przed niebezpieczeństwami nowego świata. Musi dać z siebie wszystko, oby ona była bezpieczna.
   Musi walczyć...
   Spojrzał na nią. Była zdenerwowana, roztrzęsiona, nos miała ubrudzony pyłem.
   - Musimy dać sobie radę - powiedział, wycierając kciukiem jej nos. - Musimy walczyć.
   Teraz...
   W jednej chwili piękno jej uśmiechu prysło, zamieniając się w obraz pełen grozy. Spiłowane zęby, każdy wyglądający jak kieł, budziły w nim taki strach, że poczuł, jak miękną mu nogi, a po plecach wędrują krople zimnego potu.
   Co? Jak? Dlaczego? Czemu je spiłowała?
   - Co ci się stało? - spytał Adam, przyglądając mu się uważnie. - Zbladłeś strasznie...
   - Wy... - wyszeptał Robert, który zaczął łączyć wszystkie fakty w całość. Mięso. Co nam los podrzuci. Sztuka. - Ludożercy...
   W tej chwili Hyugi przestał wąchać bladą plamę na podłodze, wyprostował się raptownie, podnosząc uszy do góry. Postał tak może sekundę, po czym rzucił się biegiem w stronę korytarza z którego weszli do tego pomieszczenia.
   Robert nie zdążył nawet zorientować się w tym, co się dzieje, gdy poczuł, jak coś zimnego i ostrego musnęło mu twarz, przecinając skórę na policzku. Odruchowo odtrącił zimny, ostry przedmiot, po chwili zdając sobie sprawę z tego, że to był nóż, który Adam trzymał w ręku. Napastnik brał już drugi zamach, gdy gorąca herbata z kubka Moniki wylądowała mu a twarzy. Mężczyzna ryknął z bólu, przewracając się na plecy, przy okazji strącając ciałem wszystkie rzeczy, które znajdowały się na szafkach, wprost na podłogę.
   - Kurwy! - ryknęła wściekle Paula, rzucając się na Roberta.
   Złapała go za gardło, wbijając paznokcie z taką siłą, że przebiła mu skórę na szyi. Blondyn, czując ciepłą krew, która zaczęła spływać po jego ciele, szarpnął się, aby oswobodzić się z uścisku, lecz bezskutecznie. Wściekły, spojrzał na twarz kobiety. Poczuł, jak serce staje mu z przerażenia, gdy zauważył, jak Paula otwiera szeroko usta, chcąc najwyraźniej ugryźć go swymi spiłowanymi zębami. Adrenalina, która wpompowała mu się w tym momencie do żył, dała mu tyle siły, że szarpnął się ponownie, zrzucając ją z siebie, tym razem skutecznie, oraz odrzucając na półtora metra w bok.
   - Robert! - blondyn usłyszał krzyk Moniki, po czym po całym domu rozległ się donośny odgłos wystrzału.
   *
   Leżała na podłodze, w kałuży własnej krwi, oddychając ciężko, starając się walczyć o choć odrobinę życiodajnego powietrza. Z oczu leciały jej łzy, bardzo dobrze zdawała sobie sprawę z tego, co za chwilę się stanie. Robert widział, jak kobieta wyciąga zakrwawioną rękę w jego stronę, widział w jej oczach niemą prośbę o pomoc.
   On miał pomóc jej? Przed chwilą chciała go zabić, przegryźć jego gardło własnymi zębami, niczym dzikie, drapieżne zwierze. Na pewno zabiła niejednego człowieka, dopuszczając się przy tym do najgorszych możliwych zbrodni, do jakich tylko może dopuścić się człowiek, oby tylko przeżyć... A on miał jej pomóc?
   - Zdychaj - rzucił lodowatym głosem, po czym odwrócił się od niej.
   - Leć do Konrada! - krzyknęła w jego stronę Monika, która przygniatała kolanem plecy Adama, celując przy okazji pistoletem w głowę mężczyzny. - Ja go tu trzymam!
   Robert, bez słowa, obrócił się i rzucił pędem w stronę wyjścia z kuchni.
   Kątem oka zauważył jeszcze, że Paula przestała już oddychać.
   *
   Wybiegł na korytarz, po czym natychmiast skierował się w stronę drzwi, do których usilnie dobijał się Hyugi. Otworzył je, a owczarek natychmiast zbiegł na dół. Robert ruszył za nim, zbiegał ze schodów, gdy usłyszał krzyk, po którym nastąpił pisk, jaki wydaje zranione zwierze. Pierwszą myślą było to, że coś się stało Hyugiemu, coś złego, jednak ta myśl szybko zniknęła, gdy blondyn przypomniał sobie, że na dole powinien być też Konrad.
   - Konrad! - ryknął Robert, po czym natychmiast wyhamował, uchylając się przed łomem, nadlatującym wprost w kierunku jego twarzy, przez co wylądował plecami na schodach.
   - Jebańce! - ryknął Krystian, biorąc drugi zamach. - Zabiliście ich!?
   Blondyn przeturlał się na bok, unikając kolejnego uderzenia, na tyle silnego, że kawałki betonu ze schodów rozprysnęły się po okolicy. W półmroku, jaki tu panował, nie widział dokładnie sylwetki mężczyzny, jednak intuicja podpowiadała mu, że powinien szykować się na kolejne, tym razem celne, uderzenie. W momencie, kiedy zasłonił rękoma głowę, Krystian ryknął z bólu, złapał się za łydkę, upadł na plecy. Robert nie czekał ani chwili, wstał na nogi, po czym uderzył mężczyznę z pięści prosto w nos. Gdy tylko upewnił się, że Krystian nie wstaje, przeskoczył nad nim, klękając przy Hyugim. Owczarek miał złamaną przednią łapę, jednak nadal trzymał łydkę Krystiana w zębach.
   - Dzielny piesek - pochwalił Robert, głaszcząc go po głowie.
   Blondyn złapał łom, który tamten upuścił. Prawą ręką natrafił na coś mokrego, spojrzał więc na dłoń.
   Czerwień.
   Krew.
   Natychmiast się zerwał, wbiegł do ciemnego pomieszczenia, do którego były otwarte drzwi. Potknął się o coś, lądując na podłodze. W ciemności nic nie widział, wyciągnął więc z kieszeni małą latarkę, którą Przemek dał mu, zanim wyruszyli. Włączył ją, światło skierował pod swoje nogi.
   Na podłodze, przy samych drzwiach, leżał człowiek. Wysoki, barczysty, zarośnięty. Człowiek ten leżał w kałuży krwi, która rozchodziła się z dziury w jego głowie. Robert złapał się za włosy, krzyknął, przerażony, gdy uświadomił sobie, co widzi.
   A widział ciało Konrada.
   *
   Przywiązali ich do krzeseł w jednym z pokojów. Węzły były mocne, mieli pewność, że im nie uciekną. Krystian, który nadal był nieprzytomny, zaczął pochrapywać, co w innych okolicznościach na pewno zaczęłoby ich śmieszyć.
   W innych okolicznościach. Nie w takich.
   Wyszli z pokoju na korytarz, gdzie Monika oparła się o ścianę, chowając twarz w dłoniach. Zaczęła płakać, cała drżała. Robert położył rękę na jej ramieniu, niezdolny do powiedzenia czegokolwiek.
   - Jak my im to powiemy? - spytała kobieta, gdy już się uspokoiła. - Alicji i Pati?
   - Nie wiem - odpowiedział blondyn, ruszając w stronę zejścia do piwnicy. - Nie mam pojęcia. Chodź, musimy go zabrać. Nie zostawimy go tutaj.
   - Jak chcesz go zabrać?
   - Drogi były dość przejezdne. Może uda się odpalić jakiś samochód... Obyśmy dojechali do lasu, stamtąd jest przecież wszystko wysprzątane, łatwo dojedziemy pod sam hotel. I musimy szukać jedzenia. Mówili, że mają też puszki. Spakujemy je i...
   - Konrad nie żyje! - ryknęła kobieta, łapiąc go za ramię. - Nie żyje! A ty tak po prostu mówisz, że musimy zapakować jedzenie i pojechać do hotelu?! Ruszyła cię w ogóle jego śmierć?! Choć trochę?! Jesteś taki sam jak Przemek! Masz cel, to go realizujesz! Ofiary? Mniejsza, zdarzają się! Tak właśnie myślicie! Ty i on! Na początku myślałam, że jesteś inny, że jesteś bardziej ludzki, ale myliłam się! Nic a nic się od niego nie różnisz!
   Stali nieruchomo w ciszy. Monika patrzyła na niego, on jednak spuścił głowę. Nie chciał, aby widziała jego wzrok. Owszem poruszyła go śmierć Konrada i to bardzo. On jednak nie potrafił tak, jak inni ludzie. Nie potrafił rozpaczać. Trzeba się zebrać, trzeba robić dalej to, co mieli zrobić, rozpacz nic im nie da.
   Im nie wolno rozpaczać.
   Oni muszą walczyć.
   - Wybacz - rzucił do niej, robiąc krok do przodu, czując, jak jej ręka zsuwa mu się z ramienia. - Musimy się spakować. Jak najszybciej. Nie wiemy, czy nie było ich więcej, czy za chwilę nie przyjdą kolejni. Musimy stąd uciekać. Jak najszybciej.
   *
   Całe jedzenie, jakie znalazł, zebrał w kuchni, na stole. Było go więcej, niż mógłby przypuszczać, paczkowanej i puszkowanej żywności starczyłoby tej trójce na dobre trzy miesiące, bez potrzeby racjonowania pożywienia.
   Oni jednak woleli ludzkie mięso.
   Po raz kolejny, gdy Robert uświadomił sobie, z kim tak właściwie mieli do czynienia, po plecach przebiegł mu dreszcz. Jak najszybciej poznosił wszystko na stół, po czym złapał ciało Pauli, które zaciągnął do pokoju, gdzie związali pozostałą dwójkę. Wrzucił jej ciało, bezceremonialnie, na środek pokoju.
   - Mordercy! - ryknął Adam, który nadal miał czerwoną twarz.
   - To wy chcieliście nas zabić - przypomniał blondyn. - My się broniliśmy. Broniliśmy własnego życia. Walczyliśmy.
   - Jesteście bezwartościowymi śmieciami! Nie zasłużyliście na to, żeby żyć! Co wy reprezentujecie sobą? Nic! Ktoś taki jak wy umiera powoli, w bólu i cierpieniu, krzycząc, błagając o życie! Tak skończycie! Ta ty skończysz! Będziesz umierał długo, nikt ci nie pomoże, nikt nie skróci twojego cierpienia! Dlatego, że jesteś słaby! Wy wszyscy jesteście słabi! Wszyscy! Wy, ten z papierosem, ten rudy na motorze! Nie potraficie niczego zrobić sami, my musimy wszystko robić! To dzięki nam żyjecie, bo my mamy siłę, a wy nie!
   Robert popatrzył na mężczyznę, który ciężko dyszał z wściekłości. Widział w jego oczach furię, był pewien, że gdyby tamten nie był związany, rzuciłby się na niego tylko z jedną myślą, z jednym celem.
   Zabić.
   Blondyn wyszedł na korytarz, złapał klamkę od drzwi.
   - Kto tu jest słaby, skoro to ja żyję, a ty niedługo umrzesz? - spytał, trzaskając drzwiami.
   *
   - Jeden odpalił - poinformowała go Monika, gdy tylko weszła z powrotem do mieszkania. - Musimy wszystko do niego pownosić.
   - Ujedzie w tym śniegu? - spytał Robert.
   - To jeep, da radę.
   W ciszy powynosili wszystko do bagażnika samochodu, układając tak, aby wszystko się tam zmieściło. Tylne siedzenia musieli mieć wolne, aby zmieścić tam ciało Konrada.
   - Część została - poinformowała go kobieta. - Położymy z tyłu, pod siedzeniami.
   Gdy już wszystko było spakowane, poszli do piwnicy, skąd wyciągnęli ciało barczystego mężczyzny. Nie dali rady podnieść go do góry, ciągnęli go więc za nogi. W trudach, lecz udało im się położyć go na tylne siedzenie i zamknąć drzwi. Na koniec Robert przyniósł jeszcze owczarka, którego położył pod nogi na miejscu pasażera. Już wsiadali do samochodu, gdy Robert zamyślił się chwilę.
   - Mieli prąd... - mruknął pod nosem.
   - Tak. Musieli mieć agregat.
   - Poczekaj na mnie chwilę.
   Pędem rzucił się w stronę piwnicy. Otworzył drugie pomieszczenie, gdzie, jak się spodziewał, znajdował się agregat i kanistry pełne benzyny.
   - Trzeba pozbyć się tego miejsca - mruknął pod nosem. - I tych ludzi.
   Wziął dwa kanistry, wszedł do pomieszczenia, gdzie wisiały oskórowane ciała ludzi, głównie dzieci. Odkręcił pierwszy kanister.
   Z krzykiem i łzami w oczach zaczął oblewać to pomieszczenie paliwem. Oblewał bardzo dokładnie, chciał mieć pewność, że wszystko spłonie. Gdy skończył, wziął kolejny kanister, którym oblał kuchnię, potem kolejne, którymi oblewał następne pomieszczenia.
   Oblał i pomieszczenie, w którym znajdowali się tamci. Nie reagował wcale na ich krzyki, na ich prośby, błagania, chciał, aby zginęli w męczarniach, aby umierali długo.
   Oblewał ich bardzo dokładnie.
   Na koniec poszedł po ostatni kanister, z którego wylał benzynę tak, aby otrzymać lont prosto spod drzwi wyjściowych. Wyjął z kieszeni zapalniczkę, którą znalazł przy Konradzie, zapalił ją, po czym zwyczajnie, już bez emocji, rzucił na podłogę.
   Już po kilku minutach cały dom stał w płomieniach. Nadchodził wieczór, więc łuna była widziana w dużej odległości. Krzyk dwójki mężczyzn słyszany był przez naprawdę długi czas, a był to krzyk pełen bólu i cierpienia, można więc było mieć pewność, że umierali bardzo powoli.
   Ale Roberta już tu wtedy nie było. On i Monika byli w drodze do pewnego miejsca, gdzie Robert postanowił, że musi zrobić jeszcze jedną rzecz.
   Wy wszyscy jesteście słabi! Wszyscy!
   Może i jesteśmy słabi, ale nadal jesteśmy ludźmi.
   Wy, ten z papierosem, ten rudy na motorze!
   Ten z papierosem...
   Nie potraficie niczego zrobić sami, my musimy wszystko robić!
   Musieliście zrobić wszystko za tego z papierosem... Na co on był za słaby?
   Robert spojrzał za okno, widział księżyc, który wstawał, próbując przebić się przez chmury. Pamiętał, co powiedział mężczyzna z papierosem. Pamiętał każde jego słowo.
   Miałem syna. Mogłem zrobić więcej. Świat jest okrutny. Zrobiłem, co musiałem.
   Byłem słaby.
   *
   Był niemal kompletny mrok, gdy zatrzymali się w niedalekiej odległości od skraju obozu, w którym byli poprzedniego dnia.
   Wysiadł z samochodu, biorąc do ręki nóż, który zabrał tamtym z kuchni. Ruszył w kierunku obozu, szybko, czując, że adrenalina zaczyna pompować mu się do żył. Bardzo dobrze wiedział, co zrobi, był tego pewien.
   Tacy ludzie nie zasługują na życie.
   Szedł szybko, podszedł do mężczyzny, który wyszedł ze swojego domku, aby się odlać. Stanął tuż przy nim, aby tamten słyszał jego szept.
   - Szukam faceta, który pali papierosy. Krótkie, czarne włosy...
   - Wiem, o którego ci chodzi - odpowiedział mężczyzna. - Chyba tylko on nadal palił po Kolizji. Dziś pilnuje ogniska.
   - Dzięki.
   Ruszył dalej, w kierunku płonących opon. Już z pewnej odległości widział go na tle ognia. Jego czarna sylwetka na tle płomieni...
   Zdjął kaptur, czując jak mróz szczypie go w uszy. poprawił nóż, który trzymał w ręku, w rękawie. Był już kilka metrów od niego, gdy mężczyzna go zauważył.
   On już wiedział.
   Zrobił krok wstecz, wyciągnął ręce w obronnym geście, jednak nie zdążył nic więcej zrobić. Blondyn dźgnął szybko i bezwzględnie, po czym znowu i ponownie. Czuł ciepły oddech mężczyzny na karku, gdy dźgał go coraz to kolejne razy.
   - To za twojego synka - wysyczał mu do ucha. - Za Konrada. Za tych wszystkich ludzi, którzy przez ciebie zginęli.
   Wiedząc, że mężczyzna jeszcze żyje, popchnął go, wrzucając wprost do ognia, między opony. Widział nóż wystający mu z brzucha, widział, jak uchodzi z niego życie.
   Obrócił się, wytarł ręce w śniegu, ruszył w drogę powrotną.
   *
   - Skończyłeś? - spytała, gdy wszedł do samochodu.
   - Tak - odpowiedział.
   Widziała plamy krwi na jego kurtce, na rękach, na spodniach.
   - Nie moja - uspokoił blondyn.
   - Wiem.
   Dalej jechali w ciszy, co jakiś czas tylko wychodząc, aby sprzątnąć jakąś przeszkodę z drogi. Gdy Robertowi wydało się, że minęli miejsce, gdzie skończył się zasięg krótkofalówki, wywołał Przemka, jednak ten nadal nie odpowiadał.
   - Myślisz, że coś się stało w hotelu? - spytała kobieta.
   - Nie wiem. Ale wątpię.
   *
   - Nadal cisza - rzucił Przemek, wchodząc do pokoju Kopy. - Jutro idę ich szukać.
   - I myślisz, że ich znajdziesz? - spytał Afrykanin, starając się usiąść na łóżku.
   - Leż, żebra to nie przelewki, wiem, jak to boli. Muszę ich poszukać, długo nie wracają... Oczywiście, jak przez dwa dni nie trafię na ich trop, to wracam do hotelu, nie będę się szlajał nie wiadomo ile. Tak, czy inaczej, pod moją nieobecność będziesz tu jedynym, który nadaje się do tego, żeby zostać admirałem tego okrętu. Trzymaj - Przemek rzucił mały przedmiot na łóżko Kopy. - To klucz do naszej małej zbrojowni. Po tym, co zrobił Kowal, wolę, jak to pomieszczenie będzie zamknięte.
   - Dlaczego dajesz to mi?
   - Bo ja zaraz bym go zgubił, a ty masz go pilnować jak oka w głowie.
   Posiedzieli chwilę w ciszy i Przemek wstawał już do wyjścia, gdy Kopa spytał go o coś, co dręczyło go już od dłuższego czasu.
   - Czemu wtedy krzyknąłeś?
   - Kiedy?
   - Wtedy, przez krótkofalówkę... Wiedziałeś, że on też usłyszy...
   - Eh, emocje - odpowiedział łysy, machając ręką. - Wiesz, ludzie czasem tak mają.
   - Ale nie ty. Krzyknąłeś specjalnie. Chciałeś, żeby on to usłyszał, chciałeś, żebyśmy ze sobą walczyli. Dlaczego?
   - Mówiłem, emocje...
   - Chciałeś, żebym go zabił - przerwał mu Afrykanin. - Wiedziałeś, że sam go nie zabiję... Ale w samoobronie... Wykorzystałeś mnie, żebym pozbył się Kowala.
   Przemek popatrzył mu chwilę w oczy, po czym podniósł kąciki ust.
   - Emocje - powtórzył, wychodząc z pomieszczenia.
   *
   - Jeszcze nie wrócili? - spytał Andrzej.
   - Nie - odpowiedziała mu Kinga. - Przemek co jakiś czas próbuje wywołać ich przez krótkofalówkę, ale nadal cisza. Może coś im się stało...
   Andrzej zaklął, złapał się za głowę.
   - Jeśli nie wrócą... Widzisz, w jakim jestem stanie. To cud, że rękami mogę poruszać. Nie będę w stanie cię obronić... Jeżeli nie będzie tu nikogo, kto będzie mógł cię chronić...
   - Przestań! - warknęła na niego. - Wiem, co czego zmierzasz. Nie ma mowy. To tobie przysięgałam miłość, nie komuś innemu. To twoje dziecko noszę i chcę je urodzić, chcę, abyśmy je wychowali, żeby rosło szczęśliwe, żeby miało matkę i ojca.
   - Spójrz na mnie - powiedział, wskazują rękoma swoje nogi. - Co widzisz? Na co ja się nadaję? Nic nie jestem w stanie zrobić. Nic.
   - Nie obchodzi mnie to, w jakim stanie masz nogi. Obchodzisz mnie ty cały. Masz się pozbyć tych głupich myśli, rozumiesz? Skoro nie będziesz w stanie się mną zaopiekować, to ja zaopiekuję się tobą i nawet nie myśl, żeby się sprzeciwiać. Urodzę ci dziecko, zdrowe, szczęśliwe. Zaopiekuję się nim, jednocześnie opiekując się tobą. Pamiętaj, że mamy tę grupę, która jest już de facto naszą nową rodziną. To, czego ja nie będę w stanie zrobić, zrobią oni. Więc mi się tu nie wymiguj. Nie po to noszę tą obrączkę, żeby teraz słuchać twoich głupot, które wygadujesz.
   - I jak chcesz to zrobić? Jak chcesz sama ze wszystkim dać sobie radę?
   - Sama? Mówiłam już, że mam ciebie, mam całą tą grupę... Nie jesteśmy sami, kochanie. Jesteśmy z tymi ludźmi. Musimy sobie dać radę, musimy walczyć.
   *
   Przemek siedział przy oknie, popijając ostatnie piwo jakie miał, gdy usłyszał szum. Spojrzał na krótkofalówkę. Szum coraz bardziej zamieniał się w zrozumiałe słowa.
   - Przemek, odpowiedz coś. Przemek, tu Robert, odpowiedz coś.
   Łysy nie czekał ani chwili. Złapał urządzenie, wcisnął przycisk, zaczął mówić.
   - Robert, do jasnej cholery, gdzieście się podziewali?
   - Przemek? Słabo cię słyszę.
   - Jestem, tak, to ja. Wracacie?  
   - Tak, wracamy. Mamy zapasy, znaleźliśmy.
   - Bardzo dobrze. Andrzej się obudził, to Kowal go zepchnął, Kopa go zabił.
   - Powtórz, nie zrozumiałem.
   *
   - Kowal nie żyje - usłyszeli. - Kopa go zabił. Andrzej się obudził, to on go zepchnął.
   Monika przystawiła dłoń do ust, zatrzymała na chwilę samochód.
   - Kowal? - spytała.
   - Tak powiedział - odpowiedział jej blondyn.
   - Mój boże... Kowal, Konrad...
   - Muszę mu powiedzieć o Konradzie.
   *
   - Hej, jesteś tam? - spytał łysy. - Odpowiedz coś.
   - Jestem. Mamy jedzenie, ale... Nie wrócimy wszyscy.
   - Kto? - spytał Przemek, mrużąc powieki.
   - Konrad.
   Chociaż tyle dobrego, że on, nie Monika, przeszło mu przez myśl. Gdyby zginęła Monika, Ewelina mogłaby zacząć świrować, a jest mi potrzebna przy zdrowych myślach. A po Konradzie nie będę płakał, tym bardziej, że...
   - Wieziemy jego ciało. Trzeba go będzie pochować.
   - Jutro wykopie mu się dołek. Wrócicie dziś?
   - Tak, podejrzewam, że za jakieś dwie godziny będziemy pod hotelem. Drogi są dość przejezdne, tylko czasem musimy coś z nich zepchnąć.
   - Przyjeżdżajcie jak najszybciej, wszyscy tu na was czekają. Powiedzieć im o Konradzie? Mogę powiedzieć Alicji...
   - Może lepiej nie. Ja jej o tym powiem.
   - Postawa godna przywódcy - pochwalił łysy.
   *
   Robert już mu więcej nie odpowiadał, wyłączył krótkofalówkę, schował ją do kieszeni kurtki. Monika co i rusz spoglądała na niego, jednak on nie komentował wypowiedzi Przemka.
   - Ma rację - rzuciła w końcu. - Teraz...
   - Nie przypominaj mi o tym - poprosił.
   - Co nie przypominaj? Za chwilę dojedziemy do hotelu, powiesz im, co się stało... Ktoś będzie musiał przewodzić w hotelu. Zostałeś tylko ty.  
   - Zostało nas wielu.
   - Ale tylko ty jeden, który nadajesz się do tego.
   - Nie rozmawiajmy o tym na razie. Później w hotelu, wszystko się wyjaśni.
   Monika zatrzymała samochód. Musieli wyjść, żeby zepchnąć dwa inne samochody, które stały im na drodze. Zasapani, ruszyli dalej.
   - Przepraszam - Monika przerwała ciszę. - Za ten wybuch wtedy... Po prostu myślałeś logicznie. Kto wie, może dzięki temu ocaliłeś nam życie.
   - Miałaś rację - odpowiedział jej Robert. - Ja nie umiem rozpaczać. Nie uważam, że jestem jak Przemek, ale racja, w tym jesteśmy do siebie trochę podobni. Trochę mnie to... przeraża... Ale, jak o tym myślę... Konrad zginął. Wiem o tym. Wiem, że będę musiał powiedzieć o tym Alicji, Pati, całej grupie. Ale... ja nic nie czuję. Ja nie umiem rozpaczać.
   - Taki typ człowieka - Monika wzruszyła ramionami. - Ja umiem rozpaczać. Teraz prowadzę, wiem, że będę musiała się z tym wstrzymać, dopóki nie dojedziemy do hotelu, ale... Kowal, Konrad... Poznałam ich, wytworzyła się między nami nić przyjaźni, dlatego będę rozpaczać. Ludzie nie są tacy sami... Dlatego przepraszam, że oceniałam cię z mojej perspektywy. Powinnam się cieszyć, że ktoś taki jak ty był ze mną, że nie usiedliśmy i nie poddaliśmy się, nie zaczęliśmy płakać. Twoje słowa pomogły mi się pozbierać. Dlatego... W tych okolicznościach, muszę podpisać się pod tym, co mówi Przemek. Nie ma teraz w hotelu nikogo innego, kto mógłby przejąć miejsce Konrada.
   Robert uchylił okno, gdyż zaczęło mu się robić gorąco. Poczuł, jak podmuch zimnego, arktycznego powietrza atakuje jego twarz, jak nos zaczyna go szczypać z zimna.
   - Wiem - odpowiedział po chwili, przerywając ciszę. - Wiem o tym bardzo dobrze... Irytuje mnie tylko to, że on od początku tego chciał. Przemek wygrał. Chciałem za wszelką cenę utrzymać Konrada na tym stołku, ale wiedziałem, że jak dojdzie co do czego, to go zastąpię. A on chciał, żebym zastąpił go jak najszybciej. Ostatecznie, to on miał rację. Od początku. Wszystko ułożyło się po jego myśli...
   *
   Przemek wszedł do kuchni, gdzie zastał Alicję, która zmywała naczynia. Udając, że jej nie widzi, przeszedł do szafki, gdzie zaczął kroić warzywa..
   - Na rosołek mnie naszło - zaczął rozmowę.
   - Uhm - rzuciła, nie patrząc nawet na niego.
   - Ale taki dobry, babciny. Niestety, kury tu nie mamy, więc użyję tych nieszczęsnych kostek. Chyba coś mnie bierze, bo boli mnie głowa, a rosół pomaga na wszystko.
   Kobieta nie odpowiedziała ani słowem, nadal zmywała, wykonując niemal mechaniczne ruchy. Przemek domyślił się, że prawdopodobnie nie słuchała nawet tego, co on do niej mówi.  
   - Sam wszystkiego nie zjem, tym bardziej na świętą noc. Ale, jak Pati nie będzie spała, to może też trochę zje. A jak zaśnie, to zostanie jej na jutro rano.
   - Dobry pomysł.
   - A gdzie ona w ogóle teraz jest?
   - W swoim pokoju. Stasiek u niej jest, uparł się, że będzie czytał jej bajki.
   - To dobrze - powiedział łysy. - To bardzo dobrze, że ktoś teraz przy niej jest.
   *
   Gdy tylko zasnęła, Stasiek zamknął książkę, odstawił krzesło, zdmuchnął świeczkę i powoli, powoli, wyszedł z pokoju, zamykając drzwi najciszej, jak tylko mógł.
   - Nadal ich nie ma - poinformowała go Ewelina, która akurat wychodziła ze swojego pokoju.
   Stasiek bardzo dobrze wiedział, co musi przeżywać ta dziewczyna. Narażała własne życie, żeby uratować ciotkę, ostatnią osobę z jej rodziny, a teraz musiała czekać, czy ona wróci. Nie miała o niej żadnej wiadomości, nie mogła być nawet pewna, czy jej ciotka nadal żyje.
   - Poczekamy do rana - powiedział staruszek. - Przemek powiedział, że jak do rana nie wrócą, to pójdzie ich szukać.
   - Pójdę z nim. Nie będę tu siedzieć i czekać.
   - Nie wiem, czy cię weźmie...
   - To pójdę za nim. Nie będę czekać.
   - Rozumiem co przeżywasz, ale nie wiem, czy to dobry pomysł... Przemek... On zna się na rzeczy, znajdzie ich. Ja, czy ty będziemy mu tylko przeszkadzać. Ktokolwiek będzie mu przeszkadzał. On jest samotnikiem, nie potrzebuje za bardzo innych ludzi. Jest jak wilk. A my jesteśmy przy nim jak zające.
   - Chcesz powiedzieć, że mam siedzieć? Siedzieć i czekać?
   - Nic innego nie możesz zrobić. Ani ja. Musimy siedzieć i czekać.
   *
   Wjechali do lasu, pośrodku którego znajdował się hotel. Dopiero tu poczuli się bezpiecznie. Droga była cała oczyszczona, mieli więc pewność, że już niedługo znajdą się w ciepłym budynku.
   - To dzięki temu miejscu - zaczął blondyn. - Tylko to miejsce, tylko hotel nas ratuje. Dzięki niemu nie jesteśmy jak tamci ludzie...  
   - Mieliśmy szczęście.
   - Ale też pecha. Żyjemy w tym hotelu, nie zdając sobie sprawy z tego, co dzieje się na zewnątrz. Nie jesteśmy naszykowani na zderzenie ze światem zewnętrznym. Sama wiesz, co się stało... Musimy częściej robić wypady, nawet, jeśli mielibyśmy nic nie przynieść. Musimy powoli, powoli przyzwyczajać się do tego, co dzieje się na zewnątrz, nauczyć się, jak sobie tam radzić. Nie możemy polegać tylko na hotelu, musimy zacząć polegać też na sobie.
   - Chcesz powiedzieć, że jesteśmy za słabi, żeby dać sobie radę bez hotelu?
   - W sumie, to tak. Rozleniwiliśmy się w nim. To hotel jest naszą najsłabszą stroną. Musimy się pozbierać, musimy coś z tym zrobić.  
   - Co niby chcesz zrobić? Przecież nikt nie opuści hotelu, tylko dzięki niemu nadal żyjemy.  
   - Nie mówię o opuszczaniu hotelu, tylko debil by tak postąpił. Chodzi mi o to, że musimy więcej czasu zacząć spędzać na zewnątrz. Nie chodzi mi o ten las, chodzi mi o te inne obozy o których mówili. Musimy je znaleźć, zrobić rozeznanie, kto jest bezpieczny, a kto nie. I musimy tych niebezpiecznych unikać.
   - Nie sądzisz, że jak na razie wystarczy nam wyjść na zewnątrz?
   - Na razie wystarczy. Ale niedługo będziemy musieli znowu wyjść...
   *
   Siedziała przy oknie, szczelnie przykryta kołdrą. Postanowiła, że posiedzi jeszcze parę minut, po czym pójdzie spać, gdyż powieki same jej opadały. Złapała się na tym, że raz już zasnęła na siedząco, wstała więc, aby położyć się na łóżku. W tym momencie usłyszała warkot silnika, otworzyła więc brudne okno, wyglądając na zewnątrz. Na teren hotelu wjechał samochód, który miał zgaszone światła. Po chwili z samochodu wyszedł człowiek, który niósł na rękach psa.
   Robert.
   A za nim szła Monika.
   Nie czekając więcej ani chwili, zamknęła okno i wybiegła na korytarz, po czym skierowała się schodami na dół. Była szczęśliwa, że wrócili cali i zdrowi. Stanęła przy drzwiach, gotowa rzucić im się na szyję, gdy tylko przekroczą próg hotelu.
   Drzwi otworzyły się, a ona stanęła jak wryta.
   - Gdzie Przemek? - spytał Robert na wejściu.
   Trzymał on na rękach Hygiego, któremu jedna łapa odstawała pod dziwnym kątem. Kurtka, którą miał na sobie była cała umazana we krwi, twarz miał całą umazaną w popiele, a w jego oczach dało się zauważyć strach. Zupełnie, jakby bał się tego, co czeka go w hotelu.
   - U siebie - odpowiedziała nastolatka, odsuwając się na bok. - Co mu jest?
   - Ma złamaną łapę - odpowiedziała Monika, która zamknęła za sobą drzwi. - Przemek musi mu ją nastawić, tylko on umie robić takie rzeczy.
   Ewelina patrzyła, jak Robert wchodzi do salonu. Poczuła, jak ciotka kładzie rękę na jej ramieniu.
   - Nic mu nie będzie, tylko Przemek będzie musiał się nim zająć.
   - Wiem - odpowiedziała nastolatka. - Ale... Nic, nawet nie powiedzieliście cześć, tylko weszliście... Gdzie Konrad?
   Poczuła, jak Monika ściska dłoń na jej ramieniu. Usłyszała, jak zaczyna szlochać. I już wiedziała, co się stało.
   *
   Łysy wszedł do salonu, gdzie zastał tylko Roberta i owczarka. Podszedł do niego, przecierając łysinę.
   - Alicja i młoda śpią w swoich pokojach - poinformował go Przemek. - Zresztą, chyba wszyscy już śpią.
   - Dlaczego nikogo nie ma na warcie? - spytał Robert.
   - Nie wiem. Ja już mam dość siedzenia, siedziałem ostatnio sporo czasu, teraz oni powinni. A jakoś nikt się nie śpieszy. Przytrzymaj go, zaraz go zaboli.
   Robert złapał owczarka, leżącego na kanapie. Przemek złapał go ostrożnie za złamaną łapę, po czym machnął nią szybko i raptownie. Hyugi pisnął, zaskamlał, wyszczerzył kły.
   - Już po wszystkim, teraz go uspokój. I obwiąż łapę bandażem, żeby jakaś stabilizacja była. Chcesz wiedzieć, jak to było z Kowalem?
   - Nie. Wystarczy mi to, co wiem. Jeżeli to on zepchnął Andrzeja, to wszystko już wiem. I tak musielibyśmy jakoś pozbyć się Kowala, nie trzymalibyśmy go tutaj.
   - Ani nie wypuścilibyśmy go. Nie pozwoliłbym, żeby gość, który wie, gdzie leży hotel latał sobie wesoło na zewnątrz. Dobrze wiesz, że musieliśmy go zabić i to jak najszybciej. Swoją drogą, zamknąłem naszą zbrojownię na kłódkę, klucz ma Kopa. I niech go ma, jemu można ufać. Idziesz do Alicji?
   - Idę. Zwołaj resztę do pokoju Andrzeja. Tam powiem wszystkim, ale jej muszę powiedzieć osobiście... Pati też.
   - Wiesz już, jak to powiesz?
   - Nie.
   - Więc improwizuj. To często się udaje.
   *
   Wszedł bez pukania, zamknął za sobą drzwi, zapalił światło. Kobieta natychmiast zerwała się z łóżka, lecz, gdy zobaczyła Roberta, zamarła. Do jej oczu zaczęły napływać łzy, jednak nie odzywała się ani słowem, nadal mając nadzieję, że blondyn powie jej dobrą wieść.
   - Przykro mi... - tylko tyle był w stanie z siebie wykrztusić.
   Alicja nie wytrzymała, zaczęła płakać, opadła na łóżko, łapiąc poduszkę, którą wtuliła w siebie z całej siły. Robert podszedł do niej, usiadł na łóżku. Siedział, nie wiedząc co zrobić, mając nadzieję, że ta chwila skończy się jak najszybciej.
   - Zostaw mnie - usłyszał. - Proszę... Zostaw mnie...
   *
   - Wszyscy pobudzeni, siedzą u Andrzeja - poinformował go łysy, gdy tylko wyszedł z pokoju kobiety.
   - Powiedziałeś im?
   - Nie, ale domyślają się. Nie są przecież idiotami.
   Ruszyli w kierunku otwartych drzwi, weszli do pomieszczenia, w którym znajdowali się wszyscy, poza Alicją i Pati. Wszyscy patrzyli na blondyna, który co prawda zdjął już kurtkę, lecz nadal miał na sobie spodnie i bluzę, na których była zaschnięta krew.
   - Konrad nie żyje - obwieścił im prosto z mostu. - Jego ciało jest w samochodzie, na tylnym siedzeniu.
   Widział reakcję ich wszystkich. Monika była bliska płaczu, Andrzej zaklął, Stasiek zrobił się cały blady.
   - Mamy jedzenie, udało nam się zebrać. Jutro je zabierzemy, będziemy musieli go też pochować. Wykopiemy mu grób blisko Maćka.
   - Alicja i Pati wiedzą? - spytała Monika.
   - Alicja wie, małej dopiero to powiem.
   - Ja to zrobię - wtrącił się Stasiek. - Mam z nią dobry kontakt. Przekażę jej to jakoś...
   - Jesteś pewien?
   - Jestem. Wystarczy, że musiałeś powiedzieć nam i Alicji.
   - Dzięki - blondyn kiwnął głową. - Wiem już o Kowalu, Przemek mnie poinformował.
   Stali w ciszy, każdy ze spuszczoną głową.
   - To co teraz? - spytał Przemek.
   - O co ci chodzi? - odpowiedział pytaniem Robert.
   - No wiesz, Konrad nie żyje. Z automatu zająłeś jego miejsce. Co teraz?
   - Nie zaczynaj dziś tego tematu. Dziś już wszyscy mają dość. Jutro wykopiemy mu grób, urządzimy pogrzeb. Potem... nie wiem. Potem się zobaczy. Ale na pewno musimy wiedzieć, że trzeba uważać na ludzi na zewnątrz. Nie możemy im ufać. My trafiliśmy na bardzo złych ludzi, którzy robili straszne rzeczy. Dowiedzieliśmy się też, że w okolicy jest kilka dużych obozów, w niektórych mieszka nawet po dwustu, trzystu ludzi. Musimy zrobić rozeznanie, dowiedzieć się, co to za ludzie, z którymi warto trzymać, a z którymi nie. Tak, czy inaczej, nie możemy ufać nikomu z zewnątrz. Każda chwila nieuwagi może kosztować nas życie.
   Z początku nastała cisza, która została przerwana przez Przemka, który zaczął klaskać. Podszedł on bliżej Roberta, uśmiechnął się.
   - Postawa godna przywódcy - powiedział.
   - Zamknij się już z tym. Nie prosiłem się o to.
   - Ja też się o wiele rzeczy nie prosiłem, a wiele dostałem. Takie niespodzianki. Ale, ta niespodzianka bardzo mnie cieszy. Znaczy, śmierć Konrada mnie nie cieszy, nie odbierzcie mnie źle, cieszy mnie to, że Robert zacznie w końcu robić coś pożytecznego, co powinien robić od samego początku. Cóż - zaklaskał znowu. - Brawo.
   Robert nie wytrzymał, złapał go za sweter, tuż przy szyi, przygwoździł do ściany.
   - Ani słowa! Skoro tak bardzo chcesz, żebym rządził, to pamiętaj, że od teraz w każdej chwili mogę cię stąd wyrzucić! Mam już dość ciebie, jak i całej tej sytuacji! I, obiecuję ci to, jeszcze jedna twoja mądra wypowiedź, a opuścisz ten hotel szybciej, niż tu trafiłeś!
   Łysy zrobił się cały czerwony na twarzy, odtrącił jego ręce, popchnął na przeciwległą ścianę.
   - Kogucik zaczyna podskakiwać, tylko trochę obrósł w piórka? Nie wyrzucisz mnie stąd, bo wiesz, że jestem potrzebny wam wszystkim. Wszystkim, bez wyjątku. Więc przestań błaznować, bo to, że rządzisz, to jeszcze nie powód, żeby nie dawać ci w mordę.
   Po tych słowach Przemek wyszedł z pokoju, trzaskając drzwiami.
   - Nie możemy sobie pozwolić na takie zachowanie! - blondyn wskazał na drzwi. - On od jutra ma zakaz przebywania w tym hotelu! Dostanie namiot i niech robi co chce! Ale wejścia tu nie ma! Dość tego! Nie możemy sobie pozwolić na to, żeby grupa się rozpadała, jesteśmy grupą, rodziną, i nie pozwolę, żeby coś złego stało się jeszcze komukolwiek z nas! Będę o to walczył! Wszyscy musimy o to walczyć! O bezpieczeństwo, o żywność, o życie. W tym świecie o wszystko musimy walczyć!
   *
   Wszedł do jej pokoju, zapalił lampkę, która stała przy jej łóżku. Z początku się nie budziła, potrząsnął więc nią leciutko. Ziewnęła, przeciągnęła się, otworzyła oczy.
   - Słucham? - powiedział, gdy zauważyła Staśka.
   - Cześć. Przepraszam, że cię budzę.
   - Co się stało? Jest jeszcze noc.
   - Wiem, dlatego przepraszam. Chodź, siadaj.
   - Ale co się stało? Wrócili? Tata, Hyugi, Robert i Monika?
   Stasiek podrapał się po głowie, nie miał pojęcia, jak jej to powiedzieć.
   - Tak. Wrócili.
   Dziewczynka zerwała się niemal natychmiast, rzucając w stronę drzwi, jednak Stasiek był na tyle szybki, że zdążył ją złapać.
   - Nie, nie! Nie biegnij tam!
   - Dlaczego? Ja chcę do taty! Gdzie tata!? Hyugi!?
   - Przyjechali - powiedział, przytulając ją do siebie na siłę, trzymając, aby się nie wyrwała. - Pati, twój tata miał wypadek.
   Dziewczynka zaczęła się mocniej wyrywać, jednak staruszek jej nie puszczał. Płakała, krzyczała, wołała tatę.
   - Gdzie tata!? Tato! Co stało się z tatą!?
   Stasiek zacisnął zęby, czując, jak słone łzy spływają mu po polikach, na brodę.
   - Twój tata nie żyje...
   - Tatooo!
   *
   Mróz był niemal nie do wytrzymania. Mimo tego, że na ziemi położyli karimatę i dwa koce, dopiero na tym śpiwór, a na niego jeszcze kolejne cztery grube koce, to i tak odczuwali zimno.
   Nie mieli wyjścia, musieli spać razem w jednym śpiworze, do tego byli dość grubo ubrani, więc musieli się dosłownie gnieździć.
   - Powinniśmy rozpalić ognisko - rzuciła Natalia, trzęsąc się z zimna.
   - Z czego? - spytał Kuba. - W okolicy nie ma drewna. Ciesz się, że mamy tyle koców.
   Dziewczyna przekręciła głowę, gdyż zaczął ją boleć kark.
   - Jutro nie śpimy na ziemi, musimy coś znaleźć. Mogliśmy poszukać jakiegoś samochodu i położyć się na siedzeniach...
   - Nie gadaj tyle, ja chcę zasnąć.
   - Zaśniesz teraz? Przy takim mrozie?
   - Co w tym trudnego? Zamykam oczy i zasypiam.
   Dziewczyna warknęła ze złości, gdyż żarty Kuby nic a nic nie poprawiały sytuacji.
   - Nie mam pojęcia, jak twoja żona i syn mogli z tobą wytrzymywać.
   - Syn nie wytrzymywał. Macie nawet podobne charaktery. Żona... Kochałem ją. Ona kochała mnie. I na tym skończmy.
   *
   Zatrzymali się przed pogorzeliskiem, zeszli z motorów. Mężczyzna z długimi, rudymi włosami zdjął kask, zrobił dwa kroki do przodu.
   - Kurwa mać - rzucił pod nosem.
   - Co teraz robimy? - spytał jeden z jego ludzi.
   Mężczyzna z rudymi włosami przeszedł jeszcze kilka kroków. Przyglądał się spalonym ruinom, wiedział jednak, że to bez celu, że nic tu nie znajdzie.
   - Musimy poszukać jedzenia gdzie indziej - odpowiedział.
   - Gdzie? - spytał gruby, zarośnięty mężczyzna ze szramą na pół twarzy. - Behemot, sam dobrze wiesz, że przeszukaliśmy całą okolicę, wszystkie obozy, jakie tylko istnieją płacą nam haracz... Tu już nigdzie nie ma żywności.
   Mężczyzna o długich, rudych włosach podszedł do swojego motoru, założył kask.
   - Czytałeś biblię? - spytał.
   - Nie. Co ma biblia do jedzenia?
   - Szukajcie a znajdziecie. Dążcie, a będzie wam dane. Jaki jest wniosek z tych słów? Nic nie jest za darmo, na wszystko trzeba zapracować. Bóg daje nam jasno do zrozumienia, że o wszystko musimy walczyć.

____________________________________________________________________

   Mój boże, udało się xD Drugi sezon dobiegł końca! Sam w to nie wierzę xD Cóż, mam nadzieję, że całość sezonu Wam, moi drodzy czytelnicy, się spodobała. Wiem, wiem, było dużo przegadanych rozdziałów, ale to w końcu post apo, muszą gadać, więc mi tu nie narzekajcie :P Cóż, tradycją się już staje, że po zakończeniu sezonu jesteście skazani na dodatek, który serwuję Wam poniżej:

   I - Mój komentarz
   Ja osobiście miałem jeden wielki ubaw, gdy wstawiałem coraz to kolejne rozdziały. Chciałbym widzieć Waszą reakcję podczas czytania niektórych momentów xD Niestety, nie widziałem, musiałem zadowolić się komentarzami :P
   No, ale wracając do tematu, mi tam sezon się podobał i to bardzo, mogę tylko mieć nadzieję, że Wam też. Jak już zaznaczyłem, może i sezon był troszkę, tak troszeczkę przegadany, ale jak dla mnie były to ważne rozmowy, wpływające na bohaterów, więc nie dało rady ich wyciąć :P

   II - Mrok...
   Tak, doszły mnie słuchy, że poprzedni rozdział był trochę mroczny... Nie wiem, o co Wam chodzi xD Że kanibale? Że dzieciożercy? Cóż, zdarzenia były inspirowane tym, co działo się już kiedyś na ziemi, na przykład podczas wielkiego głodu na Ukrainie, więc wydaje mi się, że po apokalipsie coś takiego też mogłoby mieć miejsce...

   III - Kolejny sezon
   Tak, kolejny sezon też będzie miał 10 rozdziałów i 2 zapowiedzi, czyli nic się nie zmieniło. Zmieniło się jednak to, że rozdział rozszerzony (ten 6000 słów) to, na 90%, będzie rozdział nr. 5... Tak wyszło xD A jak nie piąty, to któryś będzie miał 6000 słów, spokojnie :P
   A tak w ogóle, poczekacie chwilkę na kolejny sezon, wybaczcie. Teraz przez najbliższe 2 tygodnie dostaniecie dwu rozdziałową opowieść pod tytułem "Wilk tundrowy" (rozdział co tydzień, żeby nie było), dopiero potem nastąpi premiera 3 sezonu Ziemi :P
   Ach, żebyście wiedzieli, co Wam szykuję w kolejnym sezonie :D Całe szczęście, nie wiecie, bo byście mieli spore spoilery xD
   A kolejny sezon zmieni wszystko...

   IV - Dlaczego zrobiłem przerwę między sezonami?
   Bo piszę "Wilka tundrowego" xD To króciutka opowieść, 2 rozdziały, więc jakoś przeżyjecie :P Oczywiście, nie odbierajcie tego jako sygnału, że kończę Ziemię, nie kończę (według planów jeszcze ją trochę popiszę...), co mogę udowodnić tym, że połowa pierwszego rozdziału trzeciego sezonu jest już napisana, po prostu naszło mnie tak na tego Wilka... Że muszę to napisać xD

   V - Kuba?
   Tak, ojciec Roberta pojawia się i znika, niczym Kopa na przejściu dla pieszych... I chyba na razie tak zostanie xD Spokojnie, jego wplątanie w fabułę zbliża się wielkimi krokami, więc w końcu dojdzie do spotkania ojca i syna :P

   VI - Lista obecności
   Słuchajcie, zgłaszam się do Was z prośbą. Bardzo mi zależy, żeby dowiedzieć się ilu ludzi NAPRAWDĘ czyta Ziemię... Jeśli nie jest to ponad Wasze siły, zostawcie pod tym rozdziałem komentarz. Nie musi to być jakaś zaawansowana wypowiedź zawierająca zdania podrzędnie złożone, wystarczy krótkie "obecny", a moja dusza będzie szczęśliwa ;)

   VII - Kryptoreklama...
   Właśnie, reklama... Muszę Was prosić jeszcze o reklamę. Rozgadajcie znajomym o mojej twórczości, niech i inni zagłębią się w świat pełen gruzu i śniegu, w świat pełen bólu i cierpienia w którym nie można mieć wszystkiego :D

   VIII - Ankieta
   Tak, ankieta :D Ciekawość dosłownie mnie zżera, która postać jest Waszą ulubioną i dlaczego? Jeśli macie czas i chęci, napiszcie to w komentarzu :D

   IX - Ciekawostki sezonu drugiego:
   - Według początkowych planów rozdziały "Warownia" i "Twierdza" miały być publikowane w odwrotnej kolejności, jednak, po konsultacjach z zaufanym człowiekiem, doszliśmy do wniosku, że tak uda się podbić Waszą ciekawość :D
   - W ogóle obronę hotelu w "Twierdzy" uważam za najgorszy fragment powieści, jaki napisałem... Cóż, samokrytyka boli :'(
    - W rozdziale "Akt oskarżenia", we wspomnieniach z życia Kopy, jego dowódca mówi o Holendrze, którego kiedyś aresztował. Holender ten miał się zwać "Chriss Dolgon". Otóż postać Chrissa van Dolgona będzie jednym z głównych bohaterów mojej kolejnej powieści, pod tytułem "Złoty obelisk" (będzie to fantasy) ;)
   - Pomysł na umieszczenie utworu z "Czterech pancernych" w rozdziale "Córeczka tatusia" naszedł mnie w czasie, kiedy pisałem rozdział, a w telewizji lecieli akurat "Czterej pancerni". Taki zbieg okoliczności xD
   - Według początkowych zamierzeń historia miała potoczyć się na jeden z dwóch sposobów. Ostatecznie Kowal zepchnął Andrzeja, natomiast, jeśli by tego nie zrobił, Andrzej zginąłby w trakcie wyprawy po zapasy (miał iść z Robertem, to oni natrafiliby na kanibali)
   - Co do śmierci, Konrad miał zginąć w trakcie kolejnego ataku na hotel, ale doszedłem do wniosku, że co za dużo ataków na hotel to nie zdrowo xD
   - Rozdział "Ostrzeżenie" miał z początku być napisany całkowicie z perspektywy Kopy (miałem go pisać w pierwszej osobie), ale po napisaniu około 1000 słów doszedłem do wniosku, że trochę dziwnie to wygląda, poza tym takie pisanie nie dawało mi możliwości wytłumaczenia kilku rzeczy,. więc porzuciłem ten pomysł.
    - Obóz na który trafiają Monika, Robert i ś. p. Konrad jest pozostałością po pomyśle, aby to Kopa i Kowal na niego trafili. Miało dojść w nim do masakry (w czasie ich pobytu miał go najechać gang motocyklistów), a jako jedyny miał ocaleć Kopa.

   X - Słowo końcowe
   Tak, już kończę xD Cóż, nie pozostaje mi nic innego, jak prosić Was o to, abyście w trakcie czekania na kolejny sezon Ziemi zagłębili się w świat "Wilka tundrowego". Mam nadzieję, że ta krótka opowiastka Wam się spodoba :D

   Do przeczytania za tydzień, moi drodzy czytelnicy i drogie czytelniczki!
   Niech Wam bozia w dzieciach wynagrodzi czas, który poświęcacie na czytanie moich wypocin xD

   P.S. Pamiętajcie, że w kolejnym sezonie wszystko się zmieni... Nikt nie będzie bezpieczny, każdy będzie zagrożony, a niebezpieczeństw będzie więcej i więcej.
   Bezpieczna przystań przestanie być bezpieczna.
   Nowe zagrożenie zawita szybciej, niż można by oczekiwać, uderzy szybko i bezwzględnie, mając tylko jeden cel...
   Zabić.

   - I co zrobisz teraz? - spytał, szczerząc kły. - Tylko ja i ty. My. A naokoło śmierć. Który przed nią ucieknie? Który da radę? Chodź. Sprawdźmy...

   Ogień trawi...
   Popiół użyźnia...

   A zazdrość spycha w czeluść...

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 8459 słów i 46921 znaków.

3 komentarze

 
  • igor

    Świetne opko, czytam na wdechu :exclaim:

  • Armiks

    Gabi!! Ty mnie nie denerwuj! To jest świetne. Zostaw biednego twórcę! A tak poważnie to nie mam żadnych zastrzeżeń - pisz dalej oby szybko :)

  • Kuri

    @Armiks Spokojnie, piszę, bez obaw xD Ta Gabi to jest denerwująca, no nie? xD A na poważnie, krytyka zawsze będzie przeze mnie mile widziana, a Gabi w krytykowaniu się odnajduje, więc jestem z niej dumny, że wykonuje wzorowo swoje powołanie xD

  • Gabi14

    Nie żebraj o udostępnianie, bo to jest smutne i niesatysfakcjonujące - țy robisz to co lubisz nie zważając na to ile osób to czyta. Za dużo "xD" i nie jestem przekonana co do fantastyki w twoim wydaniu, ale nie ocenia się książki po okładce :D cóż fragment w domku kannibali był jak na mój gust trochę za krótki, zbyt gwałtowna śmierć Konrada i zjadłeś "k" w słowie ,,tak", całokształt jest okey, ale... no xd

  • Kuri

    @Gabi14 Lubię "xD" :D No, ja tam jestem bardzo ciekaw fantastyki, którą napiszę, czy ludzie ją przyjmą, czy nie, ale do tego jeszcze sporo czasu :P
    Za krótki? Co mieli tam jeszcze robić? Kotlety tłuc? xD Nie, no dawaj, dopisz, co miałaś napisać po "ale" :P

  • Gabi14

    @Kuri ale to co wypisałam wyżej ????

  • Kuri

    @Gabi14 Jak to, to nie ma więcej krytyki? xD Jestem bardzo ciekaw... Jak Ty zabiłabyś Konrada? Pytam z ciekawości, lubię krzyżować ze sobą wyobrażenia kilku osób o danej scenie ^^

  • Gabi14

    @Kuri jutro na pw xd

  • Kuri

    @Gabi14 Ok, czekam xD