Ziemia z popiołów II: Rozdział 04 - Niespodzianka

Ziemia z popiołów II: Rozdział 04 - NiespodziankaTak z samego rańca :D Miłej lektury!
   *
   Przebudziła się, otworzyła oczy. Mimo tego, że w pokoju panował mrok, widziała zarys jego sylwetki. Siedział na skraju łóżka, kryjąc twarz w swoich wielkich, niedźwiedzich dłoniach. Z początku leżała bez ruchu, jednak po chwili poruszyła się, aby zasygnalizować mu, że już nie śpi. Drgnął lekko, jednak nie poruszył się. Miała dość tej ciszy, usiadła na łóżku, chrząknęła.
   - Już się kładę - mruknął Konrad.
   - Co jest? - spytała Alicja.
   - Nic, już się kładę.
   - Mnie nie oszukasz.
   - Ech... Myślałem.
   - O czym?
   - Wtedy... na początku, jak tu przyszliśmy, wyruszyliśmy po żywność. Ja, Przemek, Kowal, Stasiek i... Maciek.
   - Pamiętam. Przemek poszedł wtedy po broń i przyprowadził Kopę.
   - Tak. Rozdzieliliśmy się, żeby zbadać większy teren. Przemek, Kowal i Stasiek poszli w jedną stronę, a ja i Maciek w drugą. Mieliśmy dużo czasu na rozmowę. Powiedział mi wtedy, że ludzie potrzebują celu.
   - Jakiego znów celu?
   - Dokładnie to samo mu wtedy powiedziałem. Nadal tego nie rozumiem. Ale... Od tamtej pory liczę dni. On liczył. Dziś jest trzydziesty pierwszy grudnia. W nocy z dziś na jutro będzie sylwester. Maciek chciał świętować Wigilię, ale dużo się wtedy działo. Teraz mamy spokój. Może będziemy mogli świętować sylwestra? Tak, jak dawniej? Przy szampanie i dobrej zabawie?
   - Dobrej zabawie? Na chwilę obecną to brzmi jak nieudany żart. Poza tym nie mamy chyba szampana.
   - Ten szampan to była przenośnia. Przyda nam się jakieś odstresowanie, nie sądzisz? Jakieś zdarzenie, które odsunie nas na chwilę od trosk.
   Usiadła za nim, objęła go, uważając na jego bark, na którym na chwilę zatrzymała wzrok. Zostanie mu okropna blizna.
   - Chcesz zrobić dzień wolny?
   - Coś więcej. W dniu wolnym ludzie siedzą i nic nie robią. Ja chcę, żeby oni wszyscy choć raz uśmiechnęli się, poczuli szczęście w swoim towarzystwie. Nasze przetrwanie nie może opierać się na zasadzie "oby przetrwać". Musimy nauczyć się zasady "oby pozostać ludźmi".
   *
   Obudził go kolejny atak kaszlu, które nawiedzały go od kilku dni. Zakrył usta dłonią, drugą ręką przetarł oczy, które zaczęły mu łzawić. Poczuł jak flegma wyrywa mu się z gardła, jak ochlapuje spód dłoni. Gdy kaszel ustał, wytarł rękę o szmatkę, którą od kilku dni nosił przy sobie, właśnie na wypadek kaszlu, po czym przykrył się szczelniej kołdrą. Już się nie pocił, najwidoczniej zaczął zdrowieć, jednak nadal bolała go głowa. Wyjrzał spod kołdry w kierunku okna. Był już ranek, a w chmurach musiał zrobić się mały wyłom, gdyż promienie słoneczne wpadały do jego pokoju po raz pierwszy od kilku dni. To będzie dobry dzień, pomyślał. Jest słońce, więc musi być dobry.
   *
   Wyszedł na korytarz, zamykając za sobą drzwi do pokoju. Zastanowił się chwilę, po czym podszedł do drzwi, na których widniał numer 1408. Zapukał dwa razy, czekał na odpowiedź.
   - Spierdalać - usłyszał ochrypły głos.
   Otworzył drzwi, wszedł do środka. Na łóżku siedział Przemek, ubrany w krótkie spodenki i białą koszulkę, który ostrzył brzytwę. Łysy spojrzał na niego spode łba.
   - S-P-I-E-R-D-A-L-A-Ć - przeliterował.
   - Jak noga? - spytał Robert.
   Łysy westchnął, odłożył brzytwę na bok. Spojrzał blondynowi w oczy.
   - Nie bez powodu powiedziałem magiczne słowo "spierdalać". Nie mam słownika, nie przeczytam ci definicji.
   - Znam definicję.
   - Więc instruuj swoje dalsze zachowanie znaną ci definicją magicznego słowa.
   - Słuchaj...
   - Nie zamierzam cię słuchać. Powiedziałem ci, że jak wrócimy masz postarać się przejąć władzę. I? Gówno w tym kierunku zrobiłeś.
   - Mówiłem, że jak Konrad...
   - Konrad? Bzyka Alicję, ani myśli pomyśleć o grupie. Byłem u niego wczoraj, powiedziałem, że powinniśmy jak najszybciej zrobić kolejny wypad po zapasy. Wiesz, co mi odpowiedział? Że przez najbliższe dni musimy odpocząć. Minął już ponad tydzień od kiedy wróciliśmy z ciotką Eweliny, od tamtej pory wszyscy zbijamy bąki w hotelu. A żarcie? Wpierdalają nam je, kiedy my tu udajemy, że nic się nie dzieje. Ile potrwa zima? Wiesz? Tym bardziej teraz? Jakie będą anomalie pogodowe? A jak zima wydłuży się o pół roku? A jak będzie już na zawsze? Świat umiera. Ludzie, zwierzęta, rośliny. Wszystko umiera. Musimy przedłużyć nasze życie o tyle, o ile się da. Do tego potrzebne nam żarcie. A gdzie je znaleźć? Na zewnątrz. W puszkach i w paczkach.
   - Pogadam z nim...
   - Nie gadaj z nim, bo to huj da. Ja nie wejdę na stołek lidera, nikt mnie nie zaakceptuje, bo nikt mnie nie lubi. Wiem, głupio to brzmi, ale taka jest prawda. Dlatego to ty powinieneś rządzić. Nie ten wielki, zarośnięty idiota. Ani on, ani Kowal, ani tym bardziej Andrzej się nie nadają. Nikt się nie nadaje, poza nami dwoma. Ale ja nie zamierzam z tobą konkurować, bo to tylko nas osłabi, poza tym i tak przegram. Zostajesz ty. Rusz się i zrób coś z tym. A teraz spierdalaj.
   *
   Stołówkę przenieśli do salonu, gdzie było więcej miejsca i gdzie ogrzewał ich ogień z kominka. Na miejsce, gdzie powinny być okna, przybili przeźroczystą folię, dzięki czemu w środku było dość jasno. Wszyscy, poza Kowalem, który zgłosił się na ranną wartę, oraz Przemkiem, który nie ruszał się z pokoju, siedzieli przy stole i jedli śniadanie.
   - Jak tam twoja noga? - Spytała Kinga.
   - Coraz lepiej - odpowiedział Stasiek, poklepując się po udzie. - I mam nadzieję, że tak zostanie.
   - Teraz będzie już tylko lepiej - zapewnił Konrad, wysławiając się na tyle głośno, żeby wszyscy go słyszeli. - Mam dla was niespodziankę. Taką, na odstresowanie się po ostatnich wydarzeniach. Pewnie nie wszyscy z was wiedzą, ale dziś jest ostatni dzień tego roku. Chcielibyście świętować sylwestra?
   Zapadła chwila ciszy, nikt nie wiedział, co powiedzieć. Pierwszy przełamał się Kopa.
   - Jak to, świętować? Mam nadzieję, że nie chodzi ci o fajerwerki...
   - Spokojnie, nie o to mi chodzi. Przygotujemy dzisiaj coś wyjątkowego. Jakąś naprawdę uroczystą kolację. Jest trochę wina, wypijemy je. Zróbmy sobie dzień, w którym o nic nie będziemy się martwić. Może być?
   - Mam nadzieję, że nikt nie będzie teraz protestował? - spytał Stasiek.
   *
   Skierował się do pokoju konferencyjnego. Wszedł do środka, usiadł na krześle. Czekał na nią. Rozmawiali co kilka dni. Nie mieli żadnego powodu do rozmów, wszystko wyjaśnili sobie przy pierwszej sposobności, jednak ustalili, że co jakiś czas spotkają się w tym pokoju. Przewracał właśnie w palcach pudełko po zapałkach, gdy otworzyła drzwi. Weszła, usiadła na krześle po przeciwnej stronie pokoju. Tak było od pierwszego dnia, omijała go szerokim łukiem. Siedzieli długi czas w ciszy, jakby czekając, aż to ta druga osoba zacznie rozmowę.
   - Nadal utrzymuję moją prośbę - zaznaczył, przerywając ciszę.
   - Nie wybaczę. Nigdy.
   - Po wszystkim chciałem od nich odejść.
   - Ale zostałeś.
   - Za biurkiem. Nie brałem udziału w kolejnych akcjach.
   - Zostałeś. Byłeś i trzymałeś z nimi. Byłeś... Jesteś jednym z nich.
   - Byłem.
   - Jesteś. Nawet, jeśli ich już nie ma. Powinnam im powiedzieć.
   - Możesz to zrobić. Nie będę ci przeszkadzał.
   - Powinnam. Nie powiem. Dowiedzą się, że byłam w Strefie. Ludzie nie lubią tych ze Strefy, nie ufają nam. Mają nas wszystkich za złodziei, morderców, czy pedofilów. To wy do tego doprowadziliście. To przez wasze "materiały edukacyjne" ludzie zaczęli bać się tych ze Strefy, mimo tego, że duża większość z nich nic nie zrobiła. Co ja zrobiłam? Zamknąłeś mnie, zniszczyłeś mi życie, za to, że narysowałam dwanaście rysunków. Narysowałam je, bo taka była moja praca. Rozumiesz to?
   Nie odpowiedział. Rozumiał to w pełni, wiedział, że popełnił błąd, jednak wolał się do tego nie przyznawać, wiedział bowiem, że kobieta mu nie uwierzy i zacznie na niego krzyczeć.
   - Dlatego nie powiem. Nie chcę, żeby każdy przeszukiwał kieszenie, kiedy tylko znajdę się w pobliżu. Zapamiętaj sobie to, że gdyby nie to, dowiedzieliby się ode mnie wszystkiego. Zachowam to w tajemnicy ze względu na siebie, nie ciebie. Mogliby cię zabić, nie byłoby mi cię żal. Takich jak ty nigdy nie jest mi żal.
   - Żałuję tego, co zrobiłem. Gdybym mógł cofnąć czas...
   - Nie cofniesz - odpowiedziała hardo, wychodząc z pokoju. - Nie odzywaj się do mnie więcej.
   *
   - To ci dopiero niespodzianka - powiedział Konrad, podgwizdując pod nosem.
   - Schowałam je tu właśnie na jakąś uroczystość - wytłumaczyła Kinga. - Były w pokoju, który zajmujemy, dobrze, że znalazłam je przed Andrzejem, bo wydoiłby je tak szybko, jak by mógł. Jak powiedziałeś o tym, że zrobimy sylwestra... musiałam je pokazać.
   Konrad schował osiem półlitrowych butelek wódki do czarnej torby, którą wręczył Kindze.
   - Trzymaj je do wieczora. Weźmiemy cztery, jak będzie trzeba, to dołożymy kolejne. Ale nie wszystkie naraz. Mówisz, że Andrzej tak pije?
   - Pije rzadko, ale jak już zacznie, to dotąd, aż straci przytomność. Dlatego je schowałam.
   - I dzięki ci za to. Kiedy ja ostatni raz piłem? Wygląda na to, że naprawdę po raz pierwszy od dawna się odstresujemy.
   *
   Stasiek zalewał sobie herbatę. Nic innego, poza herbatą, nie pił. Mocna, bez cukru, cytryny, czy innych dodatków, herbata musi mieć smak herbaty. Gdy tylko odstawił garnek, w którym zagotował wody, na ruszt, do kuchni weszła Ewelina. Przywitała się z nim, po czym spytała, czy zostało trochę wody.
   - Niestety, musisz sobie zagotować. Jak chce ci się pić, to są jeszcze napoje.
   - Ciocia chce kawę. Słabo się ostatnio czuje, więc wszystko jej przynoszę do pokoju.
   - Chora jest?
   - Nie, chyba nie. Od kiedy wróciliśmy, jakoś... Nie wiem. Nie cieszy się. Udało nam się ją znaleźć, jest bezpieczna, ja bardzo się cieszę, a ona...
   - Daj jej czas. Może musi się oswoić z sytuacją?
   - Nie wiem... Mam takie dziwne wrażenie, że jest... wynudzona? To chyba najlepsze określenie.
   - To niech się rozbierze i ubrania pilnuje - zaproponował Przemek, wchodząc do pomieszczenia. - Stasiek, ja do ciebie. Robert oddał ci nóż?
   - Oddał.
   - Mogę go od ciebie kupić. Wymienimy się, znajdziesz u mnie coś, co ci się przyda.
   Stasiek spojrzał pytającym wzrokiem na łysego.
   - A po co ci ten nóż? Masz swoje.
   - Ale żaden z nich nie jest taki, jak twój. Skąd go masz?
   - Dawne dzieje. Byłem pod granicą, przy obwodzie Kaliningradzkim, spotkałem pijanego ruskiego żołnierza, pytał mnie o drogę do jakieś Nataszy. Wziąłem go po ramię i...
   - Nie kończ, bo to długo potrwa. Masz go od tego ruskiego?
   - No tak. Bo jak znaleźliśmy tą Nataszę...
   - Nie kończ. Czyli ten nóż jest porządnej roboty. Na taki wygląda. Ruskie, wojskowe noże są nie do zdarcia. Ponoć grałeś kiedyś na gitarze, u mnie w pokoju jest jedna.
   Stasiek wyszczerzył zęby, wyciągnął dłoń.
   - Biznes to biznes - wycedził, starając się uzyskać niemiecki akcent.
   *
   Pierwszym, co zauważył Konrad, gdy wszedł do salonu, był Stasiek, który stroił akurat nową gitarę. Przypatrzył mu się, mając nadzieję, że staruszek coś zagra, ten jednak odłożył gitarę na bok, po czym spojrzał na nią sentymentalnym wzrokiem.
   - Nie grasz? - spytał barczysty.
   - Przydałaby mi się kostka.
   - Palcami nie możesz?
   - Do tej pory grałem tylko przy użyciu kostki. Poszukam w swoich rzeczach, jak do wieczora znajdę, to zagram coś na kolacji.
   - Mam lepszy pomysł. Dziś będziemy tylko jeść i pić, więc odłóż śpiewanie na jutro. Z samego rana się zejdziemy i zagrasz coś, tak na przywitanie pierwszego ranka w nowym roku. Masz coś takiego wesołego w repertuarze?
   - Smutnych utworów nie gram.
   - I bardzo dobrze. Masz jakieś swoje kawałki?
   - Parę mam, ale przeważnie uczyłem się grać czyjeś utwory. Umiem grać motyw z "Czterech pancernych", wiesz może, co to?
   Konrad podrapał się po brodzie, wrócił wspomnieniami w daleką przeszłość.
   - Coś kojarzę... Tak, pamiętam. Jak byłem mały, to dziadek to oglądał.
   - Lubię to grać. Jeden facet w Gdańsku nauczył mnie grać ruski hymn, ale akurat na jutro sobie to odpuszczę. Jeszcze muszę dokładnie pomyśleć, znajdę coś odpowiedniego.
   - Będziesz grał? - Spytał Kopa, który akurat wszedł do pomieszczenia.
   - Tak, ale dopiero jutro z rana. Chcesz coś specjalnego?
   - Nie, dzięki. Tylko pytałem. To nie gitara Przemka?
   - Zamieniłem się z nim za nóż.
   - A po co mu kolejny nóż? - spytał Konrad. - Widziałem któregoś razu te jego noże, ma ich chyba kilkadziesiąt.
   - Dwadzieścia cztery - sprostował Afrykanin. - Teraz dwadzieścia pięć.
   - Nie mam pojęcia - Stasiek wzruszył ramionami. - Powiedział, że to porządny nóż i może dać mi za niego gitarę. Nie lubię żadnej broni, z nożami włącznie, a on oferował mi to cudo. Nie mogłem się nie zgodzić.
   - Żeby każdy miał takie podejście do niektórych spraw, jakie masz ty - westchnął Konrad. - Świat byłby wtedy lepszy.
   *
   Dmuchnął w dłonie, aby je rozgrzać. Ustalił z Konradem, że gdy skończy się jego warta, mężczyzna go zastąpi, jednak ten nadal nie przychodził. Już zaczął tracić nadzieję na to, że zostanie zmieniony, gdy usłyszał z dołu głos.
   - Kowal, poczekaj jeszcze dziesięć minut, dobra?
   - Jasne, nie ma sprawy.
   Dziesięć minut, pomyślał, siadając. Miał jeszcze dziesięć minut. Rozejrzał się naokoło, jednak nadal nic nie dostrzegał. Od kiedy musieli bronić hotelu przed wojskowymi, nic się nie wydarzyło, mieli święty spokój, a w okolicy nie było widać żywego człowieka. I bardzo dobrze, przeszło mu przez myśl. Nie życzę nikomu śmierci, ale jeżeli mam przeżyć jego kosztem, to wybór jest prosty. Znów dmuchnął w dłonie, po czym poprawił czapkę. Wrócił wspomnieniami do tego dnia, gdy bronili hotelu. Kto go bronił? On wtedy siedział w śniegu, bojąc się wychylić czubek nosa. Zobaczył urwaną rękę, samo to wystarczyło, żeby się załamał. A co by było, gdyby musiał zabijać? Czy był do tego zdolny? Nie, chwila, był. Przecież miał plan z granatami. Plan nie wypalił, gdyż sięgnął nie po ten granat, co trzeba, jednak wiedział, że gdyby udało mu się to, jego działania zabiłyby wielu ludzi. Tak, on był gotów zabijać. A gdyby musiał zabić z bliska? Dajmy na to, z noża? Zrobiłby to? W samoobronie na pewno, jego własne życie liczyło się dla niego ponad wszystko. A czy byłby w stanie zaatakować agresywnie? Nie jako ofiara, tylko jako napastnik? Poczuł dziwny uścisk w żołądku, przed oczyma stanęły mu obrazy ciał, które widział. Ludzie, których wrzucał na ciężarówkę, jak gdyby byli workami ziemniaków. Którym nie zapewnili godnego pochówka, tylko wrzucili do rowu. Czy oni zasłużyli na taki los? Przecież oni chcieli przeżyć, walczyli o zapasy. Nie dało się tego inaczej rozwiązać?
   - Nie dało się - mruknął pod nosem.
   Nie dało. Albo ja, albo ktoś inny. Poczuł, jak umysł mu się oczyszcza, jak wszystko robi się prostsze. Przecież to wszystko jest takie proste! Chcesz jeść? Zabijasz człowieka, który ma jedzenie. Zimno ci? Zabijasz człowieka, który ma ubranie. Potrzebny ci ogień? Zabijasz, żeby zyskać zapalniczkę.
   Nagle poczuł, jak jego organizm przechodzi fala gorąca. Pojął to. Zrozumiał ten nowy świat, w jakim przyszło im żyć. Zasady się zmieniły. Zabijasz, aby żyć. Teraz nie ma już takiego określenia jak "morderstwo". Przecież zabicie kogoś oznacza moje życie. Zabijając kogoś działam, tak naprawdę, w samoobronie. A zabicie w samoobronie zawsze ma uzasadnienie.
   *
   Wspiął się na drabinę, wszedł na dach, po czym spojrzał na Kowala.
   - Ty... Nic ci nie jest?
   - Nie - odpowiedział Kowal. - A co?
   - Jesteś strasznie... czerwony na twarzy. Nie jesteś chory?
   - Nie, dobrze się czuję. Idę do hotelu.
   - Idź, zmierz temperaturę. I naszykuj się, wieczorem zjemy wspólnie kolację, wszyscy do niej usiądziemy. Tak z okazji świąt, bo dziś jest sylwester.
   - Serio?
   - Tak. Liczyłem dni od Kolizji i tak mi wyszło. Więc, albo jest sylwester, albo jestem słaby z matematyki. Mam nadzieję, że to pierwsze.
   Kowal spojrzał w dal, zamyślił się na chwilę.
   - Maciek też liczył dni - zauważył.
   - Wiem - odpowiedział mu Konrad po chwili. - Dlatego... ja też zacząłem. Dla niego. Żeby go uczcić. Wiesz, to było przeze mnie.
   - Nieprawda...
   - Prawda. Nie oszukujmy się. Miał swój świat, a ja go zburzyłem. Nie ma dla mnie wytłumaczenia.
   - Jest - zaprzeczył Kowal. - Mamy nowy świat, nowe reguły. Dziś można wytłumaczyć każdą zbrodnię. Każdą.
   *
   Nadchodził wieczór, zbliżała się pora kolacji. Wrócił do pokoju, aby wziąć, pierwszy od czterech dni, prysznic. Umył się szybko, nie chciał marnować dużo wody, gdyż wiedział, że inni też będą chcieli się wykąpać. Następnie podszedł do lustra, aby przetrzeć strupa na czole przy pomocy wody utlenionej. Odgarnął włosy na bok, przyjrzał się im. Były już dość długie, powinien je przyciąć. Albo obciąć całkowicie. Złapał nożyczki, zaczął przycinać je tuż przy samej skórze. W szafce miał maszynkę do strzyżenia, ściął więc włosy całkowicie, na jeża. Przemył jeszcze głowę pod umywalką, przyjrzał się swojemu odbiciu. Ciężko mu było przyzwyczaić się do swojego nowego wyglądu, ale najważniejsze było to, że włosy mu już nie przeszkadzały. Ubrał się w jedyne czyste spodnie, które miał, oraz jedyny nieporwany sweter. W hotelu nie było wcale tak ciepło, mimo tego, że bez przerwy palili w piecu.
   - Niech nadejdzie już ta odwilż - westchnął Robert. - Odrobina ciepła byłaby miłą niespodzianką.
   *
   Stół był cały zastawiony najróżniejszymi potrawami. Pośrodku królował gulasz zrobiony przez Kingę, który parował w wielkim garnku. Ustalili, że do stołu zasiądą wszyscy, bez wyjątku, więc na chwilę obecną nikogo nie było na warcie. Robert do stołu zasiadł jako jeden z pierwszych, lecz wstrzymywał się z jedzeniem, aż wszyscy się zejdą. Nie trzeba było długo czekać, żeby wszystkie krzesła się zapełniły. Jednak nie wszystkie, brakowało między nimi Przemka.
   - Może po niego pójdę - zaproponował Stasiek.
   - Nie trzeba - odpowiedział Konrad. - Jak go nie ma, to znaczy, że sam nie chce przyjść. Jego wybór. Kochani. Chyba mogę tak do was mówić? Po raz pierwszy od Kolizji możemy świętować. Nie będą to święta takie, jakie znamy, za dużo bólu przeżył każdy z nas, żeby cieszyć się tak, jak należy. Ale odprężmy się chociaż na chwilę.
   Z tymi słowami Kinga wystawiła na stół cztery butelki wódki, czemu towarzyszyły gromkie wiwaty, głównie Andrzeja.
   - Nie mamy szampana - kontynuował barczysty. - Nie mamy fajerwerków. Nawet zimnych ogni. Musimy świętować tym, co mamy.
   - A nie mamy prawie nic - wtrącił się Przemek, dosiadając się do stołu i zaczynając jeść, nie czekając nawet, aż Konrad skończy wypowiedź.
   - Tym, co mamy - powtórzył Konrad, nie zwracając szczególnej uwagi na łysego. - Cieszę się, że wszyscy możemy tu usiąść, do jednego stołu. Że jesteśmy bezpieczni...
   - Przynajmniej na razie - wtrącił Przemek.
   - Bezpieczni, mamy dach nad głową, i wszystko, czego na chwilę obecną nam potrzeba. Świętujemy sylwestra, najgłośniejsze święto w historii ludzkości. Niestety, ale zbyt głośno nie możemy się zachowywać, chyba wiecie czemu. Ale to nadal święto, coś, na co ludzie czekają, co daje nam satysfakcję. Nie będę was więcej zanudzał, życzę wam smacznego i udanego sylwestra.
   - Długo pisałeś tę przemowę? - spytał jeszcze Przemek.
   - Mówiłem spontanicznie.
   - Byłbyś dobrym politykiem. Takim, co to zawsze obiecuje.
   *
   Mimo tego, że z początku panowała trochę napięta atmosfera, to wraz z kolejnymi opróżnionymi butelkami wszystko się rozluźniało. Najwięcej wypili Konrad, Andrzej i Stasiek. Alicja z Moniką i Kingą, oraz Kowal po kilka kieliszków, nawet Ewelina, wypiła kieliszek, co niezbyt podobało się jej ciotce. Kopa nie pił, tłumaczył, że nie lubi wódki, Robert był abstynentem, Przemek natomiast zaznaczył z góry, że nic poniżej sześćdziesięciu procent nie przechodzi mu przez gardło. Już po godzinie Alicja odprowadziła senną Pati do jej pokoju, po czym wróciła do stołu. Robert obserwował, jak Przemek patrzy od jakiegoś czasu na zegarek, domyślając się, po co odlicza czas. Nie mylił się.
   - Niech nam żyje nasz nowy, wspaniały rok dwa tysiące trzydziesty dziewiąty - rzucił, jakby od niechcenia.
   *
   Kowal jeszcze przed kolacją zgłosił się, że do północy może stać na warcie. Gdy wszyscy się już zbierali, on sznurował buty, patrząc w jednym kierunku.
   Ewelina.
   Podczas kolacji ani razu na niego nie spojrzała, jej wzrok skupiał się głównie na Robercie. Szarpnął sznurówkami, aby rozładować nerwy.
   *
   - Zanim się rozejdziemy - zaczął Konrad, któremu sporo do trzeźwości brakowało - chcę wam powiedzieć, że za kilka dni idziemy po zapasy. Musimy coś znaleźć. Pójdzie nas czterech, może pięciu. Chętni niech zgłoszą się do mnie jutro, dziś już... sami widzicie.
   - W końcu ktoś się mnie posłuchał - zauważył Przemek, dłubiąc sobie w nosie.
   - Nikt cię nie słucha - zaprzeczył Konrad. - W ogóle, nic a nic cię nie lubię. Musimy iść po zapasy. Taki miałem plan od początku.
   - Ja też miałem taki plan. Mówiłem ci o nim.
   - Pamiętam.
   - Więc?
   - Przemek. Wyjaśnijmy sobie coś. Jak mówię, że idziemy, to idziemy, tak ustaliłem. Ja tu rządzę. To był wasz demokratyczny wybór.
   - Niektórych wtedy tu nie było - przypomniał łysy.
   - Tak? A na kogo byś wtedy głosował?
   - Przestańcie - poprosiła Kinga. - Nie rozmawiajmy o tym.
   - Ja? - spytał Przemek, wcale nie przejmując się prośbą kobiety. - To oczywiste. Na Roberta.
   Konrada zamurowało. Patrzył na blondyna takim samym wzrokiem, jakim ten patrzył na Przemka.
   - Jedyny racjonalny kandydat do rządzenia. No nie Robert? Pamiętasz? Już o tym rozmawialiśmy - z tymi słowami wstał od stołu, po czym skierował się w stronę schodów na górę. - Szczęśliwego nowego roku. Oby był lepszy niż poprzedni.
   Robert, niewiele czekając, wstał i ruszył za nim.
   *
   Odprowadził go do samych drzwi do swojego pokoju, wszedł z nim do środka. Od razu przygwoździł go do ściany, powstrzymał się, żeby go nie uderzyć. Fuknął, spojrzał mu w oczy.
   - Co to miało być? Co ty, kurwa, odwalasz?
   - Jak to, co? - odpowiedział pytaniem Przemek. - Nie chciałeś sam się za to wziąć, to biorę się za ciebie. Szykuję ci podwaliny.
   - Jakie podwaliny!? Wiesz, co on sobie teraz myśli? Że chcemy zrobić jakiś przewrót!
   - Mocne słowo. Za mocne jak na liczebność naszej społeczności. Gdzie tu i po kiego robić przewrót? Odpowiedz mi, czy tylko ja tu dbam o przyszłość tej grupy? Czy tylko mnie interesuje to, co tu się dzieje? Jak przyjdzie odwilż, dam sobie sam radę. Ale nie teraz. Dlatego przez ten czas grupa musi dawać mi bezpieczeństwo. Teraz nie daje, tym bardziej, że nikt nie dba o zapasy. Nie chcę być zmuszony do zjedzenia Kowala, sądzę, że byłby niesmaczny.
   - Skończ z tym twoim rozumowaniem. Ostatnim, czego chcę, to brać na siebie odpowiedzialność za tych ludzi. Nie jestem człowiekiem, który się do tego nadaje. Tym bardziej, jeżeli mam brać za nich odpowiedzialność przez twoje widzimisię.
   - Chcesz przeżyć?
   - Po co to pytanie?
   - Pytam, czy chcesz przeżyć.
   - Chcę.
   - To skończy pierdolić - warknął łysy, odrzucając ręce blondyna od siebie. - Do huja pana, tracę do ciebie cierpliwość. Chcesz brać odpowiedzialność, czy nie, ja chcę dożyć do końca zimy. Do tego potrzebny ktoś, kto nie jest popierdolony, kto będzie tu przewodził. Ja, albo ty. Mnie nikt nie zaakceptuje, mówiłem ci to rano.
   - Co ty...
   W tym momencie drzwi do pokoju Roberta otworzyły się. Obrócili głowy, zobaczyli zmieszaną Ewelinę, która przyglądała się całemu zajściu.
   - Przeszkadzam? - spytała.
   - Nie - odpowiedział łysy. - Właśnie wychodziłem.
   Przemek poklepał blondyna po ramieniu, przeszedł obok niego, wyszedł na korytarz. Ewelina odprowadziła go wzrokiem aż do jego pokoju.
   - Co jest? - spytał Robert.
   - Przeszkodziłam wam?
   - Nie. O co chodzi?
   - Ja... Tego... Konrad mówił, że za kilka dni wychodzicie po zapasy. Pewnie pójdziesz...
   - Pójdę.
   - Moja ciocia też chce iść, Konrad nie ma nic przeciwko, ale... boję się o nią. Przypilnujesz ją?
   - Nie ma sprawy.
   - Dzięki, wiedziałam, że można na tobie polegać.
   - Coś jeszcze?
   - Nie... tylko tyle. Na razie.
   - Ewelina?
   - Tak?
   - Mogę mieć do ciebie prośbę?
   - Jasne. Co mogę zrobić?
   - Tylko tyle... po prostu, następnym razem pukaj. Proszę.
   *
   Gdy tylko wszedł do pokoju, od razu trzasnął drzwiami. Alicja patrzyła na niego, nie wiedząc, co powiedzieć.
   - A to gnój! - syknął Konrad. - Obaj! Gnojki zasrane!
   - O co ci chodzi? O Przemka? Tylko gadał...
   - Przemek i Robert! Dogadali się! Obaj chcą mnie zwalić ze stołka!
   - Nie przesadzasz czasem?
   - Nie słyszałaś go!? Co powiedział!? To Robert! On... Nawet pasuje. Jak poszli po Monikę, to Przemek poleciał za nimi. Nie pasowało mi to, ale już rozumiem. Dogadali się już wcześniej. Tak, to musiało tak być. Pewnie chcą podzielić się władzą, ale ja im przeszkadzam.
   - Przestań!- krzyknęła Alicja. - Posłuchaj sam siebie! Co za głupoty wygadujesz! Opamiętaj się, jesteś pijany, musisz wytrzeźwieć. Jutro, po trzeźwemu, z nimi porozmawiasz, teraz kładź się spać.
   Konrad popatrzył na drzwi, jakby zastanawiając się, czy powinien wyjść, czy zostać. W końcu machnął ręką, podparł się o szafkę, aby nie upaść, i powiedział:
   - Trzeba ich rozdzielić. Za kilka dni idziemy po zapasy. Wezmę jednego, pojedynczo ich przesłucham. Nie życzę sobie żadnych niespodzianek, żadnych przewrotów. Muszę się dowiedzieć, co im po głowach chodzi.
   *
   Leżała na łóżku, zastanawiając się nad tym, czego była świadkiem. Spojrzała na ciotkę, która akurat przebierała się w koszulę nocną. Nie wiedziała jak zacząć temat, ale wiedziała, że musi komuś o tym powiedzieć.
   - Ciociu...
   - Tak? - spytała Monika.
   - Byłam u Roberta, żeby cię przypilnował, jak wyruszycie.
   - Haha, dzięki za troskę, ale nikt nie musi mnie pilnować. To on też idzie?
   - Na pewno pójdzie. Ale... Jak do niego weszłam, był tam Przemek.
   Monika spojrzała na Ewelinę, zrozumiała wystarczająco wiele.
   -Rozmawiali coś o... no wiesz.
   - Nie wiem. Przerwałam im rozmowę. Robert był cały czerwony ze złości, Przemek stał pod ścianą, to wyglądało, jakby go przesłuchiwał. Myślisz, że naprawdę coś jest na rzeczy?
   - Nie mam pojęcia. Nawet jeśli, to nie zrobią krzywdy Konradowi, bo to po prostu niedopuszczalne. Zresztą... o czym my rozmawiamy. Nic takiego się nie stanie. Może Robert był zły, bo Przemek nagadał głupot? I najpewniej tak było. Nie myśl o tym. A teraz powiedz mi lepiej, co cię tak do tego Roberta ciągnie?
   Nastolatka poczuła, jak momentalnie całą jej twarz zalewa rumieniec. Wiedziała, że w pomieszczeniu jest na tyle ciemno, że Monika tego nie zauważy, za co dziękowała każdemu bogu, jakiego znała.
  - Nic! Martwię się o ciebie, chciałam, żeby miał na ciebie oko!
   - Jak na razie, to ty masz oko na niego, moja droga. I dobrze, dzisiaj kobieta potrzebuje silnego mężczyzny, który o nią zadba, a on na takiego wygląda.
   - Ciociu! Przestań!
   - No dobra, dobra, już cię nie męczę. I jak, będzie miał na mnie oko? Co powiedział?
   - Tak, to też...
   - To też?
   - Bo... eh. Jak tam weszłam, przerwałam im rozmowę. Jak już wychodziłam, powiedział do mnie, żebym następnym razem pukała, zanim wejdę.
   - To naprawdę musieli o czymś ważnym rozmawiać.
   Musieli, pomyślała nastolatka. Tylko o czym?
   *
   Andrzej położył się obok niej, od razu zakrył się szczelnie kołdrą. Kinga patrzyła na niego, walcząc z myślami. Powinna mu powiedzieć? Nie była pewna. Jednak alkohol w jej organizmie sprawił, że była bardziej rozmowna, wzruszyła ramionami, postanowiła mu to wyznać.
   - Kochanie...
   Andrzej odpowiedział jej jakimś bliżej nieokreślonym chrząknięciem.
   - Mam dla ciebie niespodziankę...
   Mężczyzna wychylił głowę spod kołdry, spojrzał na nią. Czekał, co takiego chce mu powiedzieć.
   - Widzisz... Jestem w ciąży.
   *
   Nie zwracał uwagi na temperaturę, siedział i patrzył przed siebie. Przed oczyma miał obraz, który zapamiętał z dzisiejszej kolacji jako jedyny. Widział, jakim wzrokiem Ewelina patrzyła na Roberta. Znał ten wzrok. Chciał, żeby patrzyła tak na niego.
   Wziął do ręki trochę śniegu z dachu. Patrzył, jak płatki śniegu topnieją, zamieniając się w krople wody. Widział, jak woda zbiera mu się w zagłębieniu dłoni, jak wypływa, jak skapuje, kropla za kroplą, na jego buta. Ścisnął dłoń, rzucił śniegiem i wodą jak najdalej przed siebie.
   - Nie oddam jej! - syknął. - Ona należy do mnie!

   *

   Biedny Kowal :(
   Cześć ludzie! Staram się nie dawać jakiś osobistych komentarzy pod rozdziałami, ale czasem trza :P Mam do Was, drodzy czytelnicy, małą prośbę (po raz kolejny). Przechodząc od razu do rzeczy, chciałbym Was prosić, abyście rozruszali pocztę pantoflową. Macie znajomych, którym może spodobać się moje opowiadanie? Polećcie! Macie dziewczynę/chłopaka, męża/żonę? Spytajcie, czy nie chce poczytać "Ziemi z popiołów"! Macie dzieci? Niech czytają, bo szlaban! Ok, z tymi dziećmi, to przegiąłem :P
   Tak, czy inaczej, chcę Was prosić, abyście rozreklamowali moje wypociny wśród znajomych, może ktoś się skusi i zostanie stałym czytelnikiem? A nic tak nie motywuje do pisania, jak stali czytelnicy ;)

Kuri

opublikował opowiadanie w kategorii przygoda, użył 5386 słów i 30191 znaków.

2 komentarze

 
  • garbaty

    Jestem nowy czytałem opowiadanie Nefera ,teraz to. Puściłem wodze fantazji i staram sobie to zobrazować w formie stopklatek. Bardzo mnie wciągnęło i niecierpliwie czytam kolejne rozdzialy

  • Gabi14

    No nie wierzę, że wczoraj ten komentarz się nie dodał... Super rozdział ^^ lubię Przemka, Roberta - ale powinien on słuchać Przemka, bo sam zachowuje się jak idiota

  • Kuri

    @Gabi14 Oho, jesteś pierwszą fanką Przemka :D A Robert nie chce się wychylać, zrozum go xD P.S. W tajemnicy powiem Ci, że właśnie skończyłem reedycję kolejnego rozdziału, bo wpadłem na pewien pomysł, który mogę tam wprowadzić... I uważam kolejny rozdział za największe dzieło, jakie wyszło spod mojej klawiatury :D O mój Buddo, ten rozdział podbije internety xD Powiedz mi tylko, za Kowalem przepadasz?