Ziemia z popiołów II: Rozdział 01 – Warownia

Ziemia z popiołów II: Rozdział 01 – WarowniaGrube ściany chroniły przed zimnem i wiatrem. Szyby były, rzecz jasna wybite, lecz w tym budynku nie miało to większego znaczenia, gdyż pokoje były tak rozplanowane, żeby w każdy było tylko jedno, małe okienko. Teraz, po Kolizji, mieszkańcy budynku zasłonili okna szmatami i kocami, a w pokojach w których rezydowali rozpalili ogniska. Mieli więc, w porównaniu z innymi ludźmi, doskonałe warunki do życia.
   Mieszkańcy budynku, czterech zdegenerowanych mężczyzn, nie musieli obawiać się ataku. Miejsca, które nazwali Warownią, nie nachodził nikt. Już dużo wcześnie, przed Kolizją, mieszkali tu, pośrodku Czarnej Strefy, nie nękani przez nikogo. To oni nękali innych.
   W Czarnej Strefie nie obowiązywało żadne prawo. Ludzie, którzy zostali tu zesłani sami dyktowali swoje prawa, nie zawsze działające na korzyść pozostałych skazańców. I tak czterech mężczyzn ogłosiło swoje własne porządki. Zawsze pierwsi rozgrabiali paczki z żywnością zsyłane z zewnątrz, nie głodowali więc w porównaniu do reszty więźniów. Zawsze brali to, czego chcieli, nie patrząc na zdanie innych. Bo co inni mogli im zrobić? Reszta więźniów była makabrycznie wychudzona, ledwo chodzili o własnych siłach, padali jak muchy. Oni nadal mieli zgromadzone zapasy, nie tracili więc wagi, a wraz z nią siły. Teraz, po Kolizji, nikt by do nich nawet nie podszedł.
   Chyba, że sami chcieli kogoś do siebie zaprosić. Zapraszali kobiety, których w Czarnej Strefie było mało. Nawet, jeśli nie chciała przyjść, wystarczyło, że odczekali kilka dni, a sama się do nich zgłaszała. Po nocy spędzonej z każdym po kolei dostawała skromny posiłek, po czym była wyrzucana na zewnątrz. Robiły tak niemal wszystkie. Poza jedną.
   Przywódcy mężczyzn z Warowni wpadła w oko już tego dnia, kiedy ją tu wrzucili. Nieraz już zapraszał ją do siebie, przekupywał dużą ilością żywności. Ta jednak nie chciała się zgodzić, miała swój honor. Nie trzeba było dużo czasu, żeby mężczyźni pobili ją i zaciągnęli do siebie na siłę. Nad ranem uciekła, przez długi czas chowała się i nie podchodziła do Warowni. Jednak i tak ją znaleźli. Za każdym razem, kiedy zaciągali ją do siebie, a było to wiele, wiele razy, bili ją, gdyż wyrywała się i uciekała.
   Po kolizji nic się nie zmieniło. Większość ludzi uciekła, pewna część została, gdyż czuli nieopisany lęk, gdy tylko zbliżali się do murów, nieliczna garstka nie miała zamiaru się stąd ruszać, gdyż im wcale tak źle się nie powodziło.
   Kobieta chciała uciec. Nie zdążyła. Mężczyźni z Warowni złapali ją, zamykając u siebie. Kilka innych kobiet też tu było, te jednak zostały z własnej woli, gdyż mogły liczyć na jakieś jedzenie. Te nie zamierzały się stąd ruszać.
   Ale nie ona. Monika Roździeń, kobieta, która mimo wszystko zachowała honor. Ona pragnęła uciec stąd jak najszybciej, jak najdalej.
   *
   - Jak pech to pech - westchnął Przemek.
   Podeszwa jego buta odkleiła się, uniemożliwiając mu dalszy marsz.  
   - Dasz radę to naprawić? - spytała Ewelina.
   - Tak. Mogę to zawiązać, ale będzie lepiej jak stopię najpierw trochę gumy. Zadziała jak partyzancka izolacja, ale lepszego pomysłu na razie nie mam.
   Zatrzymali się, rozpalili ogień. Skorzystali z przerwy i zjedli szybki, skromny posiłek. Przemek rozgrzał w ogniu metalowy drut, którym topił podeszwę na szwie, po czym przykładał materiał buta i przyciskał go, aby zaizolować dziurę choć w najmniejszym stopniu. Musiał robić to kawałkami, więc cała operacja zajęła trochę czasu. Na koniec owinął całego buta szmatą i związał, aby wszystko mniej więcej się trzymało. Założył buta, przeszedł kilkanaście metrów, po czym wrócił.
   - Da radę - rzucił. - Nie powinno się rozpaść.
   Zebrali się szybko, dogasili ognisko i ruszyli dalej. Szli drogą, którą nikt wcześniej nie chodził, gruba warstwa popiołu szybko wybrudziła ich, wtapiając w krajobraz. Złym znakiem było to, że zostawiali za sobą widoczny z daleka ślad, którego nie dało się zamaskować w żaden sposób. Przemek klął za każdym razem, gdy odwracał się i widział białą bruzdę, którą zostawiali, przechodząc przez szary krajobraz.
   - Nie podoba mi się to - mruknął łysy.
   - Nic nie poradzimy - odparł mu Robert. - Nikt tędy do tej pory nie chodził. Poza tym... teraz już chyba nikt za nami nie idzie.
   - Co z tymi wojskowymi? - spytała Ewelina. - Widzieli nas, ale chyba nie pójdą za nami?
   - Myślisz, że nie mają nic innego do roboty? - odpowiedział pytaniem Przemek. - Oni nie napadają na ludzi, tylko na całe obozy. Nie pójdą za nami, nie mają w tym interesu.
   - Cała sytuacja miała miejsce dość blisko hotelu - zaniepokoił się blondyn.
   - Przyniosłem do hotelu broń, oraz przyprowadziłem człowieka, który umie się nią posłużyć. Nie zrobiłem tego bezcelowo. Co prawda teraz hotel nie miałby szans, gdyby tamta banda wojskowych zaatakowała, ale ma jakieś predyspozycje do obrony. Musimy wrócić tam jak najszybciej, nauczyć się posługiwać tą bronią. To nasz bilet do dalszego życia.
   Ewelina spojrzała ukradkiem na Przemka. Praktycznie go nie znała, nie zamierzała nawet poznawać. Ale, musiała przyznać, źle go oceniła. Był arogancki, samolubny, ale inteligentny. Na tyle, że postanowił dbać o grupę w której się znajduje, gdyż wiedział doskonale, że tylko w grupie sobie poradzi. Na wiosnę, mógłby żyć sam. Ale nie w zimę, w obecnych warunkach człowiek nie da sobie rady bez pomocy. Przypomniała sobie, jak kiedyś ojciec doradził jej, żeby nie oceniała książki po okładce. Stare przysłowie idealnie pasowało do Przemka.
   *
   Usłyszała, jak otwierają drzwi. Ktoś wszedł do środka. Poznała go. Był łysy, umięśniony, miał złamany nos. Jego towarzysze nazywali go Nazi. Od razu zorientowała się, że mężczyzna był pijany. Nie, on ledwo trzymał się na nogach. Podszedł do niej, położył się na niej na tyle ostrożnie, na ile było to możliwe w jego stanie. Ona tylko na to czekała. Walnęła go łokciem w skroń, z taką siłą, na jaką było ją stać. Nazi złapał się za głowę, zaczął wrzeszczeć. Wstała, wybiegła z ciemnego, zimnego pomieszczenia na korytarz. Rozejrzała się, jednak nikogo nie widziała. Słysząc za sobą krzyki jednego z jej oprawców, rzuciła się biegiem na koniec korytarza, gdzie znajdowały się schody w dół. Udało jej się dobiec, udało się zbiec na pierwsze piętro, jednak nic więcej się jej nie udało. Kolejny z nich wyskoczył, nie wiadomo skąd, złapał ją w pasie, pociągnął ze sobą. Szarpała się, krzyczała na niego. Chciała go podrapać, jednak nie dosięgała jego twarzy.
   - Suko! Uspokój się! - krzyknął mężczyzna, łapiąc ją za włosy i ciągnąc do tyłu. - Gdzie się wybierasz? Grochu by nas zabił, jakbyś uciekła!
   Chciała się wyrwać, jednak mężczyzna był silniejszy od niej. Poza tym nie był dżentelmenem, co udowodnił w chwili, gdy walnął ją pięścią w oko. Wiedziała już, że tym razem nie da rady uciec. Mężczyzna wrzucił ją do pokoju, gdzie przebywała do tej pory, wyciągnął stamtąd pijanego kompana, po czym zamknął drzwi na klucz. Znów była ich więźniem.
   *
   Ściemniało się szybciej niż zwykle. Było to spowodowane tym, że ze wschodu napłynęła kolejna fala ciemnych chmur, która zakryła cały horyzont.
   - Dywan mroku - mruknął Przemek. - Poetycko, no nie?
   Nie odpowiedzieli mu, zajęli się szykowaniem kolacji. Ewelina zauważyła, że jedzenia starczy im do jutra, co nie napawało ich szczególnym optymizmem. Ogólnie panował dziwny, cichy nastrój i nikt nie wiedział dokładnie czym jest on spowodowany.
   - Wezmę pierwszą wartę - zaofiarował Robert. - I tak nie jestem zmęczony.
   - Ja wezmę pierwszą wartę - odpowiedział Przemek. - Do buta naszła mi woda, noga tak zmarzła, że jej nie czuję. Muszę ją ogrzać i wysuszyć buta.
   Nikt nie protestował. Zjedli szybko, póki jedzenie było ciepłe, popijając, zrobioną przez Przemka, herbatą z igieł sosny. Ewelina przyznała, że smakowała lepiej niż by się zdawało. Następnie naszykowali miejsca do snu. Nastolatka owinęła się w śpiwór, Robert natomiast odgrzebał dziurę w śniegu, gdzie ułożył koce. Położyli się, a Przemek usiadł przodem do ogniska. Zdjął buta, którego położył blisko ognia. Zimną i odrętwiałą stopę zanurzył z początku w śniegu, gdzie trzymał ją, dopóki nie odzyskał czucia, dopiero potem położył ją blisko źródła ciepła. Siedząc i patrząc na piekącą stopę, zanotował sobie w pamięci, że musi gdzieś znaleźć nowe buty.
   *
   Ledwo co wstawał świt, a oni już byli spakowani. Stan Eweliny nie poprawiał się, ale też nie pogarszał, co można było uznać za dobry znak. Wyruszyli bez śniadania, postanowili jeść tylko kolacje, dzięki czemu mogli rozłożyć żywność na dwa, do trzech dni. Poczekali, aż Przemek nałożył uszkodzonego buta, po czy ruszyli. Doszli do małej wsi, przy której stał rozwalony wojskowy obóz. Przeszukali go, jednak nic nie znaleźli, wszystko było już rozgrabione.
   - Dookoła Czarnej Strefy stoją takie obozy - poinformował ich Przemek. - Na wypadek jakiegoś buntu, czy ucieczki. Jesteśmy już blisko.
   - Dlaczego wojskowi tu nie zostali? - spytała Ewelina.
   - Większość wojska zdezerterowała kilka tygodni przed Kolizją. Chcieli być blisko rodzin. Nikt ich nie ścigał, to i tak nie miało sensu. Wojsko, jak i inni mundurowi, rozpadli się kompletnie. Tylko dowództwo wzięło swoje rodziny i uciekli do schronów naszykowanych na wypadek wojny jądrowej. Będą mogli w nich żyć nawet kilka lat, zanim wyjdą na powierzchnię. Dobrze byłoby znaleźć taki schron, ale duża większość jest w górach
   - Nie wszyscy zdezerterowali - wtrącił się blondyn.
   - Teraz to bez znaczenia. Nie podlegają żadnej władzy, sami wybrali sobie samca alfa. Są jedynie grupą, która zagraża wszystkim przy których się znajdują. Trzeba na nich uważać.
   Ruszyli dalej. Wyszli ze wsi, skierowali się w kierunku drogi, która uwydatniała się w śniegu. Tutaj śnieg sięgał im tylko poniżej kolan, szło im się więc lekko. W pewnym momencie natrafili na masowy grób. Tuż przy drodze ktoś odgarnął śnieg do samej ziemi, po czym powrzucał do środka ciała około setki ludzi, następnie nieudolnie przykrył je śniegiem. Przeszli w ciszy, patrząc na wystające kończyny. Nagle Przemek podszedł do góry ciał, po czym ściągnął z jednego z nich buty.
   - Trapery. I mój rozmiar - ucieszył się, po czym zdjął swoje buty i założył tamte.
   *
   Spała. Przebudziła się, gdy usłyszała, jak ktoś otwiera drzwi. To był ten, który złapał ją, gdy uciekała. Niski, umięśniony, z gęstą, ciemną czupryną. Śmierdziało od niego alkoholem. Wszedł do środka, położył miskę z jakąś zupą, rzucił jej łyżkę.
   - Żryj - powiedział, odwracając się.
   Wzięła łyżkę do ręki, po czym spojrzała na odchodzącego mężczyznę. Gdyby miała więcej siły. Gdyby nie była tak zmarznięta i zmęczona, mogłaby pomyśleć o ucieczce. Ale nie teraz. Teraz musiała zjeść, musiała się przespać.
   - I naszykuj się na wieczór - rzucił jeszcze mężczyzna, zamykając za sobą drzwi. - Grochu do ciebie przyjdzie.
   Z jej gardła wyrwał się ryk rozpaczy, rzuciła łyżką w jego stronę. Przywarła do ściany, zaczęła płakać. Żałowała, że okno w pokoju w którym się znajdowała było zbyt małe, żeby mogła przez nie wyskoczyć. Wolała zginąć, niż żyć tak jak teraz.
   *
   Czarna Strefa. Już stąd widzieli mury otaczające ten okryty złą sławą teren. Mur, oczywiście, był rozwalony, można było spokojnie przez niego przejść. Dalej, za murem, widzieli pole. W Czarnej Strefie nic nie było. Tylko dwa, może trzy stare budynki, poza tym pustka.
   - Jesteśmy tak blisko... - wyrwało się Ewelinie.
   - Przejdziemy tamtędy - Przemek wskazał jeden z wyłomów w murze. - Jest szeroki. Przejdziemy trochę na prawo i tam się rozbijemy. Zaraz nadejdzie noc, prześpimy się, a jutro będziemy szukać jej cały dzień. Jak nie znajdziemy, to wracamy.
   - Znajdziemy - odpowiedziała mu nastolatka. - Czuję, że ją znajdziemy.
   - No tak, zapomniałem, że istnieje coś takiego, jak kobieca intuicja - prychnął łysy, po czym ruszył do przodu.
   Droga była cięższa, niż się zdawało, nie udało im się dojść do Czarnej Strefy przed zmrokiem. Musieli rozbić się wcześniej, rozpalili więc ognisko i naszykowali posłania. Zjedli skromny posiłek, po czym siedzieli w ciszy, przerywanej burczeniem brzuchów.
   - Chyba nigdy nie głodowaliście - zauważył Przemek.
   - Ciężko nam się żyło, ale z reguły mieliśmy co jeść - odpowiedziała nastolatka.
   - A ty wcześniej głodowałeś? - zainteresował się Robert.
   - Żeby to raz. Wam też by się to przydało, szczególnie teraz. Macie brzuchy nieprzyzwyczajone do głodu. Mi nie burczy w brzuchu. Wam tak. Jeżeli będzie wam dane jeszcze trochę pożyć, nauczycie się jeszcze wielu rzeczy.
   - Czego konkretnie?
   - Życia. Wy do tej pory poznaliście tylko jego skrawek. Poczekajcie, aż zaczniemy jeść koty, albo gołębie. Poczekajcie, aż zmarzniecie. I to nie tak jak teraz, teraz mamy tyle ciuchów ile dusza zapragnie. Prawdziwy mróz jest wtedy, kiedy gówno ci w dupie zamarza zanim się wysrasz. Poczekajcie, aż stanie się wam krzywda. Nie taka jak tobie z tą rozwaloną nogą. Prawdziwa krzywda. Mi w lewy bok wbiły się trzy druty zbrojeniowe. Ledwo przeżyłem. Przy tym twoja noga wygląda jak zadrapanie. Wy nie znacie jeszcze życia. Nawet teraz, dwa tygodnie po apokalipsie, jako jedni z nielicznych, którzy przeżyli. Wy nadal nie znacie życia.
   *
   Obudziła go Ewelina. Była jeszcze noc, choć to i tak było bez znaczenia, gdyż chmury zasłaniały całe niebo. Przetarł oczy, ziewnął.
   - Twoja warta - poinformowała go nastolatka.
   Robert mruknął coś w odpowiedzi. Był zaspany, potrzebował chwili, żeby się dobrze przebudzić.  Wyszedł ze śpiwora, w którym już po chwili zanurzyła się Ewelina. Blondyn usiadł przy ognisku, podrzucając do niego dwie większe gałęzie. Złapał się na tym, że niemal zasnął na siedząco, natarł więc twarz śniegiem, co natychmiast postawiło go na nogi.
   - Przed nami jeszcze pewnie półtora miesiąca zimy - rzucił Przemek, dosiadając się do ogniska.
   - Nie śpisz?
   - Nie. Musimy pogadać. Na osobności. Ona już śpi, więc teraz jest najlepsza pora.
   Robert spojrzał badawczo na łysego. Był ciekaw, o czym mieliby niby rozmawiać. Po chwili poświęconej na analizowanie ostatnich wydarzeń, spytał prosto z mostu.
   - Czego chcesz, w zamian tego, że nam pomagasz?
   - Lubię bezpośrednich ludzi - Przemek wyszczerzył zęby. - Jak dobrze zauważyłeś, nie pomagam wam bezinteresownie. Coś za coś, dobrze wiesz, jak działa handel. Też nie będę owijał w bawełnę i powiem wprost. Jak wrócimy do hotelu, przejmujesz władzę.
   Tego Robert się nie spodziewał.  Chrząknął, żeby zyskać czas na zastanowienie się.
   - Dlaczego? Dlaczego ja mam niby przejąć władzę?
   - Jesteś na tyle głupi, że mam ci to tłumaczyć?
   - Wytłumacz pobieżnie.
   - Najbardziej się do tego nadajesz. I zrobisz ze mnie swoją prawą rękę.
   - A jeśli się nie zgodzę? - spytał Robert po chwili.
   - Grupa na tym ucierpi. Konrad nie da rady sam wszystkiego pociągnąć. Ty, z moim wsparciem, dasz. Nie chcę, żeby grupa ucierpiała, bo odbije się to i na mnie. Poza tym, nawet nie dopuszczam do siebie wiadomości, że się nie zgodzisz. Jesteś na to zbyt mądry.
   Robert milczał chwilę, myśląc nad słowami Przemka. Nie spodziewał się czegoś takiego, nie był na to przygotowany. Co miał odpowiedzieć?
   - Zobaczymy po powrocie. Może jednak Konrad da radę. Jak nie będzie dawał... wtedy pomyślimy. Ale na razie...
   - Najgorsze co człowiek może zrobić, to kupowanie sobie czasu - przerwał mu łysy. - Określ się jak najszybciej. Nie zwlekaj, bo zwlekanie często prowadzi do złego. Trzeba działać, póki jest na to pora.
   Milczeli obaj. Co jakiś czas podrzucali drzewa do ogniska, popijali herbatę z igieł sosny. Cisza im nie przeszkadzała, wiedzieli, że każdy z nich potrzebuje czasu na przemyślenia. Po jakieś godzinie siedzenia Przemek wstał, rozprostował kości.
   - Prześpię się jeszcze ze dwie godziny. A ty to przemyśl. Choć i tak nie ma nad czym myśleć, to jedyna racjonalna opcja. Inaczej grupa może się rozlecieć.
   *
   Otworzył drzwi. Był wysoki na dwa metry, chudy, z długą brodą koloru kory dębu. Grochu.
   - Dziś się zabawimy - rzucił, zamykając za sobą drzwi.
   Monika wiedziała, że nie ma co z nim zadzierać. Mizerna postura tego człowieka myliła, gdyż tak naprawdę był nadzwyczaj silny, a uścisk jego dłoni był mocny jak uścisk szczęk krokodyla. Postanowiła się wyłączyć, poczekać aż skończy. Tylko w ten sposób, obojętniejąc, mogła przeżyć.
   *
   Gdy tylko przekroczyli mur, poczuli różnicę. Atmosfera była tu wyczuwalnie cięższa, w powietrzu unosił się dziwny zapach. Robert nie miał pojęcia, jak ktokolwiek miałby tu przeżyć przez kilka lat. Przy samym murze nikogo nie było, dopiero w oddali zauważyli kręcących się ludzi. Podchodzili do nich po kolei, pytali o ciotkę Eweliny. Jeden przyznał, że kiedyś ją widział, nie miał jednak pojęcia, gdzie mogła być. Szukali od dobrych kilku godzin, gdy natrafili na kolejnego człowieka.
   - Jak wyglądała? - spytał wychudzony mężczyzna.
   - Twojego wzrostu, brązowe włosy, zielone oczy, miała małą bliznę na czole.
   Mężczyzna przyjrzał się Ewelinie, po czym zamyślił. Szukał czegoś gdzieś daleko w pokładach pamięci. Znalazł.
   - Coś mi świta. Jak się nazywała?
   - Monika Roździeń.
   Mężczyzna spochmurniał.
   - Tak, Monika. Nie kojarzę jej z nazwiska, ale na pewno o nią chodzi. Tam - mężczyzna wskazał kierunek - jest Warownia. Tam jej szukajcie.
   - Warownia? - spytał Przemek.
   - Jeden z trzech budynków na terenie Strefy. Zajęło go czterech... zwyrodnialców. Ich przywódca, Grochu... Twoja ciocia wpadła mu w oko. Jestem pewien, że trzyma ją u siebie.
   Ewelina zakryła usta dłońmi, była w szoku.
   - Jest szansa, że uciekła? - spytał Robert.
   - Raczej nie. Oni nadal tam mieszkają, widziałem tam czasem światło z ognisk. Jest tam kilka kobiet, ale one zostały z własnej woli, tam będą miały co jeść. Monika nigdy nie poszła do nich sama, musieli zaciągać ją siłą. Mówię, jestem niemal pewien, że przetrzymują ją u siebie.
   Przemek sprawdził stan nabojów w pistolecie. Do tej pory wystrzelił tylko jeden pocisk Szykowało się na to, że wystrzeli więcej.
   - Idziemy - obwieścił łysy. - Nie ma na co czekać.
   - Nie chcę być namolny - rzucił wychudzony mężczyzna, zastępując mu drogę - ale informacje też nie są za darmo.
   - Mamy ołów w głowę, albo nóż między żebra, wybieraj - prychnął Przemek, odsuwając od siebie mężczyznę.
   Odeszli w ciszy kilka metrów, gdy Ewelina złapała jeden z koców który mieli i zaniosła go mężczyźnie. Tamten rzucił szybkie "dziękuję", spojrzał na Przemka i oddalił się od nich.
   - A wydawałaś się twardą laską - westchnął łysy. - Jednak jesteś miękka.
   Weszli na wzniesienie, skąd widzieli budynek, o którym mówił im mężczyzna. Stary, zniszczony, ledwo trzymający się blok. Parter i pierwsze piętro wyglądały względnie dobrze, natomiast fakt, że drugie piętro nie zawaliło się, można było uznać za cud. Widzieli stąd wejście do budynku. Małe, zwykłe, drewniane drzwi.
   - Tam - Przemek wskazał mały zagajnik, oddalony o dobry kilometr od nich. - Rozpalimy tam ognisko i zostawimy rzeczy. Potem ja z Robertem pójdziemy do tego budynku, a ty zostaniesz tam i będziesz na nas czekać.
   - Idę z wami! - oburzyła się Ewelina. - Jest tak blisko... Muszę ją znaleźć!
   - On ma rację - wtrącił się Robert. - Słyszałaś, co mówił tamten. W tej Warowni nie będzie bezpiecznie, a my i tak nie mamy zbytnio broni. Przemek na pistolet, a ja nóż. Z czym ty pójdziesz?
   - Lepiej zostawić mnie samą, bez broni, w lesie?
   - Na pewno lepiej niż pakować cię w pewne tarapaty - odpowiedział blondyn. - Postanowione i nikt zdania nie zmieni.  
   - I tak to ma wyglądać? - spytała Ewelina. - Wy pójdziecie ją ratować, a ja mam siedzieć i nie plątać się pod nogami? Idę z wami, koniec, kropka.
   - Najpierw dojdźmy do tego zagajnika, potem się pokłócimy - zaproponował Przemek, ruszając do przodu.
   Dystans przeszli szybko. Weszli trochę głębiej w las, gdzie odgrzebali miejsce na ognisko. Gdy już ogień się palił, nazbierali zapas drzewa, które ułożyli obok, a cały ekwipunek, który mieli, schowali do czarnej torby, którą zakopali w śniegu, kilka metrów od ogniska.
   - I jak? - spytał łysy, patrząc na Ewelinę.
   - Nie zostaję tu - odpowiedziała nastolatka.
   Przemek przetarł brodę, na której zalegał już widoczny, kilkudniowy zarost.
   - Daj na chwilę nóż - mruknął do blondyna.
   Wziął do ręki jedną z dłuższych, w miarę prostych gałęzi, której jeden koniec zaostrzył. Nóż oddał Robertowi, natomiast prowizoryczną włócznię podarował Ewelinie.
   - Zostajesz na zewnątrz - uprzedził z góry. - Jak chcesz iść, to będziesz robić za tylną wartę. Jak będziemy w środku, a ty zobaczysz kogokolwiek kierującego się do tego budynku, od razu masz nas powiadomić. Jasne?
   Nastolatka popatrzyła to na Roberta, to na Przemka, po czym kiwnęła głową. Najwidoczniej takie rozwiązanie jej odpowiadało.
   - Idę przodem - rzucił blondyn, po czym ruszył.
   Szli w ciszy, powoli zbliżając się do Warowni. Nie starali się nawet ukryć w jakikolwiek sposób, gdyż nie dało rady zamaskować się w połaciach śniegu. Może, gdyby mieli białe kurtki, ale na pewno nie w ciemnych ubraniach. Gdy byli w połowie drogi Przemek gwizdnął, więc Robert zatrzymał się. Łysy dogonił go, po czym wskazał, że teraz on będzie prowadził. Doszli tak pod same drzwi budynku. Z bliska Warownia prezentowała się jeszcze gorzej niż z daleka. Budynek był w opłakanym stanie. Stare, ciemnobrązowe cegły kruszyły się same, gdy się ich dotykało, co jakiś czas coś spadało z góry prosto w śnieg.
   - Wszystko się sypie - szepnął Przemek. - Uwaga na głowy.
   Ewelina stanęła przy drzwiach, natomiast Robert i Przemek weszli do środka.
   *
   W Warowni czuć było stęchlizną i alkoholem. Gdy tylko przekroczył próg, od razu zatkał sobie nos, a oczy zaczęły mu łzawić.
   - Czułem w życiu gorszy smród - szepnął łysy.
   Robert nie chciał wiedzieć co takiego może cuchnąć bardziej, nie zadawał więc pytań, zamiast tego rozejrzał się po parterze. Korytarz na którym stali rozchodził się w obydwu kierunkach, a kończył schodami w górę. Po obu jego stronach, w regularnych odstępach, były stare drzwi. Na migi ustalili z Przemkiem, że każdy pójdzie w inną stronę, przeczesując po drodze wszystkie pomieszczenia. Robert ruszył w prawo, otwierał każde drzwi po kolei, jednak w żadnym z pomieszczeń nic nie znalazł. Do schodów dotarł mniej więcej w tym samym czasie, co Przemek. Ruszyli na górę, w pozycjach gotowych do ewentualnej obrony. Gdy tylko Robert znalazł się na piętrze, spojrzał na drugi koniec korytarza, gdzie zobaczył kompana. Znów zaczęli przeszukiwać pomieszczenie za pomieszczeniem, tym razem jednak zbliżając się ku środkowi korytarza. Te pomieszczenia różniły się od tych niżej. Tutejsze okienka były szczelnie zatkane różnego rodzaju materiałami, w środku panował więc półmrok, w niektórych pokojach były ślady po ogniskach. Dzieliło ich już tylko kilka metrów, gdy nagle jedne z drzwi otworzyły się, a z pokoju wyszedł niski, umięśniony mężczyzna, o bujnej, czarnej czuprynie. Nieznajomy spojrzał zdezorientowanym wzrokiem to na jednego, to na drugiego.
   - Kim wy... - zaczął, po czym jego źrenice otworzyły się szeroko. Wyglądało to tak, jakby jego umysł działał na zwolnionych obrotach, i dopiero po kilku sekundach zarejestrował co się stało. Znów spojrzał na jednego, potem na drugiego, tym razem nerwowym wzrokiem, po czym ryknął: - Intruzi! Mati! Nazi! Grochu! Ktoś tu jest!
   Nie czekając ani chwili, obaj, Przemek i Robert rzucili się na mężczyznę. Tamten zrobił to, co jako jedyne mógł zrobić w tej sytuacji, to znaczy zamknął się w pomieszczeniu, z którego przed chwilą wyszedł.
   - Ma kilku kolegów - zauważył Przemek, dobiegając do drzwi, za którymi był mężczyzna.
   Łysy otworzył je potężnym kopnięciem, po czym wbiegł do środka. Niemal od razu wyleciał z pomieszczenia, trzymając się za brzuch. Robert usłyszał za sobą czyjeś kroki, odwrócił się więc natychmiast. W jego stronę biegł wysoki, umięśniony, łysy mężczyzna, który trzymał kawałek gruzu w jednej ręce, natomiast w drugiej metalową rurkę.
   - Padnij! - usłyszał.
   Nie myśląc wiele, rzucił się na ziemię, w tej samej chwili słysząc strzał. Spojrzał w kierunku łysego napastnika, który przewrócił się, krzycząc i trzymając za nogę. Robert wstał i rzucił się w jego stronę, łapiąc metalową rurkę. Gdy spojrzał ponownie w stronę Przemka, zobaczył jak mężczyzna kopnął jego kompana w żebra, że tamten odleciał na metr do tyłu. Blondyn rzucił się na niego z rykiem. Mężczyzna o ciemnej czuprynie spojrzał na Roberta, po czym rzucił się na niego, ujawniając nóż, który trzymał w ręku. Robert już miał się zamachnąć, gdy nagle poczuł czyjeś ręce, które złapały go w pasie. Nie zdążył nic zrobić, napastnik obrócił się i cisnął blondynem w głąb korytarza. Ledwo co zdążył wstać, zobaczył kolejnego mężczyznę, z długą brodą, szarżującego na niego niczym rozjuszony byk. Nic nie zdążył zrobić, mężczyzna uderzył go głową prosto w brzuch, aż całe powietrze uszło mu z płuc. Kątem oka Robert zauważył, że zlatuje wprost na schody, złapał więc mężczyznę za sweter. Nic to nie dało, napastnik z brodą sam nie utrzymał równowagi, obaj więc zlecieli ze schodów. Robert czuł każdy stopień wbijający mu się w żebra, każde uderzenie było dla niego bardziej bolesne od poprzedniego. Wydawało mu się, że stracił na chwilę przytomność, odzyskał ją jednak ponownie. Nie na długo, gdy tylko wylądował na podłodze, uderzył głową w ścianę, tracąc świadomość.
   *
   Przemek strzelił w łysego, który atakował Roberta. Wydawało mu się, że trafił go w nogę, nie był tego jednak pewien, gdyż w tym momencie poczuł, jak ktoś kopie go w rękę. Wypuścił z rąk pistolet, złapał się za bolącą dłoń. Jego przeciwnik był niski, Przemek był więc pełen podziwu, że potrafił tak wysoko unieść nogę, aby go kopnąć. Zamachnął się, chcąc trafić tamtego w okolice żeber, nie zdążył tego jednak zrobić. Niski podciął mu nogi, a gdy Przemek upadał, poczuł kolejne kopnięcie, tym razem wycelowane w jego żebra. Siła uderzenia odrzuciła go na metr do tyłu. Już szykował się na kolejny cios, ale mężczyzna tylko obok niego przebiegł. Przemek spojrzał, aby zobaczyć, co się dzieje. To Robert biegł w jego stronę. Nie zdążył zbliżyć się do niskiego, kiedy kolejny napastnik wyrósł niczym spod ziemi, łapiąc blondyna w pasie i rzucając w tył. Przemek nie czekał, wstał, złapał pistolet, który leżał nieopodal. Wycelował w niskiego, jednak gdy tylko ten zobaczył co się dzieje, natychmiast wbiegł do jednego z pokojów. Przemek podbiegł do wejścia do pomieszczenia, rejestrując wzrokiem, że łysy napastnik nadal leżał na podłodze, trzymając się za krwawiącą nogę, natomiast ten trzeci, razem z Robertem, zlatują ze schodów. Trudno, pomyślał, musi sobie przez chwilę sam poradzić.
   - Wyjdź! - krzyknął Przemek. - Ręce do góry i wyjdź!
   Tak jak się spodziewał, tamten nie wychodził. Łysy wszedł powoli do ciemnego pomieszczenia. Zrobił krok do przodu i natychmiast uchylił się przed gruzem, który nadleciał z naprzeciwka. Strzelił na oślep, celując w kierunku z którego nadleciał gruz. Usłyszał ryk, domyślił się więc, że trafił. Zrobił dwa kroki do przodu, zerwał koc z jedynego okienka w tym pomieszczeniu. Trafił, na podłodze leżało ciało niskiego mężczyzny z dziurą pośrodku klatki piersiowej. Przemek przyłożył palce go szyi mężczyzny, a gdy tylko upewnił się, że ten nie żyje, rzucił się biegiem na korytarz. Wybiegł za drzwi, zrobił pół kroku, zobaczył deskę, która chwilę później trafiła go w twarz.
   *
   Nie wiedziała co robić. Stała przed wejściem do Warowni, trzymając w ręku prowizoryczną włócznię, wystruganą przez Przemka. Usłyszała strzał, krzyki. Kto krzyczał? Dlaczego? Kogo trafiła kula? Zdezorientowana co chwilę zaglądała przez drzwi w stronę jednych ze schodów. Nagle zauważyła, jak na półpiętrze ląduje jakiś człowiek, a zaraz po nim drugi. Z przerażeniem spostrzegła się, że pierwszym z nich był Robert. Rzuciła się biegiem w jego stronę, cały dystans przebiegła szybciej, niż mogłaby po sobie oczekiwać. Usłyszała gdzieś w oddali głos Przemka, chwilę później kolejny wystrzał. Dobiegła do schodów, przebiegła kilka stopni. Widziała blondyna, leżącego bez ruchu, obok niego natomiast leżał jakiś mężczyzna z długą brodą. Mężczyzna miał nienaturalnie wykrzywioną szyję, Ewelina domyśliła się natychmiast, że skręcił kark.
   - Robert! - szepnęła nastolatka, kucając przy blondynie i szturchając go.
   Przyłożyła rękę pod jego nos. Odetchnęła z ulgą, wyczuwając jego oddech.
   - Drugi spadł z Matim - usłyszała nieznajomy głos. - Mati! Żyjesz!?
   Chwile później usłyszała kroki, ktoś się do niej zbliżał. Wiedziała, że nie da rady unieść Roberta, zbiegła więc jak najciszej ze schodów, schowała się za najbliższe drzwi.
   - Kurwa! - usłyszała. - Mati też nie żyje! Ten blondyn jeszcze dycha. Nazi, rzuć mi nóż. Dobiję go.
   Na dźwięk tych słów Ewelina natychmiast wybiegła z ukrycia. Musiała go ratować.

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5441 słów i 30409 znaków.

4 komentarze

 
  • Gabi14

    Poczekaj jeszcze trochę na walkę xDDD przez mój szpital mam tak dużo zaległości w szkole, że nie mam na wszystko czasu :D Ale w końcu doczekałam się i świetnie się zapowiada (przemoc rządzi)

  • Kuri

    @Gabi14 Czekam nadal :P Ja wiem, czy tak świetnie? Są w nie najlepszej sytuacji xD

  • Gabi14

    @Kuri Przemoc i brutalność <3 to główna cecha moich opowiadań więc mi odpowiada

  • Kuri

    @Gabi14 A dochodzą do tego spiski i skrywane tajemnice? Bo jak tak, to od 5 rozdziału jeszcze bardziej polubisz Ziemię :P

  • xptoja

    Z wrażenia, że będzie przerwa, aż komentarze przerwałam : P więc, sprytnie ominęłam zapowiedzi, co by się zaskoczyć i w spokoju czekać na dalszy rozwój wydarzeń. Ulubiony rozdział mam, dalej ten sam, czekam aż któryś go przebije, nowe są na poziomie, ale tamten mnie wyjątkowo urzekł. Tutaj znowu urzekła mnie rozmowa Przemka z Robertem i prośba o pobieżne zarysowanie problemu. Od teraz osobiście obiecuje poprawę i wrócę do komentarzy na bieżąco, co by nie było : P pozdrawiam i do piątku ; )

  • Kuri

    @xptoja Wybacz mój brak wiary, ale przez chwilę chodziło mi po głowie, że po prostu znudziło Ci się czytanie Ziemi xD

  • xptoja

    @Kuri musiałbyś się bardzo postarać, żeby mi się znudziło, ale gdyby poziom tak diametralnie spadł to musiała bym czytać, żeby się upewnić czy to możliwe : P

  • Kuri

    @xptoja Bez przesady z tym poziomem, do Kinga, Eco, czy Sapkowskiego to mi daleko xD

  • xptoja

    @Kuri aż mnie przytkało : P ja tu o poziomie między częściami, a tu zewnętrzne odnośniki przytaczane : P Ale masz czas, może kiedyś będziesz mógł się z nimi porównywać ; )

  • Kuri

    @xptoja Ok, błąd w interpretacji xD No, wg mnie kolejne części są na mniej więcej takim samym poziomie, tylko kolejny rozdział jakoś... kuje mnie w oczy xD Ale to już Ty ocenisz, w najbliższy piątek ;)

  • lolo

    No, się w końcu doczekałem tej strefy. Tak myślałem, czy coś będzie... Strugadzcy, śmigaj dalej :) mg

  • Kuri

    @lolo I jednak coś jest :D Wg początkowych planów ten rozdział miał się skończyć na tym, jak dochodzą do Strefy, ale uznałem, że nie będę taki i pociągnąłem akcję dalej xD

  • lolcia10

    Zapowiada się ciekawie. Część świetna, fajnie się czyta. Opłacało się czekać, oby tak dalej.

  • Kuri

    @lolcia10 Mam nadzieję, że będzie tylko lepiej :P Gdyby rozdziały miały jakieś słabe punkty, pisz śmiało! Będę wiedział, co zmienić w kolejnych :D