Ziemia z popiołów III: Rozdział 06 - Uczucia

Ziemia z popiołów III: Rozdział 06 - UczuciaWystrzelił.
   Ciało Kowala padło na ziemię, wzbijając w górę chmurę kurzu, stając w płomieniach.
   - Zabiłeś mnie!
   Skąd dochodzi ten głos?
   - Zabiłeś mnie!
   Nie! Ja się tylko broniłem! Walczyłem o swoje życie!
   - Zabiłeś mnie!
   Widział, jak Konrad staje przed nim, jak krew z dziury w jego głowie wypływa, skapując na szyję, tors, cieknąc po nogawce, pozostawiając kałużę krwi pod jego nogami.
   - Zabiłeś mnie!
   Słyszał, czuł przerażenie... Widział ciało Konrada, które nie otwierało ust.
   - Zabiłeś mnie!
   Daj mi spokój! Zostaw mnie! Odejdź ode mnie!
   - Zabiłeś mnie!
   Ciało Konrada podeszło do niego, złapało go za ramiona. Chciał uciekać, jednak jego ciało było sparaliżowane, nie potrafił się nawet ruszyć.
   - Zabiłeś mnie!
   Konrad otworzył usta, ukazując szereg spiłowanych zębów. Widział między nimi kawałki mięsa, które skapywały mu też po brodzie.
   - Zabiłeś mnie!
   Zęby zbliżały się do niego powoli, czuł ciepły oddech na szyi. Wiedział, że on go ugryzie, że nie da rady uciec...
   - Zostaw mnie! - ryknął przebudzając się.
   *
   Wiedział, że musiał działać, dopóki tamtych nie było w okolicy. Wyjrzał ponownie zza gruzu, przy czym syknął z bólu, który promieniował z poparzonych miejsc. Rozejrzał się po okolicy, nie zauważając żadnego niebezpieczeństwa, postanowił więc działać.
   Rzucił się biegiem w stronę niedogaszonego ogniska, starając się być najciszej, jak tylko mógł. Właściciele plecaków do których zmierzał znajdowali się w pewnej odległości, stali odwróceni tyłem, wyglądając czegoś na horyzoncie, więc lepszej sytuacji nie mógł sobie nawet wymarzyć.
   Niemal bezgłośnie dopadł do plecaków, które z miejsca zaczął przeszukiwać. Ubrania wyrzucał na bok, szukał żywności, która lądowała w kieszeniach jego bluzy. Dwie puszki, baton, wszystko było na wagę złota.
   - Złodziej! - usłyszał, po czym poczuł, jak tętno skacze mu do góry.
   Wyrzucił plecak z rąk i już miał uciekać, gdy zauważył nóż, wbity w kawałek drewna, tuż przy ognisku. Nie zastanawiając się ani chwili, chwycił ostrze, po czym rzucił się biegiem do ucieczki. Przebiegł około stu metrów, gdy usłyszał kamienie, lądujące na ziemi, tuż za jego plecami, oraz przekleństwa kierowane w jego stronę, na co przyśpieszył jeszcze bardziej, skręcając lekko w bok. Wbiegł na pozostałości po strzeżonym osiedlu, chowając się za ruiną jednego z domków, gdzie odczekał około dwudziestu minut. Odsapnął, po czym wyszedł, zadowolony z faktu, że nikt go do tego miejsca nie ścigał. Stanął jeszcze przy przewalonym ogrodzeniu, skąd spojrzał w stronę miejsca z którego przybiegł. Nie zauważył nikogo, najwidoczniej tamci postanowili go nie ścigać.
   Ruszył szybkim krokiem w swoją stronę. Specjalnie skręcił w kierunku tych ruin, gdyż chciał, aby ewentualny pościg pobiegł tam, a nie w stronę jego kryjówki, którą był jeden z przewróconych wagonów kolejowych. Gdy tylko wszedł między tory, od razu skierował się do niebieskiego wagonu, na który musiał wejść, aby górą, przez wybitą szybę, dostać się do środka.
   Gdy tylko znalazł się w wagonie, zakrył nos, gdyż śmierdziało tu pleśnią, która pokrywała większość foteli. Bez słowa skierował się w kierunku kabiny maszynisty. Uchylił drzwi, wsunął się do środka, gdzie niemal upadł, gdy poczuł, jak ktoś rzuca mu się na szyję.
   - Bałam się! Długo cię nie było! - W jej głosie było oskarżenie skierowane w jego stronę. - Miałeś być za pół godziny!
   Objął ją mocno w pasie, pocałował w czoło, przypominając sobie dzisiejszą noc, kiedy omal nie stracił jej na zawsze.
   - Przepraszam. Trochę się zeszło, ale już jestem. Mam trochę jedzenia.
   Usiedli w rogu kabiny, opierając się o fotel maszynisty, gdzie Robert wyjął wszystko, co miał w kieszeniach, kładąc zdobycze na podłodze. Puszka pasztetu, druga z mieszanką owoców tropikalnych w syropie, jeden pognieciony baton, owinięta w folię garść krakersów, oraz drugie zawiniątko, w którym odkrył trochę niezmielonych ziaren kawy.
   - Przepraszam, tylko tyle udało mi się znaleźć.
   - Musiałeś to komuś ukraść? - spytała.
   Nie odpowiedział, wyciągnął nóż, który nie tak dawno ukradł, wykorzystując go do otwarcia puszek. Z początku zjedli krakersy, które smarowali pasztetem, następnie podzielili mniej więcej po równo owoce z puszki, oraz baton. Całość popili syropem z owoców, oraz resztką wody, która im została.
   Po posiłku wtulili się w siebie, przykrywając kurtką maszynisty, którą znaleźli za fotelem. Nie trzeba było dużo czasu, gdy Robert zorientował się, że Ewelina zapadła w głęboki sen.
   *
   - Ewelina! - z każdym kolejnym krzykiem czuł coraz większy ból w gardle, coraz więcej łez zalewało jego twarz.
   Kolejne dziesięć uciśnięć, kolejne trzy wdechy. Walczył, nie miał zamiaru się poddać, mimo tego, co podpowiadał mu zdrowy rozsądek.
   Dziesięć uciśnięć, trzy wdechy. Kolejne dziesięć uciśnięć, kolejne trzy wdechy...
   W chwili, gdy wdychał jej powietrze do płuc, poczuł, jak jej ciałem wstrząsają drgawki. Gdy tylko odsunął swoje usta od jej, zaczęła kaszleć. Z nową nadzieją w oczach, złapał ją za ramiona, pomógł usiąść, obserwując, jak siada na ziemi, kaszląc, oraz trzymając się za klatkę piersiową.
   Gdy tylko otworzyła oczy, odnajdując go wzrokiem, poczuł szczęście, którego nie potrafił opisać.
   *
   Spała względnie spokojnie, czasem tylko mamrocząc coś pod nosem, on jednak nie zmrużył nawet oka. Noc właśnie przemijała, ustępując pola wschodzącemu słońcu. Czuł, jak z chwili na chwilę robi się coraz cieplej, jak promienie słoneczne zaczynają nagrzewać wagon. Ledwie kilka minut po tym, jak słońce wzniosło się ponad horyzont, rozjaśniając całą okolicę, poczuł, jak poruszyła się, po czym uniosła powoli głowę z jego ramienia.
   - Śpij jeszcze - powiedział, udając, że też dopiero co wstał. - Za jakąś godzinę cię obudzę, pójdziemy dalej.
   - Już nie chcę spać. Musimy tam wracać jak najszybciej, zobaczyć, czy inni tam na nas nie czekają.
   - Na pewno nie czekają na nas o brzasku. Mówię ci, idź jeszcze spać, obudzę cię, jak słońce będzie wyżej.
   Dziewczyna bez słowa wstała na nogi, przeciągnęła się, poprawiając kurtkę maszynisty, która sięgała jej aż do samych kolan. Nim Robert zdążył wstać, ta już wychodziła z kabiny. Pomógł jej wyjść z wagonu, po czym sam wydostał się na górę.
   Temperatura była na plusie, choć na pewno nie na tyle, aby nie leciała im para z ust. Przeszli kilka metrów, do miejsca, gdzie rozłożyli znaleziony płat folii, który rozłożyli na ziemi, nieudolnie naśladując pułapkę na rosę, które Przemek porozkładał pod hotelem. Całą wodę zleli do butelki, uzyskując około pół litra życiodajnego płynu. Złapali po małym łyku, resztę zostawiając na później.
   Ruszyli żwawym krokiem w kierunku, z którego przybyli tu poprzedniego dnia. Jedyną rzeczą, która zaprzątała umysł Roberta, był fakt, że jedyne co posiadali, to niecały litr wody, nóż, który ukradł, oraz garść ziaren kawy. Te myśli w żaden sposób nie napawały go optymizmem.
   Przechodzili w kompletnej ciszy przez gruzowisko, gdy blondyn poczuł, jak traci grunt pod nogami. Po chwili cały obraz uniósł się do góry, on natomiast natrafił na twardą, zimną podłogę. Nie dał rady wylądować na nogach, przewrócił się na plecy, uderzając głową o ścianę, oraz naruszając piekący pęcherz po oparzeniu na plecach.
   - Robert! - Usłyszał gdzieś w oddali, odzyskując przytomność, którą najwidoczniej stracił na kilka sekund.
   Złapał się za bolącą głowę, po czym wstał, rozglądając się po ciemnym pomieszczeniu, w którym się znajdował. Przez dziurę w dachu, którą tu wpadł, wpadały promienie słoneczne, rozświetlające choć trochę piwniczkę. Jego uwagę przykuło kilka mebli, stojących pod ścianą, oraz świeczki, które leżały porozwalane po podłodze.
   Przypomniał sobie, że już kiedyś tu był. Wleciał do tej samej piwnicy, w której przetrzymywał ich tamten psychopata, którego zabił Przemek.
   - Jestem cały - odpowiedział, otwierając po kolei drzwiczki szafek.
   Przeszukał calutkie pomieszczenie, nie znajdując nic wartościowego, poza kocem, który zapodział się na jednej z półek. Wyszedł tą samą dziurą, którą tu wleciał, po czym otrzepał z kurzu zarówno siebie, jak i znaleziony, czerwony koc.
   - Poznaję to miejsce - poinformowała go Ewelina.
   - Ja też. Znalazłem w środku koc, nic poza nim nie nadaje się do zabrania.
   Ruszyli dalej, tym razem patrząc uważnie pod nogi, szczególnie uważając, by nie wpaść do kolejnej piwnicy. Do południa byli już pod lasem, pośrodku którego znajdował się hotel, nie był to jednak ten sam las, który oni pamiętali. Wszędzie, jak okiem sięgnąć, stały zwęglone drzewa, niektóre nadal dymiące, nigdzie nie było natomiast widać żadnych oznak życia, nawet przelatujących tędy ptaków.
   Złapali się za ręce, dodając sobie nawzajem otuchy, dopiero wtedy weszli pomiędzy drzewa.
   *
   Cisza.
   To słowo najtrafniej oddawało ponury klimat tego miejsca. Jedynym, co słyszeli od dłuższego czasu były ich własne oddechy, oraz odgłosy stawianych po zwęglonym runie leśnym kroków. Doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że są coraz bliżej hotelu, gdyż poznawali okolicę, a zwłaszcza jedno, charakterystycznie zakrzywione drzewo. Już stąd dostrzegli cienką strużkę czarnego dymu, unoszącą się w górę.
   - Nadal się pali? - spytała nastolatka.
   - Może się tlić - odpowiedział krótko Robert, pociągając ją za sobą.
   Stanęli na jednym z przęseł ogrodzenia hotelu, które leżało kilkanaście metrów od miejsca, gdzie stało przed wybuchem cysterny. Powoli podeszli do fundamentów hotelu. Jedynym, co dostrzegali był gruz, oraz zwęglone deski i belki, walające się po całej okolicy.
   - Boże... - westchnęła nastolatka, chowając się z nim, zakrywając twarz dłonią.
   Już po chwili zauważył to, co ona. Ktoś musiał wygrzebać kilka ciał, po czym ułożył je na kupie i podpalił. To z nich wydobywała się cienka strużka dymu.
   - Poczekaj - nakazał jej, samemu ruszając w kierunku spalonych zwłok.
   Stąpał powoli, niepewnie, czując, jak krew w jego żyłach zaczyna płynąć coraz szybciej. Denerwował się, czy raczej bał tego, ile ciał naliczy. Czy kogoś rozpozna? Na kilka kroków przed tlącym się stosem zasłonił nos koszulką, gdyż smród zrobił się nie do wytrzymania. Podszedł na półtora metra, przystanął. Wytarł łzy, które samoistnie napłynęły mu do oczu, po czym przyjrzał się dokładnie zwłokom.
   Ciężko było cokolwiek rozpoznać, gdyż ciała były tak bardzo wypalone, że większa ich część rozsypała się na popiół. Jedyne, czego Robert był pewien, było to, że naliczył trzy osoby, nie potrafił jednak rozpoznać dokładnie, kto to był.
   Czując, że zbiera mu się na wymioty, zawrócił i przyśpieszonym krokiem wrócił do Eweliny. Nastolatka wycierała właśnie łzy, którymi opłakiwała tych, którzy zginęli w hotelu.
   - Trzy osoby - wykrztusił blondyn. - Nie wiem kto, nie poznałem. Ale na pewno trzy osoby. Jeden to musiał być Kowal, a ta dwójka...
   Jednocześnie olśniło i jego i ją. Popatrzyli po sobie, uzmysławiając sobie, kto tam leży.
   - Andrzej - Ewelina ponownie zasłoniła usta dłonią. - Przecież nie mógł chodzić...
   - A skoro Andrzej, to Kinga też - uzupełnił Robert. - W ogóle nie przeszło mi przez myśl, że przecież on nie mógł chodzić...
   - Przecież Kinga była w ciąży...
   Przez chwilę zapadła głęboka cisza. Żadne z nich się nie odzywało, odeszli na kilkanaście metrów od unoszącej się w górę strużki dymu. Obeszli fundamenty hotelu naokoło, przyglądając się uważnie miejscu, w którym przebywali przez ponad pół roku.
   - Było go zabić, jak była okazja - syknął blondyn, czując narastający gniew.
   - Kowala? Kto mógł wiedzieć, że zrobi coś takiego? Kto w ogóle wiedział, że on nadal żyje?
   - Przemek miał rację. Trzeba działać profilaktycznie. Drugi raz nie pozwolę, aby coś takiego się przytrafiło. Gdy tylko będą co do kogoś jakieś wątpliwości, trzeba będzie się go pozbyć, zanim zrobi coś takiego.
   Nastolatka ostatni raz rzuciła okiem na gruzy, które pozostały po hotelu, po czym westchnęła.
   - Czyli cioci tu nie ma...
   - Mówiłem, trzy ciała. Reszta prawdopodobnie żyje. Przemek na pewno, nie ma jego namiotu, poza tym ktoś i tak tu był przed nami.
   - Skąd wiesz?
   - Spójrz tam, gdzie leżą Maciek i Konrad. Nie ma folii na rosę. Nie spłonęła, bo stała za daleko od hotelu, ogień jej nie dosięgnął. Podejrzewam, że wziął ją Przemek, ale to mógł być w sumie każdy... Nie wiem, czekamy tu, czy idziemy?
   - Nie wiem... Nie wiemy, czy ktoś tu jeszcze przyjdzie, czy już nie. Ale może na wszelki wypadek zostańmy?
   Przeszli kilka metrów do tyłu, aby nie widzieć spalonych ciał. Wysprzątali dokładnie kawałek terenu, gdzie rozłożyli koc, na którym usiedli. Robert wyzbierał z okolicy trochę drzewa, które nadal nadawało się na ognisko, po czym, korzystając z żaru, który zachował się pod popiołem, rozpalił ogień. Siedzieli, wpatrzeni w płomienie, zastanawiając się, co powinni teraz począć.
   Ogień szybko trawił nadwęglone drwa, które niemal natychmiast się skończyły, pozostawiając po sobie tylko popiół.
   - Koniec ognia - rzuciła Ewelina. - Mogliśmy zostawić te drzewo na noc.
   - Chcesz tu siedzieć do nocy?
   - Chcę jak najszybciej odnaleźć ciocię.
   - Nie odnajdziemy jej siedząc tutaj.
   - Kto wie? A może chodzi, szuka nas? I dlatego powinniśmy siedzieć, czekać, aż przyjdzie i nas znajdzie.
   - A jak już tu była? Widziałaś, że ktoś zabrał folię, może to była ona? Przyszła, nie znalazła nas i poszła dalej?
   - To co, mamy iść dalej? Iść i liczyć na to, ze może ją znajdziemy?
   - Do jasnej cholery! To mamy siedzieć i liczyć na to, że może ona nas znajdzie?
   Wybuch złości zaskoczył Ewelinę, której wzrok uciekł w ziemię. Teraz już w kompletnej ciszy siedzieli, każde wpatrując się w coś innego. Ewelina obserwowała robaka, który dzielnie pokonywał koleiny, pomiędzy strawionymi placami mchu, Robert natomiast przyjrzał się nożowi, który ukradł poprzedniego dnia, wieczorem. Nóż wyglądał bardzo staro, rękojeść była drewniana, owinięta w ciemnobrązową skórę. Ostrze było wykonane z ciemnego metalu, który, po dokładniejszym przyjrzeniu się, składał się z dwóch kolorów, ciemniejszego i jaśniejszego, pozwijanych, niczym fale. Gdzieś w umyśle Roberta zaiskrzyła się pewna myśl, przecież on wiedział, co to za stal.
   - Stal damasceńska - mruknął pod nosem.
   Ewelina spojrzała na niego pytająco, jednak nie odezwała się ani słowem.
   - Ten nóż jest ze stali damasceńskiej. Po rękojeści można stwierdzić, że to w sumie antyk. Nigdy nie widziałem takiego noża.
   Po tych słowach schował ostrze za pas, wstał, otrzepał spodnie.
   - Przepraszam, że krzyknąłem... Ale nie możemy tak siedzieć. Musimy działać. Wstawaj. Wiemy tyle, że nie uciekli w naszą stronę, inaczej byśmy na nich natrafili. Teraz pójdziemy w drugą stronę. Może uda nam się kogoś znaleźć.
   *
   Idealnie czyste niebo, na której nie dało się wypatrzeć nawet jednej chmurki, oznaczało jedno - tej nocy będzie zimno. Nie mieli kompletnie nic do rozpalenia ognia, musieli więc ukryć się w takim miejscu, aby tracić jak najmniej ciepła. Przed samych zmierzchem Ewelina wypatrzyła drogę, przy której, w rowie, leżało kilka samochodów. Bez słowa rozpruli siedzenia jednego z nich, uzyskanym materiałem zasłaniając wybite okna w drugim. Ze wszystkich wyzbierali materiał, oraz gąbkę, które to wrzucili do jednego samochodu. Rozłożyli przednie siedzenia do samego końca, uzyskując dość wygodne posłania. Każde z nich zajęło swoje miejsce, okrywając się materiałem, oraz okrywając szczelnie kawałkami gąbek.
   - Gdzie jutro idziemy? - spytała nastolatka.
   Roberta irytowało trochę to, że Ewelina całkowicie zdawała się na niego. Sam był nadal roztrzęsiony, a fakt, że hotel już nie istniał docierał do niego powoli. Czuł gniew za każdy razem, gdy uświadomił sobie, jak głupio postąpili, z góry zakładając, że Kowal nie przeżył i że nie będzie starał się zemścić. Wystarczyło tylko trochę pomyśleć...
   - Zobaczymy - odpowiedział blondyn szybko, okręcając się na bok.
   - Znasz Przemka lepiej, niż ja... Wiedz, dokąd mógł pójść?
   - Chyba chcesz wpierw odnaleźć ciotkę...
   - Chcę. Ale z Przemkiem byłoby nam łatwiej ją odnaleźć. Zna się na tym. Domyślasz się chociaż, dokąd mógł się udać?
   - Nie mam pojęcia. To Przemek, nikt nie ma pojęcia, gdzie on mógł poleźć. Nikt nie da rady go rozgryźć, ani przewidzieć, co zrobi. To jest właśnie Przemek.
   - A co ty byś zrobił, gdybyś był sam?
   - W sensie?
   - Gdybyś uciekł sam. I sam musiał się sobą zająć.
   Robert poczuł, jak jakiś owad, zapewne mrówka, przechadza się po jego poliku. Zrzucił ją jednym ruchem dłoni. Cholerne mrówki zwiadowcy, pomyślał.
   - Szukałbym bezpiecznego miejsca. I widocznego. Liczyłbym na to, że, jeżeli ktoś przeżył, będzie się kierował do widocznego miejsca. Ale jest w tym wszystkim jeden problem... Tu nie ma widocznego miejsca. Wszędzie monotonna, równa przestrzeń. Żadnych wysokich punktów. Całkowity brak punktów orientacyjnych. Jeżeli oni nadal żyją, to nie mam pojęcia, jak my się poodnajdujemy.
   - A znaki?
   - Jakie znaki?
   - Gdzieś na słupach, czy tabliczkach... Moglibyśmy zostawiać sobie wiadomości, czy coś. Napisalibyśmy, gdzie czekamy.
   - I czekalibyśmy, pytanie, kto by nas odwiedził. To zły pomysł. Musimy po prostu chodzić. I szukać. Krzyczeć. Ale nie będziemy zostawiać żadnych wiadomości. Gdyby na taką wiadomość natrafili, na przykład, kanibale, szybko by się domyślili, że jesteśmy osłabieni, rozbici, że czekamy na kogoś, być może jesteśmy bezbronni... Chyba nie muszę dokańczać.
   - Nie musisz...
   *
   Ciemność. Zimno. Widział jedynie bezmiar pustki.
   - Nie chciałem - usłyszał znajomy głos, natychmiast identyfikując go z mężczyzną z papierosem. - Byłem słaby...
   Poczuł, jak skacze mu tętno. Chciał biec, ale nie miał jak, ani gdzie, ciemność była wszędzie.
   - Sztuka i piękno - kolejny znajomy głos, kolejna fala paniki.
   Nagle obraz przed nim zawirował, znalazł się pośrodku lasu, tuż przy Kowalu, który ciągnął wielki kosz, przy pomocy uwiązanej do niego linki.
   - Pomóż mi - powiedział Kowal, nakazującym tonem - Ciężki jest.
   Spojrzał ponownie na kosz. Aż krzyknął, gdy zauważył, że leży w nim zakrwawiony Konrad. Obrócił się, uciekł. Nie biegł, gdyż coś nie pozwalało mu przyśpieszyć, wydawało mu się, że jakaś niewidzialna siła trzyma go za ubranie.
   - Zabiłeś mnie!
   - Nie zabiłem cię! - ryknął ze łzami w oczach. - Chciałem cię obronić! Nie dałem rady! Ale cię nie zabiłem!
   - Zabiłeś mnie! - poczuł na plecach czyjś uścisk.
   - Zostaw mnie!
   - Zabiłeś mnie! - ręka pociągnęła go za ubranie.
   Zerwał się z krzykiem, łapiąc nóż do ręki. Ryknął, łzy zasłaniały mu pole widzenia. Zamachnął się, w dzikim szale, nie zdając sobie nawet sprawy, w którą stronę wymierzył cios. Poczuł, jak ostrze trafia na przeszkodę, jak zagłębia się w niej, jak ciepła ciecz wylewa mu się na dłoń.
   I słyszał krzyk. Wysoki, kobiecy krzyk, przepełniony bólem i cierpieniem.
   *
   Zerwał ją jego krzyk. Natychmiast otworzyła oczy, jednak nic nie widziała w tych ciemnościach, czuła natomiast czyjąś bliską obecność. Sekundę później usłyszała krzyk kobiety, coś ciepłego rozlało się po okolicy. Ostatnia trzeźwa myśl nakazała jej zerwać materiał, którym zasłonili wybite okna, tak więc zrobiła, dzięki czemu do samochodu wpadło trochę księżycowej poświaty. Niemal od razu rozpoznała kontury dwójki ludzi, jeden leżał na siedzeniu, drugi wychylił się przez wybitą szybę, zwisając obecnie bezwładnie na drzwiach. Z jej gardła wydostał się krzyk, otworzyła drzwi samochodu, uciekła na otwartą przestrzeń. Obiegła samochód naokoło, zauważając wystające nogi osoby, która próbowała dostać się do ich kryjówki.
   - Ewelina! - Robert podbiegł do niej, złapał za rękę. - Nic ci nie jest?
   Nastolatka zauważyła zakrwawiony nóż w dłoni blondyna, zasłoniła usta.
   - Nie moja - wytłumaczył. - Jej.
   Podszedł do nóg wystających z samochodu, wyciągnął ciało kobiety w wieku około trzydziestu lat. Kobieta miała widoczne rozcięcie, przebiegające przez całą klatkę piersiową, z którego lała się krew.
   - Czego ona chciała? - spytała Ewelina.
   - A czego mogła chcieć? - odpowiedział pytaniem blondyn. - Pewnie szukała u nas jedzenia.
   Przestali się jej przyglądać, obrócili się. Był środek nocy, para buchała im z ust, gdyż temperatura w nocy widocznie opadła.
   - Wyniosę ją dalej w ten rów i wracamy do samochodu - zadecydował Robert. - Nie będziemy marznąć.
   Bez słowa odwrócił się, złapał kobietę za nogi, pociągnął z dala od samochodu.
   Ewelina widziała łzy, cieknące mu po policzkach. Widziała, jak cały się trzęsie, była pewna, że przyczyną tego nie jest niska temperatura.
   Wiedziała, że, tak samo, jak i ona, Robert jest bliski załamania.
   *
   Nie zasnęli już do rana, leżeli, trzymając się za ręce i milcząc. Gdy tylko wstało słońce, wyszli na dwór, po czym przykryli ciało kobiety gałęziami, które leżały w okolicy. Postali chwilę nad "kopcem", po czym obrócili się i ruszyli dalej.
   Zapomnieli rozłożyć folii, nie mieli więc zapasów wody, gdyż wszystko wypili jeszcze nim natrafili na samochód. Robert klął się, gdyż powinien pamiętać o takich rzeczach, przez jego głupotę ani on, ani Ewelina nie mieli łyka wody.
   Dziś znowu będzie upał, pomyślał, spoglądając w niebo. A my nic nie mamy. Może powinniśmy przesiedzieć gdzieś w dzień, a przemieszczać się tylko w nocy?Ale przecież wtedy jest za zimno, a oni nie mają ciepłych ubrań, nie licząc kurtki maszynisty, którą przerobili na prowizoryczny plecak. Więc jak, lepiej, aby osłabiał ich upał i brak wody, czy raczej, aby marzli w nocy?
   - Musimy znaleźć trochę wody - szepnęła Ewelina.
   Czemu szepcze? Nie ma siły mówić? Jest aż tak wymęczona?
   - Jak się czujesz? - spytał blondyn.
   Nastolatka spojrzała na niego, uśmiechnęła się. Już miała coś powiedzieć, kiedy oczy uciekły jej do tyłu, a ona padła na ziemię.
   *
   Nie miała pojęcia, przez ile czasu była nieprzytomna. Nie miała też pojęcia od jakiego czasu leżała, świadoma tego, że już się ocuciła. Chciała coś powiedzieć, jednak nie dała rady, była wymęczona, bolał ją każdy mięsień, ledwo otwierała oczy. Co jakiś czas słyszała głos Roberta, chciała mu wtedy coś odpowiedzieć, jednak jedynym dźwiękiem, jaki wydobywał się z jej krtani, był odgłos skrajnie podobny do chrapania.
   Podejrzewała, że zasnęła ponownie, lecz nie była tego pewna. Tak, czy inaczej, czuła się słabiej, niż jeszcze kilka godzin temu. Było jej strasznie gorąco, czuła, jakby w jej wnętrzu płonął ogień, gardło bolało, jakby było poparzone. Ostatnim, o czym pomyślała przed kolejną stratą przytomności był fakt, że nie czuła w ustach śliny.
   *
   Znów słyszała jego głos. Chciała się popłakać, nie dała jednak rady, brakowało jej łez. Jej ciałem wstrząsnął pojedynczy dreszcz, który wywołał falę bólu w całym ciele. Poczuła coś na spękanych, uschniętych ustach, dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że były to krople wody. Chciała otworzyć oczy, jednak nie miała na to siły. Chciała wziąć łyka wody, jednak nie była w stanie otworzyć ust.
   Mogła jedynie leżeć i czekać, jak kapiące krople wody będą spływać jej do gardła.
   *
   Ból powoli przechodził. Oddychała spokojnie, jednostajnie, klatka piersiowa nie płonęła już żywy ogniem, mięśnie nie piekły, jak polane wrzątkiem. Była w stanie otworzyć oczy, jednak cały obraz był rozmazany, nie potrafiła rozpoznać niczego, poza tym, że nad jej głową znajdował się biały sufit.
   - Śpij - usłyszała nieznajomy głos, na co poczuła wewnętrzny lęk. - Śpij. Jesteś bezpieczna.
   Gdzie Robert? Kto przy niej jest? Gdzie Robert?
   - Nie wstawaj, nie masz na to siły. Musisz odpoczywać. Jak dobrze pójdzie, to za kilka dni dasz radę wstać z łóżka.
   Kilka dni? To ile czasu ona już leżała? Ile czasu potrzebowała, aby dojść do tego stanu? Jak długo spała?
   - Mówię ci, śpij. Wiem, że mnie słyszysz, widzę, jak ruszasz oczami. Przyjdę nad ranem, dam ci trochę wody. A teraz śpij.
   *
   Do światła przyzwyczajała się dłuższą chwilę. Dopiero po kilku minutach stwierdziła, że znajduje się w domku, czy raczej altance, zbudowanej ze szkieletu z rurek, na który naciągnięto kilka zszytych ze sobą plandek.
   Leżała na wojskowej polówce, przykryta cienką kołdrą, obok niej stał stolik, na którym stała szklanka wody, oraz słoik z przecierem jabłkowym. Poza tym pomieszczenie było całkowicie puste.
   Z początku chciała wstać, jednak silny ból nóg jej to uniemożliwił. Sięgnęła więc po szklankę wody, którą wypiła kilkoma łykami, po czym wzięła w ręce słoik z przecierem. Tak, jak podejrzewała, nie dała rady go otworzyć, nadal była zbyt słaba. Położyła się ponownie, spojrzała w sufit, który tworzył gruby, biały płat folii. Leżała, doskonale zdając sobie sprawę z tego, że nic nie może zrobić, dopóki ktoś do niej nie przyjdzie.
   A w jej głowie zbierało się mnóstwo pytań. Jak się tu znalazła, gdzie Robert, kim był tamten człowiek, który do niej mówił? Ile czasu była nieprzytomna? Co się w ogóle stało?
   - Wstałaś?
   Zerwała się z miejsca, jej ciało przeszedł dreszcz, gdy usłyszała ten lodowaty głos. Do pomieszczenia, przez szczelinę między dwiema plandekami, wszedł wysoki na niemal dwa metry, stary mężczyzna. Miał on na sobie wojskowe buty, długie spodnie w moro, oraz ciemnozieloną koszulkę z długimi ramionami. Jedno z ramion było zawiązane na wysokości łokcia, opadając swobodnie.
   - Nie bój się - poprosił lodowaty, nieprzyjemny głos. - Robert wróci przed wieczorem. I nie wstawaj z łóżka, nadal jesteś słaba, a nie mam więcej kroplówek.
   - Kim jesteś? - spytała nastolatka, cichym, przytłumionym głosem. - Gdzie jest Robert?
   - Widzę, że wasze uczucia względem siebie nawzajem nie są obojętne, skoro pierwsze, co robisz, to pytasz się o niego. Jest niedaleko, wysłałem go do jednego obozu, jest tu blisko, żeby przehandlował jajka, mam tu kury.  A kim jestem? Długo by opowiadać, ograniczmy się do stwierdzenia, że możesz mi mówić "panie Tomku". Zanim zadasz kolejne pytanie, nie patrz się tak na ten rękaw, jeśli łaska. Tak, nie mam ręki. Jak byłem w wojsku, urwał mi ją granat. Chcesz zobaczyć kikut?
   Ewelina pokręciła przecząco głową.
   - Więc się nie patrz. I się uspokój, nie chcę zrobić ci krzywdy. Za jakieś dwie godziny wróci Robert, do tej pory leż i się nie ruszaj. A jak masz pytania, zadaj je teraz, zanim wyjdę do kur.
   W głowie Eweliny aż roiło się od pytań, jednak doskonale wiedziała, że nie może zadawać ich zbyt dużo, gdyż ten mężczyzna wyglądał na takiego, który nie lubi odpowiadać na zbyt wiele pytań.
   - Jak się tu znalazłam?
   - Robert cię przyniósł. Darł mordę na tyle głośno, że musiałem wybiec i go uspokoić, żeby wszystkich hien z okolicy tu nie zwołał.
   - Uspokoić?
   - Dałem mu w mordę. Mam jedną rękę, ale nadal krzepką. Stąd masz tego siniaka na boku, przewrócił się i wypuścił cię z rąk.
   Dopiero teraz Ewelina sięgnęła ręką do swojego prawego boku, który ją pobolewał. Odciągnęła koszulkę, zauważając, że rzeczywiście miała na nim porządnego siniaka.
   - Pewnie chciałabyś wiedzieć, co ci było? Też zadawałem sobie to pytanie, nie znalazłem na nie odpowiedzi. Podłączyłem cię do kroplówki, robiliśmy zimne okłady, bo byłaś rozpalona. Cokolwiek to nie było, przeszło ci.
   - Dziękuję - to było jedyne słowo, które przyszło jej do głowy.
   - Nie dziękuj mi. Nie chciałem was przyjąć. To Robert się targował. I wytargował. Leczę cię, on zajmuje się moimi kurami, dogląda moich drzewek i pomidorów... Jak widzisz, to wszystko jego zasługa.
   Dziewczyna nie wiedziała, co odpowiedzieć, siedziała, wpatrzona w podłogę.
   - Mówiłem ci o uczuciach. Naprawdę, musicie coś dla siebie znaczyć. Zazdroszczę mu. Ja całe życie spędziłem z dala od kraju, ciągle w drodze, w bazach, czy na linii frontu... Nie miałem czasu na inne uczucia, niż strach. Tylko strach. Tylko to mnie napędzało.
   - Był pan na jakiejś wojnie?
   - Nie na jednej. Nie na jednej... Ta ręka to nie jedyna pamiątka. Mam jeszcze dwie blizny po postrzałach. Jedna z Kongo, druga z Nigerii. Teraz pewnie chcesz powiedzieć, że ci przykro? Nie mów tego. Sam sobie wybrałem taki żywot.
   Siedzieli przez chwilę w ciszy, w końcu Tomek wyjął z kieszeni piersiówkę, z której pociągnął potężny łyk.
   - Chcesz? - spytał.
   - Nie, dzięki.
   - To bimber. Chcesz, to mów.
   - Nie, naprawdę nie chcę.
   - Twoja strata - mężczyzna wzruszył ramionami. - Jak coś, mam jeszcze trochę. W ogóle, piłaś już kiedyś?
   - Mało. Kilka łyków piwa, może ze dwa kieliszki wódki. Nie chcę pić, nie smakuje mi.
   - Mi też nie smakowało. Do pierwszej strzelaniny, w której wziąłem udział. Zabiłem trzech ludzi. Od tamtej pory smakuje mi i to bardzo. Zresztą, co ja chrzanię... Ja już smaku nie czuję, liczy się efekt, żebym się schlał. I tyle, obym się schlał...
   Rozmowę przerwał odgłos szybko stawianych kroków. I Tomek i Ewelina spojrzeli w kierunku, z którego ktoś nadchodził. Kroki były coraz szybsze, w końcu człowiek, który je stawiał wpadł, jak szalony, do środka pomieszczenia.
   Chłopak był cały zlany potem, czerwony na twarzy. Ubrany w krótkie spodenki i krótką koszulkę, stanął w progu, unosząc do góry pistolet, celując w mężczyznę bez ręki.
   Ewelinie stanęło serce, gdyż niemal nie poznała Roberta. Był zarośnięty, widocznie nie golił się od dobrego tygodnia, przez jego twarz przebiegała świeża rana, która nadal trochę krwawiła, nos miał złamany.
   - Czyli już wiesz? - spytał Tomek, ze spokojem w głosie.
   - Odsuń się od niej! - ryknął blondyn, robiąc krok do przodu. - Skurwysynu, nie zbliżaj się do niej!

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5671 słów i 31038 znaków.

1 komentarz

 
  • Gabi14

    Huhuhu :D a kimże jest ten tajemniczy weteran

  • Kuri

    @Gabi14 Tajemniczym weteranem xD
    Nie ciekawi Cię skąd Robert ma broń i skąd ta rana? xD